W grudniu roku poprzedniego miałem tak obfite żniwa
płytowe, że niektóre pozycje pozostawiłem sobie na następny miesiąc.
The
B-52’s, Good Stuff, 1992
Na początek roku, jak
zwykle, płyta takiego zespołu, co go jeszcze nie miałem. Nazwa The B-52’s (od
pewnego momentu pisali się bez apostrofu) odnosi się nie tyle wprost do
amerykańskich bombowców, co do popularnej w latach pięćdziesiątych i
sześćdziesiątych fryzury „na bombę”, którą zaadaptowały także wokalistki grupy.
Sam zespół, choć powstał w
epoce nowofalowej, też chętnie nawiązywał do ówczesnej muzyki i szerzej popkultury,
w tym do kiczowatego pulpowego sajęs fikszyn. Dysponował też najbardziej
denerwującym triem wokalnym, które tworzyli Fred Schneider, śpiewający bliskim
melorecytacji głosem złośliwego diabła, oraz świdrujące soprany Kate Pierson i
Cindy Wilson.
Good Stuff było szóstym albumem grupy. W
tym okresie skład B-52’s ograniczał się do tria: Schneider, Pierson oraz Keith
Strickland, którzy przekwalifikował się z perkusisty na gitarzystę. Pierwotny
gitarzysta, Ricky Wilson, zmarł na AIDS w 1985, a jego siostra Cindy podczas nagrywania
płyty była na urlopie macierzyńskim (na trasie koncertowej jej obowiązki przejęła
śp. Julee Cruise, znana z Miasteczka Twin Peaks). Podstawowy skład
wspierała cała bateria muzyków sesyjnych, w tym Jamie Muhoberac, Don Was, Lenny
Castro i śp. Jeff Porcaro.
Początek płyty poprawia mi
nastrój: dynamicznie rockandrollowy Tell It Like It T-I-Is, bezwstydnie
campowe Hot Pants Explosion oraz taneczny utwór tytułowy wzbogacony solówką
saksofonu. Nie tak zwariowany jest Is It You Mo-Dean? w średnim tempie,
ale tekst znów nawiązuje do kosmicznej tematyki. Spokojniej robi się w Revolution
Earth z idyllicznymi harmoniami wokalnymi – tego typu utwory musiały być inspiracją
dla olsztyńskiego Big Day. Mniej mi przypadł do gustu Dreamland, gdzie
łagodny męski głos nie przypomina zwykłej złośliwej maniery Freda, a rytm
wydaje się maszynowy (choć podobno na perkusji gra tu Sterling Campbell), co
zbliża utwór do norm jakiegoś Madchesteru; w dodatku ciągnie się prawie siedem
minut. Zwracają też uwagę pobrzękiwania hinduskich perkusjonaliów, na których
grają zaproszeni gościnnie krysznowcy. Mniej ekscentryczny głos Schneidera
powraca w Breezin’ (ten już przynajmniej wprawia człowieka w łagodny
trans), natomiast w Vision of a Kiss i finałowym Bad Influence wraca
do normy.
Ciekawostką jest The
World’s Green Laughter – w zasadzie instrumental oparty na… śpiewie ptaków,
do którego rytmu i melodii dopasowana jest aranżacja (zawsze uważałem, że ktoś
powinien skomponować coś takiego). W książeczce jako „wokal” wymienione są
ryżojad i pipil rudogłowy, a jako „instrumenty perkusyjne” – dzięciur
czerwonobrzuchy.
Nick
Murphy, Run Fast, Sleep Naked, 2019
Na Faradaguła pani płytowa dawała
jako gratis do zakupów egzemplarz takiej płyty. Nie miałem pojęcia, co to
takiego, tym bardziej, że poza nazwiskiem artysty i tytułem na grzbiecie i
nalepce, oprawa graficzna nie zawiera absolutnie żadnych informacji. Ani
książeczki, ani nawet tytułów utworów na odwrocie. Wygląda na to, że Run
Fast, Sleep Naked to już coś dla pokolenia cyfrowego, które se sprawdzi w
internetach, co trzeba. Sprawdziłem i ja, więc się przekonałem, że Nick Murphy
to australijski artysta elektroniczny, wcześniej znany pod pseudonimem Chet
Faker.
