poniedziałek, 9 marca 2026

Anarchy in the Cz-wa, czyli święte miasto bezprawia

 

Można ostatnio zaobserwować nostalgię za latami 90. Cóż to były za piękne czasy, gdy nam grali Nirvana, Wilki i Guns N’Roses, ludzie nosili dresy w obciachowych kombinacjach kolorów, wszyscy byliśmy milionerami i nie istniał jeszcze PiS (ani PO).

            Ale nie było tak różowo, jak się dzisiaj wydaje. Kto z dziś żyjących nas Polaków miałby ochotę jeść mięso sprzedawane pod gołym niebem prosto z samochodu na jednym z mnożących się jak grzyby po deszczu targowisk?

Były to również czasy wybujałej przestępczości. Oczywiście, w dużych ośrodkach, takich jak Warszawa, wszystkiego było więcej – zarówno nowoczesnych rozwiązań typu automatyczne drzwi, jak i bandziorów. Częstochowę też jednak trudno było nazywać całkiem spokojnym miastem. Może o tym przekonać lektura „24 Godzin – Dziennika Częstochowskiego” z lat 1990-1992. Była to pierwsza po 1989 r. niezależna gazeta w mieście, choć sama w sobie była mutacją lokalną „24 Godzin – Gazety Kieleckiej” i zwłaszcza w pierwszych kilku miesiącach istnienia podawała także informacje z Kielecczyzny. Dział ogłoszeń w ogóle jeszcze dłużej był wspólny dla obu wariantów, a dział muzyczny chyba w ogóle powstawał w Kielcach. Ale o tym kiedy indziej.

            Nie jest tak, że dopiero w latach 90. do miasta zawitała przestępczość. Głośna była przecież jeszcze przed I wojną światową sprawa Damazego Macocha, zakonnika z chramu Yasunagura, który zamordował kuzyna siekierą i kazał wywieźć za miasto otomanę z ukrytymi zwłokami, które następnie odnaleźli przypadkowi chłopi. W toku procesu nie udowodniono mu natomiast głośnego wcześniejszego obrabunku kaplicy jasnogórskiej.

Rysunki z sali sądowej, "Tygodnik Illustrowany" 1912


O rozmaitych sprawach kryminalnych mówiła też międzywojenna prasa. Weźmy dla przykładu samego tylko „Gońca Częstochowskiego” z samego tylko roku 1936.

Przed wojną Częstochowa była miastem pogranicznym, co stwarzało duże możliwości rozwoju zawodowego dla przemytników.

"Jeśli nie mają suchego chleba..."

Nie brakowało i złodziei.

Kradzież jesionki. Kasprzyk Wincenty zam. w Ostrowach, gminy Medźno [właściwie Miedźno – przyp. BW] zameldował w policji, że z furmanki na Starym Rynku skradziono mu jesionkę, wart. 2 zł. 50 gr. Jak ustalono, to kradzieży tej dokonał Juszczyk Jan, zam. w domu noclegowym przy Magistracie.

Ogólnie rzecz biorąc, rozsądnie było pilnować wozu, zwłaszcza na rynku, bo straty mogły wynieść więcej niż 2,50 zł:

Ukradł kiełbasę i słoninę. Zatrzymany został Sztekler Edward, zam. przy ul. Olsztyńskiej nr. 57-59, za kradzież z wozu 2 kg. kiełbasy i 175 kg. słoniny na szkodę Jana Biskupa, zam. w Biskupicach, gm. Olsztyn.

Rzuca się w oczy zarówno dysproporcja między kiełbasą a słoniną, jak i fakt, że w tamtych czasach nie było mowy o RODO ani nawet o wcześniejszych regulacjach prywatności. Ani sprawca, ani ofiara nie mogli więc się cieszyć anonimowością.

Awanturnik z Kiedrzyna. Za wywołanie awantury na Rynku Wieluńskim zatrzymany został Jan Dziwiński, zam. w Kiedrzynie.

Jak widać, każdy rynek, czy to Stary, czy Wieluński, przyciągał rozmaity element. Zaś w ścisłym centrum miasta można było się nadziać na prekursora dzisiejszych duchologów.

Nocny rabuś szyldów. W nocy z niedzieli na poniedziałek w III Alei grasował rabuś szyldów czy też może jakiś pijany awanturnik, który zerwał kilka szyldzików i tabliczek na domach. M. in. oderwał i porzucił o kilka domów dalej tabliczkę jednego z lekarzy, również i z przed bramy domu, mieszczącego zakłady graficzne „Gońca Częstochowskiego", zrabował tabliczkę emaljowaną z napisem, że firma jest członkiem Stow. Kupców Polskich.

Ktoby znalazł tę tabliczkę, proszony jest o zwrot do administracji naszego pisma.

Swoją drogą, „Nocny Rabuś Szyldów” to niezła nazwa dla zespołu.

  

A co miała do przekazania prasa lat dziewięćdziesiątych? Lektura "24 Godzin" potwierdza, że były to brutalne czasy.


            Wolno już było pisać o ekscesach poprzedniej władzy, nawet takich, które kończyły się na izbie wytrzeźwień przy Sikorskiego.

Pewnego razu przywieźli do nas kapitana SB z Łodzi. Miał przy sobie broń i cztery dowody osobiste, z tym samym zdjęciem i na cztery różne nazwiska. Milicjantów, którzy go dowieźli, straszył zwolnieniem z pracy.

W chramie Yasunagura najbardziej dramatycznym zdarzeniem był pożar w nocy z 6 na 7 sierpnia 1990 r. Nikt nie zginął, ale dwóch kleryków ratujących archiwa doznało zaczadzenia, a straty materialne były ogromne. Poważnie uszkodzony został najstarszy budynek, znany jako „Stary Świat”. Woda gaśnicza zalała część zbiorów archiwalnych, zniszczeniu uległ też dorobek mieszkającego podówczas w klasztorze fotografika i operatora Zdzisława Sowińskiego. Natychmiast zaczęto zbierać fundusze na odbudowę – m.in. Anatolij Kaszpirowski podarował 4 kilodolary.

