niedziela, 1 marca 2026

Skorupiony, kosmici, górnicy, czyli płytowe pozostałości z grudnia

 

W grudniu roku poprzedniego miałem tak obfite żniwa płytowe, że niektóre pozycje pozostawiłem sobie na następny miesiąc.

 

The B-52’s, Good Stuff, 1992

Na początek roku, jak zwykle, płyta takiego zespołu, co go jeszcze nie miałem. Nazwa The B-52’s (od pewnego momentu pisali się bez apostrofu) odnosi się nie tyle wprost do amerykańskich bombowców, co do popularnej w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych fryzury „na bombę”, którą zaadaptowały także wokalistki grupy.

Sam zespół, choć powstał w epoce nowofalowej, też chętnie nawiązywał do ówczesnej muzyki i szerzej popkultury, w tym do kiczowatego pulpowego sajęs fikszyn. Dysponował też najbardziej denerwującym triem wokalnym, które tworzyli Fred Schneider, śpiewający bliskim melorecytacji głosem złośliwego diabła, oraz świdrujące soprany Kate Pierson i Cindy Wilson.

Good Stuff było szóstym albumem grupy. W tym okresie skład B-52’s ograniczał się do tria: Schneider, Pierson oraz Keith Strickland, którzy przekwalifikował się z perkusisty na gitarzystę. Pierwotny gitarzysta, Ricky Wilson, zmarł na AIDS w 1985, a jego siostra Cindy podczas nagrywania płyty była na urlopie macierzyńskim (na trasie koncertowej jej obowiązki przejęła śp. Julee Cruise, znana z Miasteczka Twin Peaks). Podstawowy skład wspierała cała bateria muzyków sesyjnych, w tym Jamie Muhoberac, Don Was, Lenny Castro i śp. Jeff Porcaro.

Początek płyty poprawia mi nastrój: dynamicznie rockandrollowy Tell It Like It T-I-Is, bezwstydnie campowe Hot Pants Explosion oraz taneczny utwór tytułowy wzbogacony solówką saksofonu. Nie tak zwariowany jest Is It You Mo-Dean? w średnim tempie, ale tekst znów nawiązuje do kosmicznej tematyki. Spokojniej robi się w Revolution Earth z idyllicznymi harmoniami wokalnymi – tego typu utwory musiały być inspiracją dla olsztyńskiego Big Day. Mniej mi przypadł do gustu Dreamland, gdzie łagodny męski głos nie przypomina zwykłej złośliwej maniery Freda, a rytm wydaje się maszynowy (choć podobno na perkusji gra tu Sterling Campbell), co zbliża utwór do norm jakiegoś Madchesteru; w dodatku ciągnie się prawie siedem minut. Zwracają też uwagę pobrzękiwania hinduskich perkusjonaliów, na których grają zaproszeni gościnnie krysznowcy. Mniej ekscentryczny głos Schneidera powraca w Breezin’ (ten już przynajmniej wprawia człowieka w łagodny trans), natomiast w Vision of a Kiss i finałowym Bad Influence wraca do normy.

Ciekawostką jest The World’s Green Laughter – w zasadzie instrumental oparty na… śpiewie ptaków, do którego rytmu i melodii dopasowana jest aranżacja (zawsze uważałem, że ktoś powinien skomponować coś takiego). W książeczce jako „wokal” wymienione są ryżojad i pipil rudogłowy, a jako „instrumenty perkusyjne” – dzięciur czerwonobrzuchy.

 

Nick Murphy, Run Fast, Sleep Naked, 2019

Na Faradaguła pani płytowa dawała jako gratis do zakupów egzemplarz takiej płyty. Nie miałem pojęcia, co to takiego, tym bardziej, że poza nazwiskiem artysty i tytułem na grzbiecie i nalepce, oprawa graficzna nie zawiera absolutnie żadnych informacji. Ani książeczki, ani nawet tytułów utworów na odwrocie. Wygląda na to, że Run Fast, Sleep Naked to już coś dla pokolenia cyfrowego, które se sprawdzi w internetach, co trzeba. Sprawdziłem i ja, więc się przekonałem, że Nick Murphy to australijski artysta elektroniczny, wcześniej znany pod pseudonimem Chet Faker.

Płyta, wbrew moim obawom, nie składa się w większości z klubowego klubienia, tylko z nastrojowych piosenek w dość nasyconych aranżacjach (podobno taki styl nazywa się downtempo). Oprócz elektroniki słychać regularny fortepian, organy i temu podobne, a czasem nawet odzywają się jakoweś dęciaki. Sam artysta ma co prawda głos dość pospolity, nieco jękliwy, i to może być dla niektórych nie do przejścia. Wyróżnia się Harry Takes Drugs on the Weekend (co za tytuł!) ze względnie zapamiętywalnym refrenem oraz nieco podsoulowione Sanity na fortepianowych akordach. Najbardziej klubiący jest Sunlight, ale elektroniczna aranżacja wpisana została w piosenkową strukturę. Zgrzyty pojawiają się dopiero w drugiej połowie Some People, a chyba najbardziej podobają mi się dynamiczny Yeah I Care i zaśpiewany prinsowatym falsetem Novocaine and Coca Cola (sześć i pół minuty, w tym przeciągła ambientowa koda). Dwa utwory z końca, po pięć minut każdy, już się dłużą, zwłaszcza Believe (Me) ze śpiewaniem przez wokoder. W ostatnim Message You at Midnight słychać coś jakby sekcję smyczkową, a może nawet gitary, ale artysta już nazbytnio zawodzi.

Nie do końca są to moje klimata, ale nie jest też to coś, co mnie gryzie w uszy.

 


Yellowcard, Ocean Avenue, 2003

Jest to zespół, który nie zapisał zbyt znaczącej karty w historii rocka, ale kto grał w Tony’ego Hawka, ten go może kojarzyć ze ścieżki dźwiękowej.

Najkrócej mówiąc, jest to pop-punk. Można by powiedzieć, że punk kalifornijski, tyle że z Florydy. Druga rzecz, która wyróżnia Yellowcard na tle nurtu, to… skrzypce. Grający na nich Sean Mackin jest nie tylko etatowym członkiem zespołu, ale do dziś jedynym, który przetrwał wszystkie zmiany składu. Grupa nie miała natomiast na tym etapie etatowego basisty – Peter Mosely zagrał jako muzyk sesyjny.

Materiał ma charakter jednorodny i prezentuje bardziej „melancholijną” niż „wściekłą” odmianę pop-punku. Najbardziej znany jest Breathing – to właśnie on był akompaniamentem do ewolucji deskorolkowych na monitorze. Trzeba zauważyć, że najbardziej melodyjny w zestawie. Poza tym spośród podobnych do siebie melodii zapamiętałem głównie Life of a Salesman i Ocean Avenue. Skrzypce czasem wychodzą na pierwszy plan, w rozpędzonym Twentythree ciągną główny riff, w jeszcze jednym miejscu dają bardziej na folkowo, ale czasem stanowią tylko przyprawę w tle.

Z ballad najlepiej wypada Empty Apartment z rozlewnym refrenem, doładowaniami gitarowymi i dodatkową jeszcze wiolonczelą. Generalnie jednak jest ich trochę za dużo i w efekcie usmętniają cały materiał, szczególnie wtedy, gdy się trafi ich nagromadzenie, jak w finale płyty, gdzie pojawia się najpierw akustyczna One Year, Six Months, a po niej jeszcze powerballada Back Home. 

 

Kaiser Chiefs, Yours Truly, Angry Mob, 2007

            Ricky’ego Wilsona zabrakło na płycie The B-52’s, ale jest na albumie Kaiser Chiefs. Tyle że to zupełnie inny Ricky Wilson. Nazwa kapeli pochodzi od południowoafrykańskiego klubu fubtolowego z Soweto (ale tamten pisał się przez „z”: Kaizer Chiefs), w którym grał swego czasu angielski piłkarz, jegoż fanami byli muzycy.

