czwartek, 14 maja 2026

Domknięcie drzwi, czyli płyty kwietniowe

 

W kwietniu znowu spore były łupy na Faradaguła; w Empiku udało mi się także uzupełnić dorobek kolejnego zespołu.

  

The Doors, Waiting for the Sun, 1968

Ukompletowałem dyskografię The Doors ich trzecim album. W okresie jego powstawania zespół był ciągle na fali wznoszącej, chociaż skończył mu się zapas gotowych utworów i musiał przygotowywać nowy materiał na bieżąco. Na basie, z jednym wyjątkiem, zagrał, jak poprzednio, Doug Lubahn.

Największym hitem stał się pogodny otwieracz Hello, I Love You. Wbrew pozorom nie jest to utwór Robby’ego Kriegera, który zwykle odpowiadał za grzeczniejszą i bardziej rozrywkową część repertuaru. Za to gitarzysta wykorzystał swoje dawne doświadczenie w dziedzinie flamenco, oczywiście w Spanish Caravan. Niektórzy nie dowierzali w jego umiejętności i rozpowszechniali pogłoskę, że partię gitary hiszpańskiej zagrał muzyk sesyjny.

Najmocniejszym punktem jest antywojenny The Unknown Soldier, w którym Jim Morrison wydaje jedne ze swoich najbardziej mrożących krew w żyłach krzyków. Utwór stał się (nie)sławny z powodu inscenizacji rozstrzelania, przedstawionej drastycznie w wideoklipie wyreżyserowanym przez samego Morrisona (w końcu studenta filmówki), jak również odgrywanej na koncertach. Potem eksploduje wściekła euforia, dość przewrotna, bo niby z powodu zakończenia wojny, ale czym jest koniec wojny dla nieznanego żołnierza? Jak wspomina Ray Manzarek, do nagrania odgłosów plutonu egzekucyjnego – marszowych kroków i przeładowywania broni – zaangażowano kilku… krytyków muzycznych.

Płytę kończy Five to One – także hałaśliwy, także antywojenny, zarazem zawierający aluzje do marihuany i do spisku „pięciu na jednego”, jaki reszta zespołu oraz producent i inżynier zawarli rzekomo przeciw Jimowi. W trakcie nagrywania tego utworu był on zresztą mocno nietrzeźwy. Na płycie Waiting for the Sun nie ma natomiast piosenki pod tym samym tytułem, która trafiła dopiero dwie płyty później na Morrison Hotel.

Resztę repertuaru wypełniają utwory bardziej standardowe – w dużej mierze miłosne – w rodzaju jazzujących Love Street (nawet z pogwizdywaniem!) i Yes, The River Knows albo lekkiego bluesa Summer Almost Gone. Konserwatywnie brzmi też niespełna dwuminutowa Wintertime Love, w którym Manzarek sięga po klawesyn i jak zwykle wykonuje mocną robotę. Piosenek o jesieni i wiośnie jakoś Doorsom zabrakło. We Could Be So Good Together zwraca uwagę organowo-fuzzowatym riffem brzmiącym jak odległy kuzyn Satisfaction oraz frazą „angels dance and angels die”, którą później przyjęła Patricia Butler za tytuł swojej książki o Jimie i Pameli. Wyróżnia się My Wild Love – archaiczny blues z chóralnym akompaniamentem, jakby śpiewany przez grupę więźniów przedzierających się przez mroczne bagna Florydy.

Tym razem zabrakło dłuższej formy. Zespół przymierzał się do nagrania suity Celebration of the Lizard i mogło to być kolejne klasyczne rockowe misterium po The End i When The Music’s Over, ale ostatecznie nie zdecydowali się rejestrować całości i na płytę trafił tylko fragment – niepokojący Not to Touch the Earth, wzbierający do apokaliptycznej wprost intensywności. Pełną wersję Święta Jaszczura można było poznać dopiero z koncertówki Absolutely Live.

Tak jak na pozostałych reedycjach z tej serii, płyta zawiera bonusy w postaci ścinków studyjnych. Są to trzy podejścia do Not to Touch the Earth. Prócz tego pojawiła się intepretacja Adagia g-moll Albinioniego oraz coś, co trudno nazywać ścinkiem: 17-minutowa wersja robocza Celebration of the Lizard – widać, że jeszcze mocno surowa, zwłaszcza finał, znany pod tytułem Names of the Kingdom, wiele traci bez podniosłych organów.

Książeczka zawiera wspomnienia inżyniera Bruce’a Botnicka oraz artykuł Paula Williamsa, jednego z owej grupy krytyków, którzy „strzelali” do Morrisona.

 

Propellerheads, Decksandrumsandrockandroll, 1998

Ta płyta miała kiedyś wysoką recenzję w „Machinie”. Nie należy do mojej bajki, ale skoro na targu była tylko za 2 zł, pomyślałem, że w razie czego będzie niewielka strata. Zawiera muzykę elektroniczną, potocznie nazywaną techno. Spece od takich dźwięków stwierdzają, że konkretnie jest to gatunek zwany „big beat” – nie mylić ze środkowoeuropejskim bigbitem lat 60.

Cóż na swym jedynym longplayu przygotowali Alex Gifford i Will White? Muzyka jest w sumie bezduszna, ale nie jest to takie sobie po prostu tłuczenie, rytmy są urozmaicone (choć np. dwa pierwsze utwory łączą się bezszwowo), pojawiają się rozmaite samplowane gadki. Zresztą wygląda na to, że oprócz automatów perkusyjnych w użyciu były i żywe bębny. W Oh Yeah pojawia się odrobina zelektronizowanego swingu. Gościnnie wpadają dwaj gitarzyści – jeden robi hałas w najbardziej dynamicznym Bang On! Z kolei lejmotyw Bigger? stanowi bulgoczący riff czegoś, co może być równie dobrze instrumentem klawiszowym, jak i mocno przetworzoną gitarą.

A Number of Microphones to niespełna minutowa próbka beatboxu (imitacja perkusji na gubach), ale stanowi wstęp do utworu najbardziej epickiego: On Her Majesty’s Secret Service,  nowoczesnej przeróbki motywu z filmu o Jamesie Bondzie, w którym elektroniczne bobrowanie podbija dźwięki orkiestry zaaranżowanej przez Davida Arnolda, a trwa to wszystko ponad dziewięć minut. Poza nim najbardziej zapada w pamięć jazzujący z trąbami History Repeating, w którym śpiewa we własnej osobie Shirley Bassey.

 

Starsailor, Love Is Here, 2001

Brytyjska grupa wypłynęła, kiedy byłem w klasie maturalnej: ballada Alcoholic sporo wtedy krążyła po Trójce i innych stacjach. Minęło jednak ćwierć wieku, zanim zapoznałem się bliżej z całym albumem.

Płytę można zaliczyć do neobritpopu: łagodne, nastrojowe ballady, na ogół akustyczne, kojarzące się trochę z grupą Travis (także z uwagi na podobną barwę głosu wokalisty), ale bogaciej zaaranżowane. Tym bardziej, że zespół ma w składzie etatowego klawiszowca i w wielu utworach – łącznie z Alkoholikiem – znaczną rolę odgrywa fortepian. Z ogółu materiału poza tym wyróżnia się Lullaby – wbrew tytułowi jeden ze żwawszych na płycie, choć i tak łagodny. Drugi żwawszy, o prawie mechanicznym rytmie i ze stosunkowo pogodnym refrenem, jest Good Souls. Pod koniec płyty Talk Her Down i tytułowy Love Is Here stanowią utwory bardziej epickie, rozbudowane i o dramatycznym nastroju.

Po ostatniej piosence następuje dziesięciominutowa przerwa, a następnie utwór ukryty w postaci krótkiego zaśpiewu bez słów a cappella.

 

Bruce Hornsby and the Range, The Way It Is, 1986

Debiutancki album Bruce’a Hornsby’ego znałem przedtem z Trójkowej audycji „Pół Perfekcyjnej Płyty”. Samego artysty nie śledziłem jakoś specjalnie, ale kojarzyłem, że wystąpił gościnnie na jednej z płyt Clannad.