Płyta, wbrew moim obawom,
nie składa się w większości z klubowego klubienia, tylko z nastrojowych piosenek
w dość nasyconych aranżacjach (podobno taki styl nazywa się downtempo). Oprócz
elektroniki słychać regularny fortepian, organy i temu podobne, a czasem nawet odzywają
się jakoweś dęciaki. Sam artysta ma co prawda głos dość pospolity, nieco
jękliwy, i to może być dla niektórych nie do przejścia. Wyróżnia się Harry
Takes Drugs on the Weekend (co za tytuł!) ze względnie zapamiętywalnym
refrenem oraz nieco podsoulowione Sanity na fortepianowych akordach. Najbardziej
klubiący jest Sunlight, ale elektroniczna aranżacja wpisana została w
piosenkową strukturę. Zgrzyty pojawiają się dopiero w drugiej połowie Some
People, a chyba najbardziej podobają mi się dynamiczny Yeah I Care i
zaśpiewany prinsowatym falsetem Novocaine and Coca Cola (sześć i pół
minuty, w tym przeciągła ambientowa koda). Dwa utwory z końca, po pięć minut
każdy, już się dłużą, zwłaszcza Believe (Me) ze śpiewaniem przez
wokoder. W ostatnim Message You at Midnight słychać coś jakby sekcję
smyczkową, a może nawet gitary, ale artysta już nazbytnio zawodzi.
Nie do końca są to moje
klimata, ale nie jest też to coś, co mnie gryzie w uszy.
Yellowcard, Ocean Avenue,
2003
Jest to zespół, który nie
zapisał zbyt znaczącej karty w historii rocka, ale kto grał w Tony’ego Hawka,
ten go może kojarzyć ze ścieżki dźwiękowej.
Najkrócej mówiąc, jest to
pop-punk. Można by powiedzieć, że punk kalifornijski, tyle że z Florydy. Druga
rzecz, która wyróżnia Yellowcard na tle nurtu, to… skrzypce. Grający na nich
Sean Mackin jest nie tylko etatowym członkiem zespołu, ale do dziś jedynym,
który przetrwał wszystkie zmiany składu. Grupa nie miała natomiast na tym
etapie etatowego basisty – Peter Mosely zagrał jako muzyk sesyjny.
Materiał ma charakter
jednorodny i prezentuje bardziej „melancholijną” niż „wściekłą” odmianę
pop-punku. Najbardziej znany jest Breathing – to właśnie on był
akompaniamentem do ewolucji deskorolkowych na monitorze. Trzeba zauważyć, że
najbardziej melodyjny w zestawie. Poza tym spośród podobnych do siebie melodii
zapamiętałem głównie Life of a Salesman i Ocean Avenue. Skrzypce
czasem wychodzą na pierwszy plan, w rozpędzonym Twentythree ciągną
główny riff, w jeszcze jednym miejscu dają bardziej na folkowo, ale czasem
stanowią tylko przyprawę w tle.
Z ballad najlepiej wypada Empty Apartment z rozlewnym refrenem, doładowaniami gitarowymi i dodatkową jeszcze wiolonczelą. Generalnie jednak jest ich trochę za dużo i w efekcie usmętniają cały materiał, szczególnie wtedy, gdy się trafi ich nagromadzenie, jak w finale płyty, gdzie pojawia się najpierw akustyczna One Year, Six Months, a po niej jeszcze powerballada Back Home.
Kaiser
Chiefs, Yours Truly, Angry Mob, 2007
Ricky’ego Wilsona zabrakło na płycie The B-52’s, ale
jest na albumie Kaiser Chiefs. Tyle że to zupełnie inny Ricky Wilson. Nazwa kapeli
pochodzi od południowoafrykańskiego klubu fubtolowego z Soweto (ale tamten
pisał się przez „z”: Kaizer Chiefs), w którym grał swego czasu angielski
piłkarz, jegoż fanami byli muzycy.