Przedstawiciele solidnej drugiej ligi „nowej rewolucji rockowej” na swoim drugim albumie byli nadal solidnie drugoligowi. Wszystkie stałe fragmenty gry: w miarę melodyjne utwory, czasami harmonie wokalne, falsetowe zaśpiewy (Highroyds), gitary hałaśliwe, lecz bez przesady, czasem syntezator (Thank You Very Much)… W każdym razie Ruby to autentyczny przebój ówczesnego nurtu rocka niezależnego, z prostym, lecz efektywnym refrenem, w sam raz, żeby posiedzieć z fumflami przy piwie, oglądając mecz Manchesteru z Liverpoolem. Równie atrakcyjnie wypada dynamiczny Heat Dies Down. Z utworu tytułowego pamiętam natomiast przede wszystkim skandowany finał. Później jest już mniej ciekawie, bardziej jednorodnie. Zwracają uwagę ironiczne tytuły, jak ballady Love’s Not a Competition (But I’m Winning) czy szybkiego Everything Is Average Nowadays. Z kolei Boxing Champ różni się od innych tym, że to krótka piosenka z akompaniamentem samego fortepianu.

Z jednej strony utwory są dość przyswajalne, z drugiej – brakuje im czegoś, co by mocniej chwytało, ale z trzeciej – są na tyle krótkie, że się nie zdążą znudzić.


  

Gomez, In Our Gun, 2002

Znowu płyta zespołu Gomez – i znowu za 5 zł. Wcześniejszą Bring It On kupiłem w antykwariacie w Suwałkach, In Our Gun znalazła się w Częstochowie.

W dalszym ciągu jest to muzyka bardziej awangardowa niż britpop, kombinacja bluesa z nowoczesnymi brzmieniami – elektroniczny rytm, loopy, jakiś dub. W otwieraczu Shot Shot motoryczny rytm z riffem saksofonu barytonowego przynosi skojarzenie z grupą Morphine. Rex Kramer to z kolei z jednej strony aranżacja (zwłaszcza bębny) mocno elektroniczna, z drugiej pobrzmiewa harmonijka, a zagrywki gitarowe i wokal Iana Balla wywodzą się ewidentnie z bluesa. W Detroit Swing 66 syntetyczny bulgot spotyka sekcję dętą. Za to spokojniejszemu utworowi tytułowemu (z późniejszym przyspieszeniem) ton nadaje kontrabas, na którym gra gościnnie zmarły w zeszłym roku Danny Thompson (ex-Pentangle). Z podobnych „elektro-bluesów” dobrze też wypada Ruff Stuff.

Na Wikipedii napisali, że ta płyta dzieli się na dwie połowy – akustyczną i elektroniczną – ale należy to traktować jako metaforę, bo utwory z obu grup są przemieszane i nie dominują specjalnie na żadnej ze „stron”. Do bardziej zelektronizowanych należą Army Dub czy Ping One Down, a nurt akustyczny obejmuje leniwe piosenki typu Sounds of Sounds, Miles End albo 1000 Times, choć ten ostatni ma też przyspieszenie. 

 

Steeleye Span, A Stack of Songs. Their Finest Folk Recordings 1973-1975, 1996

Trudno u nas trafić na płyty jednego z najważniejszych zespołów brytyjskiego folk rocka (a przy okazji jednego z ulubionych zespołów Terry’ego Pratchetta). Dopiero w grudniu udało mi się znaleźć kompilację utworów za 5 zł. Z niewiadomej przyczyny na okładce podane są lata 1973-1975, chociaż cały repertuar pochodzi z trzech pierwszych albumów, wydanych w latach 1970-1971. Są to same utwory tradycyjne – angielskie, szkockie i irlandzkie.

Instrumentarium jest typowe dla folkloru Wysp Brytyjskich: banjo, mandolina, harmonia; rockowego charakteru nadaje brzmienie gitary elektrycznej (głównie w The Blacksmith) i sekcja rytmiczna: na basie Ashley Hutchings, były członek Fairport Convention, a na perkusji gościnnie Dave Mattacks i Gerry Conway – obaj przewinęli się zarówno przez Fairport, jak i Jethro Tull. Wokalistka Maddy Pryor ma głos dość wysoki, co może odstręczać niektórych słuchaczy. Co prawda na debiucie zespół miał drugą wokalistkę, Gay Woods  – w Dark-Eyed Sailor śpiewa pierwszoplanową partię, a w Lowlands of Holland już w ogóle solo. Słychać także i głos męski – głównie Terry Woods (mąż Gay, później wylądował w The Pogues). Oczywiście skoro folk, to muszą być i tradycyjne harmonie wokalne.

