wtorek, 31 marca 2026

Od Ziemi Świętej do Slovenska, czyli płyty lutowe

  

W lutym trafiły mi się bardzo udane nabytki na Faradaguła, a do tego zamówiłem w internetach coś bardziej niszowego. Aż dwukrotnie, u dwojga różnych wykonawców, pojawiła się parafraza cytatu „Hell hath no fury like a woman scorned” ze sztuki Williama Congreve’a, błędnie przypisywanego Szekspirowi.

  

R.E.M., Up, 1998

Zaklajstrowałem dziurę w dyskografii R.E.M. Up był to pierwszy album, na którym grupa z Athens w Georgii (Aten w Gruzji) występowała jako trio: perkusista Bill Berry po operacji tętniaka mózgu musiał przejść w stan spoczynku. Koledzy postanowili jednak nie przyjmować na stałe nikogo na jego miejsce, tylko korzystać z bębniarzy sesyjnych. Na tej płycie byli nimi Barrett Martin (głównie Screaming Trees, ale grał już kiedyś z Peterem Buckiem w grupie Tuatara) i znany sesyjniak Joey Waronker.

 Zgodnie z modą końca wieku („drugi konformizm rockowy”), brzmienie zostało zelektronizowane. Otwieracz Airportman to wręcz murowany sposób, żeby zniechęcić słuchacza: cztery minuty elektronicznego przynudzania z szepczącym Michaelem Stipe’em; mój egzemplarz jest w tym miejscu uszkodzony i po odsłuchaniu utworu z YouTube uznałem, że nic nie straciłem.

Znajoma stylistyka R.E.M. powraca dopiero w drugim utworze, Lotus, chociaż i on ma „nowoczesną” aranżację, zdominowaną przez fortepian elektryczny i jakiś syntezator, ale gitara też się w końcu wyłania. Pomimo nowinek aranżacyjnych, szkielet pozostaje zwykły dla R.E.M.: nastrojowe piosenki, śpiewane głosem jakby skulonym. Gdzieniegdzie pojawia się sekcja smyczkowa. Trzeci z kolei Suspicion, powolny i nastrojowy, pokazuje, że z elektroniki można korzystać z umiarem. Hope opiera się na powtarzanym w kółko, zachrypniętym metalicznym motywie syntezatora albo jakichś dziwnych organów, który może potencjalnie irytować.

Nie ma tu utworów tak przebojowych jak na płytach zespołu z lat wczesnych dziewięćdziesiątych, a już zupełnie brakuje czegoś żwawszego, pogodniejszego (Lotus chyba jako jedyny mieści się najbliżej). Największy potencjał ma ballada At My Most Beautiful – przywołująca jakby atmosferę Nightswimming, oraz wybrany do promocji Daysleeper. 


 

Jamiroquai, A Funk Odyssey, 2001

Jeden z albumów „Żamiroke” całkiem mi się spodobał, więc czemu by nie spróbować kolejnego, zwłaszcza, że był dostępny za 2 złote.

Cóż powiedzieć… To w dalszym ciągu tzw. acid jazz, co w praktyce oznacza łączenie tradycyjnego funku/soulu ze zdobyczami elektroniki przełomu wieków. Już od początku, w Feels So Good i Little L, dominują tłuste, taneczne groovy basowe, jakie nie brzmiałyby dziwnie w dyskotece późnych lat siedemdziesiątych. Gdzie trzeba, wzbogacone są np. stylowymi smyczkami, gitarowym podcinaniem, efektem klaskania albo zagęszczonymi latynoskimi perkusjonaliami. Fajnie brzmi poza tym Love Foolosophy oraz mój ulubiony Stop Don’t Panic. Za to Twenty Zero One najbardziej zbliża się do muzyki klubowej – praktycznie sama elektronika. Z ogólnie tanecznego materiału wyróżniają się ballady: wonderowo-prince’owata Corner of the Earth i bardziej akustyczna Black Crow, a także Picture of My Life, niby kończąca cały zestaw, ale potem jeszcze pojawia się ukryty utwór z funkowej kategorii.

Album stoi na wysokim poziomie wykonawczym, ale jest na tyle jednorodny, że można mówić o monotonii, i ustępuje Travelling Without Moving (np. nie ma dzidziridu). 


 

Cyndi Lauper, Twelve Deadly Cyns… And Then Some, 1994

Najpopularniejsza płyta Cyndi Lauper, She’s So Unusual, ostatnio mi się wymyka, więc na razie zadowoliłem się składanką największych przebojów. Ponieważ artystka nagrała do tamtej pory cztery płyty, to można się było spodziewać dużej reprezentacji debiutu. Spora część tych hitów to przeróbki, ale mniejsza o to.

W latach osiemdziesiątych Lauper zwróciła na siebie uwagę drapieżną charyzmą i barwnym imażem, choć głos ma wysoki, co dla niektórych może być granicą nie do przejścia. Nie ona pierwsza śpiewała Girls Just Wanna Have Fun, ale to ona przekształciła tę piosenkę w sprężysty feministyczny hymn. Równie atrakcyjnie wypada zadziorny Money Changes Everything (przeróbka The Brains) oraz drugi największy przebój Lauper, spokojniejszy Time After Time. Produkcja jest oczywiście typowa dla muzyki pop tamtych czasów: bębny elektroniczne, syntezatory i temu podobne. W sesji wzięli udział gitarzysta Eric Bazilian, lider grupy The Hooters („gwiazdy jednego przeboju” pod tytułem Johnny B., chociaż na dobrą sprawę te przeboje były dwa, bo jeszcze All You Zombies), i afrykanerski perkusista Anton Fig (znany ze współpracy z Kiss).

Przeboje z kolejnych płyt są dość podobne. Tu zapadają w pamięć Change of Heart i I Drove All Night – kolejne przykłady wzorcowej osiemdziesiętnej produkcji muzycznej – oraz kolejny wielki hit, ballada True Colors, później przerobiona przez Phila Collinsa. Jest też kower What’s Going On, soulowego klasyka Marvina Gaye’a, w którym gra na gitarze Adrian Belew (znany m.in. z King Crimson), ale za bardzo nie pokazuje pazurów – inna sprawa, że to remisk z siedmiocalowego singla, a nie oryginał z płyty.  Do materiału z czterech regularnych albumów Cyndi Lauper dorzucone zostało The World Is Stone z kanadyjskiego musicalu Tycoon, z ciepło melancholijnym syntezatorem.

„Dwanaście grzechów głównych”, a co się kryje pod dopiskiem „And Then Some”? Świeże utwory to rozpoczynająca cały zestaw pościelówa ze skrzypcami I’m Gonna Be Strong, nowa, uregałowiona wersja Girls Just Wanna Have Fun oraz jeszcze jedno reggae Come On Home. 


 

Orphaned Land, Mabool. The Story of the Three Sons of Seven, 2004

Dla odmiany zespół izraelski. Gdyby to dla kogoś było kontrowersyjne, to należy dodać, że członkowie Orphaned Land są zwolennikami pokojowej koegzystencji żydowsko-arabskiej i ekumenizmu trójabrahamowego, czemu dają wyraz w swoich utworach. Mają też dużą fanbazę w krajach arabskich i współpracują z arabskimi artystami, kiedyś zagrali nawet wspólną trasę z palestyńską kapelą metalową Khalas.

Mabool to – jak wskazuje tytuł – reinterpretacja opowieści o biblijnym potopie. W libretto nie wczytywałem się specjalnie, ale śpiewają zarówno po angielsku, hebrajsku, jak i arabsku, a gdzieś tam nawet wyłania się recytacja po łacinie. Muzycznie materiał jest bardzo epicki – progresywny metal z elementami etnicznymi. Do elementów tych należą bliskowschodnie zaśpiewy męskie, żeńskie i chóralne, a także regionalne instrumenty strunowe, jak saz, buzuki czy oud (gra na nich gitarzysta Yossi Saharon). Podobnie różnorodną paletę ekspresji prezentuje lider i wokalista Kobi Farhi – od melodyjnego śpiewu, przez recytację, po ryki, które pojawiają się już w początkowym Birth of the Three, ale nie kłują za bardzo w uszy, jako osadzone w melodyjnej tkance muzycznej. Za wokal żeński odpowiada Shlomit Levi, Jemenitka, która pierwszoplanową partię odgrywa w akustycznym A’salk.

Album składa się z utworów na ogół bardzo długich (powyżej 6 minut) i wielowątkowych, pełnych melodyjnych momentów. Przy tym kompozycje są przemyślane i nie sprawiają wrażenia chaosu. Jazdę metalową przeplatają spokojniejsze utwory akustyczne, jak np. Building the Ark, gdzie sposób wykorzystania chóru kojarzy mi się z Therionem, tyle że, hm, wektor ideologiczny ciut odmienny. Do promocji wybrano faktycznie melodyjny Norra El Norra – zaśpiewany po hebrajsku, ale na bazie tradycyjnej melodii egipskiej. Zaczyna się akustycznie, a potem następuje mocniejsze przywalenie i do tego solo fortepianu. Nastrojowy instrumental The Calm Before the Flood poprzedza wielki epicki finał – wizję powodzi, w której zawiera się summa całego albumu. Najpierw Mabool (The Flood), oczywiście z szumem deszczu i biciem gromów. Smyczkowe preludium wprowadza ostrą, rozpędzoną część metalową. Przechodzi on płynnie  w część drugą – The Storm Still Rages Inside, wolniejszy i bardziej podniosły; gitarzysta gra tu sporo partii solowych, a na sam koniec odzywa się chór. Płytę wieńczy kolejny akustyczny instrumental gitarowy

Wydanie zostało wzbogacone o bonusowy dysk The Calm Before the Flood z zapisem akustycznego koncertu w Tel Awiwie (Wiosnowzgórzu) z sierpnia 2002. Zawiera on wybór utworów z dwóch pierwszych płyt zespołu, z czego trzy podane zostały w całości, a siedem – w postaci dziewięcioipółminutowej wiązanki The Orphaned’s Medley. Do tego jeszcze Mercy – przeróbka grupy Paradise Lost, zaaranżowana z orientalną lutnią. Publiczność reaguje dość entuzjastycznie. 


 

Fleetwood Mac, Live, 1980

Ta dwupłytowa koncertówka prezentuje trójgłowe oblicze Fleetwood Mac u szczytu formy, po wydaniu albumu Tusk. Nagrania pochodzą z różnych miast, głównie amerykańskich, w tym po trzy z Cleveland i Santa Monica (w tym drugim przypadku był to kameralny występ dla ekipy i przyjaciół). Poza USA reprezentowane są: Paryż i Londyn (po dwa razy) oraz Tokio. Książeczka zawiera wykaz wszystkich koncertów w tej trasie koncertowej od października 1979 do września 1980, z czego w czerwcu trafili do Europy – Zurych jest tu zaliczony do Niemiec! A właściwie nie było wtedy Niemiec, tylko RFN i NRD (w tym drugim oczywiście nie grali).

Nie bardzo jest się co rozpisywać: grupa po prostu zaprezentowała najlepsze utwory ze swoich trzech ostatnich płyt, w tym takie hity jak Rhiannon czy Go Your Own Way. W wersji na żywo są one nieco surowsze niż w studio, Lindsey Buckingham dokłada czasem do pieca na gitarze czy nawet się wydrze, nie zapomina o solówkach (Say You Love Me), a Not That Funny rozciągnął swoimi popisami do dziewięciu minut.

Materiał znany i sprawdzony uzupełnia parę ciekawostek. Dwie z nich to nowości: Fireflies Stevie Nicks i One More Night Christine McVie, jednak nie dorównują Fleetwoodowej klasyce. Dwie pozostałe to staroci wręcz prehistoryczne w tym kontekście: countrowaty Don’t Let Me Down Again z płyty nagranej przez Nicks i Buckinghama przed dołączeniem do zespołu oraz ukłon w stronę założyciela Fleetwood Mac, Petera Greena – skrócona, przyczadowiona wersja Oh Well.

Miałem już w kolekcji jeden koncert tego składu Fleetwoodów – The Dance, nagrany po reaktywacji w 1997. Dlatego kiedy tak samo jak na tamtym zagrali Go Your Own Way i przebrzmiały ostatnie dźwięki Don’t Stop, myślałem, że to już koniec. Ale byłem w błędzie: na finał trafiło świetnie narastające, ośmiominutowe I’m So Afraid Buckinghama, a na bis przeróba The Farmer’s Daughter Beach Boysów. 

Wykonanie nie z tej samej płyty, ale z tego samego okresu

 

Lita Ford, Dangerous Curves, 1991

W latach osiemdziesiątych, okresie największej popularności heavy metalu, również i artystki żeńskie wykazały się w tym stylu. Do popularniejszych należała Lita Ford, która wcześniej występowała w The Runaways razem z Joan Jett, a z początkiem dekady rozpoczęła działalność solową, wykorzystując imaż jasnowłosego wampa mocno bębniącego w gitarę. Zaliczyła nawet duet z Ozzym Osbourne’em, który stał się jej największym hitem.

Dangerous Curves, piąta płyta Ford, ukazała się w momencie, kiedy soft metal odchodził już do lamusa. Mimo wszystko jest całkiem przyzwoita, chociaż trudno mówić o oryginalności muzycznej. Najbardziej spodobały mi się dwa przeboje singlowe: melodramatyczna półballada One Shot of Poison (byłaby balladą, gdyby nie spora motoryka) oraz przede wszystkim bardzo melodyjny Playin’ With Fire. W tej samej kategorii mieści się Little Too Early z refrenem trochę a la zadziorniejsze Bon Jovi. Napisali go na spółkę znany gitarzysta Al Pitrelli (wówczas współpracownik Alice’a Coopera), wokalista Rainbow (i przejściowo Deep Purple) Joe Lynn Turner, a także niejaki Richie Blakemore. To nie pomyłka, Ritchie Blackmore nie miał z tym przedsięwzięciem nic wspólnego. Ze szkoły Bon Jovi pochodzi też refren Holy Man, z tekstem perwersyjnie wykorzystującym motywy religijne.

Typowa ballada, z wykorzystaniem fortepianu, nazywa się Bad Love. Z bardziej zadziornych rockersów mało który jest prawdziwie porywający, przypominają raczej solidne, rzemieślnicze walenie w żelazo. Cała płyta zaczyna się od tandemu Larger than Life i What Do Ya Know About Love. W połowie wypada sześciominutowy Hellbound Train – najdłuższy i najcięższy, ale też robi najmniejsze wrażenie. Lepiej wypada finał Tambourine Dream, w którym ciężkie riffy kontrastują z gitarami akustycznymi i chórkiem w refrenie. Lita Ford nawiązuje też do wykreowanego już na pierwszej płycie wizerunku drapieżnej pajęczycy. Najpierw w ostrym Black Widow z niby-orientalnym motywem klawiszowym, a potem w końcowym, posępnie patetycznym instrumentalu Little Black Spider. 


 

Pavol Hammel, Marián Varga, Radim Hladík, Na II. programe sna, 1977

Pod choinkę dostałem przewodnik płytowy Pawła Nawary Rock za żelazną kurtyną. Tom 1: Czechosłowacja 1964-1979. Wkrótce też zacząłem zgłębiać, a gdy tylko wydarzyła się okazja, zdobyłem na Allegro, i to dość tanio, album, który po wstępnym przesłuchaniu przypadł mi do gustu.

Mamy tu do czynienia z supergrupą czechosłowackiego, a głównie słowackiego rocka. Wokalista Pavol Hammel i organista Marián Varga współtworzyli w latach sześćdziesiątych czołowy na Słowaczyźnie zespół Prúdy. Potem Varga odszedł, aby realizować się we własnym Collegium Musicum. Rozstanie przebiegło jednak w dobrych stosunkach, skoro obaj muzycy kilkakrotnie jeszcze współpracowali. Za drugim razem na trzeciego dołączył gitarzysta Hladík, lider czeskiego Modrego Efektu. Akompaniowali basista Ivan Belák oraz trzej perkusiści (nie wszyscy naraz) – Dušan Hájek, Pavol Kozma i Peter Szapu. Wszyscy czterej także powiązani z Collegium Musicum.

