W lutym trafiły mi się bardzo udane nabytki na
Faradaguła, a do tego zamówiłem w internetach coś bardziej niszowego. Aż dwukrotnie,
u dwojga różnych wykonawców, pojawiła się parafraza cytatu „Hell hath no
fury like a woman scorned” ze sztuki Williama Congreve’a, błędnie przypisywanego
Szekspirowi.
R.E.M., Up, 1998
Zaklajstrowałem dziurę w
dyskografii R.E.M. Up był to pierwszy album, na którym grupa z Athens w
Georgii (Aten w Gruzji) występowała jako trio: perkusista Bill Berry po
operacji tętniaka mózgu musiał przejść w stan spoczynku. Koledzy postanowili
jednak nie przyjmować na stałe nikogo na jego miejsce, tylko korzystać z bębniarzy
sesyjnych. Na tej płycie byli nimi Barrett Martin (głównie Screaming Trees, ale
grał już kiedyś z Peterem Buckiem w grupie Tuatara) i znany sesyjniak Joey
Waronker.
Zgodnie z modą końca wieku („drugi konformizm
rockowy”), brzmienie zostało zelektronizowane. Otwieracz Airportman to
wręcz murowany sposób, żeby zniechęcić słuchacza: cztery minuty elektronicznego
przynudzania z szepczącym Michaelem Stipe’em; mój egzemplarz jest w tym miejscu
uszkodzony i po odsłuchaniu utworu z YouTube uznałem, że nic nie straciłem.
Znajoma stylistyka R.E.M.
powraca dopiero w drugim utworze, Lotus, chociaż i on ma „nowoczesną”
aranżację, zdominowaną przez fortepian elektryczny i jakiś syntezator, ale
gitara też się w końcu wyłania. Pomimo nowinek aranżacyjnych, szkielet
pozostaje zwykły dla R.E.M.: nastrojowe piosenki, śpiewane głosem jakby
skulonym. Gdzieniegdzie pojawia się sekcja smyczkowa. Trzeci z kolei Suspicion,
powolny i nastrojowy, pokazuje, że z elektroniki można korzystać z umiarem. Hope
opiera się na powtarzanym w kółko, zachrypniętym metalicznym motywie
syntezatora albo jakichś dziwnych organów, który może potencjalnie irytować.
Nie ma tu utworów tak przebojowych jak na płytach zespołu z lat wczesnych dziewięćdziesiątych, a już zupełnie brakuje czegoś żwawszego, pogodniejszego (Lotus chyba jako jedyny mieści się najbliżej). Największy potencjał ma ballada At My Most Beautiful – przywołująca jakby atmosferę Nightswimming, oraz wybrany do promocji Daysleeper.
Jamiroquai, A Funk
Odyssey, 2001
Jeden z albumów „Żamiroke”
całkiem mi się spodobał, więc czemu by nie spróbować kolejnego, zwłaszcza, że
był dostępny za 2 złote.
Cóż powiedzieć… To w dalszym
ciągu tzw. acid jazz, co w praktyce oznacza łączenie tradycyjnego funku/soulu
ze zdobyczami elektroniki przełomu wieków. Już od początku, w Feels So Good i
Little L, dominują tłuste, taneczne groovy basowe, jakie nie brzmiałyby
dziwnie w dyskotece późnych lat siedemdziesiątych. Gdzie trzeba, wzbogacone są
np. stylowymi smyczkami, gitarowym podcinaniem, efektem klaskania albo
zagęszczonymi latynoskimi perkusjonaliami. Fajnie brzmi poza tym Love Foolosophy
oraz mój ulubiony Stop Don’t Panic. Za to Twenty Zero One najbardziej
zbliża się do muzyki klubowej – praktycznie sama elektronika. Z ogólnie
tanecznego materiału wyróżniają się ballady: wonderowo-prince’owata Corner
of the Earth i bardziej akustyczna Black Crow, a także Picture of
My Life, niby kończąca cały zestaw, ale potem jeszcze pojawia się
ukryty utwór z funkowej kategorii.
