czwartek, 9 lipca 2026

Sprzątacz z gitarą i Długa Strzelba (z frontu czytelniczego, 5/2026)

 

Kolejna, przedwakacyjna porcja lektur obejmuje dwie pozycje z szeroko pojętej biografistyki muzycznej, jedną powieść romantyczną i bonusowego Ospreya.

 

16. Eric Clapton, Clapton. Autobiografia, przeł. Jarosław Rybski, Wrocław 2009

I znów biografia muzyczna, tym razem jednego z najbardziej wpływowych gitarzystów Wielkiej Brytanii. Blurp z tyłu okładki podaje: „Nagrywał i koncertował z najwybitniejszymi twórcami, m.in.: The Beatles, The Rolling Stones, Jimim Hendriksem, Bobem Dylanem, Arethą Franklin, Philem Collinsem”. Akurat współpraca z Collinsem to dla Claptona średni powód do dumy, a z Jimim i Arethą były jeno epizody, ale mniejsza o to.

Niektórzy podają, że prawdziwe nazwisko „boga gitary” brzmi Eric Patrick Clapp. Wygląda na to, że nie do końca. Artysta był nieślubnym dzieckiem, wychowywanym przez dziadków, którzy nazywali się Clapp, ale jego matka nosiła nazwisko Clapton po pierwszym, przedwcześnie zmarłym mężu babci. W autobiografii gitarzysta nie stwierdza, czy kiedykolwiek w życiu w ogóle używał nazwiska Clapp, ale na zreprodukowanej legitymacji studenckiej za rok 1961/62 wyraźnie widnieje Clapton.

Trzeba przyznać, że Clapton w zajmujący sposób opowiada o swoim życiu. Dzieciństwo i dorastanie na prowincjonalnej angielskiej wsi (vide Pratchett), szkoła plastyczna, pierwsze fascynacje muzyczne, pierwsze gitary… Mam co prawda mieszane uczucia co do opisywania przez artystów swojego życia seksualnego (vide Manzarek). W końcu wejście w środowisko bluesowe Londynu: Clapton poznał Paula „Manfreda” Jonesa, kręcił się przy Rolling Stonesach, poznał w końcu i Beatlesów, a chociaż z początku uważał ich za komerchę, to zawiązała się przecież przyjaźń na całe życie (choć wyboista) z George’em Harrisonem. Pierwszym muzycznym przedsięwzięciem z prawdziwego zdarzenia byli The Yardbirds, których Clapton porzucił, bo uznał, że się sprzedali. Potem współpraca z Johnem Mayallem, Cream, Blind Faith… Odnosi się wrażenie, że na każdym z tych etapów czegoś mu brakowało i szybko się zniechęcał. Wreszcie kariera solowa, lecz artysta nie rozpisuje się jakoś szczególnie o swoich płytach, nawet tych najsłynniejszych.

W związkach z kobietami towarzyszyło mu ciągle poczucie odrzucenia, co wynikało z wczesnych przeżyć. Przez całe lata sześćdziesiąte spotykamy go w towarzystwie coraz to nowych partnerek, ale naprawdę pierun Amora walnął w niego dopiero za sprawą Patti Boyd, żony Harrisona. Doprowadziło go to do nagrania jednej z najlepszych płyt w karierze – Layli pod szyldem Derek and the Dominos – ale kiedy w końcu po długich bolach zszedł się z Patti, to ich wspólne życie było usłane nie tyle różami, co tłuczonym szkłem.

Ostrzegano mnie, że Clapton jest bucem, więc miałem na to baczenie w trakcie lektury. Wykazuje jednak sporą dawkę samokrytyki, np. wobec młodzieńczego puryzmu bluesowego; zauważa też, że miał tendencję do zrzucania winy za wszystko na innych. Nie rzuciło mi się w oczy, żeby o kimkolwiek wypowiadał się ze szczególną antypatią. Dużo pisze o swoich nałogach: najpierw przez parę lat brał heroinę, a terapia miała taki skutek, że przerzucił się na ankohol i ten pozostał z nim już na dłużej.

Ostatnie parę rozdziałów wypada mniej interesująco, bo od kiedy Clapton wyzwolił się z nałogów, wszedł w stabilny związek i odnalazł życie rodzinne, to dalej jest już prawie idylla: rejsy wokół Korsyki, łowienie ryb, spędzanie czasu z córkami i niestety także polowania, od czasu do czasu przerywane smutniejszym akcentem w postaci ostatniego pożegnania z którymś ze starych przyjaciół.

Jarosław Rybski, tłumacz, miał kiedyś w „Teraz Rocku” rubrykę poświęconą tekstom piosenek z różnych płyt. Z autobiografią Claptona porządnie sobie poradził, dodał od siebie przypisy wyjaśniające konteksty nieoczywiste dla polskiego odbiorcy, ale zdarzyło mu się parę drobnych potknięć – wmawia nam np., że Keith Relf, wokalista Yardbirdsów, grywał na harfie, jakby nie wiedział, że w slangu bluesowym „harp” oznacza harmonijkę.

 

17. Kurt Cobain, Dzienniki, przeł. Dagmara Chojnacka, Poznań 2002

Trudno powiedzieć, jaki stosunek miałby lider Nirvany do pośmiertnego wydawania własnych intymnych zapisków. Możliwe, że skomentowałby je w krótkich żołnierskich słowach, tak jak skomentował fakt, że jeszcze za jego życia ktoś ukradł kilka jego brulionów. W każdym razie stało się: od śmierci Cobaina nie minęło dziesięć lat, a jego dzienniki ukazały się także na rynku polskim. Widocznie Courtney potrzebowała piniędzow.

            Najogólniej rzecz biorąc, jest to groch z kapustą: luźne przemyślenia, brudnopisy listów do różnych osób, teksty piosenek, scenariusze teledysków, listy ulubionych płyt, komiksy i inne rysunki. Są nawet notatki na egzamin na prawo jazdy i CV Kurta jako sprzątacza. Część tekstów jest niedokończona, niektóre urywają się w połowie zdania. Trudno na tej podstawie zrekonstruować biografię Cobaina, ale na pewno jest to do niej cenne źródło i na pewno mówi wiele, co chłopu w głowie siedziało. Teksty nie są na ogół datowane, ale ułożone mniej więcej chronologicznie – zaczyna się od czasów, kiedy Nirvana dopiero starała się o kontrakt nagraniowy. Wyjazd do Seattle na koncert Melvinsów stawał się niemożliwością, bo zrzucano się we czwórkę na benzynę, a tu nagle dwie osoby rezygnowały.

            Sytuacja zmienia się radykalnie po sukcesie komercyjnym Nevermind – pojawiają się złorzeczenia wobec branży nagraniowej, dziennikarzy muzycznych i bezmyślnych fanów. Przy różnych okazjach Kurdt Kobain (bo i tak się podpisywał – tłumaczka nie wyjaśnia dlaczego, ale miał tak zostać nazwany w jednym z przewodników płytowych) wyraża lewicowe i feministyczne poglądy, niekiedy nadając im formę wypowiedzi programowej. Z tego typu tekstami sąsiadują szkice piosenek (np. Smells Like Teen Spirit w dwóch wersjach roboczych), okładek płyt, a nawet rysunki poglądowe modelu gitary dla leworęcznych, którego produkcję artysta chciał zaproponować firmie lutniczej. Ostatnim opublikowanym tekstem – niepełnym – jest parę gorzkich słów na temat Jeana-Claude’a Van Damme’a, zapisanych na papeterii rzymskiego hotelu Excelsior. Pozwala to datować notatkę na ostatnią trasę Nirvany z zimy/wiosny 1994 r.

Jeśli chodzi o seattle’owską scenę rockową, przez dzienniki często przewija się zespół Melvins. Soundgarden i Alice in Chains jakby w ogóle nie istnieli, a o Pearl Jam są tylko dwie wzmianki, obie lekceważące. Uderzająca jest też prawie zupełna nieobecność w tych zapiskach Dave’a Grohla, bądź co bądź perkusisty Nirvany – podczas gdy Chris vel Krist Novoselic jak najbardziej się pojawia.

            Aby jak najpełniej odtworzyć charakter dzienników, wydawca zreprodukował strony (nie wszystkie), aby każdy mógł zobaczyć przyjęty przez Kurta układ graficzny, a pod spodem podano transkrypcję. Tłumaczka zrobiła dobrą robotę, podobnie jak Rybski wyjaśniając konteksty w przypisach (np. właśnie dlaczego Novoselic ma dwa warianty imienia), chociaż niekiedy zdarza jej przepuścić jakieś słowo albo przetłumaczyć coś inaczej, niż ja bym zrobił („obviously” jako „obleśnie” to jednak trochę zbytnia licentia poetica).

 

17,5. Ed Gilbert, Raffaele Ruggieri, Native American Code Talker in World War II, 
Oxforf 2008 (Osprey Warrior nr 127)

Zaległość z lektur pacyficznych. Udział w II wojnie światowej amerykańskich szyfrantów z narodów korzennych przez długi czas był ściśle tajny i armia ujawniła go dopiero w 1969 roku. Ed Gilbert, historyk wojsk pancernych US Marine Corps, podjął się przedstawienia warunków służby owych „code talkerów”.

Osprey wykorzystuje konwencję czasem spotykaną w serii „Warrior”: oparcie narracji na fabularyzowanej historii paru fikcyjnych żołnierzy, którzy mają być reprezentatywnymi przedstawicielami swojej grupy. Obok tego jednak przywoływane są wspomnienia prawdziwych weteranów. Najsłynniejsi są Nawaho służący w szeregach marines, nie tylko ze względu na film Szyfry wojny z Nicolasem Cage’em (bynajmniej nie w roli Indianina), skądinąd słabo się trzymający prawdy historycznej. Książka wspomina i o przedstawicielach innych ludów amerykańskich. Armia lądowa wysłała do Europy Komanczów, którzy lądowali w Normandii. O udziale Siuksów, Hopi czy Cree wiadomo zupełnie niewiele. Wszystko zaczęło się zaś od dwóch Czoktawów-radiooperatorów, którzy jesienią 1918 r. spontanicznie wykorzystywali w łączności własny język. Opracowanie skupia się jednak na Nawaho, bo o nich najwięcej wiadomo.

Szyfr nie polegał wyłącznie na tym, że łącznościowcy nawijali przez radio czy telefon w swoim języku – był dużo bardziej skomplikowany, o czym świadczy fakt, że Nawaj wzięty do niewoli na Filipinach, którego Japończycy próbowali zmusić do tłumaczenia, miał wrażenie, że słucha jednego wielkiego bełkotu. Praca szyfrantów umieszczona została w kontekście ogólnych problemów łączności pola walki, przedstawiono więc najważniejsze typy radiostacji (określenie „walkie-talkie” początkowo odnosiło się do radia plecakowego, a nie ręcznego). Omówione jest szkolenie, umundurowanie, a przede wszystkim warunki służby – na froncie i w czasie wypoczynku na tyłach. Na końcu pojawia się ciekawy rozdział o tradycyjnych ceremoniach, jakim poddawali się Nawajowie po powrocie do swoich, a także wykaz niektórych tematycznych muzeów.  

Warstwa ilustracyjna to zarówno zdjęcia samych korzennych łącznościowców (w pewnym momencie wojny nie ukrywano już, że Nawaho i Komanczowie służą na froncie, ale nie precyzowano, w jakiej roli), jak ogólnie żołnierzy i sprzętu łączności na pacyficznym teatrze działań. Tablice barwne (sztuk 7) wykonał Ruggieri, do którego mam stosunek umiarkowany – ludzie są u niego jakoś dziwnie obli i nadmiernie się błyszczą. Dwie przedstawiają broń i sprzęt łączności, a reszta to sceny ze służby, także Czoktawów i Komanczów.

 

18. James Fenimore Cooper, Ostatni Mohikanin, przeł. Tadeusz Evert, Warszawa 1969

Po Quebecu zachciało mi się spontanicznie przeczytać najsłynniejszą powieść osadzoną w tych samych realiach. J.F. Cooper wydał Mohikanina w roku 1826, a więc niecałe siedemdziesiąt lat po opisywanych wydarzeniach. Była to druga część Pięcioksięgu Skórzanej Pończochy i zdecydowanie najsłynniejsza – doczekała się szeregu ekranizacji, z czego najsłynniejsza, z 1992, z Danielem Day-Lewisem w roli Sokolego Oka, sporo odbiegała od oryginału (choćby w kwestii tego, kto z głównych bohaterów zginął i w jaki sposób). W moje ręce wpadło wydanie skrócone z 1969 roku.

Trwa trzecia wojna śląska, a wojska markiza de Montcalma idą przeciw Anglikom. Major Heyward wyrusza z fortu Edwarda do fortu William Henry, eskortując Alicję i Korę, córki dowodzącego tym ostatnim pułkownika Munro. Nie wiedzą, że wiodący ich przez puszczę Amerykanin Magua nie z dobrego serca zgłosił się na przewodnika. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, w lasach natrafiają na pomocną dłoń Sokolego Oka i jego mohikańskich przyjaciół: wodza Chingachgooka i jego syna Unkasa. Następuje akcja o charakterze przygodowym: przemierzanie lasów, ukrywanie się przed pościgiem, strzelaniny, walka wręcz. Jest coś w rodzaju wątku miłosnego, ale ledwo zarysowane i mało przekonujące.

Za głównego bohatera należy zdecydowanie uznać Nataniela vel Sokole Oko vel Długą Strzelbę – zwiadowcę, człowieka puszczy, obeznanego z przyrodą i zwyczajami Indian, wygadanego i praszczura wszystkich westernowych strzelców wyborowych. Na drugim miejscu znajduje się Heyward, jako człowiek z zewnątrz, niedoświadczony w sprawach puszczańskich. Z perspektywy tych dwóch najczęściej obserwujemy zdarzenia, chociaż narrator jest wszechwiedzący i chętnie o tym przypomina. Unkas to wprawdzie bohater tytułowy, ale ma dużo mniej czasu antenowego niż tamci dwaj i znacznie mniej dialogów. Z dwóch sióstr Alicja jest egzaltowaną i nieco infantylną blondynką, a kruczowłosa Kora – starsza i poważniejsza – to przykład silnej charakterem, niewalecznej postaci kobiecej. Jest jeszcze wędrowny psalmista – trochę element komiczny, a trochę piąte koło u wozu, na przebieg fabuły wpływa dopiero w ostatniej jednej trzeciej powieści.

Pod względem ideologicznym występuje tu motyw „szlachetnego dzikusa” w stanie czystym; autor często nazywa Indian „dzikimi”, ale w zestawieniu z nimi ludzie tzw. cywilizowani przeważnie wypadają niekorzystnie. Wielokrotnie mowa o tym, że to zachłanność Anglików winna jest upadkowi Indian, a przedtem ich nadmiernej nerwowości. Incydentalnie pojawia się potępienie niewolnictwa czarnych – matka Kory pochodziła z Karaibów i pułkownik Munro podejrzewa, że Wirgińczyk Heyward właśnie z powodu uprzedzeń rasowych nie chce prosić go o rękę tej córki, tylko drugiej. Magua, czarny charakter, jest postacią dość złożoną – ucieka się do podstępów i przemocy, charakterystyczną i wielokrotnie wspominaną cechę jego wyglądu stanowi okrutny wyraz twarzy, ale też wykazuje się zdolnościami krasomówczymi z pogranicza dyplomacji i demagogii, a kieruje nim zemsta za hańbę, jaką ściągnęli na niego biali. Sam Sokole Oko wielokrotnie podkreśla, że jest czystej krwi białym, choć wychowanym wśród Mohikanów, i tak jak oni, żywi hurtową niechęć do Huronów i Irokezów; narrator otwarcie jednak stwierdza, że przemawiają przez niego uprzedzenia.

Swego czasu Mark Twain niemiłosiernie się natrząsał z pisarstwa Coopera, jednakże powieść powstała w epoce romantyzmu i trudno się dziwić, że napisana została takim, a nie innym językiem: długie zdania, opisy przyrody, dialogi tak rozwlekłe, jakich trudno się spodziewać po żywych ludziach… Jest sporo patosu, jest i nieco ironii, zwłaszcza w wypowiedziach Sokolego Oka.

Ciekawostka: blurp z tyłu okładki stwierdza, że Cooper urodził się „w New Jersey w stanie Nowy Jork”.

 

piątek, 3 lipca 2026

Gęś z wielbłąda i czarnoksiężnik z Madrytu, czyli płyty majowo-czerwcowe

  

W maju na targu było biednie, bo padał deszcz i mało kto przyjechał. U stałej handlarki płytowej także wybór okazał się taki sobie, ale coś jednak wygrzebałem. W czerwcu była już lepsza sytuacja, ale za to ja miałem ograniczony budżet. Tak więc wzbogaciłem się o 6 płyt w 2 miesiące.

  

Alanis Morissette, Supposed Former Infatuation Junkie, 1998

Kanadyjska wokalistka zaczynała od mało ambitnej muzyki dance, ale rozbiła bank dopiero kiedy weszła na drogę rocka alternatywnego albumem Jagged Little Pill, jedną z najważniejszych płyt „dziewczyńskiego rocka” lat 90. Przy okazji wylansowała pojęcie „friends with benefits” i przyczyniła się do błędnego zrozumienia przez Amerykanów wyrazu „ironia”.

Kolejnym jej albumem była – jakby to zgrabnie przełożyć – „Rzekoma niegdysiejsza maniaczka zadurzeń”? W składzie znalazł się basista Chris Chaney (później dołączy do reaktywowanego Jane’s Addiction), na klawiszach grał Benmont Tench (znany przede wszystkim z grupy Tom Petty and the Heartbreakers).

Główny problem ze SFIJ polega na tym, że jest to płyta po prostu za długa: 17 utworów, 71 minut. Tym bardziej, że wiele piosenek opiera się na podobnym patencie z perkusją programowaną albo przynajmniej brzmiącą jak programowana, na tle których Morissette wyrzuca z siebie treść. Jeszcze Front Row bym zostawił jako wprowadzający w ogólny nastrój płyty, ale już np. Are You Still Mad i szczególnie mało przystępny Sympathetic Character można sobie darować. The Couch to utwór tekstowo istotny (spychoanaliza?), ale muzycznie – za dużo elektronicznej mgły, przynajmniej zamiast loopów ktoś gra na kongach. Lepiej wypada równie gęsty I Was Hoping, już całkiem elektroniczny i nerwowy.

Entuzjastom hałasu może przypaść do gustu Baba z powolnym beatem perkusji i zgrzytliwym riffem. Natomiast jeśli szukać czegoś przebojowego, to głównym singlem z płyty był Thank U, promowany kontrowersyjnym teledyskiem, w którym Morissette chodzi po sagu po mieście. Ze spokojniejszych ballad dobre wrażenie robi That I Would Be Good. Natomiast UR to jakby próba wejścia drugi raz do tej samej rzeki po pamiętnym Head Over Heels – jest podobna melodia, jest harmonijka, tylko te loopy… Już bardziej stylowo wygląda partia harmonijki w Unsent, ale pojawia się dopiero pod sam koniec. Sam utwór stanowi pierwszą emocjonalną kulminację albumu. Po nim rozbrzmiewa So Pure – znowuż loopowy, ale przynajmniej ze w miarę melodyjnym, „chóralnym” refrenem (tak naprawdę to sama Morissette w nakładkach studyjnych). Druga kulminacja to Joining You, w końcu jakiś względnie rockowy i znowu z refrenem. Sam koniec płyty – Your Congratulations – to fortepianowa ballada z akompaniamentem skrzypiec. Na koniec może być, jednakże po namyśle odchudziłbym tę płytę nawet o połowę.  



Kaiser Chiefs, Employment, 2005

O drugiej płycie Kajzerów już w tym roku było. Teraz przyszła pora na debiut i muszę przyznać, że jest on ciekawszy. Innymi słowy, więcej jest interesujących melodii.

Najkrócej mówiąc, jest to brytyjski rock niezależny, modny w pierwszej dekadzie XXI wieku. Wiele piosenek ma dość ironiczną aurę. Zwykle bywają dynamiczne, jak na samym początku z Everyday I Love You Less and Less oraz I Predict a Riot. Gitarowe brzmienie wzbogaca, na zasadzie ornamentu, wintażowy syntezator, szczególnie słyszalny w spokojniejszym You Can Have It All. Różne momenty wpadają w ucho, nawet jeśli nie są zbyt oryginalne, vide prosty riff akcentowany cowbellem w Modern Way. W Caroline, Yes (aluzja do Beach Boys) elementem wyróżniającym jest kontrast w refrenie miedzy ostrą gitarą a falsetowym zaśpiewem.

Co do najatrakcyjniejszych fragmentów albumu, to tytuł Na Na Na Na Naa mówi sam za siebie. Ten jest dość szybki, natomiast drugi najciekawszy refren ma Oh My God w średnim tempie. Born to be a Dancer też jest dość chwytliwy, ale, wbrew tytułowi, nie bardzo nadaje się do tańca. Prędzej już Saturday Night, ale to akurat mój najmniej ulubiony z uwagi na bliską skandowania partię wokalną.


  

                                                  Camel, The Snow Goose, 1975

Trzeci album Wielbłąda, uważany za klasyczny, miał być w założeniu muzyczną ilustracją jakiejś książki. Po kilku podejściach do twórczości Hessego basista Doug Ferguson zaproponował ostatecznie nowelę Paula Gallico o przyjaźni między artystą Rhayaderem, dziewczynką Frithą i białą gęsią na tle mrocznego roku 1940 i ewakuacji z Dunkierki.

Płyta jest instrumentalna, nie licząc okazjonalnych wokaliz bez słów. Składa się z szesnastu utworów, czasem dosyć krótkich (poniżej 2 minut), w większości lekkich, nastrojowych i o baśniowym charakterze, to z dominującym udziałem gitary Andy’ego Latimera (Sanctuary), to znów klawiatur Petera Bardensa (Fritha). Co ciekawe, wśród instrumentarium wymieniony jest wełniany płaszcz marynarski, którym machali Ferguson i Latimer, imitując łopot skrzydeł.

Najbardziej pamiętny jest niewątpliwie nawiązujący do baroku Rhayader z motywem zagranym na flecie, oczywiście kojarzącym się z Jethro Tull. W pewnym momencie prowadzenie przejmuje długie solo organowe. Utwór przechodzi płynnie w motoryczny Rhayader Goes to Town (oba zresztą na koncertach zespół grywa razem), dla odmiany opowieść gitary. Także w tytułowym The Snow Goose Latimer gra długie, melancholijne solo, stawiające go obok Carlosa Santany czy Jana Akkermana. Friendship wyróżnia się partią barokowych instrumentów dętych typu szałamaje, a w dość szybkim Migration rozbrzmiewa jedna ze wspomnianych wokaliz. Motyw Rhayadera powraca w wersji smutnej i bardziej oszczędnej w Rhayader Alone.

Kulminację rozpoczyna Flight of the Snow Goose, melodyjny i rześki – ranna gęś wyzdrowiała i znów wzbija się w powietrze. Potem jednak zbliża się Dunkierka i nastrój stopniowo przechodzi z sielankowego w niepokojący (Preparation). Dramatyzm sytuacji, w której flota rybaków płynie przez kanał, by z narażeniem życia ewakuować żołnierzy, oddaje crescendo z udziałem sekcji dętej, na której tle gitara Latimera snuje swoją opowieść. Tempo przyspiesza, dołącza perkusista, partia gitary robi się coraz bardziej wściekła (z użyciem techniki slide…) Po tragedii następuje smutek (Epitaph; Fritha Alone)… a potem wraca gęś (La Princesse Perdue, z dynamicznym fragmentem a la Genesis i kolejną rozmarzoną solówką).

Reedycja, którą mam, zawiera kilka bonusów. Są to dwie singlowe wersje skrócone Flight of the Snow Goose i alternatywna wersja Rhayadera przygotowana na stronę B singla. Do tego dochodzą nagrania koncertowe: Rhayader Goes to Town oraz The Snow Goose połączone z bardziej rockowym Freefall z poprzedniej płyty studyjnej – ten ostatni to jedyny utwór na tym kompakcie, w którym słychać śpiew ze słowami. Zarejestrowano je w londyńskim klubie Marquee w październiku 1974 r., a więc jeszcze na parę miesięcy przed studyjnym nagraniem Śnieżnej gęsi.

Gallico chciał zaskarżyć Camel o naruszenie praw autorskich (nie zaś – jak podaje artykuł w książeczce – dlatego, że był niepalący, a logo zespołu kojarzyło mu się z papierosami). Na okładce zmieniono więc tytuł na Music Inspired by The Snow Goose, ale i tak wszyscy używają krótszej nazwy. W 2013 ówczesny skład Camel zarejestrował nową wersję albumu.

  

                                   Mägo de Oz, Hechizos, Pócimas y Brujeria, 2012

Na giełdzie płytowej szukałem Jerzego Harrisona, ale nie znalazłem. Zamiast tego padło na hiszpański power metal z elementami celtyckimi.

Mägo de Oz istnieje od końca lat 80., a od czasów debiutu jedynymi stałymi członkami są perkusista Txus di Fellatio i skrzypek Carlos Prieto „Mohammed”. W dorobku miał m.in. concept album na motywach Don Kichota. Wokalistą był kiedyś Juanma Lobón, ale odszedł z zespołu i na omawianej płycie jego miejsce zajął niejaki Zeta.

Płyta trochę mnie rozczarowała, ponieważ zawiera mniej celtyckich melodii niż to, co słyszałem wcześniej, a gdy się pojawiają, to brzmią jakoś tak… mało integralnie, jak ozdobniki. Ale rozczarowanie wielkie nie było, bo mimo wszystko jest to całkiem przyjemna płyta powermetalowa z wszystkimi elementami stylu. Galopujące rytmy, łatwo przyswajalne melodie, sporo klawiszy, śpiew niekiedy chóralny… A to, że w składzie są skrzypek i flecista, to tylko dodatkowa atrakcja. Co prawda efekt wypada chwilami dość cukierkowo, co dobrze koresponduje z kiczowatą grafiką komputerową na okładce – no ale to również element konwencji.

Początek płyty jest rozpędzony i dynamiczny. Wyróżnia się Sácale brillo a una pena, głównie dzięki kiczowatemu brzmieniu syntezatora – nie ma tu już w ogóle elementów celtyckich. Uczuleniu na syntezator zapobiega No pares (de oir Rock & Roll), w którym pojawiają się organy Hammonda, a w dalszej części wcisnęli nawet wokalizę sopranistki. Kobiecy głos odgrywa rolę pierwszoplanową w Brujas – śpiewa chyba współpracująca z zespołem Patricia Tapia. 

Bardziej nastrojowo zaczyna się Satanael, lecz to tylko zmyłka, bo potem wjeżdża ciężki, orientalizujący riff, po dwóch minutach następuje przyspieszenie, a koło czwartej można wreszcie usłyszeć reela czy coś w tej podobie. Ballada z prawdziwego zdarzenia to Quiero morirme en tí – z początku lekka i akustyczna, potem odlatuje w nie za mocne crescendo.

Kilka razy pojawia się akordeon (H2Oz), a w instrumentalnym A marcha das meigas główną rolę odgrywają dudy. Drugi instrumental nosi tytuł Celtian i on – jak się łatwo domyślić – odznacza się największą zawartością celtyckiego cukru w cukrze. Natomiast kończący płytę utwór tytułowy trwa aż osiem minut i niestety w swej powermetalowości jest ciut zbyt generyczny.


  

Halestorm, Halestorm, 2009

Przede wszystkim nie należy mylić tego zespołu z Alestorm. Tamci to wesoła załoga szkockich piratów, natomiast Halestorm – hardrockowa grupa amerykańska, na której czele stoi rodzeństwo Hale: Lzzy (to nie literówka) i Arejay. Ona śpiewa, gra na gitarze i emanuje atletycznym seksapilem, on wali w bębny. Poza tym skład uzupełniali Joe Hottinger na gitarze prowadzącej i Josh Smith na basie.

Debiut zespołu utrzymany jest w spójnej konwencji hard rocka z zadziornym kobiecym wokalem i sporą dawką melodii – vide It’s Not You czy I Get Off. Czasami – jak w pierwszym z nich – pojawia się interesujące solo gitarowe. Za to What Were You Expecting? jak dla mnie za bardzo czadowy, wręcz zalatujący industrialem – nic dziwnego, skoro przyłożył do niego rękę John5, grający ongiś z Marilynem Mansonem czy Robem Zombie. Wśród innych zewnętrznych współautorów pojawia się w Love/Hate Heartbreak Lukather, ale nie Steve (gitarzysta Toto), tylko jego progenitura Trevor.

Moje ulubione są te fragmenty albumu, w których Lzzy Hale pokazuje bardziej liryczne oblicze, ale zespół nie przykręca wzmacniaczy – innymi słowy power-ballady. Bet U Wish U Had Me Back kojarzy mi się z ostrzejszą, bardziej opancerzoną i oćwiekowaną wersją rocka alternatywnego, gościnnie gra w nim Phil X (następca Richiego Sambory w Bon Jovi). Druga w tej kategorii, a nawet lepsza, jest Better Sorry Than Safe. Najbliżej typowej ballady lokuje się I’m Not an Angel z sekcją smyczkową, ale i tam Lzzy zdziera gardło, zwłaszcza pod koniec. Drugi utwór wzbogacony smyczkami, oparty na niepokojącym pasażu Taste of Poison, sprawia wrażenie raczej przerywnika niż pełnowartościowej piosenki, tym bardziej, że wciśnięto go między dwie lepsze ballady.


  

Alcatrazz, Dangerous Games, 1986

Graham Bonnet, drugi z kolei wokalista grupy Rainbow, śpiewał w niej krótko i nagrał tylko jedną płytę, w dodatku Ritchie Blackmore nie wspominał go zbyt dobrze. Z jednej strony niełatwo być kimś, kto obejmuje posadę zwolnioną przez Ronniego Jamesa Dio (nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej), a z drugiej – wolę jednak Bonneta niż do bólu stereotypowego śpiewaka hardrockowego, jakim jest Joe Lynn Turner. W każdym razie po wyrzuceniu z Rainbow nie spoczął Bonnet na laurach i w latach 80. widzimy go na czele grupy Alcatrazz, powołanej z udziałem byłych członków zespołu New England.

Dangerous Games była to zespołu płyta trzecia i ostatnia. Na poprzednich gitarę dzierżyli wirtuozi ze światowej ekstraklasy – Yngwie Malmsteen i Steve Vai. Trzeci był wioślarz mniej znany – Danny Johnson. Na płycie znalazła się dość łagodna i melodyjna wersja hard rocka, żeby nie powiedzieć AOR. Bonnet stylowo zdziera gardło, ale muzyka jest uładzona, bez szczególnego czadu; zadziorność, lecz ostrugana. Dość konserwatywna była choćby decyzja, żeby na początek rzucić zaaranżowaną na hardrockowo It’s My Life Animalsów. Charakterystyczne dla epoki szkliste klawisze (Jimmy Waldo) nieco rozmiękczają brzmienie, co słychać zwłaszcza w Undercover; podobnie w Ohayo Tokyo, z tym że tam jeszcze dochodzą smyczki z syntezatora. Dla odmiany w No Imagination organy Hammonda ciut zaostrzają efekt, zabarwiając go lekko na purpurowo.

Najciekawiej, czyli najmelodyjniej, wypada utwór tytułowy z przebojowym refrenem i następujący zaraz po nim Blue Boar. Za dyżurną słodką balladę robi walcująca Only One Woman (przeróbka Bee Gees), podczas gdy Witchwood to ballada bardziej refleksyjna. Repertuar kończy krótka Night of the Shooting Star w doo-wopowej aranżacji (głos główny + akompaniament wokalny).

Reedycja została wzbogacona o trzy utwory z koncertu w kalifornijskiej Resedzie. Hardrockowy Hiroshima Mon Amour (zespół chyba w ogóle lubił Japonię, i to z wzajemnością) ze zmyłkową „pościelową” introdukcją i posępna rockowa ballada Suffer Me pochodzą jeszcze z pontyfikatu Malmsteena, zaś rokendrolowy Somethin’ Else Eddiego Cochrana został nagrany w znacznie gorszej jakości niż tamte.