Początkowo chodziły słuchy, że przyczyną była awaria instalacji elektrycznej. Pożar okazał się jednak skutkiem podpalenia. Sprawcą był jeden z postulantów do zakonu, pochodzący z Łap pod Białymstokiem. Pragnął wkraść się w łaski ojców paulinów, że niby jako pierwszy zobaczył ogień i podniósł alarm.

Na podejściach do chramu grasowali tzw. przypinacze. Byli to jegomoście, którzy, jak sama nazwa wskazuje, przypinali niczego się niespodziewającym pielgrzymom rozmaite medaliki i inne symbole religijne, a potem namolnie domagali się zapłaty. Z czasem proceder ten uległ osłabieniu, ale w internetach można znaleźć doniesienia o nim jeszcze z zeszłego roku – najwyraźniej przypinacze ujawniają się dopiero w sezonie pielgrzymkowym.

Rynki wciąż pozostawały dosyć niebezpiecznym miejscem. Sprzedaż mięsa bez urządzeń chłodniczych szybko ukrócono, za to pojawił się niekoniecznie korzystny akcent kulturowy w postaci gości ze Wspólnoty Niepodległych Państw. Na targowisku przy Faradaguła można było ponoć kupić kałasznikowa i trzy magazynki za 2,5 mln ówczesnych złotych od ludzi mówiących „z wyraźnym miękkim akcentem”. W razie odmowy proponowali także „coś tańszego” (AKSU-74? Makarow?). Policja nie zainteresowała się sprawą. Jeśli za punkt odniesienia wziąć reklamy sprzedaży wysyłkowej, publikowane w 1992 r. na łamach „Kobiety i Życia”, to kałasznikow z amunicją byłby około 10 razy droższy niż kurtka amerykańskich pilotów bombowców lub ustrojstwo do trenowania mięśni brzucha.

Wschodni kryminalitet przybierał nieraz brutalne formy. Na przykład w lutym 1992 na korytarzu hotelu „Mały” znaleziono zamordowanego Siergieja P. ze Smoleńska. Okazał się on ofiarą porachunków między handlarzami. Częstszym zjawiskiem były haracze. W tym samym roku ujęto na Faradaguła dwóch enforsjerów, a białoruski „rakieter” (tak w artykule) wymuszał od turystów z WNP okup na bazarze w Pajęcznie. Ponadto podejrzewano, że przez Częstochowę biegnie trasa przerzutu na Wschód kradzionych samochodów.

Czasem to miejscowi próbowali potraktować nieuczciwie turystę ze Wschodu. Przy ul. Katedralnej funkcjonował „hotel o ustalonej sławie” (mój kolega miał wątpliwą przyjemność tam nocować). W marcu 1992 r. 30-letni Jegor B. z Sankt Petersburga próbował tam sprzedać dwóm Polakom 300 paczek tanich papierosów, ale, jak pisze (zab)…

Polacy poprosili Jegora, by towarzyszył im na ulicę Warszawską, gdzie w jednej z bram miała się odbyć wymiana towaru na pieniądze według zasady „z rączki do rączki". Niestety, „rączki" Polaków okazały się lepkie i wziąwszy papierosy rzucili się do ucieczki— nie płacąc ani grosza.

Rosjanin nie dał jednak za wygraną i ścigał złodziei aż na ulicę Berka Joselewicza. Tam przyłączył się do niego przechodzący właśnie patrol policji. Już po chwili policjanci schwytali 24-letniego Artura G., mieszkańca jednej z podczęstochowskich wsi. Drugi amator taniej tabaki zbiegł.

Jegor B. może mówić o szczęściu. Nie tylko odzyskał towar, ale wyszedł ze sprawy bez uszczerbku. Co nie jest pewne przy „lewych” interesach.

Za biznes haraczowy zabrali się także rodzimi opryszkowie, o czym świadczy notatka z października 1991:

Terroryści  od cukrowej waty

We wtorek na ulicy Drożniaka w Częstochowie dwóch nietrzeźwych mężczyzn udawało— skutecznie — terrorystów. Zaczepili oni Ryszarda P. (48), grożąc spaleniem jego „trabanta” i zniszczeniem ulicznego warsztatu pracy (urządzenie do produkcji waty cukrowej). Napadnięty został zmuszony do wydania utargu — 40 tys. złotych. Zawiadomiony o napaści VI Komisariat Policji przy ul. Michałowskiego podjął rutynowe działania. Funkcjonariusze ustalili i zatrzymali podejrzanych: Henryka G. (lat 42) i Szczepana P. (27). Obu panów umieszczono w izbie wytrzeźwień, w której koszt pobytu powinien wpędzić ich w dokuczliwe długi. (mp)

Dzielnica Północ w ogóle miała nie najlepszą sławę.

A Trzech Wieszczów nie lepszą, o czym świadczy artykuł z grudnia 1992 r. pod jednoznacznym tytułem Wieszcze na bani:

O każdej porze dnia i nocy można wśród bloków między ulicami Słowackiego. Mickiewicza i Krasińskiego napotkać chwiejących się na nogach brudnych facetów. A czasem i panie (…)

  Spytałam mieszkańców, gdzie się zaopatrują owi pijaczkowie.

– Nie ma problemu. tu w każdym bloku jest melina. Nie trzeba więc chodzić do nocników.

Jest więc zaplecze. A to dla pijaczka rzecz naczelna. Może nie są to napoje najwyższej jakości, ale zawsze. Na cóż bowiem majloszkowi „walentine".

Na zaplecze składa się także miejsce. w którym można spożyć trunek. Poza tym można oddać urynę i takie tam kałowe sprawy, Tak więc bramy i klatki schodowe to idealne miejsce.
(ada)

Nawet w ścisłym centrum miasta, na tyłach sławnego Bieganiaka, było nie za ciekawie.

A może chociaż na prowincji dało się znaleźć spokój? Na przykład w Herbach?

Przy stacji benzynowej w Herbach miała miejsce wczoraj ok. godz. 13 strzelanina. Jak dowiadujemy się ze źródeł zbliżonych do policji w jej wyniku śmierć poniósł jeden z najgroźniejszych częstochowskich przestępców, poszukiwany listami gończymi w kilku województwach, znany złodziej samochodów.

Oskarżony był o liczne przestępstwa na terenie między innymi Myszkowa, Olesna, Częstochowy i nazywany „biznesmenem wśród złodziei”. Pochodził zresztą ze słynnej przestępczej rodziny...

Okoliczności zajścia nie są dotychczas znane. Dyżurny w Komendzie Wojewódzkiej Policji potwierdził fakt, ale „dla dobra śledztwa” odmówił podania jakichkolwiek szczegółów. Wiadomo tylko, że uciekający „polonezem” przestępca został zatrzymany i wówczas rozpoczęła się wymiana strzałów. Ranny został w jej wyniku także jeden z funkcjonariuszy. W chwili zsyłania materiałów do drukarni trwały na miejscu zdarzenia czynności wyjaśniające. (jn)

Na prowincji szerzyły się też kradzieże.

W nocy z 9 na 10 włamano się w Pradłach, k. Kroczyc do baru „Pod Borowikiem", z którego skradziono 180 butelek wódki, ponad 200 butelek piwa, 35 kg schabu i inne towary. Straty 23 mln zł na szkodę GS Kroczyce. Dochodzenie prowadzi Komis. Policji w Żarkach.

Dobór asortymentu pozwala sądzić, że ktoś w Pradłach urządzał wesele. Albo po prostu naród był w październiku 1991 r. wyjątkowo głodny. Wszakże „14 bm. tuż po północy w okolicy kina „Wolność” w Częstochowie dwaj mężczyźni pobili, a następnie okradli z przenoszonej torby gospodarczej (z wędlinami) Zenona L. (l. 52). Jak nieco później ustalono, zarówno pokrzywdzony, jak i napastnicy byli w stanie nietrzeźwym”. I zziębnięty – w Tylinie koło Mykanowa „włamano się przez właz dachowy do pokoiku na poddaszu. skąd skradziono 4 kożuchy i buty na szkodę Joanny O. (4 mln zł)”. A w Woźnikach…

Złodziej spragniony i głodny

Przed kilkoma dniami włamano się do pijalni piwa w Woźnikach. Złodziej ukradł cztery skrzynki piwa, papierosy, a także wieżę stereo. W ostatni poniedziałek miejscowi policjanci ustalili spragnionego alkoholu sprawcę, Jerzego B. (lat 21 ). Okazało się, że tej samej nocy włamał się on także do sklepu spożywczego. kradnąc wartości 6 mln zł— pewnie na zagrychę. Część łupu udało się odzyskać. Niestety, dobra konsumpcyjne w znacznej części przepadły (mp).

Czy zdarzenia te należy wiązać z powołaniem do życia w tym samym miesiącu Polskiej Partii Głodujących Nauczycieli, pozostaje do ustalenia.

Po zaspokojeniu potrzeb spożywczych należało się wystroić, zwłaszcza gdy nadchodził sylwester. Tak więc…

3 suknie sylwestrowe, kożuch męski. futro z lisów i inne artykuły odzieżowe łącznej wartości 80 mln zł skradli nieznani sprawcy z zaparkowanego przed zajazdem w Kruszynie „poloneza”.

W owym zaś Miedźnie, którego mieszkaniec w roku 1937 został okradziony z jesionki wartej 2,50 zł, w roku 1992 ktoś ukradł 100 paczek prezerwatyw. Huczna musiała być impreza. 

Zgodnie jednak z przysłowiem, że „okazja czyni złodzieja”, niektórzy okradacze nie byli specjalnie wybredni.

Nocny złodziej ukradł z piwnicy Włodzimierza M. w Praszce 10 słoików z przetworami i… pompkę rowerową. Połakomił się też na samochodową gaśnicę.

W nocy z 2 na 3 września włamano się do sklepu w Dąbiu, k. Secemina. Po wyrwaniu krat oraz wybiciu szyb sprawcy dostali Się do sklepu. z którego zabrali papierosy. herbatę. konserwy, piwo. buty męskie i damskie. Straty oceniono na ok 30 mln zł.  

Prowincja była też ośrodkiem produkcji substancji zabronionych. W rejonie Gidel policjanci zamknęli punkt nielegalnego wyrobu spirytusu, a w ich ręce wpadło 15 litrów zacieru. W Rzekach Wielkich zlikwidowano natomiast wielką wytwórnię heroiny, rekwirując 93 worki makowin i 20 litrów półproduktu. „Zatrzymany zapas »zabezpieczał front robót« na dwa miesiące”, donosił dziennikarz „24 Godzin”. Nadmienił ponadto, że w województwie częstochowskim ujawniono ponad setkę poletek makowych, co świadczyło o zainstalowaniu się w regionie poważnego producenta.

            W podczęstochowskim interiorze dochodziło ponadto do aktów zaostrzonej walki klasowej.

Zwolniony z pracy Mirosław W. „wprawił się w stan nietrzeźwy", po czym 13 lutego o 23 w swym do niedawna macierzystym zakładzie pracy wybił 6 szyb w oknach, zaś odłamki szkła wpadły do kadzi z ciastem przygotowanym do pieczenia chleba. Swojej niedawnej pracodawczyni wyrządził szkody ocenione na 5 mln zł. Działo się to w Kłobucku.

            Przestępcy z miasta Kłobucka dbali też o rozwój intelektualny.


            A o Kościelcu to już w ogóle strach mówić…

Proca może być duża. Wkopana do ziemi. Duże rozwidlenie dużych gałęzi. Naciąg musi robić dwóch mężczyzn. Z takiej procy można porazić stodołę wroga.

Miasto Częstochowa samo nie było wolne od kradzieży pospolitych, ale i praktycznych.

W nocy 14/15 lutego w Częstochowie włamano się do hurtowni Janusza S., skąd skradziono m.in. 25 wiertarek udarowych produkcji niemieckiej, dezodoranty, lakiery do włosów, pasty do zębów różnych gatunków łącznej wartości ok. 80 mln zł. Dochodzenie prowadzi Komisariat I Policji.

13 listopada dokonano włamania do piwnicy bloku przy ulicy Wojska Polskiego. Złodzieje zabrali kamienie szlifierskie, piłę, heblarkę, piły tarczowe, noże heblarskie. Wartość skradzionych przedmiotów oceniono na ok. 3 mln złotych. Sprawą zajmuje się IV Komisariat Policji.

 

            Lata dziewięćdziesiąte kojarzą się z jeszcze jednym rodzajem przestępczości. Zmorę wielu dużych miast stanowili rozwydrzeni skinheadzi. Rozbijanie koncertów i demonstracji było na porządku dziennym. W takim np. Krakowie nocą z 2 na 3 października 1992 doszło do „prawdziwej bitwy” w rejonie placu Matejki. Fejborzy tamowali ruch w okolicach Barbakanu i kopali przejeżdżające samochody, a także usiłowali zaatakować grupę kibiców Wisły jadących do Szczecina. Po przybyciu policji setka skinów, uzbrojonych „w pałki, kamienie, deski z ławek parkowych”, stanęła naprzeciw 46 funkcjonariuszy. 12 łysych zostało zatrzymanych, 1 policjant odniósł poważne obrażenia.

Częstochowa to mniejsze miasto, a więc i skinów mniej. Na początku 1991 r. było tu ich około czterdziestu (w sam raz dla jakiegoś Ali Baby). Upodobali sobie dyskotekę „Wakans” na Racławickiej (przy owym kościelnym placu Pigalle) oraz bar „Złoty Róg” koło Megasamu. Chadzali tam dziennikarze, żeby się dowiedzieć, co takim dżentelmętom chodzi po łysych głowach. („24” publikowały także wywiady z przedstawicielami innych subkultur, jako to punków, rockersów, hipisów i policjantów.) Przepytywany skinhead twierdził: „Sami nie zaczynamy z innymi, dopiero gdy nas zaczepią”, ale z innych wypowiedzi wynikało, że zaczepia ich dosłownie wszystko. O narkomanach np. mówili: „Nie mamy czasu czekać, aż się wyleczą, metodami pacyfistycznymi nie wyleczy się ich”. Albo: „Ja jestem ateistą, ale jeżeli ktoś obraża papieża, a on jest Polakiem, to mnie także obraża”.

Tak więc skini rzucali się w oczy, rzucali także kamieniami. A to pobili kogoś, a to zakłócili uroczystość odsłonięcia tablicy pamiątkowej na gmachu Fisharmonii Częstochowskiej z udziałem ambasadora Izraela. W 1991 pokazali, co potrafią, na Nordzie, o czym spisała M. Gołąbek.

…przedwczoraj (niedziela) w godzinach południowych w dzielnicy Północ, niedaleko pętli tramwajowej, doszło do regularnej bitwy między pracownikami „wesołego miasteczka” a skinami.

Opowiada jedna z matek:

– Posadziłam dziecko na karuzeli, nagle zobaczyłam, że pan z obsługi zamiast uruchomić karuzelę złapał łańcuch i pobiegł w kierunku przejścia podziemnego. Stała tam grupa takich „wystrzyżonych” z długimi, prawie metrowymi, pałami (było ich chyba z dziesięciu). Z drugiej strony obsługa miasteczka z metalowymi prętami i łańcuchami. Walka była wyrównana, dopóki ktoś z obsługi nie krzyknął: „Lecę po pistolet gazowy”. Wtedy skini wystraszyli się i uciekli. Na szczęście na terenie miasteczka w czasie zajścia było mało ludzi: parę matek z dziećmi i kilka osób ż obsługi. Na przystanku tramwajowym stał spory tłum, kilku mężczyzn, ale tylko patrzyli. Nikt nie reagował.

Kierowniczka „wesołego miasteczka”: — Byli tu już dwa dni temu. Prowokowali pracownika strzelnicy: „Daj zajarać, bo cię podpalę!”. Pracownik, nie ułomek, wyszedł ze strzelnicy i spokojnie powiedział: „Odejdź, bo cię spotka przykrość”. Na to młodzian: „Uważaj, do kogo mówisz!”. Pracownik go uderzył, skin zaczął uciekać. Był pijany, przewrócił się. Wczoraj, gdy przyszedł z kolegami, całą twarz miał poharataną Na atak wybrali moment, gdy mąż z psem, z czterema pracownikami poszli się wykąpać (był upał, ruch niewielki, a pies wilczur uwielbia się kapać). Zostały 4 osoby: ja, kasjerka i dwóch pracowników. Najpierw zaatakowali pracownika gabinetu śmiechu, kopnęli go, szwagrowi puścili w twarz gaz. Małolaty stojące obok zaczęły rzucać w nas kamieniami. Krzyknęłam: „Idę po pistolet!” Zaczęli tak wiać, że aż się przewracali. Mieli najwyżej po 17—20 lat. Ci, co rzucali kamieniami, najwyżej 15.

Swoją drogą – po jednej stronie wilczur, po drugiej oskórowani, miejsce akcji – Północ… Starkowie kontra Boltonowie?

Można się było spodziewać, że tytuł „Łysi atakują” też dotyczy skinów, ale on się akurat pojawił w kolumnie muzycznej i dotyczył grupy Slade. Laik co prawda nie jest w stanie wywnioskować, dlaczego autor nazywa Slade „Łysymi”, skoro na zdjęciu wszyscy byli długowłosi.