Album stoi na wysokim poziomie wykonawczym, ale jest na tyle jednorodny, że można mówić o monotonii, i ustępuje Travelling Without Moving (np. nie ma dzidziridu).
Cyndi
Lauper, Twelve Deadly Cyns… And Then Some, 1994
Najpopularniejsza płyta
Cyndi Lauper, She’s So Unusual, ostatnio mi się wymyka, więc na razie
zadowoliłem się składanką największych przebojów. Ponieważ artystka nagrała do
tamtej pory cztery płyty, to można się było spodziewać dużej reprezentacji
debiutu. Spora część tych hitów to przeróbki, ale mniejsza o to.
W latach osiemdziesiątych
Lauper zwróciła na siebie uwagę drapieżną charyzmą i barwnym imażem, choć głos
ma wysoki, co dla niektórych może być granicą nie do przejścia. Nie ona
pierwsza śpiewała Girls Just Wanna Have Fun, ale to ona przekształciła
tę piosenkę w sprężysty feministyczny hymn. Równie atrakcyjnie wypada zadziorny
Money Changes Everything (przeróbka The Brains) oraz drugi największy
przebój Lauper, spokojniejszy Time After Time. Produkcja jest oczywiście
typowa dla muzyki pop tamtych czasów: bębny elektroniczne, syntezatory i temu
podobne. W sesji wzięli udział gitarzysta Eric Bazilian, lider grupy The
Hooters („gwiazdy jednego przeboju” pod tytułem Johnny B., chociaż na
dobrą sprawę te przeboje były dwa, bo jeszcze All You Zombies), i afrykanerski
perkusista Anton Fig (znany ze współpracy z Kiss).
Przeboje z kolejnych płyt są
dość podobne. Tu zapadają w pamięć Change of Heart i I Drove All
Night – kolejne przykłady wzorcowej osiemdziesiętnej produkcji muzycznej –
oraz kolejny wielki hit, ballada True Colors, później przerobiona przez
Phila Collinsa. Jest też kower What’s Going On, soulowego klasyka Marvina
Gaye’a, w którym gra na gitarze Adrian Belew (znany m.in. z King Crimson), ale
za bardzo nie pokazuje pazurów – inna sprawa, że to remisk z siedmiocalowego
singla, a nie oryginał z płyty. Do
materiału z czterech regularnych albumów Cyndi Lauper dorzucone zostało The
World Is Stone z kanadyjskiego musicalu Tycoon, z ciepło
melancholijnym syntezatorem.
„Dwanaście grzechów głównych”, a co się kryje pod dopiskiem „And Then Some”? Świeże utwory to rozpoczynająca cały zestaw pościelówa ze skrzypcami I’m Gonna Be Strong, nowa, uregałowiona wersja Girls Just Wanna Have Fun oraz jeszcze jedno reggae Come On Home.
Orphaned
Land, Mabool. The Story of the Three Sons of Seven, 2004
Dla odmiany zespół
izraelski. Gdyby to dla kogoś było kontrowersyjne, to należy dodać, że
członkowie Orphaned Land są zwolennikami pokojowej koegzystencji
żydowsko-arabskiej i ekumenizmu trójabrahamowego, czemu dają wyraz w swoich
utworach. Mają też dużą fanbazę w krajach arabskich i współpracują z arabskimi
artystami, kiedyś zagrali nawet wspólną trasę z palestyńską kapelą metalową Khalas.
Mabool to – jak wskazuje tytuł –
reinterpretacja opowieści o biblijnym potopie. W libretto nie wczytywałem się
specjalnie, ale śpiewają zarówno po angielsku, hebrajsku, jak i arabsku, a
gdzieś tam nawet wyłania się recytacja po łacinie. Muzycznie materiał jest
bardzo epicki – progresywny metal z elementami etnicznymi. Do elementów tych
należą bliskowschodnie zaśpiewy męskie, żeńskie i chóralne, a także regionalne
instrumenty strunowe, jak saz, buzuki czy oud (gra na nich gitarzysta Yossi
Saharon). Podobnie różnorodną paletę ekspresji prezentuje lider i wokalista
Kobi Farhi – od melodyjnego śpiewu, przez recytację, po ryki, które pojawiają
się już w początkowym Birth of the Three, ale nie kłują za bardzo
w uszy, jako osadzone w melodyjnej tkance muzycznej. Za wokal żeński odpowiada Shlomit
Levi, Jemenitka, która pierwszoplanową partię odgrywa w akustycznym A’salk.
Album składa się z utworów
na ogół bardzo długich (powyżej 6 minut) i wielowątkowych, pełnych melodyjnych
momentów. Przy tym kompozycje są przemyślane i nie sprawiają wrażenia chaosu. Jazdę
metalową przeplatają spokojniejsze utwory akustyczne, jak np. Building the
Ark, gdzie sposób wykorzystania chóru kojarzy mi się z Therionem, tyle że,
hm, wektor ideologiczny ciut odmienny. Do promocji wybrano faktycznie melodyjny
Norra El Norra – zaśpiewany po hebrajsku, ale na bazie tradycyjnej
melodii egipskiej. Zaczyna się akustycznie, a potem następuje mocniejsze
przywalenie i do tego solo fortepianu. Nastrojowy instrumental The Calm
Before the Flood poprzedza wielki epicki finał – wizję powodzi, w której
zawiera się summa całego albumu. Najpierw Mabool (The Flood), oczywiście
z szumem deszczu i biciem gromów. Smyczkowe preludium wprowadza ostrą, rozpędzoną
część metalową. Przechodzi on płynnie w
część drugą – The Storm Still Rages Inside, wolniejszy i bardziej
podniosły; gitarzysta gra tu sporo partii solowych, a na sam koniec odzywa się
chór. Płytę wieńczy kolejny akustyczny instrumental gitarowy
Wydanie zostało wzbogacone o bonusowy dysk The Calm Before the Flood z zapisem akustycznego koncertu w Tel Awiwie (Wiosnowzgórzu) z sierpnia 2002. Zawiera on wybór utworów z dwóch pierwszych płyt zespołu, z czego trzy podane zostały w całości, a siedem – w postaci dziewięcioipółminutowej wiązanki The Orphaned’s Medley. Do tego jeszcze Mercy – przeróbka grupy Paradise Lost, zaaranżowana z orientalną lutnią. Publiczność reaguje dość entuzjastycznie.
Fleetwood Mac, Live,
1980
Ta dwupłytowa koncertówka
prezentuje trójgłowe oblicze Fleetwood Mac u szczytu formy, po wydaniu albumu Tusk.
Nagrania pochodzą z różnych miast, głównie amerykańskich, w tym po trzy z
Cleveland i Santa Monica (w tym drugim przypadku był to kameralny występ dla
ekipy i przyjaciół). Poza USA reprezentowane są: Paryż i Londyn (po dwa razy)
oraz Tokio. Książeczka zawiera wykaz wszystkich koncertów w tej trasie
koncertowej od października 1979 do września 1980, z czego w czerwcu trafili do
Europy – Zurych jest tu zaliczony do Niemiec! A właściwie nie było wtedy Niemiec,
tylko RFN i NRD (w tym drugim oczywiście nie grali).
Nie bardzo jest się co
rozpisywać: grupa po prostu zaprezentowała najlepsze utwory ze swoich trzech
ostatnich płyt, w tym takie hity jak Rhiannon czy Go Your Own Way.
W wersji na żywo są one nieco surowsze niż w studio, Lindsey Buckingham dokłada
czasem do pieca na gitarze czy nawet się wydrze, nie zapomina o solówkach (Say
You Love Me), a Not That Funny rozciągnął swoimi popisami do
dziewięciu minut.