Przedstawiciele solidnej
drugiej ligi „nowej rewolucji rockowej” na swoim drugim albumie byli nadal
solidnie drugoligowi. Wszystkie stałe fragmenty gry: w miarę melodyjne utwory,
czasami harmonie wokalne, falsetowe zaśpiewy (Highroyds), gitary hałaśliwe,
lecz bez przesady, czasem syntezator (Thank You Very Much)… W każdym
razie Ruby to autentyczny przebój ówczesnego nurtu rocka niezależnego, z
prostym, lecz efektywnym refrenem, w sam raz, żeby posiedzieć z fumflami przy
piwie, oglądając mecz Manchesteru z Liverpoolem. Równie atrakcyjnie wypada dynamiczny
Heat Dies Down. Z utworu tytułowego pamiętam natomiast przede wszystkim
skandowany finał. Później jest już mniej ciekawie, bardziej jednorodnie. Zwracają
uwagę ironiczne tytuły, jak ballady Love’s Not a Competition (But I’m
Winning) czy szybkiego Everything Is Average Nowadays. Z kolei Boxing
Champ różni się od innych tym, że to krótka piosenka z akompaniamentem
samego fortepianu.
Z jednej strony utwory są
dość przyswajalne, z drugiej – brakuje im czegoś, co by mocniej chwytało, ale z
trzeciej – są na tyle krótkie, że się nie zdążą znudzić.
Gomez, In Our Gun, 2002
Znowu płyta zespołu Gomez –
i znowu za 5 zł. Wcześniejszą Bring It On kupiłem w antykwariacie w
Suwałkach, In Our Gun znalazła się w Częstochowie.
W dalszym ciągu jest to
muzyka bardziej awangardowa niż britpop, kombinacja bluesa z nowoczesnymi
brzmieniami – elektroniczny rytm, loopy, jakiś dub. W otwieraczu Shot Shot motoryczny
rytm z riffem saksofonu barytonowego przynosi skojarzenie z grupą Morphine. Rex
Kramer to z kolei z jednej strony aranżacja (zwłaszcza bębny) mocno
elektroniczna, z drugiej pobrzmiewa harmonijka, a zagrywki gitarowe i wokal Iana
Balla wywodzą się ewidentnie z bluesa. W Detroit Swing 66 syntetyczny
bulgot spotyka sekcję dętą. Za to spokojniejszemu utworowi tytułowemu (z
późniejszym przyspieszeniem) ton nadaje kontrabas, na którym gra gościnnie
zmarły w zeszłym roku Danny Thompson (ex-Pentangle). Z podobnych
„elektro-bluesów” dobrze też wypada Ruff Stuff.
Na Wikipedii napisali, że ta płyta dzieli się na dwie połowy – akustyczną i elektroniczną – ale należy to traktować jako metaforę, bo utwory z obu grup są przemieszane i nie dominują specjalnie na żadnej ze „stron”. Do bardziej zelektronizowanych należą Army Dub czy Ping One Down, a nurt akustyczny obejmuje leniwe piosenki typu Sounds of Sounds, Miles End albo 1000 Times, choć ten ostatni ma też przyspieszenie.
Steeleye
Span, A Stack of Songs. Their Finest Folk Recordings 1973-1975, 1996
Trudno u nas trafić na płyty
jednego z najważniejszych zespołów brytyjskiego folk rocka (a przy okazji
jednego z ulubionych zespołów Terry’ego Pratchetta). Dopiero w grudniu udało mi
się znaleźć kompilację utworów za 5 zł. Z niewiadomej przyczyny na okładce podane
są lata 1973-1975, chociaż cały repertuar pochodzi z trzech pierwszych albumów,
wydanych w latach 1970-1971. Są to same utwory tradycyjne – angielskie,
szkockie i irlandzkie.
Instrumentarium jest typowe
dla folkloru Wysp Brytyjskich: banjo, mandolina, harmonia; rockowego charakteru
nadaje brzmienie gitary elektrycznej (głównie w The Blacksmith) i
sekcja rytmiczna: na basie Ashley Hutchings, były członek Fairport Convention,
a na perkusji gościnnie Dave Mattacks i Gerry Conway – obaj przewinęli się
zarówno przez Fairport, jak i Jethro Tull. Wokalistka Maddy Pryor ma głos dość
wysoki, co może odstręczać niektórych słuchaczy. Co prawda na debiucie zespół
miał drugą wokalistkę, Gay Woods – w Dark-Eyed
Sailor śpiewa pierwszoplanową partię, a w Lowlands of Holland już w
ogóle solo. Słychać także i głos męski – głównie Terry Woods (mąż Gay, później
wylądował w The Pogues). Oczywiście skoro folk, to muszą być i tradycyjne
harmonie wokalne.