Po pierwsze, nie Les, tylko Lea, a po drugie, autor pomylił Quireboys z Quiet Riot

A jaka przyczyna tego upadku obyczajów? Na to pytanie odpowiedział w swoim fejletonie  Andrzej Kalinin, najsłynniejszy pisarz z Kusiąt: „Nastąpiła ogólna polaryzacja dotychczasowych wartości moralnych, obyczajowych do poziomu nieetycznej normalności”. Młodzież jest „z zacięciem do przedwczesnej dorosłości”, a „Zamiast wychowywać – dzieci się po prostu »chowie«”.

 

W obliczu tylu niebezpieczeństw częstochowiacy musieli pokładać nadzieje w służbach porządkowych. Wyglądało jednak na to, że policja nie spełnia standardów nowej epoki…

…zatrzymywała czasem nieoczekiwanych winowajców…

…a czasem wręcz powiększała ich grono.

Skoro policji nie można ufać, to może straż miejska? Była to nowość w Polsce lat 90. Nowa formacja zdradzała początkowo wpływy copów ze Stanów Zjednoczonych USA. W Częstochowie chyba nie, ale gdzieś tam, może w Warszawie, strażnicy nosili charakterystyczne ośmiokątne czapki podobne do tych, w których chodzili policjanci w amerykańskich filmach. U stóp chramu Yasunagura amerykańskie wpływy ewidentnie zdradzały dystynkcje na rękawach.

Straż miejska w roku 1992 odnosiła pewne sukcesy w walce z pobieraniem haraczów.

(…) na ulicy Jagiellońskiej (d. Janikowskiego) podeszli ludzie z targowiska, którzy widzieli, jak dwaj Rosjanie wymuszali opłatę od współrodaków. W zamian — pozwalali handlować w spokoju.

Strażnicy zainterweniowali— i Rosjanie mogą co najwyżej pokombinować, jakie interesy można robić na policji. Gdzie się znaleźli. (pw)

Wydawało się nawet, że w niektórych sytuacjach radzi sobie lepiej od policji.

Niestety, dystynkcje nie były jedynym wzorcem, jaki Straż Miejska zaczerpnęła z Ameryki. Strażnicy mieli bowiem zwyczaj traktować obywateli z buta. Dosłownie.

BDSM - Brutalność Dzienna Straży Miejskiej

Za kopiącymi strażnikami ujął się sam prezydent miasta.

W starciu z bardziej zdeterminowanym przeciwnikiem straż miejska radziła sobie już gorzej. Dorota Steinhagen opisała sytuację po napaści skinów na demonstrację anarchistów pod Megasamem w listopadzie 1990:

Poszturchiwanego i bitego broni jednak (…) pracownik Straży Miejskiej, gdy nie daje rady inaczej – wyjmuje pistolet gazowy i strzela… część skinów, tych młodszych trzynasto-, piętnastolatków znika. Ci bardziej agresywni rzucają się na strażnika. Ten ucieka. Za nim goni około dwudziestka gotowych już na wszystko skinów. Za skinami – protestujący – trzeba pomóc strażnikowi.

Biegną aleją. Strażnik, w jednej ręce legitymacja, w drugiej „spluwa” wola do przechodniów: „jestem policjantem. Wezwijcie policję”. Nikt nie reaguje (…). Strażnik wbiega w bramę przy Banku Śląskim. Barykaduje się. Nadal nikt nie chce mu pomóc. Dopiero młoda kobieta w ciąży wybiega na balkon i przegania skinów spod swojej klatki. Grozi, że zaraz zacznie w nich rzucać doniczkami.

W każdym razie cudzoziemcy handlujący na naszych bazarach, nawet pochodzący ze stron tak dalekich jak Wietnam, woleli mieć się na baczności, o czym przekonał się znany częstochowski poeta Waldemar M. Gaiński, pełniący od czasu do czasu funkcję reportera.

Pod DH „Centrum” zauważyłem Wietnamczyka, oferującego zapalniczki, chińskie wieczne pióra, ładne długopisy i mazaki, a także oryginalne azjatyckie ozdóbki. Spytałem, czy mówi po polsku, na co usłyszałem niewyraźną odpowiedź po rosyjsku. Wyjaśniłem mu więc w tym języku, że jestem dziennikarzem i chcę z nim chwilę porozmawiać, Mówiąc to, okazałem legitymację. Sympatyczny Azjata zbladł nagle, sięgnął w zanadrze i ciągle kłaniając się — wręczył mi swój paszport. Domyśliłem się, że wziąć mnie za funkcjonariusza jednej z licznych służb porządku publicznego. Szybko zwróciłem mu paszport i na migi pokazałem, że zajmuję się pisaniem. Wówczas gość znad Mekongu chwycił garść piór i długopisów, usiłując mi je wszystkie wetknąć. Pomyślał najprawdopodobniej, że stróż porządku publicznego żąda tego rodzaju haraczu w zamian za odstąpienie od czynności służbowych, mówiąc językiem tychże służb.

Co zatem robić, skoro nie można liczyć na enforsjerów prawa i porządku? Prywatne agencje ochrony już istniały, ale jeszcze nie rozwinęły skrzydeł.

Trzeba było liczyć na siebie. „24 Godziny” publikowały np. artykuły o tym, że obywatel ma prawo do obrony koniecznej. Co prawda mieć prawo a umieć z niego korzystać to dwie różne rzeczy, o czym przekonali się ojciec z synem, których w grudniu 1992 napadła grupa wyrostków na ul. Niepodległości i zrabowała pistolet gazowy. Dlatego redakcja dysponowała opcją dla każdego, kto dysponował wolnymi trzema tysiącami złotych (w tamtych czasach to były drobniaki).


       Trudno się dziwić, że w tak dzikich czasach nawet redakcja „24 Godzin” uprawiała dziennikarstwo dość bezkompromisowe. Dziennikarze a to stawiali tezę, że chyba tylko groźbami przemocy da się skłonić personel kina „Wolność” do świadczenia usług na należytym poziomie (za co naczelny i dwaj autorzy wozili się z dyrekcją kina pięć lat po sądach), a to marzyli o rozwiązywaniu problemu chamskich kierowców MPK i leniwych urzędniczek metodą Terminatora. Nakłaniali też częstochowian, by w odwecie za odjeżdżające zbyt wcześnie pekaesy ostentacyjnie jeździli na gapę, a nawet do stalkowania prezydenta na wakacjach.


Doprawdy, było za czym nostalgnąć!

niedziela, 1 marca 2026

Dzięcioł perkusista, czyli płytowe pozostałości z grudnia

 

W grudniu roku poprzedniego miałem tak obfite żniwa płytowe, że niektóre pozycje pozostawiłem sobie na następny miesiąc.

 

The B-52’s, Good Stuff, 1992

Na początek roku, jak zwykle, płyta takiego zespołu, co go jeszcze nie miałem. Nazwa The B-52’s (od pewnego momentu pisali się bez apostrofu) odnosi się nie tyle wprost do amerykańskich bombowców, co do popularnej w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych fryzury „na bombę”, którą zaadaptowały także wokalistki grupy.

Sam zespół, choć powstał w epoce nowofalowej, też chętnie nawiązywał do ówczesnej muzyki i szerzej popkultury, w tym do kiczowatego pulpowego sajęs fikszyn. Dysponował też najbardziej denerwującym triem wokalnym, które tworzyli Fred Schneider, śpiewający bliskim melorecytacji głosem złośliwego diabła, oraz świdrujące soprany Kate Pierson i Cindy Wilson.

Good Stuff było szóstym albumem grupy. W tym okresie skład B-52’s ograniczał się do tria: Schneider, Pierson oraz Keith Strickland, którzy przekwalifikował się z perkusisty na gitarzystę. Pierwotny gitarzysta, Ricky Wilson, zmarł na AIDS w 1985, a jego siostra Cindy podczas nagrywania płyty była na urlopie macierzyńskim (na trasie koncertowej jej obowiązki przejęła śp. Julee Cruise, znana z Miasteczka Twin Peaks). Podstawowy skład wspierała cała bateria muzyków sesyjnych, w tym Jamie Muhoberac, Don Was, Lenny Castro i śp. Jeff Porcaro.

Początek płyty poprawia mi nastrój: dynamicznie rockandrollowy Tell It Like It T-I-Is, bezwstydnie campowe Hot Pants Explosion oraz taneczny utwór tytułowy wzbogacony solówką saksofonu. Nie tak zwariowany jest Is It You Mo-Dean? w średnim tempie, ale tekst znów nawiązuje do kosmicznej tematyki. Spokojniej robi się w Revolution Earth z idyllicznymi harmoniami wokalnymi – tego typu utwory musiały być inspiracją dla olsztyńskiego Big Day. Mniej mi przypadł do gustu Dreamland, gdzie łagodny męski głos nie przypomina zwykłej złośliwej maniery Freda, a rytm wydaje się maszynowy (choć podobno na perkusji gra tu Sterling Campbell), co zbliża utwór do norm jakiegoś Madchesteru; w dodatku ciągnie się prawie siedem minut. Zwracają też uwagę pobrzękiwania hinduskich perkusjonaliów, na których grają zaproszeni gościnnie krysznowcy. Mniej ekscentryczny głos Schneidera powraca w Breezin’ (ten już przynajmniej wprawia człowieka w łagodny trans), natomiast w Vision of a Kiss i finałowym Bad Influence wraca do normy.

Ciekawostką jest The World’s Green Laughter – w zasadzie instrumental oparty na… śpiewie ptaków, do którego rytmu i melodii dopasowana jest aranżacja (zawsze uważałem, że ktoś powinien skomponować coś takiego). W książeczce jako „wokal” wymienione są ryżojad i pipil rudogłowy, a jako „instrumenty perkusyjne” – dzięciur czerwonobrzuchy.

 

Nick Murphy, Run Fast, Sleep Naked, 2019

Na Faradaguła pani płytowa dawała jako gratis do zakupów egzemplarz takiej płyty. Nie miałem pojęcia, co to takiego, tym bardziej, że poza nazwiskiem artysty i tytułem na grzbiecie i nalepce, oprawa graficzna nie zawiera absolutnie żadnych informacji. Ani książeczki, ani nawet tytułów utworów na odwrocie. Wygląda na to, że Run Fast, Sleep Naked to już coś dla pokolenia cyfrowego, które se sprawdzi w internetach, co trzeba. Sprawdziłem i ja, więc się przekonałem, że Nick Murphy to australijski artysta elektroniczny, wcześniej znany pod pseudonimem Chet Faker.

Płyta, wbrew moim obawom, nie składa się w większości z klubowego klubienia, tylko z nastrojowych piosenek w dość nasyconych aranżacjach (podobno taki styl nazywa się downtempo). Oprócz elektroniki słychać regularny fortepian, organy i temu podobne, a czasem nawet odzywają się jakoweś dęciaki. Sam artysta ma co prawda głos dość pospolity, nieco jękliwy, i to może być dla niektórych nie do przejścia. Wyróżnia się Harry Takes Drugs on the Weekend (co za tytuł!) ze względnie zapamiętywalnym refrenem oraz nieco podsoulowione Sanity na fortepianowych akordach. Najbardziej klubiący jest Sunlight, ale elektroniczna aranżacja wpisana została w piosenkową strukturę. Zgrzyty pojawiają się dopiero w drugiej połowie Some People, a chyba najbardziej podobają mi się dynamiczny Yeah I Care i zaśpiewany prinsowatym falsetem Novocaine and Coca Cola (sześć i pół minuty, w tym przeciągła ambientowa koda). Dwa utwory z końca, po pięć minut każdy, już się dłużą, zwłaszcza Believe (Me) ze śpiewaniem przez wokoder. W ostatnim Message You at Midnight słychać coś jakby sekcję smyczkową, a może nawet gitary, ale artysta już nazbytnio zawodzi.

Nie do końca są to moje klimata, ale nie jest też to coś, co mnie gryzie w uszy.

 


Yellowcard, Ocean Avenue, 2003

Jest to zespół, który nie zapisał zbyt znaczącej karty w historii rocka, ale kto grał w Tony’ego Hawka, ten go może kojarzyć ze ścieżki dźwiękowej.

Najkrócej mówiąc, jest to pop-punk. Można by powiedzieć, że punk kalifornijski, tyle że z Florydy. Druga rzecz, która wyróżnia Yellowcard na tle nurtu, to… skrzypce. Grający na nich Sean Mackin jest nie tylko etatowym członkiem zespołu, ale do dziś jedynym, który przetrwał wszystkie zmiany składu. Grupa nie miała natomiast na tym etapie etatowego basisty – Peter Mosely zagrał jako muzyk sesyjny.

Materiał ma charakter jednorodny i prezentuje bardziej „melancholijną” niż „wściekłą” odmianę pop-punku. Najbardziej znany jest Breathing – to właśnie on był akompaniamentem do ewolucji deskorolkowych na monitorze. Trzeba zauważyć, że najbardziej melodyjny w zestawie. Poza tym spośród podobnych do siebie melodii zapamiętałem głównie Life of a Salesman i Ocean Avenue. Skrzypce czasem wychodzą na pierwszy plan, w rozpędzonym Twentythree ciągną główny riff, w jeszcze jednym miejscu dają bardziej na folkowo, ale czasem stanowią tylko przyprawę w tle.

Z ballad najlepiej wypada Empty Apartment z rozlewnym refrenem, doładowaniami gitarowymi i dodatkową jeszcze wiolonczelą. Generalnie jednak jest ich trochę za dużo i w efekcie usmętniają cały materiał, szczególnie wtedy, gdy się trafi ich nagromadzenie, jak w finale płyty, gdzie pojawia się najpierw akustyczna One Year, Six Months, a po niej jeszcze powerballada Back Home. 

 

Kaiser Chiefs, Yours Truly, Angry Mob, 2007

            Ricky’ego Wilsona zabrakło na płycie The B-52’s, ale jest na albumie Kaiser Chiefs. Tyle że to zupełnie inny Ricky Wilson. Nazwa kapeli pochodzi od południowoafrykańskiego klubu fubtolowego z Soweto (ale tamten pisał się przez „z”: Kaizer Chiefs), w którym grał swego czasu angielski piłkarz, jegoż fanami byli muzycy.

Przedstawiciele solidnej drugiej ligi „nowej rewolucji rockowej” na swoim drugim albumie byli nadal solidnie drugoligowi. Wszystkie stałe fragmenty gry: w miarę melodyjne utwory, czasami harmonie wokalne, falsetowe zaśpiewy (Highroyds), gitary hałaśliwe, lecz bez przesady, czasem syntezator (Thank You Very Much)… W każdym razie Ruby to autentyczny przebój ówczesnego nurtu rocka niezależnego, z prostym, lecz efektywnym refrenem, w sam raz, żeby posiedzieć z fumflami przy piwie, oglądając mecz Manchesteru z Liverpoolem. Równie atrakcyjnie wypada dynamiczny Heat Dies Down. Z utworu tytułowego pamiętam natomiast przede wszystkim skandowany finał. Później jest już mniej ciekawie, bardziej jednorodnie. Zwracają uwagę ironiczne tytuły, jak ballady Love’s Not a Competition (But I’m Winning) czy szybkiego Everything Is Average Nowadays. Z kolei Boxing Champ różni się od innych tym, że to krótka piosenka z akompaniamentem samego fortepianu.

Z jednej strony utwory są dość przyswajalne, z drugiej – brakuje im czegoś, co by mocniej chwytało, ale z trzeciej – są na tyle krótkie, że się nie zdążą znudzić.


  

Gomez, In Our Gun, 2002

Znowu płyta zespołu Gomez – i znowu za 5 zł. Wcześniejszą Bring It On kupiłem w antykwariacie w Suwałkach, In Our Gun znalazła się w Częstochowie.

W dalszym ciągu jest to muzyka bardziej awangardowa niż britpop, kombinacja bluesa z nowoczesnymi brzmieniami – elektroniczny rytm, loopy, jakiś dub. W otwieraczu Shot Shot motoryczny rytm z riffem saksofonu barytonowego przynosi skojarzenie z grupą Morphine. Rex Kramer to z kolei z jednej strony aranżacja (zwłaszcza bębny) mocno elektroniczna, z drugiej pobrzmiewa harmonijka, a zagrywki gitarowe i wokal Iana Balla wywodzą się ewidentnie z bluesa. W Detroit Swing 66 syntetyczny bulgot spotyka sekcję dętą. Za to spokojniejszemu utworowi tytułowemu (z późniejszym przyspieszeniem) ton nadaje kontrabas, na którym gra gościnnie zmarły w zeszłym roku Danny Thompson (ex-Pentangle). Z podobnych „elektro-bluesów” dobrze też wypada Ruff Stuff.

Na Wikipedii napisali, że ta płyta dzieli się na dwie połowy – akustyczną i elektroniczną – ale należy to traktować jako metaforę, bo utwory z obu grup są przemieszane i nie dominują specjalnie na żadnej ze „stron”. Do bardziej zelektronizowanych należą Army Dub czy Ping One Down, a nurt akustyczny obejmuje leniwe piosenki typu Sounds of Sounds, Miles End albo 1000 Times, choć ten ostatni ma też przyspieszenie. 

 

Steeleye Span, A Stack of Songs. Their Finest Folk Recordings 1973-1975, 1996

Trudno u nas trafić na płyty jednego z najważniejszych zespołów brytyjskiego folk rocka (a przy okazji jednego z ulubionych zespołów Terry’ego Pratchetta). Dopiero w grudniu udało mi się znaleźć kompilację utworów za 5 zł. Z niewiadomej przyczyny na okładce podane są lata 1973-1975, chociaż cały repertuar pochodzi z trzech pierwszych albumów, wydanych w latach 1970-1971. Są to same utwory tradycyjne – angielskie, szkockie i irlandzkie.

Instrumentarium jest typowe dla folkloru Wysp Brytyjskich: banjo, mandolina, harmonia; rockowego charakteru nadaje brzmienie gitary elektrycznej (głównie w The Blacksmith) i sekcja rytmiczna: na basie Ashley Hutchings, były członek Fairport Convention, a na perkusji gościnnie Dave Mattacks i Gerry Conway – obaj przewinęli się zarówno przez Fairport, jak i Jethro Tull. Wokalistka Maddy Pryor ma głos dość wysoki, co może odstręczać niektórych słuchaczy. Co prawda na debiucie zespół miał drugą wokalistkę, Gay Woods  – w Dark-Eyed Sailor śpiewa pierwszoplanową partię, a w Lowlands of Holland już w ogóle solo. Słychać także i głos męski – głównie Terry Woods (mąż Gay, później wylądował w The Pogues). Oczywiście skoro folk, to muszą być i tradycyjne harmonie wokalne.

Późniejsze płyty powstały w zmienionym składzie, bez Woodsów i bez perkusji, ale za to rytm dobrze podtrzymuje gitara basowa. Są także instrumentalne wiązanki jigów i reelów. Im dalej, tym mniej elementów rocka – Four Nights Drunk to najpierw śpiew z akompaniamentem samych skrzypiec, a potem partia instrumentalna, w której do tychże dołączają inne instrumenty.

Pod względem tematyki mamy tu przekrój przez główne wątki anglo-celtyckiej muzyki ludowej. Jest grupa piosenek „zawodowych” – The Blacksmith, Dark-Eyed Sailor i Blackleg Miner (wątek społeczny – potępienie łamistrajka z wyrazistym opisem łamania mu gnatów). Lowlands of Holland mówi o służbie na wojnie w Niderlandach, a False Knight on the Road zawiera motyw spotkania z diabłem. Z kolei Four Nights Drunk to pod względem tekstowym wariant Seven Drunken Nights: mąż wraca pijany do domu i widzi przedmioty pozostawione przez innego mężczyznę, a żona mu wmawia, że to zupełnie co innego – tym razem tylko cztery zwrotki i bez sprośnej pointy. Jest też Marrowbones, czarnohumorystyczna piosenka o tym, jak pani chciała zabić pana, ale jej nie wyszło.

 

Scorpions, Eye II Eye, 1999

Ten album miałem kiedyś na kasecie. Jest to najbardziej nietypowa płyta w dorobku Scorpions. Pisałem już wielokrotnie o „wielkim konformizmie rockowym” z początku lat osiemdziesiątych. W drugiej połowie dziewięćdziesiątych nastąpił „drugi konformizm”: artyści rockowi łagodzili brzmienie, sięgali do głównego nurtu muzyki pop, wykorzystywali samplery, loopy, elektroniczną perkusję i podobne wynalazki (metalowcy mieli własną odmianę tego zjawiska, ale o tym kiedy indziej). Spotkało to i Skorupionów.

Już na początku jest… dziwnie. Ostry riff (ale niemetalowy), średnie tempo, rozbujany rytm perkusji brzmiącej jak sztuczna, chóralny refren – jedynym, co się od razu wskazuje, że to Scorpions, jest śpiew Klausa Meinego, przy czym dość łagodny. Także kolejny, singlowy To Be No. 1 z elektronicznym postukiwaniem  promowany idiotycznym teledyskiem nawiązującym do afery Clinton-Lewinsky  budzi raczej skojarzenia z produkcjami typu Da Da Da niż z czymkolwiek, co wcześniej nagrali Scorpionsi. Gdzie się podział hard rock? W każdym razie Rudolf Schenker i Matthias Jabs nie zapomnieli, do czego służą gitary, tyle że robią z nich inny użytek. We wspomnianym singlu słychać nawet solówkę o specyficznie przetworzonym brzmieniu (kaczka? talkbox?) Spośród tych ekskursji na niwie pop-rocka najbardziej spodobała mi się Priscilla. Po raz też jedyny Skorupiony wykonały utwór w swoim języku ojczystym (pomijając krótką, absurdalną partię nibyrapową po angielsku) – Du bist so schmutzig; efekt jest tak kiczowaty, że aż atrakcyjny.

Nie będą może zawiedzeni ci, dla których niemiecka grupa jest przede wszystkim dostarczycielem sentymentalnych ballad. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to stanowią one nawet większość repertuaru. Najlepiej wypadają Obsession, What U Give U Get Back i finałowa A Moment in a Million Years. Różnica w tym, że nie brzmią jak typowe ballady metalowe, a ta ostatnia to już w ogóle opiera się na fortepianie. Utwór tytułowy, poświęcony ojcom Meinego i Schenkera, jest nie tyle sentymentalny, co refleksyjny. Podobnie 10 Light Years Away, efekt współpracy z Mickiem Jonesem z Foreignera.

Śladem bardziej progresywnych ambicji grupy pozostają dwa utwory, ciężko riffowe, ale w powolnym tempie: jeden Yellow Butterfly, a drugi Mind Like a Tree, w którym gościnnie daje głos były perkusista, Hermann Rarebell. A skoro mowa o sprawach personalnych – Eye II Eye był ostatnim albumem z udziałem basisty Ralpha Rieckermanna, a na kolejnej płycie zastąpił go już Paweł Mąciwoda.