Późniejsze płyty powstały w zmienionym składzie, bez Woodsów i bez perkusji, ale za to rytm dobrze podtrzymuje gitara basowa. Są także instrumentalne wiązanki jigów i reelów. Im dalej, tym mniej elementów rocka – Four Nights Drunk to najpierw śpiew z akompaniamentem samych skrzypiec, a potem partia instrumentalna, w której do tychże dołączają inne instrumenty.

Pod względem tematyki mamy tu przekrój przez główne wątki anglo-celtyckiej muzyki ludowej. Jest grupa piosenek „zawodowych” – The Blacksmith, Dark-Eyed Sailor i Blackleg Miner (wątek społeczny – potępienie łamistrajka z wyrazistym opisem łamania mu gnatów). Lowlands of Holland mówi o służbie na wojnie w Niderlandach, a False Knight on the Road zawiera motyw spotkania z diabłem. Z kolei Four Nights Drunk to pod względem tekstowym wariant Seven Drunken Nights: mąż wraca pijany do domu i widzi przedmioty pozostawione przez innego mężczyznę, a żona mu wmawia, że to zupełnie co innego – tym razem tylko cztery zwrotki i bez sprośnej pointy. Jest też Marrowbones, czarnohumorystyczna piosenka o tym, jak pani chciała zabić pana, ale jej nie wyszło.

 

Scorpions, Eye II Eye, 1999

Ten album miałem kiedyś na kasecie. Jest to najbardziej nietypowa płyta w dorobku Scorpions. Pisałem już wielokrotnie o „wielkim konformizmie rockowym” z początku lat osiemdziesiątych. W drugiej połowie dziewięćdziesiątych nastąpił „drugi konformizm”: artyści rockowi łagodzili brzmienie, sięgali do głównego nurtu muzyki pop, wykorzystywali samplery, loopy, elektroniczną perkusję i podobne wynalazki (metalowcy mieli własną odmianę tego zjawiska, ale o tym kiedy indziej). Spotkało to i Skorupionów.

Już na początku jest… dziwnie. Ostry riff (ale niemetalowy), średnie tempo, rozbujany rytm perkusji brzmiącej jak sztuczna, chóralny refren – jedynym, co się od razu wskazuje, że to Scorpions, jest śpiew Klausa Meinego, przy czym dość łagodny. Także kolejny, singlowy To Be No. 1 z elektronicznym postukiwaniem  promowany idiotycznym teledyskiem nawiązującym do afery Clinton-Lewinsky  budzi raczej skojarzenia z produkcjami typu Da Da Da niż z czymkolwiek, co wcześniej nagrali Scorpionsi. Gdzie się podział hard rock? W każdym razie Rudolf Schenker i Matthias Jabs nie zapomnieli, do czego służą gitary, tyle że robią z nich inny użytek. We wspomnianym singlu słychać nawet solówkę o specyficznie przetworzonym brzmieniu (kaczka? talkbox?) Spośród tych ekskursji na niwie pop-rocka najbardziej spodobała mi się Priscilla. Po raz też jedyny Skorupiony wykonały utwór w swoim języku ojczystym (pomijając krótką, absurdalną partię nibyrapową po angielsku) – Du bist so schmutzig; efekt jest tak kiczowaty, że aż atrakcyjny.

Nie będą może zawiedzeni ci, dla których niemiecka grupa jest przede wszystkim dostarczycielem sentymentalnych ballad. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to stanowią one nawet większość repertuaru. Najlepiej wypadają Obsession, What U Give U Get Back i finałowa A Moment in a Million Years. Różnica w tym, że nie brzmią jak typowe ballady metalowe, a ta ostatnia to już w ogóle opiera się na fortepianie. Utwór tytułowy, poświęcony ojcom Meinego i Schenkera, jest nie tyle sentymentalny, co refleksyjny. Podobnie 10 Light Years Away, efekt współpracy z Mickiem Jonesem z Foreignera.

Śladem bardziej progresywnych ambicji grupy pozostają dwa utwory, ciężko riffowe, ale w powolnym tempie: jeden Yellow Butterfly, a drugi Mind Like a Tree, w którym gościnnie daje głos były perkusista, Hermann Rarebell. A skoro mowa o sprawach personalnych – Eye II Eye był ostatnim albumem z udziałem basisty Ralpha Rieckermanna, a na kolejnej płycie zastąpił go już Paweł Mąciwoda. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz