niedziela, 1 marca 2026

Skorupiony, kosmici, górnicy, czyli płytowe pozostałości z grudnia

 

W grudniu roku poprzedniego miałem tak obfite żniwa płytowe, że niektóre pozycje pozostawiłem sobie na następny miesiąc.

 

The B-52’s, Good Stuff, 1992

Na początek roku, jak zwykle, płyta takiego zespołu, co go jeszcze nie miałem. Nazwa The B-52’s (od pewnego momentu pisali się bez apostrofu) odnosi się nie tyle wprost do amerykańskich bombowców, co do popularnej w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych fryzury „na bombę”, którą zaadaptowały także wokalistki grupy.

Sam zespół, choć powstał w epoce nowofalowej, też chętnie nawiązywał do ówczesnej muzyki i szerzej popkultury, w tym do kiczowatego pulpowego sajęs fikszyn. Dysponował też najbardziej denerwującym triem wokalnym, które tworzyli Fred Schneider, śpiewający bliskim melorecytacji głosem złośliwego diabła, oraz świdrujące soprany Kate Pierson i Cindy Wilson.

Good Stuff było szóstym albumem grupy. W tym okresie skład B-52’s ograniczał się do tria: Schneider, Pierson oraz Keith Strickland, którzy przekwalifikował się z perkusisty na gitarzystę. Pierwotny gitarzysta, Ricky Wilson, zmarł na AIDS w 1985, a jego siostra Cindy podczas nagrywania płyty była na urlopie macierzyńskim (na trasie koncertowej jej obowiązki przejęła śp. Julee Cruise, znana z Miasteczka Twin Peaks). Podstawowy skład wspierała cała bateria muzyków sesyjnych, w tym Jamie Muhoberac, Don Was, Lenny Castro i śp. Jeff Porcaro.

Początek płyty poprawia mi nastrój: dynamicznie rockandrollowy Tell It Like It T-I-Is, bezwstydnie campowe Hot Pants Explosion oraz taneczny utwór tytułowy wzbogacony solówką saksofonu. Nie tak zwariowany jest Is It You Mo-Dean? w średnim tempie, ale tekst znów nawiązuje do kosmicznej tematyki. Spokojniej robi się w Revolution Earth z idyllicznymi harmoniami wokalnymi – tego typu utwory musiały być inspiracją dla olsztyńskiego Big Day. Mniej mi przypadł do gustu Dreamland, gdzie łagodny męski głos nie przypomina zwykłej złośliwej maniery Freda, a rytm wydaje się maszynowy (choć podobno na perkusji gra tu Sterling Campbell), co zbliża utwór do norm jakiegoś Madchesteru; w dodatku ciągnie się prawie siedem minut. Zwracają też uwagę pobrzękiwania hinduskich perkusjonaliów, na których grają zaproszeni gościnnie krysznowcy. Mniej ekscentryczny głos Schneidera powraca w Breezin’ (ten już przynajmniej wprawia człowieka w łagodny trans), natomiast w Vision of a Kiss i finałowym Bad Influence wraca do normy.

Ciekawostką jest The World’s Green Laughter – w zasadzie instrumental oparty na… śpiewie ptaków, do którego rytmu i melodii dopasowana jest aranżacja (zawsze uważałem, że ktoś powinien skomponować coś takiego). W książeczce jako „wokal” wymienione są ryżojad i pipil rudogłowy, a jako „instrumenty perkusyjne” – dzięciur czerwonobrzuchy.

 

Nick Murphy, Run Fast, Sleep Naked, 2019

Na Faradaguła pani płytowa dawała jako gratis do zakupów egzemplarz takiej płyty. Nie miałem pojęcia, co to takiego, tym bardziej, że poza nazwiskiem artysty i tytułem na grzbiecie i nalepce, oprawa graficzna nie zawiera absolutnie żadnych informacji. Ani książeczki, ani nawet tytułów utworów na odwrocie. Wygląda na to, że Run Fast, Sleep Naked to już coś dla pokolenia cyfrowego, które se sprawdzi w internetach, co trzeba. Sprawdziłem i ja, więc się przekonałem, że Nick Murphy to australijski artysta elektroniczny, wcześniej znany pod pseudonimem Chet Faker.

Płyta, wbrew moim obawom, nie składa się w większości z klubowego klubienia, tylko z nastrojowych piosenek w dość nasyconych aranżacjach (podobno taki styl nazywa się downtempo). Oprócz elektroniki słychać regularny fortepian, organy i temu podobne, a czasem nawet odzywają się jakoweś dęciaki. Sam artysta ma co prawda głos dość pospolity, nieco jękliwy, i to może być dla niektórych nie do przejścia. Wyróżnia się Harry Takes Drugs on the Weekend (co za tytuł!) ze względnie zapamiętywalnym refrenem oraz nieco podsoulowione Sanity na fortepianowych akordach. Najbardziej klubiący jest Sunlight, ale elektroniczna aranżacja wpisana została w piosenkową strukturę. Zgrzyty pojawiają się dopiero w drugiej połowie Some People, a chyba najbardziej podobają mi się dynamiczny Yeah I Care i zaśpiewany prinsowatym falsetem Novocaine and Coca Cola (sześć i pół minuty, w tym przeciągła ambientowa koda). Dwa utwory z końca, po pięć minut każdy, już się dłużą, zwłaszcza Believe (Me) ze śpiewaniem przez wokoder. W ostatnim Message You at Midnight słychać coś jakby sekcję smyczkową, a może nawet gitary, ale artysta już nazbytnio zawodzi.

Nie do końca są to moje klimata, ale nie jest też to coś, co mnie gryzie w uszy.

 


Yellowcard, Ocean Avenue, 2003

Jest to zespół, który nie zapisał zbyt znaczącej karty w historii rocka, ale kto grał w Tony’ego Hawka, ten go może kojarzyć ze ścieżki dźwiękowej.

