W kwietniu znowu spore były łupy na Faradaguła; w
Empiku udało mi się także uzupełnić dorobek kolejnego zespołu.
The
Doors, Waiting for the Sun, 1968
Ukompletowałem dyskografię
The Doors ich trzecim album. W okresie jego powstawania zespół był ciągle na
fali wznoszącej, chociaż skończył mu się zapas gotowych utworów i musiał
przygotowywać nowy materiał na bieżąco. Na basie, z jednym wyjątkiem, zagrał,
jak poprzednio, Doug Lubahn.
Największym hitem stał się pogodny
otwieracz Hello, I Love You. Wbrew pozorom nie jest to utwór Robby’ego
Kriegera, który zwykle odpowiadał za grzeczniejszą i bardziej rozrywkową część
repertuaru. Za to gitarzysta wykorzystał swoje dawne doświadczenie w dziedzinie
flamenco, oczywiście w Spanish Caravan. Niektórzy nie dowierzali w jego
umiejętności i rozpowszechniali pogłoskę, że partię gitary hiszpańskiej zagrał muzyk
sesyjny.
Najmocniejszym punktem jest antywojenny
The Unknown Soldier, w którym Jim Morrison wydaje jedne ze swoich
najbardziej mrożących krew w żyłach krzyków. Utwór stał się (nie)sławny z
powodu inscenizacji rozstrzelania, przedstawionej drastycznie w wideoklipie
wyreżyserowanym przez samego Morrisona (w końcu studenta filmówki), jak również
odgrywanej na koncertach. Potem eksploduje wściekła euforia, dość przewrotna,
bo niby z powodu zakończenia wojny, ale czym jest koniec wojny dla nieznanego
żołnierza? Jak wspomina Ray Manzarek, do nagrania odgłosów plutonu egzekucyjnego
– marszowych kroków i przeładowywania broni – zaangażowano kilku… krytyków
muzycznych.
Płytę kończy Five to One
– także hałaśliwy, także antywojenny, zarazem zawierający aluzje do marihuany i
do spisku „pięciu na jednego”, jaki reszta zespołu oraz producent i inżynier
zawarli rzekomo przeciw Jimowi. W trakcie nagrywania tego utworu był on zresztą
mocno nietrzeźwy. Na płycie Waiting for the Sun nie ma natomiast
piosenki pod tym samym tytułem, która trafiła dopiero dwie płyty później na Morrison
Hotel.
Resztę repertuaru wypełniają
utwory bardziej standardowe – w dużej mierze miłosne – w rodzaju jazzujących Love
Street (nawet z pogwizdywaniem!) i Yes, The River Knows albo lekkiego
bluesa Summer Almost Gone. Konserwatywnie brzmi też niespełna
dwuminutowa Wintertime Love, w którym Manzarek sięga po klawesyn i jak
zwykle wykonuje mocną robotę. Piosenek o jesieni i wiośnie jakoś Doorsom zabrakło.
We Could Be So Good Together zwraca uwagę organowo-fuzzowatym riffem
brzmiącym jak odległy kuzyn Satisfaction oraz frazą „angels dance and
angels die”, którą później przyjęła Patricia Butler za tytuł swojej książki o
Jimie i Pameli. Wyróżnia się My Wild Love – archaiczny blues z chóralnym
akompaniamentem, jakby śpiewany przez grupę więźniów przedzierających się przez
mroczne bagna Florydy.
Tym razem zabrakło dłuższej
formy. Zespół przymierzał się do nagrania suity Celebration of the Lizard
i mogło to być kolejne klasyczne rockowe misterium po The End i When
The Music’s Over, ale ostatecznie nie zdecydowali się rejestrować całości i
na płytę trafił tylko fragment – niepokojący Not to Touch the Earth, wzbierający
do apokaliptycznej wprost intensywności. Pełną wersję Święta Jaszczura można
było poznać dopiero z koncertówki Absolutely Live.
Tak jak na pozostałych
reedycjach z tej serii, płyta zawiera bonusy w postaci ścinków studyjnych. Są
to trzy podejścia do Not to Touch the Earth. Prócz tego pojawiła się intepretacja
Adagia g-moll Albinioniego oraz coś, co trudno nazywać ścinkiem:
17-minutowa wersja robocza Celebration of the Lizard – widać, że jeszcze
mocno surowa, zwłaszcza finał, znany pod tytułem Names of the Kingdom, wiele
traci bez podniosłych organów.
Książeczka zawiera
wspomnienia inżyniera Bruce’a Botnicka oraz artykuł Paula Williamsa, jednego z
owej grupy krytyków, którzy „strzelali” do Morrisona.
Propellerheads, Decksandrumsandrockandroll,
1998
Ta płyta miała kiedyś wysoką
recenzję w „Machinie”. Nie należy do mojej bajki, ale skoro na targu była tylko
za 2 zł, pomyślałem, że w razie czego będzie niewielka strata. Zawiera muzykę
elektroniczną, potocznie nazywaną techno. Spece od takich dźwięków stwierdzają,
że konkretnie jest to gatunek zwany „big beat” – nie mylić ze
środkowoeuropejskim bigbitem lat 60.
Cóż na swym jedynym
longplayu przygotowali Alex Gifford i Will White? Muzyka jest w sumie
bezduszna, ale nie jest to takie sobie po prostu tłuczenie, rytmy są
urozmaicone (choć np. dwa pierwsze utwory łączą się bezszwowo), pojawiają się
rozmaite samplowane gadki. Zresztą wygląda na to, że oprócz automatów
perkusyjnych w użyciu były i żywe bębny. W Oh Yeah pojawia się odrobina
zelektronizowanego swingu. Gościnnie wpadają dwaj gitarzyści – jeden robi hałas
w najbardziej dynamicznym Bang On! Z kolei lejmotyw Bigger? stanowi
bulgoczący riff czegoś, co może być równie dobrze instrumentem klawiszowym, jak
i mocno przetworzoną gitarą.
A Number of Microphones to niespełna minutowa próbka
beatboxu (imitacja perkusji na gubach), ale stanowi wstęp do utworu najbardziej
epickiego: On Her Majesty’s Secret Service, nowoczesnej przeróbki motywu z filmu o
Jamesie Bondzie, w którym elektroniczne bobrowanie podbija dźwięki orkiestry zaaranżowanej
przez Davida Arnolda, a trwa to wszystko ponad dziewięć minut. Poza nim
najbardziej zapada w pamięć jazzujący z trąbami History Repeating, w
którym śpiewa we własnej osobie Shirley Bassey.
Starsailor, Love Is Here,
2001
Brytyjska grupa wypłynęła,
kiedy byłem w klasie maturalnej: ballada Alcoholic sporo wtedy krążyła
po Trójce i innych stacjach. Minęło jednak ćwierć wieku, zanim zapoznałem się
bliżej z całym albumem.
Płytę można zaliczyć do neobritpopu:
łagodne, nastrojowe ballady, na ogół akustyczne, kojarzące się trochę z grupą
Travis (także z uwagi na podobną barwę głosu wokalisty), ale bogaciej
zaaranżowane. Tym bardziej, że zespół ma w składzie etatowego klawiszowca i w
wielu utworach – łącznie z Alkoholikiem – znaczną rolę odgrywa
fortepian. Z ogółu materiału poza tym wyróżnia się Lullaby – wbrew
tytułowi jeden ze żwawszych na płycie, choć i tak łagodny. Drugi żwawszy, o
prawie mechanicznym rytmie i ze stosunkowo pogodnym refrenem, jest Good
Souls. Pod koniec płyty Talk Her Down i tytułowy Love Is Here stanowią
utwory bardziej epickie, rozbudowane i o dramatycznym nastroju.
Po ostatniej piosence
następuje dziesięciominutowa przerwa, a następnie utwór ukryty w postaci
krótkiego zaśpiewu bez słów a cappella.
Bruce
Hornsby and the Range, The Way It Is, 1986
Debiutancki album Bruce’a
Hornsby’ego znałem przedtem z Trójkowej audycji „Pół Perfekcyjnej Płyty”. Samego
artysty nie śledziłem jakoś specjalnie, ale kojarzyłem, że wystąpił gościnnie
na jednej z płyt Clannad.
Najogólniej rzecz biorąc,
można toto nazywać soft rockiem. Wszędzie unosi się tzw. elegancka produkcja
lat osiemdziesiątych: przestrzenna, wyszlifowana, niespecjalnie czadowa. Część
materiału realizował zresztą specjalizujący się w takiej stylistyce Huey Lewis.
W Down the Road Tonight pojawia się osobiście, śpiewa w duecie z
Hornsbym i duje w harmonijkę. Niektóre utwory mógłby zaśpiewać Phil Collins i
nikt by się nie zorientował – np. Mandolin Rain, w którym, wbrew
tytułowi, mandolina nie jest jakoś szczególnie słyszalna (dobrze, że w ogóle jest).
The Wild Frontier wzbogacają dla odmiany skrzypce. Z drugiej strony
otwieracz On the Western Skyline ma w sobie pewną podniosłość
charakterystyczną dla amerykańskiego heartland rocka a la Tom Petty.
Miękkość wyraża się w sferze
muzycznej, ale już utwór tytułowy zawiera krytykę społeczną. Nic dziwnego, że usamplowany został na przestrzeni lat przez co
najmniej pięciu raperów, w tym samego Tupaka. Zwraca w nim uwagę partia
fortepianu. Hornsby jest przecież głównie pianistą, nic więc dziwnego, że
instrument ten odgrywa znaczącą rolę w aranżacjach; niekiedy też pozwala sobie
na solówki. Z drugiej strony są też melodyjne zagrywki gitarowe (np. Every
Little Kiss), za które odpowiada George Marinelli. W miarę przebojowo
wypada poza tym The Long Race na charakterystycznym dla epoki riffie i z
chóralnym refrenem.
Meat Loaf, Live, 1987
Meat Loafa cenię za
kiczowate, przeładowane aranżacje. Zaciekawiło mnie, jak jego muzyka sprawdzała
się w wersji koncertowej, kiedy nie wszystkie elementy dało się odtworzyć na
scenie. Album, także kupiony na targu za 2 złote, powstał w czasach, kiedy
artysta popadł w niejaki dołek i dopiero po kilku latach miał się odbić płytą Bat
out of Hell II. W obiegu utrzymywał się głównie dzięki koncertom.
Materiał na Live zarejestrowano
w londyńskiej Wembley Arena (sali widowiskowej, nie mylić ze stadionem). W
towarzyszącym Meat Loafowi zespole Neverland Express najbardziej znaną postacią
był gitarzysta Bob Kulick (brat Bruce’a, znanego m.in. z Kiss). Chociaż
pianista Paul Jacobs to mimo wszystko nie Roy Bittan, sprawdziła się stara
zasada, że kiedy nie da się zrekonstruować bogatych aranżacji, to można
nadrobić czadem. Podstawowemu rockowemu składowi towarzyszą wokalistki – Amy i
Elaine Goff. Z pierwszą z nich artysta śpiewa duet w entuzjastycznie przyjętym Paradise
by the Dashboard Light, natomiast głos komentatora sportowego puszczono
zapewne z taśmy, podobnie jak patetyczny dialog rozpoczynający Took the
Words.
Pod względem repertuarowym
pojawia się reprezentacja Bat Out of Hell – oprócz wspomnianego przeboju
„autoerotycznego” także utwór tytułowy i Two out of Three Ain’t Bad.
Poza tym trzy piosenki z najnowszego wówczas albumu Meat Loafa, Blind Before
I Stop, brzmią nawet lepiej niż w wersjach studyjnych. Tam było
„plastikowe” brzmienie, zgotowane przez Franka Fariana (wynalazcę Boney M), tu
– organiczny gitarowy czad kontrastujący z kobiecymi chórkami, szczególnie
adekwatnymi w Masculine. Zyskuje również Rock & Roll Mercenaries
– pierwotnie duet z Johnem Parrem, ale ponieważ ten obraził się na Meat Loafa,
w tej wersji śpiewa basista Steve Buslowe.
Finałem płyty jest wiązanka
standardów rockandrollowych, w tym Johny B. Goode Chucka Berry, Jailhouse
Rock Elvisa i Blue Suede Shoes Carla Perkinsa – tu znów daje głos
Steve Buslowe, a także gitarzysta Alan Merrill.
Dwa Plus Jeden, Nowy
wspaniały świat, 1972
Pierwsza płyta 2 Plus 1 była
zarazem jedyną, na której Januszowi Krukowi i Elżbiecie Dmoch nie towarzyszył jako
trzeci Cezary Szlązak, lecz Andrzej Krzysztofik. Co prawda Szlązak pojawia się
jako muzyk dodatkowy, na klarnecie (słychać go w Zieloną drogą).
Prócz kompozycji Kruka, na debiucie
występują utwory Katarzyny Gärtner, z którą członkowie zespołu współpracowali
wcześniej przy okazji śpiewogry Na szkle malowane. Gärtner sama
zaaranżowała własne piosenki i gra niekiedy na fortepianie. Natomiast zaśpiewani
przez Kruka W kamień zaklęci to kompozycja Andrzeja Korzyńskiego. Za
teksty odpowiadali przede wszystkim Marek Dutkiewicz i Ernest Bryll.
Co prawda Czerwone
słoneczko, nawiązujące do powstania śląskiego, reprezentowało temat
bezpieczny dla decydentów (i było napisane przez trio zewnętrznych autorów),
ale przesłuchawszy tę płytę na nowo po dłuższej przerwie, nie mogłem się
nadziwić, ile tu jest hipisowskiego psychodelicznego folk-rocka z Zachodniego
Wybrzeża USA. Nie mówię wyłącznie o charakterystycznych harmoniach wokalnych. Pojawiają
się brzęczące gitary a la The Byrds, a choćby w utworze tytułowym, w Pani
moich godzin czy Gwiazdo wód gitara dźwięczy w tle na podobieństwo sitaru.
Kiedy rzeką płynie kra trwa tylko minutę, ale brzmi bardzo stylowo, z
zawodzeniem harmonijki.
Na okładce Elżbieta Dmoch
wymieniona jest nie tylko jako wokalistka, ale i flecistka. W tej drugiej roli
występuje przede wszystkim w zwiewnym Hej, dogonię lato. Ciekawostką
jest Jasny dzień, biały dzień z tekstem Grechuty i orkiestrą. Śpiewa
zasadniczo Kruk, ale pod koniec słychać czyjś kobiecy głos, stanowczo za wysoki
jak na Dmoch, a nieopisany na okładce. Jest też i szczypta jazzu: gdyby Po
jedwabnej stronie Gärtner zaśpiewał Andrzej Zaucha, można by tę piosenkę
wziąć za utwór Dżambli.
Co się tyczy Chodź,
pomaluj mój świat i Wstawaj, szkoda dnia, to stały się evergreenami
i do dziś występują nawet w komercyjnych mediach. Pierwszy z nich skowerowała
jeszcze w 1973 r. Marie Rottrová z zespołem Flamingo (nie mylić z Flamengo) jako
Namaluj můj svět. Natomiast W kamień zaklęci doczekali się po
latach przeróbki na rozpędzony, pancerny punk w wykonaniu zespołu Armia.
Monster Magnet, Mindfucker,
2018
Zwariowana ekipa kosmicznych
hardrockowców kontynuuje swój odlot, chociaż ze składu, który nagrał Powertrip,
zostali tylko wokalista Dave Wyndorf, gitarzysta Phil Caivano i zmarły w
zeszłym roku Tim Cronin, który kiedyś był perkusistą, ale już od lat pełnił
funkcję oświetleniowca i „herolda Galactusa”.
Mindfucker przynosi solidną dawkę tego,
do czego przyzwyczaił słuchaczy Monster Magnet: ostrego rocka o przestrzennym
brzmieniu i psychodelicznym posmaku, inspirowanego po części Hawkwind i starym
sajęs fikszyn. Wpływ Hawkwind najbardziej wyraża się w Ejected, który
jest po prostu przeróbką utworu Roberta Calverta (z jego concept albumu z 1975
o aferze z myśliwcami Starfighter, które były groźniejsze dla pilotów niż dla
potencjalnego przeciwnika).
Materiał zaczyna się od
dwóch utworów bardzo rozpędzonych (Rocket Freak i Soul),
po których następuje utwór tytułowy – w średnim tempie, ale ciężki, ze
sprężystym riffem. W ogóle uporczywie powtarzane riffy, nieraz wprost
sabbathowe (słusznie nazwany When the Hammer Goes Down) generują
narkotyczną aurę (Want Some), grupie nieobce są silne kontrasty
dynamiczne (I’m God). W All Day Midnight do ogólnego klimatu
dokłada się brzmienie czegoś przypominającego sitar. Nie zabrakło też utworów z
początku cichszych i wolniejszych, ale nie można powiedzieć, że
spokojniejszych, bo kreują niepokojącą atmosferę, która z czasem gęstnieje w
majestatycznym crescendzie (siedmiominutowy Drowning). Krótko mówiąc, niezły trip.