Materiał znany i sprawdzony
uzupełnia parę ciekawostek. Dwie z nich to nowości: Fireflies Stevie
Nicks i One More Night Christine McVie, jednak nie dorównują
Fleetwoodowej klasyce. Dwie pozostałe to staroci wręcz prehistoryczne w tym
kontekście: countrowaty Don’t Let Me Down Again z płyty nagranej przez
Nicks i Buckinghama przed dołączeniem do zespołu oraz ukłon w stronę
założyciela Fleetwood Mac, Petera Greena – skrócona, przyczadowiona wersja Oh
Well.
Miałem już w kolekcji jeden koncert tego składu Fleetwoodów – The Dance, nagrany po reaktywacji w 1997. Dlatego kiedy tak samo jak na tamtym zagrali Go Your Own Way i przebrzmiały ostatnie dźwięki Don’t Stop, myślałem, że to już koniec. Ale byłem w błędzie: na finał trafiło świetnie narastające, ośmiominutowe I’m So Afraid Buckinghama, a na bis przeróba The Farmer’s Daughter Beach Boysów.
Lita Ford, Dangerous
Curves, 1991
W latach osiemdziesiątych,
okresie największej popularności heavy metalu, również i artystki żeńskie
wykazały się w tym stylu. Do popularniejszych należała Lita Ford, która
wcześniej występowała w The Runaways razem z Joan Jett, a z początkiem dekady
rozpoczęła działalność solową, wykorzystując imaż jasnowłosego wampa mocno
bębniącego w gitarę. Zaliczyła nawet duet z Ozzym Osbourne’em, który stał się
jej największym hitem.
Dangerous Curves, piąta płyta Ford, ukazała
się w momencie, kiedy soft metal odchodził już do lamusa. Mimo wszystko jest
całkiem przyzwoita, chociaż trudno mówić o oryginalności muzycznej. Najbardziej
spodobały mi się dwa przeboje singlowe: melodramatyczna półballada One Shot
of Poison (byłaby balladą, gdyby nie spora motoryka) oraz przede wszystkim
bardzo melodyjny Playin’ With Fire. W tej samej kategorii mieści się Little
Too Early z refrenem trochę a la zadziorniejsze Bon Jovi. Napisali go na
spółkę znany gitarzysta Al Pitrelli (wówczas współpracownik Alice’a Coopera), wokalista
Rainbow (i przejściowo Deep Purple) Joe Lynn Turner, a także niejaki Richie
Blakemore. To nie pomyłka, Ritchie Blackmore nie miał z tym przedsięwzięciem nic
wspólnego. Ze szkoły Bon Jovi pochodzi też refren Holy Man, z tekstem
perwersyjnie wykorzystującym motywy religijne.
Typowa ballada, z wykorzystaniem fortepianu, nazywa się Bad Love. Z bardziej zadziornych rockersów mało który jest prawdziwie porywający, przypominają raczej solidne, rzemieślnicze walenie w żelazo. Cała płyta zaczyna się od tandemu Larger than Life i What Do Ya Know About Love. W połowie wypada sześciominutowy Hellbound Train – najdłuższy i najcięższy, ale też robi najmniejsze wrażenie. Lepiej wypada finał Tambourine Dream, w którym ciężkie riffy kontrastują z gitarami akustycznymi i chórkiem w refrenie. Lita Ford nawiązuje też do wykreowanego już na pierwszej płycie wizerunku drapieżnej pajęczycy. Najpierw w ostrym Black Widow z niby-orientalnym motywem klawiszowym, a potem w końcowym, posępnie patetycznym instrumentalu Little Black Spider.
Pavol
Hammel, Marián Varga, Radim Hladík, Na II. programe sna, 1977
Pod choinkę dostałem
przewodnik płytowy Pawła Nawary Rock za żelazną kurtyną. Tom 1:
Czechosłowacja 1964-1979. Wkrótce też zacząłem zgłębiać, a gdy tylko
wydarzyła się okazja, zdobyłem na Allegro, i to dość tanio, album, który po
wstępnym przesłuchaniu przypadł mi do gustu.