Najkrócej mówiąc, jest to pop-punk. Można by powiedzieć, że punk kalifornijski, tyle że z Florydy. Druga rzecz, która wyróżnia Yellowcard na tle nurtu, to… skrzypce. Grający na nich Sean Mackin jest nie tylko etatowym członkiem zespołu, ale do dziś jedynym, który przetrwał wszystkie zmiany składu. Grupa nie miała natomiast na tym etapie etatowego basisty – Peter Mosely zagrał jako muzyk sesyjny.

Materiał ma charakter jednorodny i prezentuje bardziej „melancholijną” niż „wściekłą” odmianę pop-punku. Najbardziej znany jest Breathing – to właśnie on był akompaniamentem do ewolucji deskorolkowych na monitorze. Trzeba zauważyć, że najbardziej melodyjny w zestawie. Poza tym spośród podobnych do siebie melodii zapamiętałem głównie Life of a Salesman i Ocean Avenue. Skrzypce czasem wychodzą na pierwszy plan, w rozpędzonym Twentythree ciągną główny riff, w jeszcze jednym miejscu dają bardziej na folkowo, ale czasem stanowią tylko przyprawę w tle.

Z ballad najlepiej wypada Empty Apartment z rozlewnym refrenem, doładowaniami gitarowymi i dodatkową jeszcze wiolonczelą. Generalnie jednak jest ich trochę za dużo i w efekcie usmętniają cały materiał, szczególnie wtedy, gdy się trafi ich nagromadzenie, jak w finale płyty, gdzie pojawia się najpierw akustyczna One Year, Six Months, a po niej jeszcze powerballada Back Home. 

 

Kaiser Chiefs, Yours Truly, Angry Mob, 2007

            Ricky’ego Wilsona zabrakło na płycie The B-52’s, ale jest na albumie Kaiser Chiefs. Tyle że to zupełnie inny Ricky Wilson. Nazwa kapeli pochodzi od południowoafrykańskiego klubu fubtolowego z Soweto (ale tamten pisał się przez „z”: Kaizer Chiefs), w którym grał swego czasu angielski piłkarz, jegoż fanami byli muzycy.

Przedstawiciele solidnej drugiej ligi „nowej rewolucji rockowej” na swoim drugim albumie byli nadal solidnie drugoligowi. Wszystkie stałe fragmenty gry: w miarę melodyjne utwory, czasami harmonie wokalne, falsetowe zaśpiewy (Highroyds), gitary hałaśliwe, lecz bez przesady, czasem syntezator (Thank You Very Much)… W każdym razie Ruby to autentyczny przebój ówczesnego nurtu rocka niezależnego, z prostym, lecz efektywnym refrenem, w sam raz, żeby posiedzieć z fumflami przy piwie, oglądając mecz Manchesteru z Liverpoolem. Równie atrakcyjnie wypada dynamiczny Heat Dies Down. Z utworu tytułowego pamiętam natomiast przede wszystkim skandowany finał. Później jest już mniej ciekawie, bardziej jednorodnie. Zwracają uwagę ironiczne tytuły, jak ballady Love’s Not a Competition (But I’m Winning) czy szybkiego Everything Is Average Nowadays. Z kolei Boxing Champ różni się od innych tym, że to krótka piosenka z akompaniamentem samego fortepianu.

Z jednej strony utwory są dość przyswajalne, z drugiej – brakuje im czegoś, co by mocniej chwytało, ale z trzeciej – są na tyle krótkie, że się nie zdążą znudzić.


  

Gomez, In Our Gun, 2002

Znowu płyta zespołu Gomez – i znowu za 5 zł. Wcześniejszą Bring It On kupiłem w antykwariacie w Suwałkach, In Our Gun znalazła się w Częstochowie.

W dalszym ciągu jest to muzyka bardziej awangardowa niż britpop, kombinacja bluesa z nowoczesnymi brzmieniami – elektroniczny rytm, loopy, jakiś dub. W otwieraczu Shot Shot motoryczny rytm z riffem saksofonu barytonowego przynosi skojarzenie z grupą Morphine. Rex Kramer to z kolei z jednej strony aranżacja (zwłaszcza bębny) mocno elektroniczna, z drugiej pobrzmiewa harmonijka, a zagrywki gitarowe i wokal Iana Balla wywodzą się ewidentnie z bluesa. W Detroit Swing 66 syntetyczny bulgot spotyka sekcję dętą. Za to spokojniejszemu utworowi tytułowemu (z późniejszym przyspieszeniem) ton nadaje kontrabas, na którym gra gościnnie zmarły w zeszłym roku Danny Thompson (ex-Pentangle). Z podobnych „elektro-bluesów” dobrze też wypada Ruff Stuff.

Na Wikipedii napisali, że ta płyta dzieli się na dwie połowy – akustyczną i elektroniczną – ale należy to traktować jako metaforę, bo utwory z obu grup są przemieszane i nie dominują specjalnie na żadnej ze „stron”. Do bardziej zelektronizowanych należą Army Dub czy Ping One Down, a nurt akustyczny obejmuje leniwe piosenki typu Sounds of Sounds, Miles End albo 1000 Times, choć ten ostatni ma też przyspieszenie. 

 

Steeleye Span, A Stack of Songs. Their Finest Folk Recordings 1973-1975, 1996

Trudno u nas trafić na płyty jednego z najważniejszych zespołów brytyjskiego folk rocka (a przy okazji jednego z ulubionych zespołów Terry’ego Pratchetta). Dopiero w grudniu udało mi się znaleźć kompilację utworów za 5 zł. Z niewiadomej przyczyny na okładce podane są lata 1973-1975, chociaż cały repertuar pochodzi z trzech pierwszych albumów, wydanych w latach 1970-1971. Są to same utwory tradycyjne – angielskie, szkockie i irlandzkie.

Instrumentarium jest typowe dla folkloru Wysp Brytyjskich: banjo, mandolina, harmonia; rockowego charakteru nadaje brzmienie gitary elektrycznej (głównie w The Blacksmith) i sekcja rytmiczna: na basie Ashley Hutchings, były członek Fairport Convention, a na perkusji gościnnie Dave Mattacks i Gerry Conway – obaj przewinęli się zarówno przez Fairport, jak i Jethro Tull. Wokalistka Maddy Pryor ma głos dość wysoki, co może odstręczać niektórych słuchaczy. Co prawda na debiucie zespół miał drugą wokalistkę, Gay Woods  – w Dark-Eyed Sailor śpiewa pierwszoplanową partię, a w Lowlands of Holland już w ogóle solo. Słychać także i głos męski – głównie Terry Woods (mąż Gay, później wylądował w The Pogues). Oczywiście skoro folk, to muszą być i tradycyjne harmonie wokalne.

Późniejsze płyty powstały w zmienionym składzie, bez Woodsów i bez perkusji, ale za to rytm dobrze podtrzymuje gitara basowa. Są także instrumentalne wiązanki jigów i reelów. Im dalej, tym mniej elementów rocka – Four Nights Drunk to najpierw śpiew z akompaniamentem samych skrzypiec, a potem partia instrumentalna, w której do tychże dołączają inne instrumenty.

Pod względem tematyki mamy tu przekrój przez główne wątki anglo-celtyckiej muzyki ludowej. Jest grupa piosenek „zawodowych” – The Blacksmith, Dark-Eyed Sailor i Blackleg Miner (wątek społeczny – potępienie łamistrajka z wyrazistym opisem łamania mu gnatów). Lowlands of Holland mówi o służbie na wojnie w Niderlandach, a False Knight on the Road zawiera motyw spotkania z diabłem. Z kolei Four Nights Drunk to pod względem tekstowym wariant Seven Drunken Nights: mąż wraca pijany do domu i widzi przedmioty pozostawione przez innego mężczyznę, a żona mu wmawia, że to zupełnie co innego – tym razem tylko cztery zwrotki i bez sprośnej pointy. Jest też Marrowbones, czarnohumorystyczna piosenka o tym, jak pani chciała zabić pana, ale jej nie wyszło.

 

Scorpions, Eye II Eye, 1999

Ten album miałem kiedyś na kasecie. Jest to najbardziej nietypowa płyta w dorobku Scorpions. Pisałem już wielokrotnie o „wielkim konformizmie rockowym” z początku lat osiemdziesiątych. W drugiej połowie dziewięćdziesiątych nastąpił „drugi konformizm”: artyści rockowi łagodzili brzmienie, sięgali do głównego nurtu muzyki pop, wykorzystywali samplery, loopy, elektroniczną perkusję i podobne wynalazki (metalowcy mieli własną odmianę tego zjawiska, ale o tym kiedy indziej). Spotkało to i Skorupionów.

Już na początku jest… dziwnie. Ostry riff (ale niemetalowy), średnie tempo, rozbujany rytm perkusji brzmiącej jak sztuczna, chóralny refren – jedynym, co się od razu wskazuje, że to Scorpions, jest śpiew Klausa Meinego, przy czym dość łagodny. Także kolejny, singlowy To Be No. 1 z elektronicznym postukiwaniem  promowany idiotycznym teledyskiem nawiązującym do afery Clinton-Lewinsky  budzi raczej skojarzenia z produkcjami typu Da Da Da niż z czymkolwiek, co wcześniej nagrali Scorpionsi. Gdzie się podział hard rock? W każdym razie Rudolf Schenker i Matthias Jabs nie zapomnieli, do czego służą gitary, tyle że robią z nich inny użytek. We wspomnianym singlu słychać nawet solówkę o specyficznie przetworzonym brzmieniu (kaczka? talkbox?) Spośród tych ekskursji na niwie pop-rocka najbardziej spodobała mi się Priscilla. Po raz też jedyny Skorupiony wykonały utwór w swoim języku ojczystym (pomijając krótką, absurdalną partię nibyrapową po angielsku) – Du bist so schmutzig; efekt jest tak kiczowaty, że aż atrakcyjny.

Nie będą może zawiedzeni ci, dla których niemiecka grupa jest przede wszystkim dostarczycielem sentymentalnych ballad. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to stanowią one nawet większość repertuaru. Najlepiej wypadają Obsession, What U Give U Get Back i finałowa A Moment in a Million Years. Różnica w tym, że nie brzmią jak typowe ballady metalowe, a ta ostatnia to już w ogóle opiera się na fortepianie. Utwór tytułowy, poświęcony ojcom Meinego i Schenkera, jest nie tyle sentymentalny, co refleksyjny. Podobnie 10 Light Years Away, efekt współpracy z Mickiem Jonesem z Foreignera.

Śladem bardziej progresywnych ambicji grupy pozostają dwa utwory, ciężko riffowe, ale w powolnym tempie: jeden Yellow Butterfly, a drugi Mind Like a Tree, w którym gościnnie daje głos były perkusista, Hermann Rarebell. A skoro mowa o sprawach personalnych – Eye II Eye był ostatnim albumem z udziałem basisty Ralpha Rieckermanna, a na kolejnej płycie zastąpił go już Paweł Mąciwoda. 


poniedziałek, 19 stycznia 2026

Parada zaległości i podsumowanie roku (z frontu czytelniczego, 7/2025)

 

Rok 2025 był dla mnie bardzo udany czytelniczo. Przeczytałem 36 książek, czyli o 5 więcej niż w roku poprzednim. Średnia miesięczna wynosi równo 3 książki, a jeśli dodać te, które musiałem przeczytać zawodowo, to nawet przekracza tę liczbę. Nadal nie wróciłem do tematyki chińskiej (po 10 latach, od kiedy ją zainaugurowałem), jeśli pominąć krótkie opowiadanie Borgesa. Za to wróciłem do Pieśni lodu i ognia.

·         Największą grupę stanowiła dla odmiany literatura piękna. Było to 15 pozycji (42%), w tym 8 powieści (22%) i 7 zbiorów opowiadań (19%). Szeroko pojętą fantastykę reprezentowało 5 książek (14%). 5 pozycji beletrystycznych było związanych z II wojną światową.

·         Dominujące dotąd opracowania historyczne znalazły się na drugim miejscu. Było to 13 książek (36%), w tym 4 Historyczne bitwy (11%). 6 książek (17%) dotyczyło II wojny światowej, 3 (8%) – innych zdarzeń z XX wieku, 2 – średniowiecza, 2 były przekrojowe.

·         Literatura faktu sprowadzała się do biografii i autobiografii artystów muzycznych, także w formie wywiadów. Było ich łącznie 8 (22%).

·         Jeśli chodzi o miejsce akcji, 10 książek (28%) dotyczyło basenu Morza Bałtyckiego, w tym 7 Pomorza, a 3 szeroko pojętej Skandynawii. 6 pozycji rozgrywało się na ziemiach pomiędzy Odrą a Łabą (Połabie, Łużyce, NRD). 5 dotyczyło kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, a jeszcze jedna Hawajów. 4 miały miejsce w Azji (łącznie z azjatycką częścią Rosji), a 2 – w krainach fantastycznych. Polskę z dala od morza widziałem w 3 książkach; miejscem akcji jednej z nich (enerdowskiej) jest bezimienne miasto, w którym można się domyślać Częstochowej. Poza tym pojawiły się: Riwiera Francuska, Galicja (ta polsko-ukraińska), Serbia (a konkretnie Wojwodina) i Argentyna.

·         Wszystkie książki prócz jednej czytałem w języku polskim. Dla 18, czyli równo połowy z nich, był to język oryginalny. 8 pozycji (22%) powstało w języku angielskim: 7 z USA, a 1 z Wielkiej Brytanii. Przy tym ta jedna, którą czytałem w oryginale, została napisana przez Amerykanina, ale ja mam wydanie brytyjskie. 4 pozycje pochodzą z NRD: wszystkie przetłumaczone z niemieckiego, ale jedna została pierwotnie napisana w języku górnołużyckim, a przekład drugiej był także konsultowany z wersją górno- i dolnołużycką. Poza tym pojawiły się pojedyncze tłumaczenia z języków: hiszpańskiego (Argentyna), japońskiego, rosyjskiego, ukraińskiego, fińskiego i, według ówczesnych pojęć, serbskochorwackiego.

·               Większość książek polskich została wydana w Warszawie. Czterokrotnie pojawił się Poznań, dwukrotnie Gdańsk, Katowice i Kraków, a pojedynczo: Toruń, Bielsko-Biała, Szczecin i Wrocław. Ponadto jedna książka, wydawnictwa Ossolineum, miała podane "Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź". Paradoksalnie, zbiór legend zachodniopomorskich ukazał się w Poznaniu.

·         Najstarsza była Powszechna historia nikczemności J.L. Borgesa, opublikowana pierwotnie w 1933 r.; ja posługiwałem się polskim wydaniem z 1976. Jeśli liczyć według daty polskiego wydania, to Czarny deszcz Ibuse Masujiego ukazał się pięć lat wcześniej. Najnowsza – biografia Lou Reeda – wydana została oryginalnie w 2023, a po polsku rok później. 16 książek (44%) powstało w XXI wieku, a druga co do wielkości grupa to lata 70., z której pochodzi 10 pozycji (28%).

·         Łącznie oznaczało to 11149 przeczytanych stron (z uwzględnieniem bibliografii i przypisów, ale nie indeksów). Najmniej stron miało Cingtao T. Rogackiego – 80, właściwie broszura. Najgrubsze było Stąd do wieczności Jonesa (1004 strony w dwóch tomach), a z pojedynczych tomów – A Feast for Crows Martina (852 strony), przy czym obie powieści w formacie kieszonkowym. Standardowo największy przedział (12 sztuk – 33%) stanowiły książki od 200 do 300 stron.

·         Najbardziej podobały mi się Kochankowie Justycji Andruchowycza, autobiografia Tymona Tymańskiego oraz Martin. Największe guguły to Zarys dziejów Serbołużyczan J. Šołty (okropnie zideologizowane podejście do interesującego tematu), oraz Chamstwo w państwie Maleńczuka, w którym miał on niewiele ciekawego do powiedzenia.

 

30. Graham Greene, Pożycz nam męża, Poopy. Humoreski erotyczne,
przeł. Ewa Krasińska, Warszawa 1973 (z serii Proza współczesna)

Książka ta leżakowała u mnie na półce „do przeczytania” chyba paręnaście lat. Zbiór opowiadań znanego brytyjskiego pisarza ukazał się pierwotnie w roku 1967. Utwory dotyczą głównie perypetii sercowo-erotycznych różnych Anglików, często na urlopie we Francji lub w Grecji. Choć zaś Greene’a zalicza się do twórców prozy katolickiej, do tej samej fali co G.K. Chesterton, Hillaire Belloc czy Evelyn Waugh (sam się określał „katolickim agnostykiem”), to opowiadania zdradzają zaskakującą otwartość obyczajową.

W kilku narratorem jest angielski pisarz rezydujący na francuskiej Riwierze i obserwujący rozmaite sytuacje życiowe. Tytułowa Poopy to młoda kobieta, która przyjeżdża do Antibes w podróży poślubnej. Małżeństwo, świeżo zawarte, a już nieszczęśliwe, zwraca na siebie uwagę dwóch lubieżnych architektów wnętrz. Ale to nie Poopy jest właściwym obiektem ich zainteresowania… Wrażenie robi Dobro martwej ręki – jeszcze inna para nowożeńców na każdym kroku napotyka na wyrazy sympatii ze strony byłej partnerki męża, z czego, wbrew stereotypowi, żona jest zadowolona, a mąż wręcz przeciwnie. W domyśle może się kryć toksyczność tej poprzedniej. Mamy też krótki Smutek w trzech częściach, gdzie pisarz jest w winiarni świadkiem, jak dwie kobiety pocieszają się nawzajem po utracie mężów. Tanio w sierpniu rozgrywa się na Jamajce: brytyjska żona amerykańskiego profesora liczy na przeżycie wakacyjnej przygody i wychodzi jej to… niskobudżetowo, ale czy koniecznie źle? Subtelna para opowiada o dwojgu ludziach, którzy poznają się na ławce w parku i zaczyna między nimi iskrzyć, ale oboje są zbyt subtelni, żeby odważyć się na złamanie status quo tudzież normy społecznej.

Nie wszystkie opowiadania mają charakter miłosno-erotyczny. Bohaterem Skandalicznego wypadku jest chłopiec, a potem młody mężczyzna, stojący w obliczu trudnego problemu: jak opowiedzieć spotykanym na swej drodze ludziom o okolicznościach śmierci ojca w Neapolu, aby zachowali należną powagę. W Torbie podróżnej obserwujemy pasażera wiozącego samolotem dość delikatny ładunek. O tematykę płciową zatrąca Doktor Crombie, poświęcony modnej i dziś kwestii edukacji zdrowotnej – jak widać, problem z kompetentną kadrą do tego przedmiotu nie jest nowy.

Spodobał mi się styl pisarski Greene’a: subtelna, a równocześnie prosta i na temat charakterystyka postaci, spora dawka humoru i ironii. Choć jednak podtytuł książki zawiera słowo „humoreski” (w oryginale „comedies”), to wydźwięk całości jest mocno smutcholijny, pełen słodko-gorzkiej zadumy nad ludzkimi związkami (bynajmniej nie zawodowymi). W tej sytuacji najbardziej bezpośrednią zabawność zawiera Źródło wszelkiego zła – utrzymana w kostiumie umoralniającej opowieści gawęda o szokujących zdarzeniach w pewnym niemieckim miasteczku, z niezawodnym motywem chłopa przebranego za babę.

Akcent częstochowski: pojawiające się tu i ówdzie fragmenty wierszy przełożyła Ludmiła Marjańska.

 

31. Anna Brzezińska, Wody głębokie jak niebo, Warszawa 2005

            Wybrałem się we wrześniu na imprezę fantastyczną imieniem Opolcon. Wypadało zatem zabrać na drogę jakiegoś fantaziaka. Padło na zbiór opowiadań Anny Brzezińskiej, jednej z czołowych polskich autorek fantasy, bądź co bądź urodzonej w Opolu. Wody głębokie jak niebo już z górą dekadę temu rekomendowała mi znajoma. Co prawda w czasie całej ekspedycji miałem pilniejsze sprawy do roboty, więc udało mi się przeczytać tylko parę stron. Wziąłem więc Wody na krakowski Imladris, z podobnym skutkiem. Ostatecznie przeczytałem je w domu.

            Akcja rozgrywa się w świecie inspirowanym renesansowymi Włochami – bo niby dlaczego wszystko ma być albo anglosasko-celtyckie, albo słowiańskie. Tak więc mamy półwysep, wolne miasta i potężnych a bezwzględnych książąt, mamy też Arimaspi – fanatycznych najeźdźców zza morza, w których wyraźnie widać echo Maurów. Nazewnictwo też jest zasadniczo włoskie, choć pojawia się i akcent bliskowschodni w postaci miasta Askalonu. Różnica polega na tym, że wszystko przenika magia, czarodzieje zaś czerpią moc z okiełznywania demonów, które w różnych celach splatają ze światem materialnym.

Książka jest de facto zbiorem opowiadań osadzonych w tym samym świecie, w różnych momentach historii. Najkrótsze na początku Życzenie – opowieść o chłopcu z górskiej wioski i smoku, którego złowroga siła nie ustała po śmierci – odbiega nieco od reszty. Następnie poznajemy dzieje miasta Brionii, jego książąt-magów oraz obdarzonych nadprzyrodzonymi talentami kobiet, które los traktuje surowo, mężczyźni jeszcze gorzej, a pamięć potomnych, to już w ogóle szkoda gadać. Wydarzenia z wcześniejszych opowiadań pojawiają się w późniejszych jako przedmiot legend i opowieści, znacznie odbiegających od tego, jak było naprawdę. Tytułowa bohaterka Róż dla Sirocco jest już legendą w czasach hafciarki Arachne, która w Zaćmieniu serca wykorzystała swój talent, pragnąc zemścić się na księciu Severo. Jednakże nienawiść, tak i jak miłość, jest siłą przyciągającą… W opowiadaniu Jej cień poznajemy pokrótce dalsze losy Arachne, gdy jej wnuczka Luana, bardzo już wiekowa, dyktuje swoją historię sceptycznemu mnichowi.

Dwa ostatnie teksty rozgrywają się w czasach po upadku magów, gdy na Półwyspie nastały czasy reakcji religijnej. Śmierć czarnoksiężnika rozgrywa się w ubogim mieście Askalonie, gdzie wiekowy mnich, który nigdy nie miał nic wspólnego z magią, stawia czoła całej inwazji Arimaspich. Tytułowe Wody głębokie jak niebo to opowieść z wioski nawiedzanej przez potwory – szerzej biorąc, rzecz o nietolerancji.

System magii jest półotwarty, a więc czytelnik poznaje podstawowe jej zasady, ale szczegóły pozostają już tajemnicą magów. Główną metodą jest tu naginanie demonów do swojej woli, ale widać, że magia znajduje też ujście w twórczości ludzkiej: czy to hafciarstwo Arachne, czy pieśni mnicha Nino z Filarów Nieba.

Językowo utwory Brzezińskiej stoją na wysokim poziomie, jest to proza dopracowana stylistycznie, być może zbyt trudna dla czytelników szukających niewymyślnej stłuczki a la Fabryka Sów (vide zarzuty o zbyt dużo epitetów i zbyt złożone zdania). Stwierdzenie z blurpa, że to „opowieść o świecie pełnym piękna i okrucieństwa”, jest trafione w sedno. Świat przedstawiony został przedstawiony bardzo plastycznie: na tle krajobrazów, imponujących dzieł  rąk ludzkich i kunsztu magów czy nawet realistycznie oddanej biedy, takie rzeczy jak bezwzględność i perfidia czarnoksiężników, niszczycielska siła demonów, a nawet pospolita w swej brutalności przemoc rodzinna szokują znacznie bardziej niż w realiach typowego polskiego fantaziaka, w którym bohaterowie, brodząc w błocie i gnoju, gwałcą, wypruwają flaki i przerzucają się wiązankami przekleństw współczesnych i archaicznych, że aż czytelnik nie może traktować poważnie takiej dawki mroku (było cymbalistów wielu, ale nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej). Z pewnością chycę się za więcej Brzezińskiej, kiedy będę miał czas.

Okładka jest dość randomowa, chociaż można ją jakoś powiązać z lejtmotywem demonów zaklinanych w architekturę. Za to w środku znajdują się nastrojowe czarno-białe ilustracje Moniki Rokickiej (czy ona kiedyś nie rysowała dla „Magii i Miecza”, choćby i pod innym nazwiskiem?)

  

32. Will Hermes, Lou Reed. Król Nowego Jorku,
przeł. Andrzej Wojtasik, Warszawa 2024

Książka ta leżakowała u mnie na półce tylko od stycznia.

Pisanie biografii Reeda nie jest łatwą sprawą, zważywszy, że artysta a) słynął z niechęci do dziennikarzy, b) bardzo płynnie traktował swoją tożsamość, c) rozsiewał o sobie fałszywe informacje. Po śmierci całe jego archiwum trafiło do zbiorów Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, dzięki czemu mógł z niego skorzystać Will Hermes, dziennikarz „Rolling Stone’a”. Prócz tego biograf rozmawiał z całym mnóstwem ludzi – od krewnych Reeda po mnóstwo jego współpracowników, a także sięgnął do licznych materiałów audio i wideo, nie tylko tych wydanych oficjalnie.

Pewne jest przede wszystkim to, że Lou Reed bez wątpienia nazywał się od urodzenia Lewis Allan Reed. Jego ojciec skrócił sobie nazwisko z Rabinowitz, a dziadek był z Białostocczyzny. Dziennikarz Lester Bangs – który jako jeden z pierwszych docenił The Velvet Underground – napisał kiedyś dla żartu, że prawdziwe nazwisko Reeda to „Louis Firbank”. Aż nazbyt wielu w to uwierzyło i niektórzy powtarzają do dziś – nie wyłączając Encyklopedii PWN.  Fakt, że Hermes nawet tego tematu nie porusza, sam świadczy o tym, jaka to bzdura.

Jest to również opowieść o Nowym Jorku, do którego największych piewców Reed należał. Rozdziały noszą tytuły od dzielnic NYC i okolic (także dalszych), w których mieszkał w danym okresie. Biografia lokuje Reeda w niezwykle bogatej tkance kulturalnej miasta, pojawiają się adresy jego mieszkań, klubów i innych miejsc. Wśród nowojorskiej bohemy kluczową rolę odgrywał oczywiście mentor artysty – Andy Warhol, który w latach sześćdziesiątych wziął pod skrzydła grupę The Velvet Underground. Pojawia się też wątek słowiański – zespół grywał w klubie The Dom, urządzonym w budynku Polskiego Domu Narodowego, oraz sali gimnastycznej czechosłowackiego Sokoła.

Velvetom nigdy nie udało się osiągnąć sukcesu komercyjnego, za to byli zespołem ogromnie wpływowym i docenianym przez krytykę. Rozpoczynając więc karierę solową, Reed paradoksalnie próbował wyjść ze swojego własnego cienia. Późniejszą jego twórczość, praktycznie aż do lat 90., charakteryzowało ciągłe lawirowanie pomiędzy dążeniem do pełnej swobody artystycznej a do tego, żeby z tej muzyki były jednak jakieś pieniądze. Autor poświęca uwagę każdej z płyt Velvet Underground i Reeda, omawia co ciekawsze utwory zarówno z muzycznego, jak i tekstowego punktu widzenia (szkoda, że nie znalazło się miejsce dla mojego „ulubionego” All Through the Night, którym się zainteresowałem, gdy recenzent prasowy określił ten utwór jako „idiotyczny”). Przywołuje także recenzje z epoki. W muzycznym ekosystemie pojawiają się też co bardziej znani spośród wykonawców, dla których Reed stał się inspiracją – chociaż dopiero w latach dziewięćdziesiątych mógł zająć bezpieczną pozycję mentora.

Z biografii wyłania się obraz Lou Reeda jako człowieka niejednorodnego i niekiedy trudnego we współżyciu. Mowa jest o nadużywaniu narkotyków (ale nie wysuwają się one na pierwszy plan narracji), o porywczości, jak i o skłonności do palenia za sobą mostów i zrywania przyjaźni. Nie mogło się obejść bez poruszenia kwestii seksualnych. Reed był ewidentnie biseksualny, sam siebie nazywał gejem, jednak trwałe związki budował prawie wyłącznie z kobietami (z wyjątkiem jednej osoby niebinarnej, ale i tak o przeważnie żeńskiej ekspresji). Relacja z Warholem była platoniczna i nieustannie oscylowała między miłością a nienawiścią.

Materiał ikonograficzny stanowi jedna wkładka ze zdjęciami – szkoda, że nie załapały się psy Reeda, głównie jamniki, chociaż pod koniec życia miał terierkę. Do tego na tylnej wyklejce okładki znajduje się plan Manhattanu z zaznaczonymi ważniejszymi miejscami w życiu głównego bohatera.

Przypisów odautorskich jest bite 70 stron (na końcu książki). Tłumacz spisał się bardzo porządnie, w przypisach dolnych dodał własne uwagi, wyjaśniające konteksty kulturowe, gry słowne, a nawet prostujące błędne stwierdzenia autora. Szkoda tylko, że kiedy w trzech z nich pojawia się pismo hebrajskie, to biegnie od lewej do prawej.

 

33. Joanna Chmielewska, Wszystko czerwone, Warszawa 1992

Ten „kryminał ironiczny” znalazłem jakiś czas temu w śmietniku, wśród wielu innych książek. Uznałem, że z dorobku Chmielewskiej muszę go przeczytać w pierwszej kolejności, aby poznać pochodzenie i pierwotny kontekst różnych powiedzonek funkcjonujących wśród moich znajomych. Okazją była wizyta w szpitalu, gdzie poza czytaniem nie miałem wiele do roboty, a też nie mogłem zabrać żadnej ciężkiej lektury.

Akcja rozgrywa się w duńskiej miejscowości Allerød, której nazwę narratorka tłumaczy na polski właśnie jako „wszystko czerwone”. Pisarka Joanna – czyli niejako porte-parole autorki – przyjeżdża z Polski odwiedzić na urlopie przyjaciółkę, Alicję. Tymczasem do domu Alicji zjechało całe mnóstwo gości, z których część była zaproszona na zupełnie inne terminy, ale jakoś tak wyszło, że wszyscy zwalili się jej na głowę równocześnie. I wtem jeden zostaje zamordowany zaraz po tym, jak próbował Alicję przed kimś ostrzec. Gospodyni wraz z najbardziej zaufanym gronem – Joanną, Zosią i jej synem Pawłem – starają się niezależnie od działań policji zidentyfikować mordercę.

Główną cechą Alicji, kształtującą przebieg wypadków, jest jej niewiarygodne wprost roztrzepanie. Gospodyni ciągle zapomina komuś o czymś powiedzieć, przeczytać jakiegoś listu, nie pamięta, gdzie go odłożyła, czy gdzie w ogóle odłożyła cokolwiek. Jeśli dodać do tego, że w domu i w ogrodzie panuje ruch jak na dworcu, wszystko to poważnie utrudnia pracę nie tylko samozwańczemu zespołowi śledczemu, ale również tajemniczemu, a wciąż  nieukontentowanemu pierwszymi zwłokami zabójcy.

Jak to u Chmielewskiej, humor jest nie tylko sytuacyjny, ale i językowy. Oprócz odpowiednio ironicznej narracji sporo go w dialogach, pełnych różnych nieporozumień, przejęzyczeń itd. No i jeszcze pan Muldgaard – jedyny tutejszy policjant, który jakoś mówi po polsku. Jakoś… Mniej mi się podobały przytyki wobec pani Białej Glisty, jednej z nieproszonych gości – jak już główna bohaterka i jej przyjaciółki kogoś nie lubią, to nie mają żadnej taryfy ulgowej, a jeśli już ten ktoś jest pulchniejszej budowy, to można się spodziewać, że będą go spotykać same – w zamierzeniu komiczne – nieszczęścia. Przy tej okazji przypomniałem sobie takie nieco dziś zapomniane obelgi jak „klabzdra” czy „gropa”.

Powieść zekranizowali swego czasu Rosjanie, dopuszczając się wielu przestępstw, tfu, odstępstw od oryginału – m.in. Kazik, nieszczęsny wielbiciel Elżbiety, w wersji filmowej nazywa się Cassius Mbwana. Zasłużony artysta RSFSR Siergiej Nikolenko wystąpił jako pan Muldgaard.

 

 

34. Dragi Bugarčić, Ślimak, ślimak, wystaw rogi, przeł. Magdalena Petryńska,
Warszawa 1977 (Współczesna proza światowa)

Kolejny remanent, leżący u mnie na półce chyba równie długo co Greene, to powieść serbskiego pisarza urodzonego w latach czterdziestych, a zmarłego w 2024.

Rzecz się dzieje w małym miasteczku Roszevo, w którym, dzięki skonfrontowaniu podanych przez narratora informacji z mapą, łatwo rozpoznać niespecjalnie zakamuflowany jego rodzinny gród, Vršac w Wojwodinie, przy rumuńskiej granicy. Głównym bohaterem jest niejaki Sveta Pokrzywa, absolwent przyfabrycznej zawodówki, który po powrocie z wojska nie ma co ze sobą zrobić: fabryka jest na skraju upadku, innej roboty nie ma.

Narrator barwnie przedstawia beznadziejność małomiasteczkowej egzystencji. Przyjaciele Svety nudzą się, piją (wino lub rakiję), uprawiają rozpustę, chodzą do kina. Co obrotniejsi robią za koników pod kinem, a jeden wyspecjalizował się w cinkciarstwie na rzecz Włochów jeżdżących do Rumunii. Svetę uwiera ta małomiasteczkowa stagnacja. Widzi prawdę w słowach bezdomnego filozofa Miti Kombajna, że ludzie w miasteczku mają zatrute dusze, żal mu ślimaków i innych zwierząt, nad którymi znęca się ordynarny Vasa Krunić, a zamiast wyprowadzić, jak wszyscy, knajpianą nierządnicę pod cmentarz, woli przeżywać nieodwzajemnione zauroczenie Zoricą z gimnazjum. Nie widzi też jednak wspólnego języka z Simą Knotem, chłopakiem o bardziej inteligenckich zainteresowaniach (tym właśnie cinkciarzem). Czasem monotonię przerwie a to wyjazd do studentów w Belgradzie, a to wczasy nad Adriatykiem, ale ogólnie zajęcia młodych ludzi kręcą się wokół picia i spółkowania.

Poszczególne rozdziały mają zwykle formę monologów Svety Pokrzywy, wpisów z jego pamiętnika, ale cytuje on też dosłownie listy od przyjaciół czy monologi Kombajna. Narracja ma charakter  poetycko-gawędziarski w tonacji ornamentalistycznej, zawiera wiele turpistycznych metafor, długaśne zdania, wtrącenia w nawiasach (nieraz też grubaśne). Co jakiś czas pojawia się strumień świadomości. Jeden z rozdziałów przedstawia równolegle kilka zdarzeń, nie są też rzadkością frazy czy zdania powtarzające się jak refreny.

Książka jest ogólnie dołująca, od Roszeva, jego kurzu i smrodu nie ma ucieczki, nawet we Wiedniu. Czytelnik może liczyć, że Sveta jakoś się wyrwie – ale wtedy, niestety, nadchodzi finał, w którym cała paczka kolegów dokonuje zbiorowego gwałtu. Kontrast pomiędzy współczuciem głównego bohatera dla zwierząt maltretowanych przez towarzyszy a zupełnym brakiem żalu wobec skrzywdzonej kobiety publicznej i uzasadnianiem sobie na wszelkie sposoby tego czynu jest szokujący. Gratulacje, panie Bugarčić, przywalił pan absolutnym obuchem.

 To jest chyba jedyny przekład tej książki na jakikolwiek język obcy – tak w każdym razie podaje strona internetowa Serbskiego Towarzystwa Literackiego.

 

 

35. Jorge Luis Borges, Powszechna historia nikczemności,
przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski, Stanisław Zembrzuski, Warszawa 1976

Zupełnie spontanicznie przed końcem roku dołączyłem do listy lektur jeden z wczesnych zbiorów opowiadań słynnego pisarza argentyńskiego, uchodzącego za prekursora realizmu magicznego i literatury postmodernistycznej.

Zasadniczą treść stanowią krótkie opowiadania o różnych historycznych złoczyńcach, w których jednak autor pozwala sobie na sporą licencję poetykę, mieszając swobodnie fakty i sprawiając, że czytelnik nie dowierza autorowi. Najsłynniejszą tu postacią jest Bill Harrigan, bardziej znany jako Billy the Kid. Szerzej jest też znana historia Kotsuke no Suke, którego zbrodnia ściągnęła na niego zemstę czterdziestu siedmiu roninów. Wszystko to w stylu erudycyjnym i nawet niejako ironicznym, chociaż mowa o osobach, delikatnie mówiąc, niesympatycznych, które nie zawsze spotyka sprawiedliwość.

Druga część książki zawiera jeszcze krótsze nowelki będące parodiami znanych, a rzadko czytanych dzieł literackich, jak Księga tysiąca i jednej nocy czy dzieła Emanuela Swedenborga. Pomiędzy tymi częściami znajduje się Człowiek z przedmieścia, opowiadanie o nożownikach z Buenos Aires. Wszystko to napisane bardzo lakonicznie, to i ja się nie będę rozpisywał.

 

36. Jurij Andruchowycz, Kochankowie Justycji. Powieść parahistoryczna w ośmiu i pół odcinkach,  przeł. Ola Hnatiuk, Katarzyna Kotyńska, Wrocław 2019

Właściwą przyczyną, dla której postanowiłem przeczytać Powszechną historię nikczemności, było to, że w moje ręce wpadła książka Jurija Andruchowycza napisana w podobnej konwencji, tylko z dużo większym rozmachem (242 strony). Ukraiński autor wymienia zresztą w pewnym momencie tytuł dzieła swego argentyńskiego prekursora, powołuje się też na Prawem i lewem Łozińskiego.

Już po przeczytaniu pierwszego rozdziału, poświęconego XVII-wiecznemu lwowskiemu awanturnikowi Samuelowi Niemiryczowi, wiadomo, że będzie niezła jazda. Autor jak gdyby nigdy nic wmawia czytelnikowi, że warunkiem koniecznym procesu o zabójstwo w Rzeczypospolitej było oficjalne okazanie trupa? No dobra, licentia poetica… Ale potem Niemirycz dzwoni do kupca z żądaniem okupu. Cóż, na pewno chodziło o to, że zadzwonił do drzwi, prawda? Kiedy przeczytałem, że ów watażka wpakował w kupca osiem magazynków, a potem, że obezwładnił wołoskie poselstwo gazem łzawiącym, już wiedziałem, jakiego rodzaju to będzie lektura.

Dalej autor odsłania przed czytelnikiem perypetie takich postaci jak król stanisławowskiego półświatka, zabójcy Stepana Bandery i namiestnika Galicji Andrzeja Potockiego, czy też przedsiębiorca z Kołomyi, który sięgnął po wieczną młodość. W ósmym, najobszerniejszym rozdziale Andruchowycz jak zwykle robi coś takiego, że czytelnikowi śmiech zamiera w gardle – mowa o krwawych czasach II wojny światowej, które w Galicji były walką wszystkich przeciwko wszystkim.

Książka naszpikowana jest rozmaitymi aluzjami kulturowymi, oprócz anachronizmów (w dalszych rozdziałach już rzadziej obecnych niż w tym o Niemiryczu) pojawiają się elementy fantastyki czy opowieści niesamowitych. Często też – a już najbardziej w rozdziale ósmym – autor konfrontuje sprzeczne źródła, przedstawiając różne wersje wydarzeń. Łatwo zauważyć, że przez wszystkie opowieści przewija się wędrowny cyrk „Wagabundo”.

Ostatnia, „ósma i pół” część jest niby autobiograficzna, ale nic nie wskazuje na to, żeby miała być równie zgodna z prawdą historyczną co poprzednie osiem. Andruchowycz opowiada o swoim dzieciństwie, kinie „Kosmos” i tajemniczym denacie znad rzeki, pojawiają się nawiązania do poprzednich historii, a zarazem klucz: cała narracja zawarta w Kochankach Justycji przypomina opowiadanie kolegom filmu, którego się nie widziało.

Było czytane z odpowiednią zakładką.

Na uwagę zasługuje okładka, stylizowana na publikację przedwojenną.