Collegium słynęło z trudnego rocka progresywnego, nawiązującego do muzyki poważnej, opartego przede wszystkim na brzmieniu organów. Hammel dla odmiany grawitował w stronę popu, a jego największy hit Učiteľka tanca, wydany kiedyś na singlu Tonpressu, był już w ogóle całkiem estradowy. Wspólne płyty Hammla i Vargi wydają się stanowić złoty środek: „barokowy pop”, atrakcyjny melodycznie i bogato zaaranżowany, niekiedy z ostrzejszymi zagrywkami – porównywalny do naszych Skaldów. Hladík był najniższy z całego tria i płyty nie zdominował także muzycznie – rządzą organy Vargi i głos Hammla. Partie gitarowe doceniłem dopiero za którymś przesłuchaniem.

Do bardziej rockowej części repertuaru należy utwór tytułowy z nieco nerwowym riffem organowym. Utrzymany w średnim tempie S chodníkom na chrbte, rozpoczęty zagrywką gitarową a la Focus, przechodzi z melodyjnej piosenki do rozbudowanej części instrumentalnej z solówkami. Zanim ucichnie repryza, mija siedem minut. Stosunkowo ostre są też fragmenty piosenki Lodička z papiera, kontrastujące naprzemiennie z całkiem łagodnymi. Jakby santanowska gitara rzuca się w uszy w funkowo-soulującym V zelenej pamäti, chociaż tam zagrał również Tomáš Rédey z grupy GATTCH i trudno mi powiedzieć, czy to są partie jego, czy Hladíka. Warto poza tym wspomnieć niezbyt czadowy, ale szybki i zwariowany Letia husy.

Poza tym jest na płycie podniosła Ľalia poľna z kościelnym brzmieniem organów i chórem, nawiązujący otwarcie do Mozarta Papageno z Novej Vsi i swingujące Na schodoch gymnázia, gdzie Varga pokazuje się jako pianista. Bardzo dobre wrażenie robią nastrojowe piosenki zaaranżowane na fortepian i smyczki: Náhle i Voda. Szkoda tylko, że obie bardzo krótkie (1:36 i 1:03), ale z drugiej strony są dziełami skończonymi i bez sensu by było na siłę je rozciągać.

Autorowi wspomnianego przewodnika nie przypadły do gustu interwencje żeńskich chórków – dla mnie są w porządku, trochę w klimacie gościnnych występów Alibabek u Skaldów Co prawda Správne žiť faktycznie brzmi już bardziej estradowo, nie tylko z chórem, ale i z trąbami. Całości dopełnia dixielandowy Až túto moju pieseň dohrajú z udziałem Revival Jazz Band.

Reedycja zawiera co pomniejszony projekt oryginalnej okładki – w obwódce imitującej blaszaną powierzchnię. Nie lubię takich „okaleczonych” opracowań, ale co poradzić, skoro nie ma innego wydania. Na tejże obwódce, oprócz Hammla, Vargi i Hladíka, wymieniony został jeszcze Peteraj (Kamil, autor tekstów). Za to w środku przyzwoity artykuł i kilka zdjęć.

czwartek, 26 marca 2026

Opole, Doorsi, patolodzy, czyli krąży po kraju widmo Edypa (z frontu czytelniczego, 1/2026)

  

W pierwszych miesiącach nowego roku wszystkiego po trochu: nadal siedziałem w fantastyce, osuszyłem dozę postmoderny, zająłem się kulisami pewnego serialu, po czym wylądowałem na znajomym terytorium biografii muzycznych. Przewinął się także niejednokrotnie motyw Edypa.

 

1-2. George R.R. Martin, A Dance with Dragons,
t.1 Dreams and Dust, London 2012;
t.2 After the Feast, London 2014

Znowu zaczynam rok od Pieśni lodu i ognia i mam nadzieję, jakkolwiek płonną, że za rok będę mógł napisać to samo. Tymczasem na HBO zapremierował serial Rycerz Siedmiu Królestw, oparty na kilku opowiadaniach GRR Martina, których akcja rozgrywa się około stu lat wcześniej, ale przed napisaniem tej pararecenzji jeszcze się z nim nie zapoznałem.

Taniec ze smokami (byleby nie „Taniec smoków”, bo to zupełnie co innego – tak się w świecie przedstawionym nazywała wojna domowa między dwiema gałęziami rodu Targaryenów, o której opowiada serial Ród Smoka) ze względu na grubość podzielony został na dwie części. Toczy się z grubsza równolegle do tomu czwartego (Uczta dla wron), ale obejmuje wątki innych postaci. Spotykamy więc wreszcie Tyriona Lannistera, Dankę czy Jona Snowa. W przypadku Jona następstwo zdarzeń się trochę komplikuje, bo pierwsze rozdziały z jego punktu widzenia poprzedzają wątek Sama Tarly’ego z Uczty, Sam występuje w nich jako postać drugoplanowa i dopiero potem odjeżdża na południe. Druga część tomu nosi tytuł After the Feast, czyli Po uczcie, i faktycznie powracają tu już wątki niektórych postaci z Uczty dla wron.

Czy należy się cieszyć z powrotu dawnych ulubieńców? W zasadzie tak. Tyrionowi na wygnaniu za morzem nadal nie urwało od poczucia humoru, chociaż miotają nim wyrzuty sumienia po tym, co zrobił na końcu Nawałnicy mieczy. W szale samoupodlenia dokłada do tego jeszcze parę niefajnych czynów i generalnie ma deprechę, a tu, jak na złość, ludzie, w których ręce trafia, nie chcą go zabić, tylko wykorzystać do własnych celów. Z kolei zarówno królowa Daenerys w Meereen, jak i lord dowódca Jon na Murze zmagają się z nieznośnym ciężarem czapki Monomacha, zmuszeni balansować między interesami różnych grup i wydawać decyzje, od których na pewno ucierpią jak nie jedni, to drudzy. A kiedy się wydaje, że GRRM już nie jest w stanie przebić swojego dotychczasowego poziomu przygnębienia, pojawia się Fetor – nędzny ochłap człowieka, który kiedyś był kimś innym, a teraz stał się pupilem sadystycznego Ramsaya Boltona. Z drugiej strony istnieją oznaki, że może jeszcze nie wszystko stracone. Do ulubieńców wielu czytelników dołącza wobec tego Wyman Manderly, znany jako Lord Za Gruby, By Dosiąść Konia. Sprawia wrażenie spasionego bęcwała zainteresowanego tylko jedzeniem, ale kryje coś więcej.

Porównanie z Ucztą dla wron wypada na korzyść, po prostu dlatego, że więcej tu się dzieje. Mimo wszystko zdarzają się rozdziały mocno wywatowane, które niespecjalnie posuwają sprawy do przodu – wątki Davosa czy Jona można było bardziej skondensować, tylko wtedy stałyby się homeopatyczne, zaś wątek księcia Quentyna Martella niewiele wnosi. Wygląda też na to, że Martinowi zaczynają się powtarzać pomysły: tu podmienione niemowlę i tam podmienione niemowlę, tu sfingowana egzekucja i tam sfingowana egzekucja.

Największy problem sprawiał autorowi (i sprawia do dziś) tzw. węzeł meereeński. Danuta miała przecież wracać do Westeros i walczyć o tron, a tymczasem utknęła nad Zatoką Niewolniczą – w realiach bardziej przypominających Bliski Wschód w epoce brązu niż średniowieczną Europę – i nawet za bardzo nie chce się jej wracać, za to ciągną do niej różni zalotnicy. W ogóle mieszają mi się imiona postaci z tego regionu, zwykle z dużą ilością liter „z”, „k” i „h”. Nie jestem w tym odosobniony, a i sam autor w pewnym momencie każe Quentynowi stwierdzić w monologu wewnętrznym, że „połowa wydawała się mieć na imię Ghazdan, Grazdan, Mazdhan abo Ghaznak”. Na własny użytek nadaję im ksywki typu Rzeźnik, Skandal czy Grażyna.

Tradycyjnie połapanie się w gąszczu postaci ułatwia ich wykaz na końcu książki, aktualizowany z tomu na tom. Można policzyć, że stary Walder Frey miał 22 synów i 7 córek, licząc tylko z prawego łoża.

Drugą część zdobyłem w innym wydaniu niż pierwszą, z okładką nawiązującą już do serialu Gra o tron. Jako bonus dorzucono jeden z gotowych rozdziałów Wichrów zimy, z perspektywy Theona Greyjoya. Teraz ciekawe, czy się doczekam wydania całości. A tymczasem – przecież nie tylko Pieśń lodu i ognia GRR Martin napisał.

 

3. Krzysztof Bartnicki, Zespół Odepa, Łódź 2025

Zachęcony zostałem do zapoznania się z twórczością własną człowieka, którego kojarzyłem dotąd tylko jako tłumacza Finnegans Wake Jamesa Joycego. Okazało się jednak, że Krzysztof Bartnicki to istny byt równoległy, a czytanie jego powieści było doświadczeniem równie nieszablonowym jak oglądanie Miasteczka Twin Peaks.

O czem to w ogóle jest? O czymś, jak sądzę. O milicjantach w Opolu, najłatwiej powiedzieć. Tytułowy Odep to organizacja dość poufna w ramach komendy, jejże skrót każdy rozwija inaczej. Czym się ci milicjanci zajmują? Oto dobre pytanie. Wykonują jakieś czynności służbowe, palą papierosy i drżą nad złożonością wszechrzeczy. Czas wiruje, chronologia odstawia demoniczne piruety. Czytelnikowi kręci się w głowie. Od Wrocławia jedzie ospa. Organy grają w grę stołków, a dzielnicowy tańczy taniec dzielnicowego, a raczej tańczyłby, gdyby występował w tej książce. Somebody’s been murdered, ale czy na pewno?

Wygląda na to, że praca nad tłumaczeniem dublińskiego geniusza odcisnęła piętno na autorze. Ta narracja to jest jakaś trzynasta gęstość języka, posypywanie wyrazów wieloznacznością przez zniekształcenia, wszędy naćkane odniesień kulturowych, których pojedynczej ludzinie wychwycić niepodobna, ale gdyby przyszło tysiąc atletów, to może jakoś by to rozkminili. Do tego różne perspektywy – narracja towarzysząca bohaterom, strumień świadomości, osobisty dziennik postaci, przebieg egzaminu podporucznik, dokumenty służbowe. Rozmaite konstrukcje szkatułkowe oraz danym podobne. Odbiorca doznaje pomieszania. Czytam ja, dajmy na to, równoważnik zdania: „Prawie wszystko czerwone” i się zastanawiam, czy tu nie chodzi o Chmielewską. Albo notatka służbowa o wykonawcach z festiwalu  opolskiego, inkluding szokująca piosenka zespołu Gdański – toć nawiązanie do Last Caress Glenna Danziga. W tej całej zupie unosi się wielopłaszczyznowa tożsamość Śląska, fizyka teoretyczna (wieloznaczne słowo „osobliwość” bardzo tu pasuje), opodal delfinem pływa Edyp, a stylem grzbietowym Jean Gabin. Tu ktoś pełznie udręczon przez kanały, a tam znowu czterostronicowy opis dymienia papierosa. Można szukać sensów naddanych (jest ich cało ducka). A można nie. Wobec tego wszystkiego chyba trudno się zdziwić, że na kartach książki pojawia się nawet Krzysztof Bartnicki jako postać, i to prawdopodobnie niejeden.

Podsumowując: Ogromnie dziwna publikacja.

 

4. Jakub Jabłonka, Paweł Łęczuk, Świat według Kiepskich.
Zwariowana historia kultowego serialu Polsatu
,
Kraków 2022

Kiepscy nie całkiem rezonują z moim poczuciem humoru. Jest to jednak niewątpliwy fenomen popkulturowy. Jedni krytykują go za prymitywny humor i gloryfikację patologii, drudzy – za wyśmiewanie uboższej części narodu polskiego, trzeci chwalą jako jeden z najtrafniejszych popkulturowych portretów zbiorowej duszy polskiej.



Grudniowy pobyt w szpitalu oznaczał dla mnie konieczność obejrzenia wielu odcinków z rzędu, więc postanowiłem zapoznać się z serialem od kuchni. Sięgnąłem zatem po książkę z 2022. Ma ona dwóch autorów, ale zasadniczo stanowi zbiór relacji ustnych najważniejszych osób związanych z Kiepskimi, bogato ilustrowany fotosami. Są to zarówno główni aktorzy, jak reżyserzy, scenarzyści, producenci, czasem ekipa, a nawet Krzysztof Skiba. Zabrakło oczywiście tych, którzy już nie żyli, ale wypowiadają się wdowy po Dariuszu Gnatowskim i Ryszardzie Kotysie, a wspomnieniu o zmarłych aktorach poświęcony został osobny rozdział.

Kiepscy byli zasadniczo mózgodzieckiem Tomasza Kurzewskiego, prezesa spółki producenckiej, która w latach 90. zdążyła wyrobić sobie markę we Chrocławiu. Pod koniec tejże dekady pojawiła się idea wprowadzenia do Polski formatu sitcomu, gdy po emitowanym przez Canal+ 13. posterunku z Césarem Garrasem inne stacje także zgłosiły zapotrzebowanie na podobne seriale komediowe. Na konkurs Polsatu ekipa Kurzewskiego wysłała więc historię o patologach z wrocławskiego „Trójkąta Bermudzkiego”. Było to przedsięwzięcie dość wariackie: wszyscy pracowali pod presją czasu, scenarzyści ledwo ogarniali, co to w ogóle jest sitcom, reżyser prawie nie mówił po polsku, a autor wytypowany do roli Waldka w ostatniej chwili zrezygnował. Kiepski początkowo miał na imię Ludwik i to sam Andrzej Grabowski wymyślił Ferdynanda.

Omówiona została geneza serialu, kwestie obsady, dzień powszedni na planie, specyfika pracy z poszczególnymi aktorami. Produkcja Kiepskich świata była harówką niesamowitą, jeden ze scenarzystów przypłacił ją zdrowiem. Co nieco też wspomina się o recepcji serialu i jego popularności. Scenarzyści starali się, żeby oprócz nieskomplikowanego, rubasznego humoru było jeszcze drugie dno, jakieś intertekstualne historie. Niezależnie jednak od wszelkich zabaw treścią i formą, aluzji kulturalnych i podobnych, widzom i tak najbardziej się podobały motywy w rodzaju chłopa przebranego za babę. Należy dodać, że skutkiem popularności serialu było nadsyłanie z całej Polski mnóstwa potencjalnych scenariuszy, do których jednak zastosowanie miało w pełni, a nawet z nadwyżką, prawo Sturgeona („90% wszystkiego jest do bani”).

Ponieważ książka stanowi zbiór relacji samych twórców, nie należy się spodziewać pogłębionej krytyki. Co prawda jeden ze scenarzystów stwierdza, że z dzisiejszego punktu widzenia wstyd mu niektórych odcinków. Gdyby ktoś szukał spojrzenia bardziej zewnętrznego i bardziej meta, to przypuszczalnie znalazłby je w zbiorze esejów Nikt nikomu nie tłumaczy, na który też zamierzam się kiedyś zasadzić.

Swoją drogą, nie tylko Ferdynand Kiepski ma kulturową przeciwwagę w postaci Ferdynanda Wspaniałego, ale można to samo powiedzieć o Waldku – Waldemar Wspaniały to znany trener piłki siatkowej. Nic tylko pisać fanfik, w którym pojawi się turecki kuzyn Ferdka, Sulejman Kiepski.

 

5. Ray Manzarek, Rozpal we mnie ogień. Moje życie z The Doors,
przeł. Paweł Halski, Warszawa 1999

Pierwsza w tym roku biografia muzyczna – a raczej autobiografia – jest dziełem pianisty The Doors, najstarszego z członków tej grupy i jedynego w niej Polaka.

            Narracja zaczyna się od przysłowiowego trzęsienia ziemi, czyli od śmierci Jima Morrisona. Ray Manzarek nie snuje jednak przypuszczeń, co właściwie zaszło w Paryżu, tylko wspomina, w jakich okolicznościach widział Jima ostatnio i jak się dowiedział o jego śmierci. Dopiero potem zaczyna od początku, czyli od dzieciństwa w polskiej dzielnicy Chicago, pierwszych lekcji muzyki i fascynacji bluesem. Kolejną wielką fascynacją była sztuka filmowa, Manzarek pojechał więc do Kalifornii studiować na filmówce UCLA. I dobrze zrobił, bo Jim też tam przyjechał z bagien Florydy. Kumplowali się przez okres studiów, ale o założeniu zespołu pomyśleli dopiero jako absolwenci, nie mając lepszego pomysłu na przyszłość.

Większość miejsca zajmują początki działalności zespołu, jak obijali się z taśmą demo od jednej wytwórni do drugiej i koncertowali po barach. Mamy więc wgląd w życie wzlatującej kapeli rockowej, ze wszystkimi blaskami i cieniami, a także najsłynniejsze skandale: występ w „Ed Sullivan Show” i koncert w Miami, na którym Jim wmówił 15 tysiącom ludzi, że się obnażył, i miał za to sprawę sądową mimo braku dowodów. The Doors byli zespołem zdecydowanie kalifornijskim i źle się czuli w Nowym Jorku, w otoczeniu Andy’ego Warhola (odwrotnie niż Velvet Underground w Kalifornii). Robby Krieger sprawia wrażenie tego wyluzowanego i bezkonfliktowego, a perkusista John Densmore – dyżurnego choleryka i jęczyduszy. U samego Jima dostrzega Manzarek niepokojące rozdwojenie pomiędzy ujmującym, dionizyjskim człowiekiem kultury a „Jimbo” – mroczną i ordynarną stroną jego natury, nader często wyzwalaną przez alkohol, która go w końcu zgubiła.

Manzarek spisał wspomnienia najwyraźniej bez ghost writera i całkiem nieźle mu to wyszło, bo umie opowiadać w typowo amerykańskim, gawędziarskim stylu. Co prawda mógłby czasem powściągnąć skłonność do dygresji czy artystowskich odlotów. Odstręczać mogą także opisy życia seksualnego autora czy mnóstwo ezoterycznej gadki o czakrach, kundalini itp., momentami bywa rozwlekle (vide opis odczuć po zażyciu LSD) – ale generalnie nie jest źle. Autor ma natomiast bardzo krytyczny stosunek do filmu The Doors Olivera Stone’a, zarzucając reżyserowi zmyślenia i nieciekawe inklinacje potyliczne, czego przejawem było odtworzenie przez Stone’a zupełnie po swojemu rekonstrukcji etiudy zaliczeniowej Jima, która się nie zachowała, a o której Manzarek mu opowiadał.

Kończy się na sesji do L.A. Woman, łabędziego śpiewu Doorsów, dzięki czemu powstaje klamra narracyjna. Szkoda tylko, że autor nie poświęcił miejsca dwóm płytom nagranym już po śmierci Morrisona – czyżby było to dla niego wspomnienie nazbyt wstydliwe? Zresztą nie pierwszy to raz Manzarek i Krieger musieli wziąć na siebie obowiązki wokalne – już w czasie trasy europejskiej Jim tak się skuł w Amsterdamie haszyszem i procentami, że trzeba było wystąpić bez niego. Z drugiej strony, we wkładce z fotografiami są przecież dwa zdjęcia The Doors jako tria (w tym z małżonkami). Poza tym wkładka zawiera zarówno fotografie z dzieciństwa i młodości autora, z wieku dojrzałego (z żoną, dzieckiem i kotem), jak i z czasów The Doors.

Tłumacz poradził sobie nieźle. Przewijające się przez tekst cytaty z piosenek – mniej lub bardziej rymowane – zaczerpnął z wcześniej wydanych po polsku zbiorów. Co prawda korekta nie była w stu procentach chlujna, pojawiają się rozmaite literówki, z których najbardziej irytujące jest wielokrotne przekręcenie nazwy The Grateful Dead na „The Greatful Dead”. Zaliczenie brytyjskiego Procol Harum do zespołów z San Francisco obciąża już konto samego autora.

Choć jest to autobiografia Manzarka, wydawca na okładkę dał i tak Morrisona! Tak jakby nie istniały żadne ich wspólne zdjęcia… Co najmniej dwa są nawet w środku.

 

6. Ewa Pustoła-Kozłowska, Jacek Pustoła, Hotel Bristol, Warszawa 1985
(z serii Zabytki Warszawy)

Ponieważ przytrafił mi się wyjazd do stolicy, z przewidywalną wizytą na Krakowskim Przedmieściu, to postanowiłem na szybko przeczytać coś w temacie. Miałem akurat monografię jednego z najokazalszych warszawskich hoteli, która, w odróżnieniu od samego Bristolu, nieźle się mieściła do kieszeni.

Autorzy rozpoczynają od najwcześniejszych dziejów posesji na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Karowej – pierwotnie drogi, którą nad Wisłę zjeżdżały wozy („kary”) z nieczystościami. Do końca XIX w. stał tam pałac Tarnowskich. Sytuacja zmieniła się, kiedy posesję przejęła spółka z udziałem Ignacego Paderewskiego i postanowiła zbudować nowoczesny hotel. Po prawdzie to była inicjatywa innego wspólnika, Stanisława Roszkowskiego, a sam Paderewski miał sceptyczny stosunek, zwłaszcza że często na tym tracił. Tak czy inaczej, wszyscy powtarzają niezbity fakt, że Bristol powstał „z funduszy Ignacego Paderewskiego”, a popiersie słynnego pianisty do dziś stoi w holu.

Książka przedstawia więc dzieje budowy hotelu i zastosowane rozwiązania techniczne. Bristol, jako jeden z pierwszych w Warszawie, miał centralne ogrzewanie i samochody elektryczne, starał się też być samowystarczalny (własna elektrownia). Drobiazgowo opisana została architektura budynku w poszczególnych okresach, łącznie z rozmaitymi ornamentami i wyposażeniem użytkowym. Zmieniała się ona na przestrzeni czasu, np. pierwotne secesyjne ozdoby wnętrz zostały skute w późniejszym okresie, gdy secesja stała się niemodna.

Zarazem jest to nie tylko opis architektury, ale historia budynku, prowadząca go przez wszelkie zawirowania, kryzysy gospodarcze, zmiany właścicielstwa itp. Pojawiają się Mary Pickford (podpisana jako "Picford" - chyba na wodę) i Douglas Fairbanks, uczestnicy międzynarodowych zawodów jeździeckich, bankiet ku czci MC Skłodowskiej, Pablo Picasso i JFK. Przewijają się portierzy, kelnerzy, boye, najemcy lokali na parterze. Autorzy mieli okazję osobiście porozmawiać z sędziwym byłym dyrektorem i dotrzeć do wspomnień pracownika, który spędził w Bristolu z górą 60 lat, a nawet przytoczyć wpisy z restauracyjnej książki skarg i zażaleń. Z II wojny światowej hotel wyszedł stosunkowo mało poszkodowany jak na Warszawę, a wkrótce doprowadzono go jako tako do użytku. Praca kończy się jednak pesymistycznie: w 1981 r. zapuszczony Bristol został zamknięty. Dziś już wiemy, że zmartwychwstał i oferuje noclegi po 1200 zł.

Ikonografię tworzy około 80 zdjęć, zarówno z epoki, jak i wykonanych już pod koniec lat siedemdziesiątych; są wśród nich także reprodukcje projektów architektonicznych czy różnych dokumentów, jak menu z 1937 czy ogłoszenie o występie Mieczysława Fogga z 1940.

 

7. Patricia Butler, Taniec miłości, taniec śmierci. Pamela i Jim Morrison:
dzieje tragicznego romansu
, 
przeł. Katarzyna Malita, Kraków 1999

Temat The Doors skontynuowałem opracowaniem na temat związku Morrisona z Pamelą Courson. Nie była to para tak sławna jak John i Yoko, Kurt i Courtney czy, za przeproszeniem, Sid i Nancy, ale także ma swoje miejsce w historii rocka.

Książka powstała niejako z błogosławieństwem Jerry’ego Hopkinsa, współautora biografii Morrisona Nikt nie wyjdzie stąd żywy, który zdał sobie sprawę, że w jego pracy Pamela praktycznie nie występuje. Autorka przyjaźniła się też z producentem nagrań Doorsów, Paulem Rothchildem. Dla potrzeb książki skontaktowała się z szeregiem osób, w tym z rodzicami Jima, a także Manzarkiem i Kriegerem. Densmore’a pominęła, bo on niedługo wcześniej wydał własne wspomnienia. Podchodzi krytycznie do wszelkich pogłosek, zwracając uwagę, że Jim nieustannie kreował wokół siebie legendę. Podobnie jak Manzarek, nie ma też nic dobrego do powiedzenia o filmie Stone’a.

Autorka rozpoczyna od wczesnych lat życia obojga swoich bohaterów. Oboje od zawsze byli rogatymi duszami, mieli też wyraźne wąty do niektórych członków rodziny, chociaż niepodobna już dziś ustalić przyczyn. Sam romans Jima i Pameli nie był sprawą publiczną, więc nie został opisany jakoś bardzo szczegółowo, lecz umieszczony w kontekście ogólnej historii The Doors. Można by pomyśleć, że w związku z Morrisonem, alkoholikiem skłonnym do napadów agresji, kobieta drobnej budowy będzie naturalną ofiarą, Pamela jednak też umiała się zrobić gwałtowna. Mimo pewnej toksyczności, wyglądało na to, że wyjątkowo do siebie pasowali. Nie byli też stricte monogamiczni, ale do zdrowej poliamorii trochę im brakowało.

Jeśli chodzi o koniec życia Morrisona – można domniemywać, że gdyby nawet nie umarł, to i tak byłby to już koniec jego udziału w The Doors. Mieszkając z Pam w Paryżu, pozbył się chyba swoich demonów i zmierzał do poświęcenia się literaturze. Rozdział dotyczący śmierci Jima zawiera przytoczone informacje prasowe z epoki, a także oficjalne raporty służb francuskich. Przy okazji: często spotykany pogląd, że Morrison zmarł z powodu przedawkowania narkotyków, wynika ze skojarzenia go z nieco wcześniejszymi zgonami Jimiego Hendrixa i Janis Joplin. Nic nie wskazuje, żeby artysta w ogóle brał mocne narkotyki, natomiast ponad wszelką wątpliwość był alkoholikiem i od dzieciństwa zmagał się z astmą. Ostatni okres życia Pameli – zmarłej przedwcześnie w 1973 – poznajemy m.in. z perspektywy jej późniejszego przyjaciela. 

Tekst uzupełnia trochę zdjęć czarno-białych oraz wklejka z kolorowymi portretami pary, wykonanymi w butiku Pameli przez fotografkę Reanne Rubenstein w ramach sesji dla magazynu „Show”.

Jednakże tłumaczko, „awans z komandora na kapitana”?! (chodzi o ojca Jima, który ostatecznie został admirałem). I jeszcze Pam mówi do policjantów „panowie oficerowie”, dobrze, że nie w ogóle „gospoda oficery”.