Najogólniej rzecz biorąc, można toto nazywać soft rockiem. Wszędzie unosi się tzw. elegancka produkcja lat osiemdziesiątych: przestrzenna, wyszlifowana, niespecjalnie czadowa. Część materiału realizował zresztą specjalizujący się w takiej stylistyce Huey Lewis. W Down the Road Tonight pojawia się osobiście, śpiewa w duecie z Hornsbym i duje w harmonijkę. Niektóre utwory mógłby zaśpiewać Phil Collins i nikt by się nie zorientował – np. Mandolin Rain, w którym, wbrew tytułowi, mandolina nie jest jakoś szczególnie słyszalna (dobrze, że w ogóle jest). The Wild Frontier wzbogacają dla odmiany skrzypce. Z drugiej strony otwieracz On the Western Skyline ma w sobie pewną podniosłość charakterystyczną dla amerykańskiego heartland rocka a la Tom Petty.

Miękkość wyraża się w sferze muzycznej, ale już utwór tytułowy zawiera krytykę społeczną.  Nic dziwnego, że usamplowany został na przestrzeni lat przez co najmniej pięciu raperów, w tym samego Tupaka. Zwraca w nim uwagę partia fortepianu. Hornsby jest przecież głównie pianistą, nic więc dziwnego, że instrument ten odgrywa znaczącą rolę w aranżacjach; niekiedy też pozwala sobie na solówki. Z drugiej strony są też melodyjne zagrywki gitarowe (np. Every Little Kiss), za które odpowiada George Marinelli. W miarę przebojowo wypada poza tym The Long Race na charakterystycznym dla epoki riffie i z chóralnym refrenem.

 

Meat Loaf, Live, 1987

Meat Loafa cenię za kiczowate, przeładowane aranżacje. Zaciekawiło mnie, jak jego muzyka sprawdzała się w wersji koncertowej, kiedy nie wszystkie elementy dało się odtworzyć na scenie. Album, także kupiony na targu za 2 złote, powstał w czasach, kiedy artysta popadł w niejaki dołek i dopiero po kilku latach miał się odbić płytą Bat out of Hell II. W obiegu utrzymywał się głównie dzięki koncertom.

Materiał na Live zarejestrowano w londyńskiej Wembley Arena (sali widowiskowej, nie mylić ze stadionem). W towarzyszącym Meat Loafowi zespole Neverland Express najbardziej znaną postacią był gitarzysta Bob Kulick (brat Bruce’a, znanego m.in. z Kiss). Chociaż pianista Paul Jacobs to mimo wszystko nie Roy Bittan, sprawdziła się stara zasada, że kiedy nie da się zrekonstruować bogatych aranżacji, to można nadrobić czadem. Podstawowemu rockowemu składowi towarzyszą wokalistki – Amy i Elaine Goff. Z pierwszą z nich artysta śpiewa duet w entuzjastycznie przyjętym Paradise by the Dashboard Light, natomiast głos komentatora sportowego puszczono zapewne z taśmy, podobnie jak patetyczny dialog rozpoczynający Took the Words.

Pod względem repertuarowym pojawia się reprezentacja Bat Out of Hell – oprócz wspomnianego przeboju „autoerotycznego” także utwór tytułowy i Two out of Three Ain’t Bad. Poza tym trzy piosenki z najnowszego wówczas albumu Meat Loafa, Blind Before I Stop, brzmią nawet lepiej niż w wersjach studyjnych. Tam było „plastikowe” brzmienie, zgotowane przez Franka Fariana (wynalazcę Boney M), tu – organiczny gitarowy czad kontrastujący z kobiecymi chórkami, szczególnie adekwatnymi w Masculine. Zyskuje również Rock & Roll Mercenaries – pierwotnie duet z Johnem Parrem, ale ponieważ ten obraził się na Meat Loafa, w tej wersji śpiewa basista Steve Buslowe.

Finałem płyty jest wiązanka standardów rockandrollowych, w tym Johny B. Goode Chucka Berry, Jailhouse Rock Elvisa i Blue Suede Shoes Carla Perkinsa – tu znów daje głos Steve Buslowe, a także gitarzysta Alan Merrill.

 

Dwa Plus Jeden, Nowy wspaniały świat, 1972

Pierwsza płyta 2 Plus 1 była zarazem jedyną, na której Januszowi Krukowi i Elżbiecie Dmoch nie towarzyszył jako trzeci Cezary Szlązak, lecz Andrzej Krzysztofik. Co prawda Szlązak pojawia się jako muzyk dodatkowy, na klarnecie (słychać go w Zieloną drogą).

Prócz kompozycji Kruka, na debiucie występują utwory Katarzyny Gärtner, z którą członkowie zespołu współpracowali wcześniej przy okazji śpiewogry Na szkle malowane. Gärtner sama zaaranżowała własne piosenki i gra niekiedy na fortepianie. Natomiast zaśpiewani przez Kruka W kamień zaklęci to kompozycja Andrzeja Korzyńskiego. Za teksty odpowiadali przede wszystkim Marek Dutkiewicz i Ernest Bryll.

Co prawda Czerwone słoneczko, nawiązujące do powstania śląskiego, reprezentowało temat bezpieczny dla decydentów (i było napisane przez trio zewnętrznych autorów), ale przesłuchawszy tę płytę na nowo po dłuższej przerwie, nie mogłem się nadziwić, ile tu jest hipisowskiego psychodelicznego folk-rocka z Zachodniego Wybrzeża USA. Nie mówię wyłącznie o charakterystycznych harmoniach wokalnych. Pojawiają się brzęczące gitary a la The Byrds, a choćby w utworze tytułowym, w Pani moich godzin czy Gwiazdo wód gitara dźwięczy w tle na podobieństwo sitaru. Kiedy rzeką płynie kra trwa tylko minutę, ale brzmi bardzo stylowo, z zawodzeniem harmonijki.

Na okładce Elżbieta Dmoch wymieniona jest nie tylko jako wokalistka, ale i flecistka. W tej drugiej roli występuje przede wszystkim w zwiewnym Hej, dogonię lato. Ciekawostką jest Jasny dzień, biały dzień z tekstem Grechuty i orkiestrą. Śpiewa zasadniczo Kruk, ale pod koniec słychać czyjś kobiecy głos, stanowczo za wysoki jak na Dmoch, a nieopisany na okładce. Jest też i szczypta jazzu: gdyby Po jedwabnej stronie Gärtner zaśpiewał Andrzej Zaucha, można by tę piosenkę wziąć za utwór Dżambli.

Co się tyczy Chodź, pomaluj mój świat i Wstawaj, szkoda dnia, to stały się evergreenami i do dziś występują nawet w komercyjnych mediach. Pierwszy z nich skowerowała jeszcze w 1973 r. Marie Rottrová z zespołem Flamingo (nie mylić z Flamengo) jako Namaluj můj svět. Natomiast W kamień zaklęci doczekali się po latach przeróbki na rozpędzony, pancerny punk w wykonaniu zespołu Armia.

  

Monster Magnet, Mindfucker, 2018

Zwariowana ekipa kosmicznych hardrockowców kontynuuje swój odlot, chociaż ze składu, który nagrał Powertrip, zostali tylko wokalista Dave Wyndorf, gitarzysta Phil Caivano i zmarły w zeszłym roku Tim Cronin, który kiedyś był perkusistą, ale już od lat pełnił funkcję oświetleniowca i „herolda Galactusa”.

Mindfucker przynosi solidną dawkę tego, do czego przyzwyczaił słuchaczy Monster Magnet: ostrego rocka o przestrzennym brzmieniu i psychodelicznym posmaku, inspirowanego po części Hawkwind i starym sajęs fikszyn. Wpływ Hawkwind najbardziej wyraża się w Ejected, który jest po prostu przeróbką utworu Roberta Calverta (z jego concept albumu z 1975 o aferze z myśliwcami Starfighter, które były groźniejsze dla pilotów niż dla potencjalnego przeciwnika).

Materiał zaczyna się od dwóch utworów bardzo rozpędzonych (Rocket Freak i Soul), po których następuje utwór tytułowy – w średnim tempie, ale ciężki, ze sprężystym riffem. W ogóle uporczywie powtarzane riffy, nieraz wprost sabbathowe (słusznie nazwany When the Hammer Goes Down) generują narkotyczną aurę (Want Some), grupie nieobce są silne kontrasty dynamiczne (I’m God). W All Day Midnight do ogólnego klimatu dokłada się brzmienie czegoś przypominającego sitar. Nie zabrakło też utworów z początku cichszych i wolniejszych, ale nie można powiedzieć, że spokojniejszych, bo kreują niepokojącą atmosferę, która z czasem gęstnieje w majestatycznym crescendzie (siedmiominutowy Drowning). Krótko mówiąc, niezły trip.



 

wtorek, 28 kwietnia 2026

Elektryfikacja niby-osiołków, czyli na peryferiach Drugiego Rzymu (z frontu czytelniczego, 3/2026)


Tematykę okołobizantyjską skontynuowałem Ormianami i Italią. Każda z trzech pozycji jest tu z innej nieco parafii.

 

11. Monika Warneńska, Ścieżką na Ararat, Warszawa 1977 (z serii Światowid)

Na początek – coś bardzo popularnonaukowego w temacie Armenii. Autorka urodzona w Myszkowie postanowiła przedstawić te górskie okolice szerokim kręgom czytelników. Bywała tam od lat pięćdziesiątych i wiele się dowiedziała.

Książka napisana jest trochę jak przewodnik, prostym i zrozumiałym językiem. Najkrócej mówiąc, Armenia składa się z pięknej przyrody, rozlicznych bogactw, mnóstwa zabytków, koniaku i krwawej historii. Zaczynamy od Araratu (leżącego w historycznej Armenii, ale poza terytorium republiki), potem wiedzie nas autorka przez Erewan i okolice, zapuszczając się w dygresję a to o Urartu, a to o architekcie Tamanianie i pisarzu Abowianie, a to o koniaku. Zwiedzamy wielką bibliotekę Matenadaran (i tu dygresja o zabytkach literatury ormiańskiej, zabytkową katedrę Zwartnoc, siedzibę patriarchów w Eczmiadzynie (i tu parę słów o ormiańskim chrześcijaństwie).

Dalej następuje bardziej chronologiczna narracja o historii Armenii: Urartu, starożytna Armenia Tigranesów i Arsakesów, czasy, kiedy kraj był strefą rywalizacji między Persją a Rzymem i później Konstantynopolem, a wreszcie wieki spędzone w niewoli. Epoki rozkwitu kultury, w których działali tacy twórcy jak Mesrop Masztoc, Mojżesz z Chorenu, Sajat Nowa czy Chaczatur Abowian, przeplatały się z wojnami, rzeziami oraz buntami wewnętrznymi, po których aż dziw, że ktokolwiek jeszcze w tym kraju pozostał żywy. Autorka przytacza obszerne fragmenty ormiańskich poetów z różnych epok, w przekładzie m.in. Andrzeja Mandaliana.

Książka jest obciążona ideologicznie. Trudno się dziwić, skoro autorka pisywała do „Polski Zbrojnej” i „Trybuny Ludu”, a twórczością literacką parała się już w pierwszej połowie pięćdziesiątych. Cytuje m.in. dość często Mariettę Szaginian, czołową przedstawicielkę radzieckiego socrealizmu. Idylliczny obraz Armeńskiej ZSRR, zwłaszcza w zestawieniu z nędzą i brudem czasów carskich, budzi skojarzenia z socrealistyczną manierą „lakierowania rzeczywistości”. Kiedy zaś mowa o historii Armenii XX wieku, to oczywiście dasznacy byli absolutnie be i topili we krwi lud pracujący, a dopiero władza radziecka wprowadziła powszechny dobrobyt i elektryfikację. Ani słowem nie został wspomniany antagonizm ormiańsko-azerski, a o Karabachu mowa tylko, że mówi się tam dialektem „dosadnym i obrazowym”. Za to przynajmniej o ludobójstwie Ormian w latach I wojny światowej można było mówić bez ogródek, ponieważ dopuszczali się go Turcy. Autorka była jednak nadmierną optymistką, sądząc, że dla narodu ormiańskiego czasy przemocy już minęły. Ostatni rozdział zawiera historię o ormiańskim bojowniku komunistycznego ruchu oporu we Francji, w którego oddziale było wielu Polaków.



Książkę wzbogaca nieco ilustracji. Są wśród nich zdjęcia Armenii zabytkowej, nowoczesnej i starych lepianek, portrety twórców kultury, pomniki, miniatury z rękopisów… Jest też zdjęcie podpisane „Ararat”, na którym Ararat ledwie widać w tle, ale to już nie wina autorki, tylko polskiej poligrafii.

 

12. Dawid z Sasunu. Epos staroarmeński, przeł. Igor Sikirycki, Warszawa 1983

Przy okazji Gruzji był już Szota Rustaweli, to teraz pora na epos heroiczny dawnej Armenii. Literaturoznawcy nie są pewni, kiedy dokładnie powstał Dawid z Sasunu, ale w każdym razie kształtował się przez całe wieki. Ogłoszony drukiem został po raz pierwszy w 1874, a przekład Sikiryckiego jest pierwszy w języku polskim. Właściwie to trzecia i najobszerniejsza spośród czterech części eposu Śmiałkowie z Sasunu, poświęconego czterem pokoleniom herosów. Mowa o czasach, gdy Armenia broniła się przed naporem Arabów, więc głównym antagonistą Dawida jest jego przybrany brat Melik, król Egiptu, chociaż występują też Persowie, a nawet papież („Pap Franków”).

            Tytułowy Dawid, syn Mhera (o którym w jednym ze swoich poem wspomina Słowacki), już od wczesnego dzieciństwa odznacza się nadludzką siłą, budząc konsternację w całym otoczeniu. Ma również nadzwyczajnego konia, od czasu do czasu mówiącego, odziedziczonego po ojcu. Przygody zdarzają mu się raz heroiczne, raz komiczne (jak wtedy, gdy zrobili z niego pasterza). Nie jest wzorcem wszelkich cnót – bywa porywczy, czasem mało kojarzy, ciągle pakuje się w kłopoty, zasypiając lub upijając się w kluczowym momencie. Pojawia się wątek miłosny, na którego marginesie mamy też do czynienia z walecznymi postaciami kobiecymi. Jedna z wybranek Dawida przywdziewa zbroję, by szukać jego ciała na polu bitwy, a napotkawszy go, nie rozpoznaje i dochodzi do walki. Druga, odtrącona, wyzywa go na pojedynek w obronie swojego honoru.

            Wszystko to napisane wierszem o rytmie wyraźnym, ale zmiennym. Na ogół jest on biały, ale pojawiają się też partie rymowane. W narrację wplecione są pieśni z powtórzeniami i paralelizmami.

            Książka, w formacie wysokim a wąskim, zawiera reprodukcje staroormiańskich miniatur, z grubsza jakoś tam wiążących się z treścią. Każdy podrozdział ozdobiony został czarno-białym stylizowanym inicjałem narysowanym przez Stanisława Toepfera.


 

13. Robert F. Barkowski, Crotone 982, Warszawa 2015 (z serii Historyczne bitwy)

Z przeciwnego końca Bizancjum miało Italię. W X wieku naszej ery panował tam ruch jak na dworcu, co opisuje nam jeden z popularniejszych autorów habełków. Południową część włoskiego buta trzymało jeszcze Cesarstwo, ale zaangażowane w walki na wschodzie, nie mogło poświęcić Italii wystarczającej uwagi. Na północy i w centrum półwyspu siedzieli Longobardowie, powiększając swoje posiadłości kosztem Bizancjum. Od południa, z Sycylii, atakowali nieustępliwie Saraceni podlegli egipskiemu kalifatowi Fatymidów. Tymczasem na północnym zachodzie wyrosła nowa potęga w postaci reaktywowanego cesarstwa zachodniego, najpierw pod berłem Karolingów, a potem ottońskich Ludolfingów. Ważnym graczem był poza tym, rzecz jasna, papież, a gdzieś w tym całym miksie znaleźli się w pewnym momencie nawet wikingowie.

Omówiwszy sytuację ogólną w Italii, autor przedstawia genezę dynastii Ottonów, a szczególnie skupia się na polityce włoskiej Ottona I. Potem na scenę wchodzi jego syn, Otto II. Natomiast sycylijskiemu emiratowi Kalbidów poświęcone zostało zaledwie parę stron. Zgodnie z najlepszymi tradycjami serii, osobny rozdział dotyczy organizacji i uzbrojenia walczących armii, chociaż i tutaj większość miejsca zajmuje armia ottońska. Dalej następuje opis kampanii Ottona II, który przybył do Italii interweniować w Rzymie, a skoro już tam był, to postanowił zrobić porządek w ogarniętych chaosem księstwach longobardzkich. Postawiło go to na kursie kolizyjnym z sycylijskim emirem Abu al-Kassimem, czego efektem była tytułowa bitwa. Taktycznie była to obustronna klęska, a strategicznie – pyrrusowe zwycięstwo Ottona, bo chociaż musiał uciekać wpław, to Arabowie zawrócili i już nie podejmowali prób podboju kontynentalnej Italii. 

Co prawda do zaprezentowanej przez Barkowskiego przebiegu bitwy i kampanii można mieć zastrzeżenia, o czym szczegółowo dyskutowano ongiś na Histerykach. Przykładowo, Niemcy mieli przejść przez Alpy z samą tylko jazdą, żeby piechota nie spowalniała przemarszu, a potem pokonanie 60 km zajęło im tydzień. W samym opisie bitwy autor też zanadto popuszcza wodze fantazji, sugerując, że zapędziwszy Saracenów w kozi róg na wąskim przylądku, cesarscy uznali, że bitwa wygrana, nie ma sensu ich ścigać i można się rozsiąść, a to stało się przyczyną ich klęski.



Ostatni rozdział poświęcony jest dalszym wydarzeniom w cesarstwie i Italii, a szczególnie chaosowi, jaki nastał po rychłej (rok później) śmierci Ottona II. Zabrakło mi jednego dnia, żebym się urodził akurat w jej tysiąclecie. W każdym razie R.F. Barkowski raz po raz wraca do swojego słowiańskiego konika i przy każdej okazji przypomina o kontyngencie jazdy obodryckiej, a w ostatnim rozdziale kładzie nacisk na powstanie połabskie.

Wszystkie historie opisane są przejrzyście i lekkim piórem. Jak już kiedyś wspominałem, dobrze by sobie radził z beletrystyką historyczną – zwłaszcza dla nie za starych czytelników – którą zresztą podobno też się para. Co prawda tekstowi przydałaby się lepsza redakcja. Dowiadujemy się np., że emir przerzucał wojska do Italii przez „przesmyk morski”. W takim razie koło Koryntu znajduje się cieśnina lądowa. Zaś Jan Tzimiskes doprowadził Bizancjum „do największego rozciągnięcia terytorialnego”. Najbardziej kuriozalne jest zdanie „Wszyscy rycerze jak jeden mąż, ogarnięci strachem, stanęli niby-osiołki w miejscu i oznajmili, że nie pójdą dalej” Potem pojawia się jeszcze jeden taki sam błąd: łuski zbroi „zachodziły na siebie niby-dachówki”. Ktoś tam też coś „kontynuuje dalej”, a jedna kulawa metafora z opisu bitwy trafiła nawet na tylną stronę okładki: „Pierwsza linia atakującej jazdy (…) wdeptywała w ziemię szeregi wroga jak pług świeżą ziemię”. Ja jestem co prawda miastowy, ale nie wydaje mi się, żeby pług wdeptywał cokolwiek w ziemię, a już tym bardziej, żeby wdeptywał w ziemię świeżą ziemię. Przychodzi tu na myśl fraza „Thanos zrównał wszechświat z ziemią”.

Wkładka z ilustracjami jest jedna i zawiera głównie miniatury z omawianego okresu, zarówno zachodnie, greckie, jak i arabskie. Są też ze dwa wyobrażenia późniejsze, anachroniczne (obraz Rafaela i XIX-wieczna litografia). Mapy – jak to zwykle w Bellonie, bardzo niskobudżetowe, ale słyszałem, że ostatnio coś się zaczęło zmieniać na lepsze.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Drzwi percepcji i wyjście Romana ze studni, czyli płyty marcowe

 

W marcu zakupy płytowe ponownie były obfite. Lektura książek o The Doors skłoniła mnie do uzupełnienia ich dyskografii, a z Faradaguła przyciągnąłem rzeczy związane głównie, lecz nie tylko, z brytyjską alternatywą. Do tego pojawił się polski akcent.

  

The Doors, Strange Days, 1967

Strange Days, drugi album Doorsów, ma na okładce utrzymane w stonowanych kolorach zdjęcie trupy cyrkowej – atletę, tańczącego karła, żonglującego mima i akrobatów. Nazwę i zdjęcie zespołu oraz tytuł płyty zawiera plakat za plecami atlety.

Rozpoczynający płytę utwór tytułowy, z Morrisonem śpiewającym jakby przez telefon, faktycznie może się kojarzyć z muzyką z jakiegoś ponurego cyrku, głównie za sprawą katarynkowatej partii organowej Raya Manzarka. Niepokojący nastrój ma również You’re Lost Little Girl z hiszpańsko brzmiącą solówką (Robby Krieger robił wcześniej we flamenco). Widać tu, kim się inspirowali The Stranglers nawet w swoim mniej rozwydrzonym okresie.

Nowe możliwości techniczne pozwoliły Doorsom rozwinąć skrzydła. Po raz pierwszy nagrywali na magnetofon ośmiościeżkowy, korzystali też (na razie bardzo ostrożnie) z syntezatora Mooga, a ponadto zaangażowali basistę Douga Lubahna. Efektem było niejakie rozwinięcie koncepcji sprawdzonej na debiucie.

Największymi hitami były ballada People Are Strange (głównie fortepianowa) i dynamiczny Love Me Two Times, typowy rhythmandbluesowy numer Kriegera. Najmniej przystępny jest Horse Latitudes – wstrząsająca, przechodząca w krzyk recytacja Morrisona na tle kakofonii wyszarpniętej z bebechów fortepianu. Po nim gwałtowną zmianę nastroju przynosi zaskakująco zwyczajny Moonlight Drive – według legendy, pierwszy utwór, który Morrison zaśpiewał Manzarkowi na plaży, nim zdecydowali się założyć zespół. Krieger dorzucił tu partie grane techniką slide. Awangardę nieco mniejszą zawiera Unhappy Girl, a to ze względu na partię klawiszy odtworzoną wstecz.

Na debiucie była piosenka I Looked At You. Na drugiej płycie motyw wzrokowy kontynuują My Eyes Have Seen You – równie prosta, z santanowatą solówką gitarową (z tym że w 1967 jeszcze nikt nie wiedział, kto to Santana) – oraz kolejny utwór z „ponurego cyrku” w postaci I Can’t See Your Face in My Mind.

Podobnie jak poprzednio, płyta ma epicki, jedenastominutowy finał. When The Music’s Over, oparte na riffie podobnym do Soul Kitchen, nie jest tak apokaliptyczne jak The End, ale też zawiera szereg przejmujących momentów, od krzyków Morrisona do wycia dwóch równoczesnych solówek gitarowych. Co ciekawe, instrumentaliści nagrali ten utwór nie tylko bez studyjnego basisty (bo chcieli uzyskać brzmienie jak na koncercie), ale i bez Jima, który w międzyczasie był mocno nieprzytomny i musiał dograć wokal później.

Do reedycji dołączone zostały bonusy w postaci ścinków z nagrywania People Are Strange i alternatywnej wersji Love Me Two Times.


 

The Doors, The Soft Parade, 1969

Na Faradaguła trafiło się z kolei czwarte skrzydło Wrót. The Soft Parade uważa się za najsłabszą płytę zespołu, tym bardziej, że ukazała się w nie za dobrym dla niego okresie. Jim coraz bardziej oddalał się od kolegów – po pierwsze przez alkohol, po drugie przez podszepty Pameli, po trzecie wskutek nieporozumienia o wykorzystanie Light My Fire w reklamie Buicka. Praca nad płytą ciągnęła się miesiącami, w trakcie których jeszcze zawisła nad Morrisonem groźba odpowiedzialności karnej za rzekome obnażenie się w Miami.

Na pierwszych trzech płytach, z inicjatywy Morrisona, zespół podpisywał wszystkie kompozycje zbiorowo, z czego niezadowolony był Krieger, drugi obok Jima główny autor (inna sprawa, że obróbka pierwotnych pomysłów faktycznie była pracą zespołową). Kiedy jednak w otwierającym Soft Parade utworze Tell All The People Morrison miał zaśpiewać wers o „chwytaniu za broń”, wystraszył się kłopotów i zgodził się, żeby Krieger już sobie wziął to autorstwo.

Grupa postanowiła nieco poszerzyć formułę, w nagraniu wzięła więc udział sekcja dęta i smyczkowa. Efektem są napędzane trąbami utwory takie jak wspomniany Tell All The People, lokujący się niedaleko wykonawców w rodzaju Blood, Sweat & Tears i mimo owego wywrotowego wersu, dość konserwatywny jak na The Doors. Mój ulubiony w tej kategorii – i nie tylko mój, skoro to jedyny utwór z The Soft Parade, który się pojawia na składankach hitów – jest Touch Me, typowy przykład pogodniejszego oblicza Doorsów, piosenka miłosna, oczywiście napisana przez Kriegera, wzmocniona dęciakami w zwrotce, a smyczkami i klawesynem w refrenie. Wyskakuje też regularne solo saksofonowe Curtisa Amy’ego. Dla odmiany Wishful Sinful podparty jest partią smyczków i zawiera solo na rożku angielskim. Te trzy utwory nagrane zostały z myślą o singlach, jeszcze na kilka miesięcy przed albumem. Do It ma tytuł mało charakterystyczny i samo brzmi też średnio na jeża, zaś w Running Blue wyróżniają się bluegrassowo-irlandzkie fragmenty ze śpiewem Kriegera (wybitnym wokalistą ci on nie jest).

Mroczniejsze oblicze The Doors reprezentują dwa utwory, mówiąc bez ogródek, szamańskie – Shaman’s Blues oraz Wild Child. Oba oparte na bluesowych riffach i oba napisane, rzecz jasna, przez Morrisona. Płytę tradycyjnie kończy dłuższa forma – The Soft Parade. Rozpoczyna ją rozdzierająca recytacja Petition the Lord with Prayer, którą znałem już wcześniej z płyty koncertowej. Później następuje nastrojowy fragment z akompaniamentem klawesynu, przyspieszenie jakby w rytmie funky… Jest to, krótko mówiąc, kilkuczęściowa suita, ale nie dorównuje The End czy When the Music’s Over, jest po prostu za bardzo… soft.

Do reedycji z okazji 40-lecia dołączono kilka bonusów: bluesa Who Scared You, dwa podejścia do cyrkowo-galerniczego Whiskey, Mystica and Men, jam Push Push na motywach latynoskich oraz dwa ścinki z nagrywania Touch Me.



Elvis Costello and The Attractions, Imperial Bedroom, 1983

Drugim najsłynniejszym Elvisem po Presleyu jest artysta brytyjski pochodzenia irlandzkiego, kojarzony ze sceną new wave. Udało mi się znaleźć za jedyne 5 zł jego siódmy album studyjny.

Początkowe utwory utrzymane są w konwencji nowej fali, przy tym niezbyt czadowe. Beyond Belief z „roztargnioną” partią wokalną na tle nerwowego rytmu budzi skojarzenie z ówczesnym brytyjskim przestrzennym rockiem a la U2. Dalej repertuar wykracza poza zwyczajne rockowe aranżacje. Była to częściowo zasługa producenta Geoffa Emericka, wcześniej inżyniera na najambitniejszych płytach Beatlesów. W nagranie miał też wkład George Martin (nie mylić z George R.R. Martinem), który m.in. weryfikował partie orkiestrowe napisane przez klawiszowca The Attractions, Steve’a Nieve’a. Orkiestra w …And in Every Home, przykładowo ewidentnie nawiązuje do orkiestracji na płytach The Beatles.

Sięga więc Costello po swingujące ballady oparte na fortepianie: The Long Honeymoon i Almost Blue. W tym pierwszym słychać ponadto akordeon, na którym – jak wspomina artysta w książeczce – musiał grać w trójkę z kolegami, bo nie mieli z tym doświadczenia. Kid About It to również ballada z fortepianem, ale już mniej swingująca. Man out of Time zaczyna się zmyłkowo ostrą gitarą, po czym przechodzi w stateczny utwór w średnim tempie, z podniosłymi organami (początkowy hałas to pamiątka po pierwotnej aranżacji, muzycy doszli do wniosku, że nikt nie zniesie wysłuchania całej piosenki w takiej wersji). W finałowym Town Cryer wprowadzono partię smyczkową w stylu soulu filadelfijskiego.

Spośród ściśle rockowych najlepiej wypada The Loved Ones, choć i on wzbogacony został figlarnym fortepianem. W Human Hands ornamenty robi dla odmiany sitar. Na promocyjny singiel trafił You Little Fool – ten znów z wykorzystaniem klawikordu.

Do zasadniczego albumu dołączono aż 9 bonusów. Głównie są to wydane wówczas na epce przeróbki piosenek z lat sześćdziesiątych: szybki From Head to Toe Smokeya Robinsona i bardziej stateczna strona B – The World of Broken Hearts Doca Pomusa. Jest też Night Time z wibrafonem i soulowymi śpiewami w tle oraz najciekawszy z nich wszystkich Really Mystified z repertuaru The Merseybeats. Poza tym bonusy zawierają parę demówek. Trzy z nich, w tym dynamiczny I Turned Around oraz oparty na potężnie brzmiącym fortepianie Seconds of Pleasure, Costello wysłał później Fridzie Lyngstad do wykorzystania na jej solowym albumie, ale nic z tego nie wyszło. Ostatni jest Imperial Bedroom – utwór tytułowy, który nie został zamieszczony w zasadniczym repertuarze płyty. Costello nie lubił mieć na płycie piosenki tytułowej, bo uważał, że ludzie będą przywiązywać do niej niepotrzebnie większą wagę niż do reszty.



Elvis Costello, The Man (The Best of Elvis Costello), 1985

Znalazłem również składankę największych hitów Drugiego Elvisa. Kompilacja ukazała się, gdy miał on na koncie już dziewięć albumów, i zawiera wybór z nich oraz parę utworów czysto singlowych. The Man to wersja brytyjska, nieco się różniąca od tej dla reszty świata, zatytułowanej po prostu The Best of Elvis Costello. Płytę omawianą powyżej reprezentuje tylko Beyond Belief.

Ogólnie rzecz biorąc, są to przebojowe piosenki nawiązujące do muzyki lat sześćdziesiątych, w klimacie charakterystycznym – vide Olivers Army (o Irlandii Północnej) czy Clubland. Czasem zresztą pochodzą one po prostu z lat sześćdziesiątych – mowa o I Can’t Stand Up (for Falling Down), przeróbce hitu duetu Sam & Dave z 1967. Pojawiają się wyraźne wpływy soulowe, jako to w Alison, High Fidelity albo Everyday I Write the Book. Bardziej wyciszony jest Pills & Soap z klaskaniem i odlatującym w dysonanse fortepianem czy wręcz nazbyt słodki Good Year for the Roses (zresztą kolejna przeróbka starszego hitu, dla odmiany z dziedziny country). Wybija się też New Amsterdam dzięki rytmowi walca i gęstemu biciu gitary akustycznej. Dla odmiany do new romantic – za sprawą udziału syntezatora – zbliża się wyznaczony do promocji składanki Green Shirt, z pozoru spokojny, a wymierzony w skrajną prawicę.

Szkoda, że zabrakło mojego prawie ulubionego (What’s So Funny ‘Bout) Peace, Love and Understanding, który znalazł się na alternatywnym wydaniu składanki. W zamian w tej wersji pojawia się mój przede wszystkim ulubiony (I Don’t Want to Go to) Chelsea – o nieco karaibskim rytmie, z ponurym motywem gitarowym zapożyczonym później, jak się zdaje, przez T.Love, i to nawet dwukrotnie (Outsider, S.O.S. Ska). Reggae reprezentuje też Watching the Detectives. Płytę kończy natomiast jazzujący Shipbuilding, komentarz do wojny na Falklandach z udziałem Cheta Bakera na trąbce.


 

Stiff Little Fingers, Inflammable Material, 1979

Punkowcy z Irlandii Północnej mieli zasadniczo więcej powodów do wścieku niż ich koledzy z Wielkiej Brytanii. Debiutancka płyta SLF ma charakter dość jednorodny: dynamiczne, ostre, surowo wyprodukowane piosenki zaśpiewane zachrypniętym głosem Jake’a Burnsa. Materiał jest względnie, acz nienachalnie melodyjny, gdzieniegdzie pojawiają się proste solówki. Wyróżniają się singlowe Suspect Device i Alternative Ulster oraz trochę clashowaty Barbed Wire Love przełamany wstawką słodkiego doo-wopu rodem z lat pięćdziesiątych.

Repertuar autorski uzupełnia przeróbka Johnny Was Boba Marleya, „zirlandyzowana” tekstowo i rozpoczęta wojskowym werblem – trwa koło ośmiu minut, a prawie zupełnie zatarł się jej regałowy rodowód. Odbiega też od ogółu zaśpiewany spokojnie, ale oparty na uporczywym, „mechanicznym” ostinato antyrasistowski Closed Groove.



Stiff Little Fingers, Hanx!, 1980

Przy okazji złapałem także koncertowe nagranie Sztiwnych Palcy. Płyta Hanx! ukazała się już po wydaniu drugiego albumu, z przeznaczeniem na rynek amerykański jako swoiste wprowadzenie dla tamtejszych słuchaczy.

Spośród 11 utworów 5 dubluje się z repertuarem Inflammable Material, czemu trudno się dziwić; w tym Johnny Was rozciągnięty został do 10 minut. Pozostałe utwory nie odbiegają stylistycznie, a chyba nawet są ciut bardziej melodyjne. W Fly the Flag zwraca uwagę solo gitarowe z cytatem z Rule Britannia. Tytułowe Hanx! to po prostu Thanks!, które w trakcie koncertu wykrzykuje Burns po niektórych utworach.


 

The Levellers, Zeitgeist, 1995

Ta folkpunkowa banda ze skrzypkiem w składzie pojawiała się tu już dwa razy. Zeitgeist to ich późniejsza płyta i przyznaję, że podoba mi się mniej niż tamte, przynajmniej przy pierwszych przesłuchaniach. Co prawda jest lepiej wyprodukowana.

Dlaczego podoba mi się mniej? Pewnie ze względu na otwieracz. Hope St. Choć rozpoczęty ciężkim gitarowo-skrzypcowym walcowaniem, w sumie jest łagodny, wręcz balladowy – a zbyt łagodny pierwszy utwór może zniechęcić do całej płyty. Prawdziwą energię słychać dopiero w The Fear – to już coś bardziej podobnego do wcześniejszej twórczości grupy.

Porządną balladą z folkowymi naleciałościami jest Maid of the River. Saturday to Sunday zaczyna się nastrojowo jak pieśń angielskiego barda robotniczego, a potem nabiera punkowej niemal dynamiki. Podobnie Forgotten Ground ze wstępu zdominowanego przez skrzypce i mandolinę startuje do szybkiego tempa, a Jon Sevink wygrywa reelowate melodie. Folkpunk z prawdziwego zdarzenia reprezentuje wściekły 4 am, zaś Fantasy jest w dodatku na tyle melodyjny, że jako jedyny zwrócił moją uwagę już od pierwszego przesłuchania.  

Prawda, że w drugiej połowie płyty nastrój trochę siada: powolny, złowieszczy P.C. Keen się dłuży, a Just the One to utwór całkiem akustyczny, najbardziej folkowy i przy tym najkrótszy. Poprawia się pod koniec za sprawą kolejnej dynamicznej gonitwy Leave This Town oraz finałowego Men-an-Tol w średnim tempie. Ogólnie jednak płyta zawiera mniej ciekawych melodii niż poprzednie.

 

The Black Crowes, By Your Side, 1998

Kolejny zespół z braćmi w składzie – Chrisem i Richem Robinsonami – pod koniec lat osiemdziesiątych dał się poznać jako reprezentant klasycznego hard rocka z południa USA, zupełnie niepoddającego się bieżącym modom muzycznym. Z czasem aprobatę okazał grupie sam Jimmy Page, nagrywając razem z nią album koncertowy z przeróbkami Led Zeppelin.

By Your Side, piąta studyjna płyta grupy, uchodzi za jedno z jej największych osiągnięć, chociaż ukazał się po kryzysie personalnym – odeszli dwaj kluczowi członkowie, gitarzysta Marc Ford i basista Johnny Colt. Zespół porusza się sprawnie w paradygmacie wytyczonym przed laty np. przez Lynyrd Skynyrd: dynamiczne rytmy, rhythmandbluesowy wokal, gitara slide… Czasem pojawiają się stylowe żeńskie chórki (np. w utworze tytułowym czy cięższym, zeppelinowatym HorseHead). Dość przebojowo brzmi wzbogacony dęciakami Only a Fool, natomiast Heavy wcale nie jest jakiś bardzo ciężki. Rolę ballady pełni Welcome to the Goodtimes. Szczególną uwagę zwróciłem na Diamond Ring, oparty na znanej, melodyjnej progresji i brzmiący dość lekko.

 

Kat & Roman Kostrzewski, 666, 2015

W roku 2004 konflikt pomiędzy wokalistą Romanem Kostrzewskim a gitarzystą Piotrem Luczykiem doprowadził do rozpadu zespołu Kat na dwa. „Luczyfer” zachował oryginalną nazwę i logo, lecz z kolejnymi wokalistami realizował coraz bardziej sztampowe albumy heavymetalowe. O oryginalności Kata decydował jednak nawiedzony śpiew Kostrzewskiego i jego teksty, utrzymane w makabryczno-erotyczno-neomłodopolskiej stylistyce. Nic więc dziwnego, że to po stronie zespołu Kostrzewskiego znalazły się sympatie fanów i szybko pojawiło się hasło „Nie ma Kata bez Romana”.

Płyta, o której mowa, nie jest jednak premierowym materiałem, lecz remakiem debiutu Kata z 1986 r. (powstała również wtedy wersja anglojęzyczna pod tytułem Metal & Hell). Oryginalna wersja 666 należy wprawdzie do klasyki polskiego metalu, ale jej produkcja jest… specyficzna, mimo zaangażowania zagranicznego fachowca. Dotyczy to przede wszystkim śpiewu Kostrzewskiego, który brzmi, jakby wydobywał się ze studni. Fani domagali się więc od dawna nagrania albumu na nowo, zgodnie ze współczesnymi standardami dźwięku. Nie jestem przywiązany do oryginału, więc nad wartość sentymentalną przedkładam tu czytelność.

Ze starego Kata u boku Kostrzewskiego pozostał perkusista Ireneusz Loth. Repertuar jest taki sam jak na debiucie: kompozycje o odpowiednio niesamowitej atmosferze, na ogół thrashmetalowe, czyli rozpędzone (Metal i piekło, Morderca), jest też coś w średnim tempie (Masz mnie wampirze). Można narzekać na niedostatek atrakcyjnych melodii, tym bardziej, że Kostrzewski czasami zbliża się do melorecytacji, a rzadko kiedy używa rymów. Raz zawodzi jak potępieniec, raz głęboko grzmi, raz wydaje z siebie nieludzki wrzask. Solówki gitarowe brzmią dość zajmująco, chociaż nie wiem, ile w nich wzorca Luczyka, a ile inwencji nowego wiosłowego – w każdym razie w Masz mnie wampirze zachowany został cytat z Moniuszkowskiej Prząśniczki.

Najbardziej melodyjny, wręcz porywający jest Diabelski dom cz. I. Na „stronie B” albumu znajduje się jeszcze Diabelski dom cz. III, oparty na z grubsza podobnym riffie. A gdzie część II? Na Oddechu wymarłych światów, trzecim albumie Kata. Poza tym najlepsze fragmenty to nawiązujące do tradycji NWOBHM Noce Szatana i finałowe Czarne zastępy z jedną z najlepszych solówek oraz monumentalna pieśń o Abbadonie, Czas zemsty. Na ile satanistyczne deklaracje Kostrzewskiego były wyrazem jego autentycznych poglądów życiowych, to temat na oddzielną dyskusję, ale dojrzały słuchacz wie, że piosenki niekoniecznie należy traktować jako instruktaż.

Szkoda, że przy okazji nie dorzucili bonusu w postaci nowej wersji Ostatniego taboru, który w latach 80. wyszedł tylko na singlu.

 

Yes, Going for the One, 1977

Na swoim ósmym albumie studyjnym grupa Yes jeszcze się nie poddała Wielkiemu Konformizmowi Rockowemu, choć epoka już skłaniała do tego. Do zespołu powrócił po przerwie czarodziej klawiatury Rick Wakeman.

Co prawda na albumie znalazło się pięć utworów, podczas gdy na poprzednich miewali po trzy (albo cztery na dwupłytowym), więc można powiedzieć, że faktycznie uprościli kompozycje. Znakiem nowych czasów była też zmiana artysty okładkowego: zamiast oniryczno-fantastycznych krajobrazów Rogera Deana pojawił się surrealistyczny fotomontaż z gołym tyłkiem – bez czytania listy płac znać dzieło agencji Hipgnosis.

Płytę zaczyna dynamiczna zagrywka na gitarze techniką slide, czyli coś niespecjalnie kojarzącego się z twórczością Yes. Steve Howe używa tej techniki również i w solówce utworu tytułowego, a poza tym występują stałe fragmenty: ezoteryczny tekst, wysoki, „anielski” głos Jona Andersona, pod koniec wchodzący w barwne harmonie, i olśniewająca faktura klawiszowa. Wszystko to w pięć i pół minuty, więc niezwykle lapidarnie jak na Yes. Pod osiem minut podchodzi Turn of the Century, ale to z kolei kompozycja łagodna i oniryczna, może nawet aż za bardzo. Bardziej mi się podoba Parallels: niesiony kościelną barwą organów i mocną linią basową Chrisa Squire’a, ma w sobie coś z ducha Siberian Khatru. Wondrous Stories to drugi oniryk, ale ciekawszy niż Turn of the Century, m.in. ze względu na wykorzystanie syntezatora Mooga.

Finałowy, 15-minutowy Awaken rozpoczyna partia fortepianu. Po kolejnym przynudnawym wstępie a la new age zaczyna się wreszcie coś dziać, pojawiają się skomplikowane struktury instrumentalne, gdzieś dalej wyciszenie i koda. Znów słychać kościelne organy – Wakeman wykorzystał na tej płycie instrument z kościoła św. Marcina w Vevey, szwajcarskim mieście, gdzie 61 lat wcześniej zmarł Henryk Sienkiewicz (zespół bazował wówczas w Montreux).

W reedycji dodane zostały bonusy. Są to wersje robocze prawie wszystkich utworów z płyty – przy czym nie ma Wonderous Stories, a wczesna wersja Awaken nazywa się Eastern Numbers. Going for the One występuje na surowo, bez wokalu i klawisza, i generalnie stanowi raczej gitarowy popis Howe’a. Turn of the Century występuje w wersji bardziej gitarowej i ciekawszej niż na albumie. W pozostałych nie pojawiają się organy kościelne, które trafiły do wersji ostatecznych. Poza tym znalazły się krótkie instrumentalne impresje ze Szwajcarii: Montreux’s Theme i Vevey (także z kościoła – duet Wakemana na organach z Andersonem na harfie). Jest też XIX-wieczna pieśń religijna Amazing Grace, zagrana przez Squire’a wyłącznie na basie.



wtorek, 14 kwietnia 2026

Per Asparuch ad astra (z frontu czytelniczego, 2/2026)

 

Znalazłem w końcu moment, żeby wrócić do tematyki okołobizantyjskiej. Zacząłem od zachodnich sąsiadów Cesarstwa.

 

8. David Marshall Lang, Bułgarzy. Od czasów pogańskich do podboju przez Turcję Osmańską, przeł. Hanna Olędzka, Warszawa 1983 (z serii małej ceramowskiej)

Zacząłem od książki z tej samej serii, z której kilka lat temu czytałem o Lapończykach. David Marshall Lang (zm. 1991) był brytyjskim kaukazologiem, autorem prac m.in. o Gruzji i Armenii (dwie z nich nawet ukazały się już wcześniej po polsku). Tematyką bułgarską zainteresował się na marginesie głównej działalności, gdy w 1967 r. pojechał do Bułgarii studiować wpływ kulturowy tamtejszej diaspory ormiańskiej. Kraj zafascynował go na tyle, że postanowił napisać o nim książkę. Zastrzega się jednak, że ekspertem od Bułgarii nie jest, więc jego praca może zawierać błędy.

Właściwie jest to niezłe dla początkujących kompendium wiedzy o średniowiecznej Bułgarii. Mamy więc kolejno omówienie warunków geograficznych tego kraju oraz różnych grup etnicznych, które pozostawiły na nim swoje piętno, od Traków poczynając. Warto przypomnieć, że o ile dzisiejsi Bułgarzy są Słowianami, dawni Protobułgarzy byli tureckim ludem koczowniczym, który przez wieki przyczyniał Grekom bizantyjskim wiele bólu głowy, aż wreszcie jeden z jego odłamów, pod wodzą Asparucha, postanowił się osiedlić na zeslawizowanych Bałkanach i z czasem sam się zeslawizował.

Dalej następuje zarys historii Bułgarów – od czasów pogańskich, przez chrzest Borysa i imperium Symeona, upadek pod purpurowym butem Bazylego Bułgarobójcy i okres zależności od Bizancjum, a następnie odrodzenie państwowości, car Kałojan, dynastia Asenidów… Kończy się na podboju przez Turków Osmańskich. Kolejne rozdziały omawiają herezję bogomiłów oraz osiągnięcia literatury (niemal wyłącznie religijnej) i architektury bułgarskiej. Trochę miejsca poświęcono Cyrylowi i Metodemu oraz ich uczniom, pojawiają się tacy apostołowie Bułgarii jak św. Kliment Ochrydzki czy św. Iwan Rilski.

Czyta się szybko, ale jako ktoś, kto już wcześniej miał do czynienia z tematyką bizantyjsko-bałkańską, dostrzegam powierzchowność materii. Autor hołduje przestarzałemu poglądowi, jakoby cyrylica była starsza od głagolicy. Zaś opisując grupę etniczną Szopów, jakoby wywodzącą się od Pieczyngów, cytuje pogląd jeszcze bardziej przestarzały: „są oni wyjątkowo odrażającej rasy”, według historyka z lat dwudziestych. Takie sformułowania dziś byłyby nie do pomyślenia. O Pomakach ma zaś Lang do powiedzenia, że „siłą nawróceni przez Turków osmańskich stali się potem ich ślepym narzędziem w ciemiężeniu chrześcijan”. Nikt z „bułgarskich przyjaciół i kolegów” najwyraźniej nie uświadomił go, że za władzy ludowej to Pomacy stali się ciemiężeni. Słowa, że „Bułgarzy, jako nacja, zawsze mieli opinię ludzi o zdrowym i heteroseksualnym podejściu do życia”, można skomentować tylko w kontekście tego, że oskarżenia bogomiłów o rozpasany homoseksualizm doprowadziły ongiś do urobienia od nazwy Bułgarów obraźliwego określenia w paru językach zachodnich.

Można odnieść wrażenie, że nie tylko autor, ale i tłumaczka podeszła do tematu powierzchownie. Przykładowo, greckie wyrazy i imiona występują niera w brzmieniu zlatynizowanym, czego można się spodziewać w tekście anglojęzycznym. Można przymknąć oko, że w czasach przedinternetowych turecka orientalistka Emel Esin została przez polską tłumaczkę zmieniona w mężczyznę, ale już tłumaczenie Book of Kells jako „Księga Celtów” jest trochę kuriozem. Za to czy Gagauzów na „Gaugazów” przerobiła tłumaczka, czy sam autor, można się jedynie domyślać.

Tekst ilustruje kilka map oraz dwie wklejki ze zdjęciami czarno-białymi i jedna z kolorowymi – najwyraźniej z inicjatywy polskiego wydawcy.

 

9. Stanczo Waklinow, Kultura starobułgarska (VI-XI w.), przeł. Katarzyna Wierzbicka, Warszawa 1984 (z serii dużej ceramowskiej)

Od Anglika zajmującego się naukowo Armenią większe pojęcie o Bułgarii miał z pewnością Bułgar. Tym bardziej, że archeolog Stanczo Waklinow należał do Bułgarskiej Akademii Nauk, pełnił funkcję rektora uniwersytetu w Wielkim Tyrnowie i w tymże mieście oraz w paru innych prowadził wykopaliska.

Oryginalny tytuł książki brzmiał właściwie Formowanie się kultury starobułgarskiej, zatem omawia ona proces kształtowania się etnosu bułgarskiego i jego kultury. O ile Lang był powierzchowny, to Waklinow wręcz przeciwnie. Zaczyna sprawę niemalże od Adama i Ewy, a właściwie od kultury przeworskiej (gdy mowa o Słowianach) i Hunów (gdy mowa o Protobułgarach). Generalnie jest to książka archeologiczna ze wszystkimi tego wadami i zaletami. W trakcie czytania można sobie wyobrazić archeologa jako coś pośredniego między indiańskim tropicielem a Sherlockiem Holmesem, który rekonstruuje migracje różnych ludów, stosunki między nimi i zmiany w trybie życia na podstawie skorup znajdywanych w różnych warstwach. Najmniej ciekawe jest w sumie pierwsze 100 stron, dotyczące wędrówek ludów i wymiany kulturalnej, o których można wnioskować tylko pośrednio.

Sprawa się rozkręca, gdy pojawiają się już konkretne duże zabytki do omówienia. Tak więc drobiazgowo scharakteryzowany został kompleks pałacu chanów w Plisce, płaskorzeźba jeźdźca w Madarze, zabytki Presławia, a także cmentarze i temu podobne. Prócz dużych zabytków przedstawiona jest też drobnica w postaci naczyń, biżuterii, a także inskrypcji naskalnych (w czasach pogańskich wykonywano je głównie po grecku).

Drugim ważnym etapem były czasy chrześcijańskie (IX-XI w.), o których można już powiedzieć więcej konkretnego – pojawiają się zatem rozmaite cerkwie budowane specjalnie w tym celu (w odróżnieniu od przerobionych świątyń pogańskich). Centralą kultury i ogólnie państwa był Presław. Zabytki starobułgarskie sięgają jednak także rumuńskiej dziś Dobrudży. W czasach dominacji Presławia nastąpił generalny rozwój kultury starobułgarskiej, w tym rzeźby. Kiedy wschodnia Bułgaria znalazła się pod panowaniem bizantyjskim, ciężar kulturalny przeniósł się w takie miejsca jak Ochryda, położone dziś w Północnej Macedonii. Ten okres został już jednak potraktowany całkiem skrótowo.

Tłumaczenie było dość porządne, natomiast konsultant naukowy, Leszek Gajewski (archeolog z UMCS), dorzucił przypisy u dołu strony, korygując niektóre stwierdzenia autora. Przypisy samego Waklinowa znajdują się na końcu książki, a w części dotyczącej okresu chrześcijańskiego prowadzi w nich częstokroć polemikę ze Stefanem Bojadżijewem.

Tekst zawiera 24 ryciny i 3 mapy, a na wkładkach znalazło się 19 ilustracji czarno-białych i 8 kolorowych (w tym dwie dublują się z książką Langa). Zasadniczą wadą książki jest to, że zawiera za mało obrazków, przez co trudno sobie nieraz wyobrazić opisywane tak drobiazgowo zabytki.

 

9,5. Timothy Dawson, Angus McBride, Bizantyjski piechur.
Cesarstwo Wschodniorzymskie ok. 900-1204
,
przeł. Mateusz Fafiński,  Oświęcim 2017 (Osprey Warrior nr 118))

Zainteresowanie wojskowością Bizancjum skierowało mnie ku wydanemu u nas Ospreyowi na ten temat. Timothy Dawson jest bizantynistą i rekonstruktorem, a więc specjalistą w tej dziedzinie (nawet na portalu Academia ma zdjęcie profilowe w stroju z epoki), zaś 118. tom serii Warrior ukazał się pierwotnie w roku 2006.

Okres 900-1204 jest atrakcyjny dla historyków bizantyjskiej wojskowości. Są to czasy walecznego Bazylego II, przebiegłego Manuela Komnena, tragicznego Romana Diogenesa, jak też Leona Filozofa i Konstantego Porfirogenety, którzy zbyt waleczni nie byli, za to pozostawili dość szczegółowe dzieła na temat armii cesarstwa. Podręczniki wojskowości pisali zresztą nie tylko cesarze. Autor powołuje się na te dzieła, ale mimo wszystko w wielu przypadkach dokonuje ekstrapolacji – dużo więcej wiadomo o armii jako takiej niż o warunkach służby typowego żołnierza piechoty. Tym bardziej, że służba w kawalerii była bardziej prestiżowa, a źródła nie zawsze stwierdzają wyraźnie, o którym rodzaju broni mowa.

Tak czy inaczej, omówiona zostaje ogólna sytuacja Wschodniorzymu w tym okresie, broń, uzbrojenie ochronne (w tym okresie popularne były przeszywanice zamiast zbrój metalowych, a autorzy podręczników brali pod uwagę, że armia może działać z ograniczonym budżetem). Wspomniano co nieco o rekrutacji, szkoleniu, warunkach służby i doświadczeniu bitwy. Autor nie zapomniał o wyżywieniu wojska, podrzucając nawet jeden przepis. Co się zaś tyczy mentalności, to w Bizancjum zabicia przeciwnika na polu bitwy nie uważano za moralnie odmienne od każdego innego zabójstwa, więc żołnierze poświęcali wiele czasu na odprawianie pokuty.

W Ospreyu jak zwykle liczy się głównie warstwa ikonograficzna. Na ilustracje czarno-białe składają się zdjęcia zabytków (twierdze bizantyjskie, freski i inna ikonografia), jak i parę schematów poglądowych. Autor dodał też fotografie z własnej praktyki, przedstawiające współczesne rekonstrukcje ubioru i zbroi, w tym na sobie samym. Osiem tablic barwnych namalował niezrównany Angus McBride, jednak był to już ostatni Osprey, jakiego zrealizował przed śmiercią w 2007 r., i widać trochę spadek formy: mniej wyraziste linie, mniejsza szczegółowość, w dodatku na żadnej z plansz nie ma jego trademarkowych ptaków w tle. Są to trzy wizerunki piechurów z poszczególnych okresów oraz pięć sytuacji, w których mogli się znaleźć. Ilustracja przedstawiająca obrońców obleganej twierdzy zawiera hipotetyczną rekonstrukcję miotacza ognia greckiego, który kojarzy mi się z saturatorem.

Tłumaczenie jest w porządku, chociaż zdarzają się potknięcia typu „kontynuował dalej”, a bułgarskie Tyrnowo widnieje na mapie jako „Trnovo”, przynajmniej dobrze, że nie Tarnobrzeg.

 

10. Michaił Capienko, Sofia, Tyrnowo, Płowdiw, przeł. Irena Maryniakowa,
Warszawa 1983 (z serii Artystyczne stolice świata)

Teraz skok w nieco nowsze dzieje Bułgarii. Ukraińsko-radziecki historyk sztuki – oprócz Bułgarii zajmujący się przede wszystkim architekturą Ukrainy, a szczególnie Połtawszczyzny – wydał pierwotnie książkę w serii Goroda i muziei mira, po czym, wraz z kilkoma innymi pozycjami z tej samej, ukazała się po polsku w ramach kieszonkowej serii wydawnictwa Arkady.

O ile Waklinow był mocno specjalistyczny, to Capienko ma bardzo lekkie pióro i kieruje swój wywód do czytelnika popularnego – stąd np. sporo zachwytów nad przyrodą. Czyta się to generalnie jak przewodnik, bardzo szybko, tym bardziej, że zawiera sporo obrazków. Co prawda odczuwa się pewne skrzywienie ideologiczne (ten zachwyt nad dymiącymi kominami!), ale podejrzewam, że bez tego książka nie mogłaby się ukazać w Sawieckim Sajuzie.

Najwięcej miejsca poświęcono Sofii – przedstawione zostały najważniejsze budynki w centrum, a szczególnie wyróżniono zabytki najstarsze, jako to cerkiew Jerzego i sobór Sofii. Dalej przechodzi autor do omówienia zbiorów muzealnych. Przy tej okazji przeprowadza jakby krótki zarys kultury bułgarskiej, od Traków, przez średniowieczne carstwo, po okres odrodzenia narodowego w XIX wieku. W okolicach Sofii omówiony jest Rilski Monastyr i parę innych miejsc.

Rozdział o Tyrnowie zawiera dygresję o bułgarskim snycerstwie, a poza samym Tyrnowem omówione są pozostałe dawne stolice – Madara, Pliska i Presław, a także okolice. Podobnie rozdział o Pulpudewie, znaczy Płowdiwie, zahacza o Starą Zagorę, Kazanłyk ze słynnym trackim grobowcem i Asenowgrad.

Ikonografia nie zawodzi, chociaż w większości jest czarno-biała, poza jedną wklejką. W pewnym stopniu nawet uzupełnia Waklinowa, bo znalazł się model Wielkiej Bazyliki w Plisce, którego w tamtej książce zabrakło. Z nowszych budynków pojawił się hotel „Riła” i gmach KC – dziś siedziba Zgromadzenia Narodowego. Są też przykłady zabytków sztuki użytkowej i XIX-wiecznego malarstwa, jak również rzeźbione detale z ikonostasów. Podobnie jak w dwóch wyżej omówionych książkach, nie zabrakło fotografii Jeźdźca z Madary, ale w tym przypadku jest ona najbardziej niewyraźna.