Mamy tu do czynienia z
supergrupą czechosłowackiego, a głównie słowackiego rocka. Wokalista Pavol
Hammel i organista Marián Varga współtworzyli w latach sześćdziesiątych czołowy
na Słowaczyźnie zespół Prúdy. Potem Varga odszedł, aby realizować się we
własnym Collegium Musicum. Rozstanie przebiegło jednak w dobrych stosunkach,
skoro obaj muzycy kilkakrotnie jeszcze współpracowali. Za drugim razem na
trzeciego dołączył gitarzysta Hladík, lider czeskiego Modrego Efektu.
Akompaniowali basista Ivan Belák oraz trzej perkusiści (nie wszyscy naraz) –
Dušan Hájek, Pavol Kozma i Peter Szapu. Wszyscy czterej także powiązani z
Collegium Musicum.
Collegium słynęło z trudnego
rocka progresywnego, nawiązującego do muzyki poważnej, opartego przede
wszystkim na brzmieniu organów. Hammel dla odmiany grawitował w stronę popu, a jego
największy hit Učiteľka tanca, wydany kiedyś na singlu Tonpressu, był już
w ogóle całkiem estradowy. Wspólne płyty Hammla i Vargi wydają się stanowić
złoty środek: „barokowy pop”, atrakcyjny melodycznie i bogato zaaranżowany,
niekiedy z ostrzejszymi zagrywkami – porównywalny do naszych Skaldów. Hladík
był najniższy z całego tria i płyty nie zdominował także muzycznie – rządzą
organy Vargi i głos Hammla. Partie gitarowe doceniłem dopiero za którymś
przesłuchaniem.
Do bardziej rockowej części
repertuaru należy utwór tytułowy z nieco nerwowym riffem organowym. Utrzymany w
średnim tempie S chodníkom na chrbte, rozpoczęty zagrywką gitarową a la
Focus, przechodzi z melodyjnej piosenki do rozbudowanej części instrumentalnej
z solówkami. Zanim ucichnie repryza, mija siedem minut. Stosunkowo ostre są też
fragmenty piosenki Lodička z papiera, kontrastujące naprzemiennie z
całkiem łagodnymi. Jakby santanowska gitara rzuca się w uszy w
funkowo-soulującym V zelenej pamäti, chociaż tam zagrał również Tomáš
Rédey z grupy GATTCH i trudno mi powiedzieć, czy to są partie jego, czy
Hladíka. Warto poza tym wspomnieć niezbyt czadowy, ale szybki i zwariowany Letia
husy.
Poza tym jest na płycie
podniosła Ľalia poľna z kościelnym brzmieniem organów i chórem,
nawiązujący otwarcie do Mozarta Papageno z Novej Vsi i swingujące Na
schodoch gymnázia, gdzie Varga pokazuje się jako pianista. Bardzo dobre
wrażenie robią nastrojowe piosenki zaaranżowane na fortepian i smyczki: Náhle
i Voda. Szkoda tylko, że obie bardzo krótkie (1:36 i 1:03), ale z
drugiej strony są dziełami skończonymi i bez sensu by było na siłę je rozciągać.
Autorowi wspomnianego
przewodnika nie przypadły do gustu interwencje żeńskich chórków – dla mnie są w
porządku, trochę w klimacie gościnnych występów Alibabek u Skaldów Co prawda Správne
žiť faktycznie brzmi już bardziej estradowo, nie tylko z chórem, ale i z
trąbami. Całości dopełnia dixielandowy Až túto moju pieseň dohrajú z
udziałem Revival Jazz Band.
Reedycja zawiera co
pomniejszony projekt oryginalnej okładki – w obwódce imitującej blaszaną
powierzchnię. Nie lubię takich „okaleczonych” opracowań, ale co poradzić, skoro
nie ma innego wydania. Na tejże obwódce, oprócz Hammla, Vargi i Hladíka,
wymieniony został jeszcze Peteraj (Kamil, autor tekstów). Za to w środku
przyzwoity artykuł i kilka zdjęć.