Późniejsze płyty powstały w
zmienionym składzie, bez Woodsów i bez perkusji, ale za to rytm dobrze
podtrzymuje gitara basowa. Są także instrumentalne wiązanki jigów i reelów. Im
dalej, tym mniej elementów rocka – Four Nights Drunk to najpierw śpiew z
akompaniamentem samych skrzypiec, a potem partia instrumentalna, w której do tychże
dołączają inne instrumenty.
Pod względem tematyki mamy
tu przekrój przez główne wątki anglo-celtyckiej muzyki ludowej. Jest grupa
piosenek „zawodowych” – The Blacksmith, Dark-Eyed Sailor i Blackleg
Miner (wątek społeczny – potępienie łamistrajka z wyrazistym opisem łamania
mu gnatów). Lowlands of Holland mówi o służbie na wojnie w Niderlandach,
a False Knight on the Road zawiera motyw spotkania z diabłem. Z kolei Four
Nights Drunk to pod względem tekstowym wariant Seven Drunken Nights:
mąż wraca pijany do domu i widzi przedmioty pozostawione przez innego
mężczyznę, a żona mu wmawia, że to zupełnie co innego – tym razem tylko cztery
zwrotki i bez sprośnej pointy. Jest też Marrowbones, czarnohumorystyczna
piosenka o tym, jak pani chciała zabić pana, ale jej nie wyszło.
Scorpions, Eye II Eye,
1999
Ten album miałem kiedyś na
kasecie. Jest to najbardziej nietypowa płyta w dorobku Scorpions. Pisałem już
wielokrotnie o „wielkim konformizmie rockowym” z początku lat osiemdziesiątych.
W drugiej połowie dziewięćdziesiątych nastąpił „drugi konformizm”: artyści
rockowi łagodzili brzmienie, sięgali do głównego nurtu muzyki pop,
wykorzystywali samplery, loopy, elektroniczną perkusję i podobne wynalazki
(metalowcy mieli własną odmianę tego zjawiska, ale o tym kiedy indziej).
Spotkało to i Skorupionów.
Już na początku jest…
dziwnie. Ostry riff (ale niemetalowy), średnie tempo, rozbujany rytm perkusji
brzmiącej jak sztuczna, chóralny refren – jedynym, co się od razu wskazuje, że
to Scorpions, jest śpiew Klausa Meinego, przy czym dość łagodny. Także kolejny,
singlowy To Be No. 1 z elektronicznym postukiwaniem – promowany idiotycznym teledyskiem nawiązującym do afery Clinton-Lewinsky – budzi raczej
skojarzenia z produkcjami typu Da Da Da niż z czymkolwiek, co wcześniej
nagrali Scorpionsi. Gdzie się podział hard rock? W każdym razie Rudolf Schenker
i Matthias Jabs nie zapomnieli, do czego służą gitary, tyle że robią z nich
inny użytek. We wspomnianym singlu słychać nawet solówkę o specyficznie
przetworzonym brzmieniu (kaczka? talkbox?) Spośród tych ekskursji na niwie
pop-rocka najbardziej spodobała mi się Priscilla. Po raz też jedyny
Skorupiony wykonały utwór w swoim języku ojczystym (pomijając krótką,
absurdalną partię nibyrapową po angielsku) – Du bist so schmutzig; efekt
jest tak kiczowaty, że aż atrakcyjny.
Nie będą może zawiedzeni ci,
dla których niemiecka grupa jest przede wszystkim dostarczycielem
sentymentalnych ballad. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to stanowią one nawet
większość repertuaru. Najlepiej wypadają Obsession, What U Give U Get Back i
finałowa A Moment in a Million Years. Różnica w tym, że nie brzmią jak
typowe ballady metalowe, a ta ostatnia to już w ogóle opiera się na fortepianie.
Utwór tytułowy, poświęcony ojcom Meinego i Schenkera, jest nie tyle
sentymentalny, co refleksyjny. Podobnie 10 Light Years Away, efekt
współpracy z Mickiem Jonesem z Foreignera.
Śladem bardziej progresywnych ambicji grupy pozostają dwa utwory, ciężko riffowe, ale w powolnym tempie: jeden Yellow Butterfly, a drugi Mind Like a Tree, w którym gościnnie daje głos były perkusista, Hermann Rarebell. A skoro mowa o sprawach personalnych – Eye II Eye był ostatnim albumem z udziałem basisty Ralpha Rieckermanna, a na kolejnej płycie zastąpił go już Paweł Mąciwoda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz