poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Od elfa do Arumuna, czyli lektury wielkopolskie (z frontu czytelniczego, 6/2026)

 

Wakacje rzuciły mnie do Poznania i jeszcze dalej na zachód, w tym na Śląsk Lubuski. Zgodnie z tym dobrałem listę lektur, a wrzuciłem do niej także i książkę kupioną na wyjeździe.

 

19. E.M. Ryś, Kwestia interpretacji, Rzeszów 2026

Na wakacje zabrałem ze sobą tegoroczny debiut polskiej autorki fantastycznej, a ponieważ mieszka ona w Poznaniu, było to poniekąd wożenie drzewa do lasu.

W dramatycznych okolicznościach, a ściślej – bitewnych, dochodzi do spotkania piątki byłych awanturników, których przed laty połączyły wspólne przygody. Ale jeden z tej piątki stoi teraz po przeciwnej stronie. Renhild Svartblad, członkini zakonu rycerskiego, z zaskoczeniem uświadamia sobie, że jej dawny kochanek, Xue’xiang’shu, nie jest tym samym elfem co dawniej. Szybko też staje się jasne, że to jego dotyczy przepowiednia, na którą kiedyś natrafili – Xue stał się bowiem wyznawcą mrocznego bóstwa (i wampirem na dokładkę), ma też na uwadze plan o konsekwencjach potencjalnie katastrofalnych. W efekcie dochodzi do tego, że Renhild tkwi między młotem swego niegdysiejszego gacha a kowadłem powinności, podczas gdy jej towarzysze – rycerz Gottlieb, barbarzyńca Einar i mędrzec Górski (co za zestawienie, prawie jak Gediminas, Mindaugas i Paweł!) radzą wspólnymi siłami, co dalej z tym fantem.

            Mamy do czynienia z fantastyką kameralną: przez większość czasu Ren i Xue siedzą w jaskini i zmagają się ciałem i umysłem, a reszta siedzi w oddalonej o wiele mil rezydencji i zastanawia się. Nie znaczy to, że mamy do czynienia wyłącznie z gadającymi głowami. Są przecież sceny walk, są Momenty™, a nawet jedna bardzo brutalna scena, wręcz bolesna dla czytelnika, chociaż pozbawiona szczegółów i operująca niedopowiedzeniem.

W budowie świata przedstawionego łatwo wykryć inspirację pewnym systemem gier fabularnych z młotkiem w herbie, przy czym charakterystycznym rysem własnym jest nadanie elfom sznytu wyraźnie chińskiego. Sednem sprawy nie jest jednak światotwórstwo, lecz relacje między postaciami. Prawie każdy z głównych bohaterów jest pełnokrwisty i niejednowymiarowy, a w dodatku, wbrew stereotypowi, rycerz jest prostakiem, a barbarzyńca inteligentem. Tylko niziołek Dirk van der Neer odgrywa rolę dość marginalną. Mam nadzieję, że zarówno on, jak i cały świat przedstawiony (zwłaszcza te chińskie elfy) doczeka się rozbudowy w zapowiadanym już prekwelu.

            Jedyną dostrzeżoną przeze mnie wadą książki jest okładka: nie dość, że generyczna i niedająca większego pojęcia o treści, to jeszcze o ohydnej zamszowatej fakturze, na której odciski palców łatwo pozostają, a trudno je wytrzeć.

 

 

20. Paweł Skworoda, Warka-Gniezno 1656, Warszawa 2003 (z serii Historyczne bitwy)

Chwyciłem pierwszego lepszego habełka, jaki dotyczył regionu Wielkopolski. Ostrzegano mnie co prawda, że książki Pawła Skworody, historyka wojskowości Rzeczypospolitej XVII w., ledwo się nadają do czytania, z uwagi na dygresyjność bliską strumienia świadomości. Przyjąłem jednak, że wydane ponad dwadzieścia lat temu Warka-Gniezno pochodzi z czasów, kiedy jeszcze styl mu się nie rozregulował.

Kampania wielkopolska Stefana Czarnieckiego i Jerzego Lubomirskiego trochę niknie w cieniu innych zdarzeń potopu szwedzkiego. W hymnie Polskiej RP mowa wprawdzie o „Czarnieckim do Poznania”, ale ta zwrotka dotyczy zdarzenia późniejszego, kiedy kasztelan  kijowski wracał z gościnnych występów w Danii. Trochę szkoda, że wspomniana kampania niknie także i w książce p. Skworody – z 213 stron (nie licząc aneksu) zaczyna się dopiero na 145, a tytułowej bitwie pod Warką poświęcono zaledwie kilka stron przed tym. Warka-Gniezno jest jednym z tych habełków, w których autor kreśli szerokie tło, co w sumie nie musi być wadą – może to być niezłe wprowadzenie dla laika do początkowego okresu potopu szwedzkiego.

Autor zaczyna od genezy najazdu Karola Gustawa na Polskę. Wobec klęsk w walkach z Kozakami i Moskwą nastał w Rzplitej tak potężny kryzys potyliczny, że niektórzy członkowie opozycji otwarcie przymierzali się do detronizacji Jana Kazimierza. Szwedzi mieli z kolei kilka różnych powodów ataku na Polskę, między innymi taki, że istniejącą już armię trzeba było jakoś utrzymać, a najlepiej kosztem obcego kraju. Autor zwraca uwagę, że kapitulacja pospolitego ruszenia pod Ujściem czy przejście Janusza Radziwiłła na stronę szwedzką były decyzjami poniekąd zrozumiałymi w sytuacji zupełnego kolapsu państwa (i niezadowolenia z Wazy). Jednakże rabunkowa eksploatacja Korony i przemoc szwedzkich żołnierzy wobec ludności sprawiły, że Karolus szybko stracił na popularności. Po stronie polskiej na czołową pozycję wysunął się Czarniecki jako jedyny kompetentny wyższy dowódca u boku Jana Kazimierza, chociaż z różnych powodów nie otrzymał godności hetmana.

Omówiony został przebieg kampanii 1655 r., a organizacji i liczebności sił zarówno polskich, jak i szwedzkich poświęcono po rozdziale. I jedni, i drudzy mieli poważne problemy z finansowaniem, co rodziło kolejne kłopoty, husarii było ogółem tylko około tysiąca. Wraz z początkiem 1656 walki przeniosły się w rejon Sandomierza i Przemyśla, dokąd pociągnął król szwedzki z zamiarem eliminacji głównych sił polskich pode Lwowem. To właśnie kampanii zimowej poświęcony jest jeden z dwóch najobszerniejszych rozdziałów. Po klęsce taktycznej pod Gołębiem Czarniecki postanowił przyjąć taktykę partyzancką i unikał walnej bitwy ze Szwedami, jako że jego armia wyraźnie im ustępowała w piechocie i artylerii. Punkt zwrotny w wojnie stanowiło zablokowanie Karolusa w widłach Wisły i Sanu, z których się jednak wymknął.

Pod Warką siły polskie rozbiły idące z posiłkami dla Szwedów zgrupowanie margrabiego von Baden-Durlach. Było to pierwsze w czasie „potopu” zwycięstwo polskie w otwartym polu, ale autor poświęca mu tylko parę stron. Następnie Czarniecki, mimo niechęci Lubomirskiego, zdecydował się pójść do Wielkopolski, gdzie Szwedzi akurat byli słabsi. Autor nie ukrywa, że w czasie działań w tamtych stronach żołnierze polscy dopuszczali się grabieży i mordów, co usprawiedliwiali faktem, że Wielkopolanie pierwsi poddali się Szwedom. Chociaż w tytule książki stoi Gniezno, to do konfrontacji między panem kasztelanem kijowskim i panem marszałkiem a księciem Adolfem Janem, bracholem króla szwedzkiego, doszło pod Kłeckiem, parę kilometrów stamtąd. Tym razem Polacy przegrali – plan Czarnieckiego był dobry, ale wykonanie zostało położone. Podobnie stało się w ostatnim większym starciu tej kampanii, pod Kcynią, kiedy na kasztelana ruszył sam Karol Gustaw. Epilog doprowadza narrację do powrotu Czarnieckiego i Lubomirskiego pod Warszawę i tamtejszej bitwy, omówionej już przed laty w osobnym habełku. Opisowi każdej z większych bitew towarzyszy podsumowanie z próbą analizy.

Autor stara się pisać przejrzyście, ale lekkiego pióra to on nie ma i lektura była dla mnie dość wyboista. Co prawda raczej też nie popełnił rażących błędów, poza „wracaniem z powrotem” i wzmianką o klasztorze „Reformatorów” (to jakiś odłam kanoników luterańskich?). Sytuacja ożywia się nieco, gdy pojawiają się obszerne fragmenty tekstów źródłowych, ale tu znowu trzeba uważać na korbiastą XVII-wieczną składnię. Bardziej miłosierne pod tym względem są cytaty z Wespazjana Kochowskiego – może dlatego, że tłumaczone współcześnie z łaciny – jak i z kronikarzy szwedzkich.

Pod względem ikonograficznym jest to największy odwal, jaki widziałem w tej serii: jedna wkładka, kilka portretów najważniejszych dowódców, kilka rycin z pracy Gembarzewskiego, z której korzysta trzy czwarte autorów habełków o wojnach Rzeczypospolitej – i eta wsio. Podczas gdy inni sięgają do rozmaitych źródeł i opracowań, zamawiają rysunki u artystów albo sami jeżdżą i fotografują, p. Skworoda ściągnął po prostu ilustracje z innej książki z tej samej serii, mianowicie z Warszawy 1656 Mirosława Nagielskiego. Co prawda podał źródło, ale i tak trudno nie uważać tego za lenistwo.

 

21. Lucyna Sieciechowiczowa, Życie codzienne w renesansowym Poznaniu, Warszawa 1974

Tej książki, ze względu na format, nie mogłem zabrać do Poznania i czytałem po powrocie. Serię Życie codzienne pochłaniałem w dzieciństwie i szkoda, że wtedy nie było w domu akurat tej pozycji, bo z pewnością bym ją docenił. 

Autorka – urodzona pod Poznaniem, a osiadła w Zakopanem – była raczej pisarką dla dzieci i młodzieży niż historyczką, ale do Życia codziennego zabrała się naukowo, podpierając swój tekst całym szeregiem literatury przedmiotu, od XVI-wiecznych ksiąg miejskich po rozmaite opracowania. Tekst zdradza spory talent literacki, jest łatwy w czytaniu i obrazowy, umiejętnie balansuje pomiędzy ukazywaniem typowych tendencji i indywidualnych – także nietypowych – przykładów.

Obserwujemy więc życie w renesansowym Poznaniu w różnych jego przejawach – od najbogatszych patrycjuszy, przez pospólstwo zorganizowane w cechy kupieckie i rzemieślnicze, po biedotę miejską i chłopów z podległych wsi (np. Jeżyc). Mowa o funkcjonowaniu cechów, o władzach miejskich i ich zatargach z reprezentującym króla starostą generalnym, o budynkach z wewnątrz i z zewnątrz, życiu rodzinnym i małżeńskim. Wyłączona z ogólnej tkanki miejskiej pozostawała szlachta, która zjeżdżała do Poznania z różnych okazji i posiadała w mieście nieruchomości, a przeważnie sprawiała mieszczanom kłopoty. Byli też Żydzi i to dla odmiany im sprawiali kłopoty mieszczanie, a wśród cudzoziemców swego czasu dali się zauważyć Szkoci.

Sporo miejsca poświęcono religii: zarówno dominującemu katolicyzmowi (chociaż miasto zachowywało sporą niezależność od biskupa i kapituły z Ostrowu Tumskiego), jak i burzliwym dziejom poznańskiej reformacji. Z religią ściśle związana była kwestia oświaty – Kolegium Lubrańskiego i późniejszego kolegium jezuitów. W jeszcze innych rozdziałach autorka wspomina o ochronie zdrowia i higieny, o pożarach i powodziach, uroczystościach i zamieszkach. Pomiędzy sprawami ogólnymi przemykają przykłady jednostkowe: pijackie awantury, oskarżenia o czarostwo…

Książkę wzbogacają 44 ilustracje czarno-białe i 8 kolorowych na 6 wkładkach, w większości zdjęcia zabytków architektury i kultury materialnej.

 

22. 250 rocznica bitwy pod Kijami. Materiały z konferencji naukowej zorganizowanej 20 listopada 2009 roku w Sulechowie, red. Marek Nowacki, Sulechów-Świebodzin 2009

Ze Świebodzina przywiozłem pamiątkę w postaci kolejnej publikacji o wojnie siedmioletniej. Tym razem jest to praca zbiorowa wydana przez gminę Sulechów i Muzeum Regionalne w Świebodzinie, poświęcona bitwie, która rozegrała się właśnie niedaleko Sulechowa.

Bitwa pod Kijami (Kay), zwana też pod Pałckiem (Paltzig) albo Sulechowem (Züllichau), należy do mniej znanych starć armii Fryderyka Wielkiego. Głównie dlatego, że sam Fryc nie brał w niej udziału, a zresztą po trzech tygodniach przyćmiła ją największa klęska króla pod Kunowicami vel Kunersdorfem. Pod Kijami gen. Piotr Sałtykow pobił pruskiego generała Karola Henryka von Wedla, który dopiero parę dni wcześniej objął dowodzenie w zamian za zdymisjonowanego Krzysztofa von Dohna. Obie strony straciły zresztą po generale (u Prusaków – von Wobersnowa, u Rosjan – Demiku, to był chyba Szwajcar).

Głównym magnesem było dla mnie nazwisko Roberta Kisiela, autora omawianych już tu kiedyś habełków o wojnie siedmioletniej. Jego referat w omawianej pracy nosi tytuł Bitwa pod Kijami na tle innych batalii prusko-rosyjskich wojny siedmioletniej – wojska i mechanizmy taktyczne. Przedstawia dość statystyczne, ilościowo-jakościowe porównanie Kijów z pozostałymi trzema bitwami należącymi do tej kategorii (Sarbinów, Kunowice i Gross-Jägersdorf), a także omówienie jakości materiału żołnierskiego i zastosowanych rozwiązań taktycznych. Kawaleria rosyjska tego okresu stała na niezwykle niskim poziomie – w odróżnieniu od pruskiej, najlepszej na świecie – ale nadrabiała ilością, jak to zwykle u nich. W tekście Kisiela brakuje mi natomiast przejrzystego opisu bitwy i prowadzących do niej zdarzeń. Zapewnia go artykuł Jerzego Piotra Majchrzaka, ale tylko na kilku stronach i bez tak lekkiego pióra.

Wcześniejszą część kampanii 1759 r. opisał Grzegorz Przeździecki. Nie mam 100% pewności, czy jest on tożsamy z Mirosławem G. Przeździeckim, autorem Kunersdorfu 1759, ale wszystko na to wskazuje – i korzystanie wyłącznie ze źródeł rosyjskich, a nie niemieckich, i używanie nazwy „Kunersdorf”, gdy reszta autorów pisze o „Kunowicach”, i wreszcie przedruk jednej z map ze wspomnianego habełka. A także – niestety – dość ciężkie pióro. Swoją drogą, znacznie lepiej byłoby umieścić teksty w kolejności Przeździecki – Majchrzak – Kisiel, wtedy zachowana zostałaby chronologia i większa przejrzystość. Po fakcie mogę jedynie poradzić innym czytelnikom, aby właśnie w takiej kolejności czytali.

Zbiór zawiera też teksty niedotyczące bezpośrednio samej bitwy. Pierwszy dłuższy tekst – Sztuka wojenna wojny siedmioletniej na tle epoki Tadeusza Rawskiego – ma treść zgodną z tytułem, ale został niezbyt przejrzyście napisany, a nawet sprawia momentami wrażenie spisanego z wypowiedzi ustnej. Z tematem sztuki wojennej wiąże się artykuł znanego bronioznawcy Włodzimierza Kwaśniewicza o XVIII-wiecznej broni palnej. Jest też coś pod tytułem Wpływ wojny siedmioletniej na modernizację pogranicza polsko-łużyckiego, a szczególnie Dolnych Łużyc (Tomasz Jaworski), lecz więcej miejsca zajmuje tu opis działań wojennych i spowodowanych przez nie zniszczeń niż samej modernizacji.

Najciekawszy jest artykuł Kamila Szpotkowskiego Pożywienie wojenne ludności cywilnej i wojsk w okresie wojny siedmioletniej: autor charakteryzuje XVIII-wieczną kuchnię i wykorzystywane w niej produkty ogólnie, po czym przechodzi do wyżywienia walczących armii oraz do opisu roślin dziko rosnących, którymi żywiła się ludność w czasach głodu. Uzupełnienie stanowi tekst Adama Gonciarza, charakteryzujący plany bitwy pod Kijami znajdujące się w zbiorach świebodzińskiego muzeum.

Każdemu artykułowi towarzyszy streszczenie w języku niemieckim, a na początku znajdują się jeszcze dwa krótkie teksty po niemiecku (bez streszczenia po polsku): Hans Joachim Wagnick opisuje pokrótce bitwę i jej znaczenie dla mieszkańców Sulechowa, a Werner Vogel promuje Dom Brandenburgii, placówkę kulturalną w Fürstenwalde.

Praca została wydana lokalnie i co za tym idzie, dość niskobudżetowo. Dotyczy to również korekty. W artykule Rawskiego pojawia się zmiana frontu przez cara Piotra II, który w czasie opisywanych wydarzeń nie żył już od jakich 30 lat – powinien być Piotr III. Gdzieś tam jeszcze pojawia się „kontynuować dalej”, a największym winowajcą jest tu Szpotkowski. Nie dość, że już na drugiej stronie przekręca (parafrazuje?) powiedzenie „jesteś tym, co jesz” na niezgrabne „jesz to, kim jesteś”, to jeszcze wymyśla „Wielkie Księstwo Warszawskie”, a kilka razy pojawia się u niego „ważenie piwa”.

Ikonografia zrobiona została także niskobudżetowo. Zassano ilustracje z Wikipedii i paru innych stron internetowych, sięgnięto po Ospreye. Kwaśniewicz i Przeździecki przedrukowali mapy i ryciny z własnych prac. Oprócz tego zdarzają się przypadki korzystania z opracowań wydanych drukiem, a także, oczywiście, ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Świebodzinie. Na pochwałę zasługują Jaworski sięgający po zasoby żarskiej gazety „Sorauer Heimatblatt” oraz Szpotkowski, który osobiście sfotografował rośliny, o których pisze.

Na okładce widnieje armata oraz dwa orły – pruski i rosyjski. Projekt dość czytelny, tyle że armata wydaje się zaśnieżona, co średnio pasuje do bitwy stoczonej w lipcu, natomiast godło rosyjskie jest anachroniczne, w wersji z XIX wieku – ma na skrzydłach herby m.in. Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Finlandzkiego. Z tyłu są sylwetki żołnierzy wzięte z Ospreyów – w stopce podano tylko nazwę serii „Men-at-Arms”, a nie konkretne tytuły.

 

 

23. Karl-Markus Gauß, Umierający Europejczycy. Podróże do sefardyjskich Żydów z Sarajewa, Niemców z Gottschee, Arboreszów, Łużyczan i Aromunów. Ze zdjęciami Kurta Kaindla, przeł. Alicja Rosenau, Wołowiec 2006

W czasie zeszłorocznej fazy na lektury okołołużyckie zapomniałem o tej książce z Czarnego. Przypomniałem sobie przy okazji kolejnej wizyty na dalekim zachodzie Polskiej RP. Autor – pisarz i publicysta ze Salzburga – wybrał się odwiedzić pięć mniejszości etnicznych Europy Środkowej. Jeździł przez pustkowia, odwiedzał ruiny, rozmawiał z emerytami.

Spośród tej piątki najbardziej znani byli mi dotąd Łużyczanie. Gauß wybrał się więc do Budziszyna i okolic; zastał tam Serbów coraz mniej licznych, ale wciąż kultywujących język i niektóre dawne tradycje. Paradoksalnie, chociaż ich tożsamość pomimo wszelkich prześladowań trzymała się mocno, to od kiedy wreszcie zyskali swobodę ekspresji, właśnie przyspieszyło ich wymieranie. Autor zauważa też motyw „cepelizacji” kultury Łużyczan (nie mylić z kulturą łużycką). Przy okazji poruszony został mało znany temat zniszczeń ekologicznych na Łużycach z powodu enerdowskich kopalni odkrywkowych (i związanych z tym przesiedleń).

Temat Żydów bośniackich kojarzyłem już co nieco z przeczytanego przed laty zbioru opowiadań Isaka Samokovlii Kadisz. W oczach Gaußa, wspinającego się po wzgórzach Sarajewa, ich losy są nierozerwalnie związane z wielokulturowym charakterem Bośni jako takiej, w tym z jej historycznymi tragediami. Nie da się pojechać do Sarajewa w poszukiwaniu Sefardyjczyków, nie natrafiając na zniszczenia wojenne. Szczególny zaś, niemal symbiotyczny związek mieli tamtejsi Żydzi z muzułmanami.

Właściwie nie da się opowiadać o wymierających narodach z pominięciem tych liczniejszych, wśród których żyją. Wydawałoby się, że Słoweńcy to taki mały naród – niecałe 1,8 miliona – a jednak Gottscheerzy, czyli Niemcy z okręgu Kočevje (nie mylić z Kociewiem), niknęli w „słoweńskim morzu” (Gauß napisał zresztą i książkę o mniejszościach niemieckich w różnych krajach Europy). Temat nieistniejących niemieckich wsi, niknących wśród gęstego lasu, skojarzył mi się z Mazurami. Tyle że Prusy Wschodnie były mimo wszystko biedną, lecz prestiżową częścią państwa niemieckiego, a Gottschee – odciętą żywiołem słoweńskim od Niemiec i Austrii enklawą, gdzie mówiono akcentem mało zrozumiałym, a nazizm też specjalnie się nie przyjął. Paradoksalnie, Niemców koczewskich wysiedlili nie przedstawiciele władzy narodu otaczającego, jak tych z Polski czy Czech, tylko hitlerowcy, gdyż w ramach rozbioru Jugosławii region ten miał przypaść Włochom.

Skoro o Włochach mowa, na stopie italskiego buta żyje kolejna z opisywanych grup: Arboresze, czyli włoscy Albańczycy. Nie są to potomkowie imigrantów z czasów panowania włoskiego w Albanii – ich przodkowie przepłynęli Adriatyk jeszcze w XV w., po śmierci Skanderbega. W przypadku Arboreszów rzuca się w oczy podwójny patriotyzm – albański i włoski – oraz przywiązanie do małych miasteczek, w których absolutnie nic się nie dzieje, a do których wracali na starość, spędziwszy wiele lat na pracy z dala od domu. Widać też cechę wspólną np. z wieloma Polonusami – żyjąc od dawna w oderwaniu od starej ojczyzny, czują pewną wyższość czy nawet pogardę wobec swoich „skażonych niewolą” rodaków.

Pozostali jeszcze Aromuni lub Arumuni, względnie Kucowołosi. Naród ten, posługujący się językiem podobnym do rumuńskiego, rozproszony jest po południowej części Półwyspu Bałkańskiego, autor natomiast odwiedził go w Macedonii (dziś Północnej). W tym przypadku jako strategie przetrwania zauważamy nie tylko kultywowanie języka, folkloru i wszelkich drobnych różnic, ale również megalomanię podobną do naszego turbosłowiaństwa, zjawisko zresztą niezbyt unikatowe na Bałkanach. No to kim był w końcu Aleksander Wielki?

Do tłumaczenia nie mam większych zastrzeżeń, chociaż nazwisko Jurija Brězana występuje dwukrotnie jako „Brežan”. Skąd wiadomo, że to nie wina autora? Bo dał on rękopis łużyckiej poetce do przejrzenia.

Tekst uzupełnia kilka zdjęć wykonanych przez Kurta Kaindla, z którym autor wspólnie podróżował. Na okładkę trafiła grupa Arumunów z Bitoli na schodach swojej dawnej szkoły.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Dwunastu jazzpostołów i taniec w gumowcach, czyli płyty lipcowe

 

Jak na miesiąc wakacyjny, lipiec dosyć obfitował w zdobycze. Większość z nich pochodziła z Poznania, ale przed i po wyjeździe także coś tam pozyskałem.

  

Miles Davis, Bitches Brew, 1970

Rok 1969 to były czasy bardzo rozwojowe dla muzyki. Wszyscy czerpali ze wszystkiego. Rock czerpał z jazzu, jazz czerpał z rocka, powstały więc formy pośrednie: jazz-rock i fusion. Miles Davis po dziesięciu latach od Kind of Blue nagrał kolejny wielki kamień milowy w sztuce dżezowej: dwupłytowy Bitches Brew (ale wydał dopiero w następnym roku).

Oprócz podstawowego kwintetu (Chick Corea na fortepianie elektrycznym, Wayne Shorter na saksie sopranowym, Dave Holland na kontrabasie, Jack DeJohnette na perkusji) na albumie pojawiają się takie postaci jak Joe Zawinul, John McLaughlin czy Lenny White – łącznie zagrało więc dwunastu muzyków. W pobliżu kręcił się ponoć nawet Herbie Hancock, ale nagrania z jego udziałem nie weszły na płytę.

Materiał, powstały w ciągu trzydniowej sesji latem 1969 r., był improwizowany, Davis wytyczył współpracownikom tylko bardzo ogólne szkielety kompozycji. Nie jest też tajemnicą, że poszczególne utwory poddano daleko idącej obróbce studyjnej, rozmaitemu montażowi, klejeniu i nakładkom (idea „studio jako instrument”). Bywało, że w jednym nagraniu brali udział trzej pianiści, dwaj perkusiści albo dwaj basiści.

Pierwsza płyta zawiera tylko dwa utwory, ale za to każdy po dwadzieścia minut z górą. Pharaoh’s Dance, kompozycja Zawinula, rozpoczyna się dosyć leniwie, ale potem się rozkręca. Książeczka zawiera wyszczególnienie zastosowanych w tym utworze 19 nakładek studyjnych. Pojawia się Bernie Maupin na klarnecie basowym (1969 to musiał być najlepszy rok w historii tego instrumentu), ale najbardziej rzucają się w uszy partie trąbki samego mistrza ceremonii. Tytułowy Bitches Brew ma nawet dwadzieścia sześć minut, a w przedostatniej części słychać mało dotąd się wyróżniającą gitarę.

Gitarzysta ma więcej do zagrania na drugiej płycie, a już szczególnie w utworze zatytułowanym po prostu John McLaughlin – najkrótszym, bo zaledwie czterominutowym, w którym z kolei nie grał sam Miles. Wcześniej jego partie zwracają uwagę w motorycznym Spanish Key, stosunkowo najbardziej przyswajalnym dla rockowego słuchacza; dzielnie dotrzymuje mu kroku Wayne Shorter na swoim saksopranie. Miles Runs the Voodoo Down utrzymane jest z kolei w średnim tempie, a końcowe Sanctuary Shortera – już spokojniejsze.

Reedycja kompaktowa zawiera bonus w postaci dwunastominutowego Feio, nagranego po kilku miesiącach od zasadniczej sesji, z udziałem dwóch legend perkusji – Billy’ego Cobhama i Airtona Moreiry. Utwór jest spokojny i dość amorficzny, oparty na trójdźwiękowym riffie basowym, na którego tle dzieją się różne rzeczy. Moreira wykorzystał tu cuicę, z której wydobywa to zgrzyty kojarzące się z rwaniem zębów, to coś w rodzaju psiego szczekania. 


 

Steve Vai, Passion and Warfare, 1990

Przed wakacjami była grupa Alcatrazz bez Steve’a Vaia, teraz będzie Vai bez Alcatrazz. Przez lata osiemdziesiąte wirtuoz wyrabiał sobie markę, grając z Frankiem Zappą, Davidem Lee Rothem, Whitesnake czy nawet Public Image Ltd., a u progu kolejnej dekady w pełni zaprezentował się światu jako solista. Co prawda jeszcze w 1984 r. wydał dwie płyty na własny rachunek, ale były to właściwie tylko wprawki i dopiero Passion and Warfare można uznać za pełną epifanię tego bożyszcza gitary.

Albumy „wymiataczy” kojarzą się z szybkimi kompozycjami, w których pan gitarzysta popisuje się techniką, grając solówki w zawrotnym tempie. Kilka utworów rzeczywiście pasuje do tego schematu. Należy przede wszystkim wymienić Erotic Nightmares (choć ten w średnim tempie) i zwłaszcza The Audience Is Listening. Raz rozbrzmiewają hardrockowe riffy (The Animal), innym razem refleksyjny skowyt na tle powolnego, klangowanego rytmu, przechodzący stopniowo w skomplikowaną, jazzującą partię zdradzającą wpływy Zappy (The Riddle), zaś I Would Love To nawiązuje do modnej jeszcze wtedy „lakierowanej” odmiany heavy metalu. Jest też trochę amorficznego hałasu (Alien Water Kiss) czy na sam koniec coś, co brzmi jak puszczone w przyspieszonym tempie (Love Secrets). Wyróżniają się podniosły otwieracz Liberty czy równie majestatyczny For the Love of God. Balladowy charakter ma Blue Powder, zaś leniwie refleksyjny nastrój przynosi efektowny utwór akustyczny Sisters.

Vaiowi towarzyszą basista Stu Hamm (później grał także z Joe Satrianim) i perkusista Chris Frazier. Od czasu do czasu pojawiają się osoby dodatkowe, głównie klawiszowiec David Rosenthal, a w Answers słychać też na klawiszach Pię Vai, żonę gitarzysty. Płyta jest praktycznie w całości instrumentalna, nie licząc rozmaitych gadek poprzedzających niektóre utwory. Pod koniec The Riddle słychać recytowaną przez różne głosy przysięgę wierności fladze USA, a w The Audience Is Listening Nancy Fagan wygłasza monolog nauczycielki, która zaprasza małego Steve’a do zagrania czegoś przed klasą, po czym popada w coraz większą konsternację, a nawet oburzenie, od wydobywanych przezeń dźwięków.


  

Paul Simon, Graceland, 1986

Zapewne najlepsza rzecz, jaką nagrał Simon od czasu występów z Garfunklem, ściągnęła mu na głowę krytykę na tle politycznym. Artysta nawiązał bowiem współpracę z muzykami z RPA, łamiąc bojkot kulturalny tego kraju, wymierzony w apartheid. Problem w tym, że Simon współpracował z czarnymi artystami.

Na początku wpadła Simonowi w ręce kaseta z mbaqanga, muzyką popularną południowoafrykańskich townshipów, co stało się początkiem szerszego zainteresowania tamtejszą twórczością. W rezultacie nie tylko postanowił nagrać kilka własnych wersji zasłyszanych utworów (w połączeniu z piosenkami autorskimi), ale wręcz nawiązać współpracę z tamtejszymi wykonawcami.

Już pierwszy utwór na płycie, The Boy in the Bubble z repertuaru lesotyjskiej grupy Tao Ea Matsekha, daje pojęcie o fuzji, jaką osiągnął Simon. Profesjonalne brzmienie lat osiemdziesiątych, ze spogłosowanymi bębnami i soczystym brzmieniem basu, łączy się z typowo południowoafrykańskimi partiami akordeonu czy chóralnym śpiewem. I tak na całej płycie: basowe ostinata, krótkie i powtarzalne motywy instrumentalne, skoczne rytmy budzące bardzo odległe skojarzenia z reggae, Afryka spotyka Zachód. Bardziej gitarową aranżację ma I Know What I Know, z udziałem zespołu General M.D. Shirinda and the Gaza Sisters, w którego refrenie głos Simona napotyka kontrapunkt szybkiego żeńskiego chórku w wysokiej tonacji – w tym przypadku jest to reprezentacja Shangaanów, jednego z plemion ludu Tsonga. Gumboots to z kolei wzbogacony solówkami saksofonów tradycyjny „taniec w gumowcach”, popularny wśród południowoafrykańskich robotników – Simon zaadaptował tu utwór zespołu The Boyoyo Boys (z udziałem samych autorów).

Płytę można zaliczyć do nagranych z udziałem rodzeństwa. Pojawiają się co prawda nie bracia, ale kuzyni o tym samym nazwisku: basista Bakithi Kumalo (zapisany jako Baghiti) i perkusista Vusi Kumalo. Drugi zagrał tylko w dwóch pierwszych utworach, ale za to pierwszego bardzo dobrze słychać zwłaszcza w Diamonds on the Soles of Her Shoes i You Can Call Me Al (w tym pierwszym w dodatku na perkusyjnych pojawia się senegalski wokalista Youssou N’Dour, znany ze współpracy z Peterem Gabrielem). Światową zaś popularność dała płyta chórowi Ladysmith Black Mambazo – także przedsięwzięciu rodzinnemu, na którego czele stał Joseph Shabalala i jego bracia. Czarne Siekiery z Ladysmith wykonują akompaniament wokalny we wstępie do Diamonds…, a potem trwają w tle. Drugi utwór z ich udziałem to Homeless, już całkiem a cappella w koronkowej aranżacji wielogłosowej.

Spośród autorskich utworów Paula Simona tytułowy Graceland brzmi stosunkowo najmniej afrykańsko i nie bez przyczyny: mówi o amerykańskim Południu, rodzinnych stronach Elvisa. Pojawia się tu fraza „shining like a National guitar”, którą potem zatytułowano jedną ze składanek artysty. W nagraniu zaśpiewali w tle The Everly Brothers (gwiazdorzy wczesnego rock and rolla, jeden z nich był w dodatku efemerycznym teściem Axla Rose’a), a na gitarze pedałowo-stalowej zagrał Nigeryjczyk Demola Adepoju. Wyraźnie afrykański charakter ma najbardziej przebojowy na płycie You Can Call Me Al, choć połączony już wyraźnie z zachodnim sznytem – w nagraniu udział wzięli m.in. trębacz Lew Soloff i puzonista David Bargeron, byli członkowie Blood, Sweat & Tears. Jest to też jedna z piosenek, w których zagrał drugi już w niniejszej notce gitarzysta mający za sobą współpracę z Zappą – Adrian Belew. Bardziej wyciszony jest duet z Lindą Ronstadt w Under African Skies, zaś Crazy Love, Vol. II brzmi pogodnie.

Płytę kończą dwa utwory o charakterze bardziej amerykańskim niż afrykańskim. That Was Your Mother z udziałem grupy Good Rockin’ Dopsie and the Twisters reprezentuje luizjańską muzykę zydeco. Istotną rolę znów tu odgrywa akordeon, ale potraktowany (z naszego punktu widzenia) bardziej tradycyjnie. Podobnie w All Around the World, or The Myth of Fingerprints, najbardziej prostolinijnie rockandrollowym, w którym grają Kalifornijczycy z Los Lobos. Całą tę różnorodność spina oczywiście charakterystyczny głos Simona. 


 

Ruination, Visionary Breed, 1998

W sklepie z używanymi płytami przy ul. Święty Marcin zanabyłem album zespołu z Wilna, chociaż śpiewającego po angielsku. Płytę wyprodukował Szwed Peter Tägtgren, znana postać w świecie ciężkiego grania (np. członek Hypocrisy), a wydała wytwórnia hiszpańska.

Na czele Ruination stał gitarzysta, wokalista i klawiszowiec Ainius Staneika. O ile można przeczytać w internetach, późniejsze nagrania zespołu ewoluowały w stronę coraz bardziej komercyjną i w ostatnim okresie przed rozwiązaniem miał on nawet wokalistkę. Tymczasem Visionary Breed prezentuje grupę pod bardzo silnym wpływem Paradise Lost, mamy wręcz do czynienia z klonowaniem. Gotycko-metalowy entourage, minorowe harmonie, posępny nastrój… Oprócz Staneiki jako główny wokalista wymieniony jest Donatas Abrutis, ale nie podejmuję się rozstrzygania, który śpiewa w którym utworze, bo gardłowy, zachrypnięty wokal i tak brzmi jak podróba Nicka Holmesa. W każdym razie w Back of Dreams czy Autumn’s Blaze słychać dwa głosy, jeden wścieklejszy, drugi mniej. Groźne ryki zdarzają się jedynie okazjonalnie.

Przy tym wszystkim muzyka jest dość melodyjna, zwłaszcza w partiach gitarowych, i ogólnie naśladownictwo całkiem sprawnie tym Wilniukom wychodzi. Że nie rozróżniam poszczególnych utworów, to mi za bardzo nie przeszkadza, bo z oryginalnym Paradise Lost mam tak samo. Gotycko-doommetalowe aranżacje wzbogaca często niby-orkiestrowy syntezator (My Souls Enchantment), a czasem nawet pojawia się partia fletów prostych. Never można uznać za balladę, nastrojowy charakter ma też niespełna dwuminutowy The Key, w większości instrumentalny i także z udziałem fletu.

Album kończy Meškos dykumoj, chóralna przyśpiewka biesiadna po litewsku do gitary akustycznej – finał dość głupawy, odbiegający od ogólnego tonu.

  

Hey, Ho!, 1994

Grupa Hey była jedną z największych krajowych gwiazd lat dziewięćdziesiątych. Debiut Fire okazał się być może najlepszą próbą polskiego podejścia do grunge, a Katarzyna Nosowska ze swoim charakterystycznym głosem nawiedzonej dziewczynki dołączyła do czołowych wokalistek nadwiślańskich (chociaż pochodziła znad Odry).

Druga płyta w dalszym ciągu ma w sobie jeszcze dużo z grundżu – opiera się na ciężkim i przybrudzonym brzmieniu gitar. Wciąż jeszcze Nosowska śpiewa po angielsku – aż 6 z 14 utworów. Atmosfera wciąż jest mroczna, a teksty eksplorują niezdrowe relacje międzyludzkie. Za centralny punkt albumu uważam Misie, studium nieszczęśliwości dzieci w rozpadających się rodzinach. Brakuje co prawda (i dobrze) ogniskowego szlagieru, jakim poprzednio był Teksański, za to dużą popularnością cieszyła się Ja sowa, przykład ponurej metalowej ballady (nawet z solówką w odpowiednim klimacie). Mniej znany, a też jeden z najlepszych na płycie, jest oparty na bluesrockowym riffie Maliny się kończą – tytuł nie sugeruje, że podmiot liryczny wadzi się z B-giem. Bluesowy fundament ma również Between, ale mniej zapada w pamięć.  Niekoniecznie o mężczyźnie to znów Hey w swoim bardziej groteskowym obliczu – rytm jakby reggae, niepoważny śpiew, karykaturalny tekst.

Finałem płyty jest nastrojowy Ho. Pomysł z wykorzystaniem „wionczeli” w ostatnim utworze zajeżdża Nirvaną. Ale czy Kurdt Kobain zakończyłby płytę słowami „Lubię chleb, więc sobie zjem / I po brzuchu się poklepię”?