Tematykę okołobizantyjską skontynuowałem Ormianami i Italią. Każda z
trzech pozycji jest tu z innej nieco parafii.
11. Monika Warneńska, Ścieżką na Ararat, Warszawa 1977 (z serii Światowid)
Na początek – coś bardzo popularnonaukowego w temacie Armenii. Autorka
urodzona w Myszkowie postanowiła przedstawić te górskie okolice szerokim kręgom
czytelników. Bywała tam od lat pięćdziesiątych i wiele się dowiedziała.
Książka napisana jest trochę jak przewodnik, prostym i zrozumiałym
językiem. Najkrócej mówiąc, Armenia składa się z pięknej przyrody, rozlicznych
bogactw, mnóstwa zabytków, koniaku i krwawej historii. Zaczynamy od Araratu
(leżącego w historycznej Armenii, ale poza terytorium republiki), potem wiedzie
nas autorka przez Erewan i okolice, zapuszczając się w dygresję a to o Urartu,
a to o architekcie Tamanianie i pisarzu Abowianie, a to o koniaku. Zwiedzamy wielką
bibliotekę Matenadaran (i tu dygresja o zabytkach literatury ormiańskiej, zabytkową
katedrę Zwartnoc, siedzibę patriarchów w Eczmiadzynie (i tu parę słów o
ormiańskim chrześcijaństwie).
Dalej następuje bardziej chronologiczna narracja o historii
Armenii: Urartu, starożytna Armenia Tigranesów i Arsakesów, czasy, kiedy kraj
był strefą rywalizacji między Persją a Rzymem i później Konstantynopolem, a
wreszcie wieki spędzone w niewoli. Epoki rozkwitu kultury, w których działali
tacy twórcy jak Mesrop Masztoc, Mojżesz z Chorenu, Sajat Nowa czy Chaczatur
Abowian, przeplatały się z wojnami, rzeziami oraz buntami wewnętrznymi, po
których aż dziw, że ktokolwiek jeszcze w tym kraju pozostał żywy. Autorka przytacza
obszerne fragmenty ormiańskich poetów z różnych epok, w przekładzie m.in.
Andrzeja Mandaliana.
Książka jest obciążona ideologicznie. Trudno się dziwić, skoro
autorka pisywała do „Polski Zbrojnej” i „Trybuny Ludu”, a twórczością literacką
parała się już w pierwszej połowie pięćdziesiątych. Cytuje m.in. dość często
Mariettę Szaginian, czołową przedstawicielkę radzieckiego socrealizmu. Idylliczny
obraz Armeńskiej ZSRR, zwłaszcza w zestawieniu z nędzą i brudem czasów
carskich, budzi skojarzenia z socrealistyczną manierą „lakierowania
rzeczywistości”. Kiedy zaś mowa o historii Armenii XX wieku, to oczywiście
dasznacy byli absolutnie be i topili we krwi lud pracujący, a dopiero władza
radziecka wprowadziła powszechny dobrobyt i elektryfikację. Ani słowem nie
został wspomniany antagonizm ormiańsko-azerski, a o Karabachu mowa tylko, że
mówi się tam dialektem „dosadnym i obrazowym”. Za to przynajmniej o
ludobójstwie Ormian w latach I wojny światowej można było mówić bez ogródek,
ponieważ dopuszczali się go Turcy. Autorka była jednak nadmierną optymistką,
sądząc, że dla narodu ormiańskiego czasy przemocy już minęły. Ostatni rozdział
zawiera historię o ormiańskim bojowniku komunistycznego ruchu oporu we Francji,
w którego oddziale było wielu Polaków.
Książkę wzbogaca nieco ilustracji. Są wśród nich zdjęcia Armenii
zabytkowej, nowoczesnej i starych lepianek, portrety twórców kultury, pomniki,
miniatury z rękopisów… Jest też zdjęcie podpisane „Ararat”, na którym Ararat
ledwie widać w tle, ale to już nie wina autorki, tylko polskiej poligrafii.
12. Dawid z Sasunu. Epos staroarmeński, przeł.Igor Sikirycki, Warszawa 1983
Przy
okazji Gruzji był już Szota Rustaweli, to teraz pora na epos heroiczny dawnej
Armenii. Literaturoznawcy nie są pewni, kiedy dokładnie powstał Dawid z
Sasunu, ale w każdym razie kształtował się przez całe wieki. Ogłoszony
drukiem został po raz pierwszy w 1874, a przekład Sikiryckiego jest pierwszy w
języku polskim. Właściwie to trzecia i najobszerniejsza spośród czterech części
eposu Śmiałkowie z Sasunu, poświęconego czterem pokoleniom herosów. Mowa
o czasach, gdy Armenia broniła się przed naporem Arabów, więc głównym
antagonistą Dawida jest jego przybrany brat Melik, król Egiptu, chociaż
występują też Persowie, a nawet papież („Pap Franków”).
Tytułowy Dawid, syn Mhera (o którym
w jednym ze swoich poem wspomina Słowacki), już od wczesnego dzieciństwa odznacza
się nadludzką siłą, budząc konsternację w całym otoczeniu. Ma również
nadzwyczajnego konia, od czasu do czasu mówiącego, odziedziczonego po ojcu. Przygody
zdarzają mu się raz heroiczne, raz komiczne (jak wtedy, gdy zrobili z niego
pasterza). Nie jest wzorcem wszelkich cnót – bywa porywczy, czasem mało
kojarzy, ciągle pakuje się w kłopoty, zasypiając lub upijając się w kluczowym
momencie. Pojawia się wątek miłosny, na którego marginesie mamy też do
czynienia z walecznymi postaciami kobiecymi. Jedna z wybranek Dawida
przywdziewa zbroję, by szukać jego ciała na polu bitwy, a napotkawszy go, nie
rozpoznaje i dochodzi do walki. Druga, odtrącona, wyzywa go na pojedynek w
obronie swojego honoru.
Wszystko to napisane wierszem o
rytmie wyraźnym, ale zmiennym. Na ogół jest on biały, ale pojawiają się też
partie rymowane. W narrację wplecione są pieśni z powtórzeniami i
paralelizmami.
Książka, w formacie wysokim a
wąskim, zawiera reprodukcje staroormiańskich miniatur, z grubsza jakoś tam
wiążących się z treścią. Każdy podrozdział ozdobiony został czarno-białym
stylizowanym inicjałem narysowanym przez Stanisława Toepfera.
13. Robert F. Barkowski, Crotone 982, Warszawa 2015 (z serii Historyczne bitwy)
Z przeciwnego końca Bizancjum miało Italię. W X wieku naszej ery
panował tam ruch jak na dworcu, co opisuje nam jeden z popularniejszych autorów
habełków. Południową część włoskiego buta trzymało jeszcze Cesarstwo, ale
zaangażowane w walki na wschodzie, nie mogło poświęcić Italii wystarczającej
uwagi. Na północy i w centrum półwyspu siedzieli Longobardowie, powiększając
swoje posiadłości kosztem Bizancjum. Od południa, z Sycylii, atakowali
nieustępliwie Saraceni podlegli egipskiemu kalifatowi Fatymidów. Tymczasem na
północnym zachodzie wyrosła nowa potęga w postaci reaktywowanego cesarstwa
zachodniego, najpierw pod berłem Karolingów, a potem ottońskich Ludolfingów.
Ważnym graczem był poza tym, rzecz jasna, papież, a gdzieś w tym całym miksie
znaleźli się w pewnym momencie nawet wikingowie.
Omówiwszy sytuację ogólną w Italii, autor przedstawia genezę
dynastii Ottonów, a szczególnie skupia się na polityce włoskiej Ottona I. Potem
na scenę wchodzi jego syn, Otto II. Natomiast sycylijskiemu emiratowi Kalbidów
poświęcone zostało zaledwie parę stron. Zgodnie z najlepszymi tradycjami serii,
osobny rozdział dotyczy organizacji i uzbrojenia walczących armii, chociaż i
tutaj większość miejsca zajmuje armia ottońska. Dalej następuje opis kampanii
Ottona II, który przybył do Italii interweniować w Rzymie, a skoro już tam był,
to postanowił zrobić porządek w ogarniętych chaosem księstwach longobardzkich.
Postawiło go to na kursie kolizyjnym z sycylijskim emirem Abu al-Kassimem,
czego efektem była tytułowa bitwa. Taktycznie była to obustronna klęska, a
strategicznie – pyrrusowe zwycięstwo Ottona, bo chociaż musiał uciekać wpław,
to Arabowie zawrócili i już nie podejmowali prób podboju kontynentalnej Italii.
Co prawda do zaprezentowanej przez Barkowskiego przebiegu bitwy i kampanii można mieć zastrzeżenia, o czym szczegółowo dyskutowano ongiś na Histerykach. Przykładowo, Niemcy mieli przejść przez Alpy z samą tylko jazdą, żeby piechota nie spowalniała przemarszu, a potem pokonanie 60 km zajęło im tydzień. W samym opisie bitwy autor też zanadto popuszcza wodze fantazji, sugerując, że zapędziwszy Saracenów w kozi róg na wąskim przylądku, cesarscy uznali, że bitwa wygrana, nie ma sensu ich ścigać i można się rozsiąść, a to stało się przyczyną ich klęski.
Ostatni rozdział poświęcony jest dalszym wydarzeniom w cesarstwie i
Italii, a szczególnie chaosowi, jaki nastał po rychłej (rok później) śmierci
Ottona II. Zabrakło mi jednego dnia, żebym się urodził akurat w jej
tysiąclecie. W każdym razie R.F. Barkowski raz po raz wraca do swojego
słowiańskiego konika i przy każdej okazji przypomina o kontyngencie jazdy
obodryckiej, a w ostatnim rozdziale kładzie nacisk na powstanie połabskie.
Wszystkie historie opisane są przejrzyście i lekkim piórem. Jak już
kiedyś wspominałem, dobrze by sobie radził z beletrystyką historyczną –
zwłaszcza dla nie za starych czytelników – którą zresztą podobno też się para.
Co prawda tekstowi przydałaby się lepsza redakcja. Dowiadujemy się np., że emir
przerzucał wojska do Italii przez „przesmyk morski”. W takim razie koło Koryntu
znajduje się cieśnina lądowa. Zaś Jan Tzimiskes doprowadził Bizancjum „do
największego rozciągnięcia terytorialnego”. Najbardziej kuriozalne jest zdanie „Wszyscy
rycerze jak jeden mąż, ogarnięci strachem, stanęli niby-osiołki w miejscu i
oznajmili, że nie pójdą dalej” Potem pojawia się jeszcze jeden taki sam błąd:
łuski zbroi „zachodziły na siebie niby-dachówki”. Ktoś tam też coś „kontynuuje
dalej”, a jedna kulawa metafora z opisu bitwy trafiła nawet na tylną stronę
okładki: „Pierwsza linia atakującej jazdy (…) wdeptywała w ziemię szeregi wroga
jak pług świeżą ziemię”. Ja jestem co prawda miastowy, ale nie wydaje mi się, żeby
pług wdeptywał cokolwiek w ziemię, a już tym bardziej, żeby wdeptywał w ziemię
świeżą ziemię. Przychodzi tu na myśl fraza „Thanos zrównał wszechświat z
ziemią”.
Wkładka z ilustracjami jest jedna i zawiera głównie miniatury z
omawianego okresu, zarówno zachodnie, greckie, jak i arabskie. Są też ze dwa
wyobrażenia późniejsze, anachroniczne (obraz Rafaela i XIX-wieczna litografia).
Mapy – jak to zwykle w Bellonie, bardzo niskobudżetowe, ale słyszałem, że ostatnio
coś się zaczęło zmieniać na lepsze.
W marcu zakupy płytowe ponownie były obfite. Lektura
książek o The Doors skłoniła mnie do uzupełnienia ich dyskografii, a z Faradaguła
przyciągnąłem rzeczy związane głównie, lecz nie tylko, z brytyjską alternatywą.
Do tego pojawił się polski akcent.
The
Doors, Strange Days, 1967
Strange Days, drugi album Doorsów,ma
na okładce utrzymane w stonowanych kolorach zdjęcie trupy cyrkowej – atletę,
tańczącego karła, żonglującego mima i akrobatów. Nazwę i zdjęcie zespołu oraz
tytuł płyty zawiera plakat za plecami atlety.
Rozpoczynający płytę utwór
tytułowy, z Morrisonem śpiewającym jakby przez telefon, faktycznie może się
kojarzyć z muzyką z jakiegoś ponurego cyrku, głównie za sprawą katarynkowatej partii
organowej Raya Manzarka. Niepokojący nastrój ma również You’re Lost Little
Girl z hiszpańsko brzmiącą solówką (Robby Krieger robił wcześniej we
flamenco). Widać tu, kim się inspirowali The Stranglers nawet w swoim mniej
rozwydrzonym okresie.
Nowe możliwości techniczne
pozwoliły Doorsom rozwinąć skrzydła. Po raz pierwszy nagrywali na magnetofon
ośmiościeżkowy, korzystali też (na razie bardzo ostrożnie) z syntezatora Mooga,
a ponadto zaangażowali basistę Douga Lubahna. Efektem było niejakie rozwinięcie
koncepcji sprawdzonej na debiucie.
Największymi hitami były
ballada People Are Strange (głównie fortepianowa) i dynamiczny Love
Me Two Times, typowy rhythmandbluesowy numer Kriegera. Najmniej przystępny
jest Horse Latitudes – wstrząsająca, przechodząca w krzyk recytacja
Morrisona na tle kakofonii wyszarpniętej z bebechów fortepianu. Po nim
gwałtowną zmianę nastroju przynosi zaskakująco zwyczajny Moonlight Drive –
według legendy, pierwszy utwór, który Morrison zaśpiewał Manzarkowi na plaży, nim
zdecydowali się założyć zespół. Krieger dorzucił tu partie grane techniką
slide. Awangardę nieco mniejszą zawiera Unhappy Girl, a to ze względu na
partię klawiszy odtworzoną wstecz.
Na debiucie była piosenka I
Looked At You. Na drugiej płycie motyw wzrokowy kontynuują My Eyes Have
Seen You – równie prosta, z santanowatą solówką gitarową (z tym że w 1967
jeszcze nikt nie wiedział, kto to Santana) – oraz kolejny utwór z „ponurego
cyrku” w postaci I Can’t See Your Face in My Mind.
Podobnie jak poprzednio, płyta
ma epicki, jedenastominutowy finał. When The Music’s Over, oparte na
riffie podobnym do Soul Kitchen, nie jest tak apokaliptyczne jak The
End, ale też zawiera szereg przejmujących momentów, od krzyków Morrisona do
wycia dwóch równoczesnych solówek gitarowych. Co ciekawe, instrumentaliści
nagrali ten utwór nie tylko bez studyjnego basisty (bo chcieli uzyskać
brzmienie jak na koncercie), ale i bez Jima, który w międzyczasie był mocno
nieprzytomny i musiał dograć wokal później.
Do reedycji dołączone
zostały bonusy w postaci ścinków z nagrywania People Are Strange i
alternatywnej wersji Love Me Two Times.
The
Doors, The Soft Parade, 1969
Na Faradaguła trafiło się z
kolei czwarte skrzydło Wrót. The Soft Parade uważa się za najsłabszą
płytę zespołu, tym bardziej, że ukazała się w nie za dobrym dla niego okresie.
Jim coraz bardziej oddalał się od kolegów – po pierwsze przez alkohol, po
drugie przez podszepty Pameli, po trzecie wskutek nieporozumienia o
wykorzystanie Light My Fire w reklamie Buicka. Praca nad płytą ciągnęła
się miesiącami, w trakcie których jeszcze zawisła nad Morrisonem groźba
odpowiedzialności karnej za rzekome obnażenie się w Miami.
Na pierwszych trzech
płytach, z inicjatywy Morrisona, zespół podpisywał wszystkie kompozycje
zbiorowo, z czego niezadowolony był Krieger, drugi obok Jima główny autor (inna
sprawa, że obróbka pierwotnych pomysłów faktycznie była pracą zespołową). Kiedy
jednak w otwierającym Soft Parade utworze Tell All The People Morrison
miał zaśpiewać wers o „chwytaniu za broń”, wystraszył się kłopotów i zgodził
się, żeby Krieger już sobie wziął to autorstwo.
Grupa postanowiła nieco
poszerzyć formułę, w nagraniu wzięła więc udział sekcja dęta i smyczkowa.
Efektem są napędzane trąbami utwory takie jak wspomniany Tell All The People,
lokujący się niedaleko wykonawców w rodzaju Blood, Sweat & Tears i mimo
owego wywrotowego wersu, dość konserwatywny jak na The Doors. Mój ulubiony w
tej kategorii – i nie tylko mój, skoro to jedyny utwór z The Soft Parade,
który się pojawia na składankach hitów – jest Touch Me, typowy przykład
pogodniejszego oblicza Doorsów, piosenka miłosna, oczywiście napisana przez
Kriegera, wzmocniona dęciakami w zwrotce, a smyczkami i klawesynem w refrenie. Wyskakuje
też regularne solo saksofonowe Curtisa Amy’ego. Dla odmiany Wishful Sinful podparty
jest partią smyczków i zawiera solo na rożku angielskim.Te trzy utwory
nagrane zostały z myślą o singlach, jeszcze na kilka miesięcy przed albumem. Do
It ma tytuł mało charakterystyczny i samo brzmi też średnio na jeża, zaś w Running
Blue wyróżniają się bluegrassowo-irlandzkie fragmenty ze śpiewem Kriegera
(wybitnym wokalistą ci on nie jest).
Mroczniejsze oblicze The
Doors reprezentują dwa utwory, mówiąc bez ogródek, szamańskie – Shaman’s
Blues oraz Wild Child. Oba oparte na bluesowych riffach i oba
napisane, rzecz jasna, przez Morrisona. Płytę tradycyjnie kończy dłuższa forma
– The Soft Parade. Rozpoczyna ją rozdzierająca recytacja Petition the
Lord with Prayer, którą znałem już wcześniej z płyty koncertowej. Później
następuje nastrojowy fragment z akompaniamentem klawesynu, przyspieszenie jakby
w rytmie funky… Jest to, krótko mówiąc, kilkuczęściowa suita, ale nie dorównuje
The End czy When the Music’s Over, jest po prostu za bardzo…
soft.
Do reedycji z okazji
40-lecia dołączono kilka bonusów: bluesa Who Scared You, dwa podejścia
do cyrkowo-galerniczego Whiskey, Mystica and Men, jam Push Push na
motywach latynoskich oraz dwa ścinki z nagrywania Touch Me.
Elvis
Costello and The Attractions, Imperial Bedroom, 1983
Drugim najsłynniejszym
Elvisem po Presleyu jest artysta brytyjski pochodzenia irlandzkiego, kojarzony
ze sceną new wave. Udało mi się znaleźć za jedyne 5 zł jego siódmy album
studyjny.
Początkowe utwory utrzymane są
w konwencji nowej fali, przy tym niezbyt czadowe. Beyond Belief z
„roztargnioną” partią wokalną na tle nerwowego rytmu budzi skojarzenie z
ówczesnym brytyjskim przestrzennym rockiem a la U2. Dalej repertuar wykracza poza
zwyczajne rockowe aranżacje. Była to częściowo zasługa producenta Geoffa
Emericka, wcześniej inżyniera na najambitniejszych płytach Beatlesów. W
nagranie miał też wkład George Martin (nie mylić z George R.R. Martinem), który
m.in. weryfikował partie orkiestrowe napisane przez klawiszowca The
Attractions, Steve’a Nieve’a. Orkiestra w …And in Every Home,
przykładowoewidentnie nawiązuje do orkiestracji na płytach The Beatles.
Sięga więc Costello po swingujące ballady oparte na fortepianie: The
Long Honeymoon i Almost Blue. W tym pierwszym słychać ponadto akordeon, na którym
– jak wspomina artysta w książeczce – musiał grać w trójkę z kolegami, bo nie
mieli z tym doświadczenia. Kid About It to również ballada z
fortepianem, ale już mniej swingująca. Man out of Time zaczyna się
zmyłkowo ostrą gitarą, po czym przechodzi w stateczny utwór w średnim tempie, z
podniosłymi organami (początkowy hałas to pamiątka po pierwotnej aranżacji,
muzycy doszli do wniosku, że nikt nie zniesie wysłuchania całej piosenki w
takiej wersji). W finałowym Town Cryer wprowadzono partię smyczkową w
stylu soulu filadelfijskiego.
Spośród ściśle rockowych
najlepiej wypada The Loved Ones, choć i on wzbogacony został figlarnym
fortepianem. W Human Hands ornamenty robi dla odmiany sitar. Na
promocyjny singiel trafił You Little Fool – ten znów z wykorzystaniem
klawikordu.
Do zasadniczego albumu
dołączono aż 9 bonusów. Głównie są to wydane wówczas na epce przeróbki piosenek
z lat sześćdziesiątych: szybki From Head to Toe Smokeya Robinsona i
bardziej stateczna strona B – The World of Broken Hearts Doca Pomusa. Jest
też Night Time z wibrafonem i soulowymi śpiewami w tle oraz najciekawszy
z nich wszystkich Really Mystified z repertuaru The Merseybeats. Poza
tym bonusy zawierają parę demówek. Trzy z nich, w tym dynamiczny I Turned
Around oraz oparty na potężnie brzmiącym fortepianie Seconds of Pleasure,
Costello wysłał później Fridzie Lyngstad do wykorzystania na jej solowym
albumie, ale nic z tego nie wyszło. Ostatni jest Imperial Bedroom –
utwór tytułowy, który nie został zamieszczony w zasadniczym repertuarze płyty.
Costello nie lubił mieć na płycie piosenki tytułowej, bo uważał, że ludzie będą
przywiązywać do niej niepotrzebnie większą wagę niż do reszty.
Elvis
Costello, The Man (The Best of Elvis Costello), 1985
Znalazłem również składankę
największych hitów Drugiego Elvisa. Kompilacja ukazała się, gdy miał on na
koncie już dziewięć albumów, i zawiera wybór z nich oraz parę utworów czysto singlowych.
The Man to wersja brytyjska, nieco się różniąca od tej dla reszty
świata, zatytułowanej po prostu The Best of Elvis Costello. Płytę
omawianą powyżej reprezentuje tylko Beyond Belief.
Ogólnie rzecz biorąc, są to
przebojowe piosenki nawiązujące do muzyki lat sześćdziesiątych, w klimacie
charakterystycznym – vide OliversArmy (o Irlandii Północnej) czy
Clubland. Czasem zresztą pochodzą one po prostu z lat sześćdziesiątych –
mowa o I Can’t Stand Up (for Falling Down), przeróbce hitu duetu Sam
& Dave z 1967. Pojawiają się wyraźne wpływy soulowe, jako to w Alison,
High Fidelity albo Everyday I Write the Book. Bardziej wyciszony jest
Pills & Soap z klaskaniem i odlatującym w dysonanse fortepianem czy
wręcz nazbyt słodki Good Year for the Roses (zresztą kolejna przeróbka
starszego hitu, dla odmiany z dziedziny country). Wybija się też New
Amsterdam dzięki rytmowi walca i gęstemu biciu gitary akustycznej. Dla
odmiany do new romantic – za sprawą udziału syntezatora – zbliża się wyznaczony
do promocji składanki Green Shirt, z pozoru spokojny, a wymierzony w
skrajną prawicę.
Szkoda, że zabrakło mojego prawie
ulubionego (What’s So Funny ‘Bout) Peace, Love and Understanding, który
znalazł się na alternatywnym wydaniu składanki. W zamian w tej wersji pojawia
się mój przede wszystkim ulubiony (I Don’t Want to Go to) Chelsea – o
nieco karaibskim rytmie, z ponurym motywem gitarowym zapożyczonym później, jak
się zdaje, przez T.Love, i to nawet dwukrotnie (Outsider, S.O.S. Ska).
Reggae reprezentuje też Watching the Detectives. Płytę kończy natomiast
jazzujący Shipbuilding, komentarz do wojny na Falklandach z udziałem
Cheta Bakera na trąbce.
Stiff
Little Fingers, Inflammable Material, 1979
Punkowcy z Irlandii
Północnej mieli zasadniczo więcej powodów do wścieku niż ich koledzy z Wielkiej
Brytanii. Debiutancka płyta SLF ma charakter dość jednorodny: dynamiczne,
ostre, surowo wyprodukowane piosenki zaśpiewane zachrypniętym głosem Jake’a
Burnsa. Materiał jest względnie, acz nienachalnie melodyjny, gdzieniegdzie
pojawiają się proste solówki. Wyróżniają się singlowe Suspect Device i Alternative
Ulster oraz trochę clashowaty Barbed Wire Love przełamany wstawką słodkiego
doo-wopu rodem z lat pięćdziesiątych.
Repertuar autorski uzupełnia
przeróbka Johnny Was Boba Marleya, „zirlandyzowana” tekstowo i
rozpoczęta wojskowym werblem – trwa koło ośmiu minut, a prawie zupełnie zatarł
się jej regałowy rodowód. Odbiega też od ogółu zaśpiewany spokojnie, ale oparty
na uporczywym, „mechanicznym” ostinato antyrasistowski Closed Groove.
Stiff Little Fingers, Hanx!,
1980
Przy okazji złapałem także koncertowe
nagranie Sztiwnych Palcy. Płyta Hanx! ukazała się już po wydaniu
drugiego albumu, z przeznaczeniem na rynek amerykański jako swoiste
wprowadzenie dla tamtejszych słuchaczy.
Spośród 11 utworów 5 dubluje
się z repertuarem Inflammable Material, czemu trudno się dziwić; w tym Johnny
Was rozciągnięty został do 10 minut. Pozostałe utwory nie odbiegają
stylistycznie, a chyba nawet są ciut bardziej melodyjne. W Fly the Flag zwraca
uwagę solo gitarowe z cytatem z Rule Britannia. Tytułowe Hanx! to
po prostu Thanks!, które w trakcie koncertu wykrzykuje Burns po
niektórych utworach.
The Levellers, Zeitgeist,
1995
Ta folkpunkowa banda ze skrzypkiem
w składzie pojawiała się tu już dwa razy. Zeitgeist to ich późniejsza
płyta i przyznaję, że podoba mi się mniej niż tamte, przynajmniej przy
pierwszych przesłuchaniach. Co prawda jest lepiej wyprodukowana.
Dlaczego podoba mi się
mniej? Pewnie ze względu na otwieracz. Hope St. Choć rozpoczęty ciężkim
gitarowo-skrzypcowym walcowaniem, w sumie jest łagodny, wręcz balladowy – a
zbyt łagodny pierwszy utwór może zniechęcić do całej płyty. Prawdziwą energię słychać
dopiero w The Fear – to już coś bardziej podobnego do wcześniejszej twórczości
grupy.
Porządną balladą z folkowymi
naleciałościami jest Maid of the River. Saturday to Sunday zaczyna się
nastrojowo jak pieśń angielskiego barda robotniczego, a potem nabiera punkowej
niemal dynamiki. Podobnie Forgotten Ground ze wstępu zdominowanego przez
skrzypce i mandolinę startuje do szybkiego tempa, a Jon Sevink wygrywa
reelowate melodie.Folkpunk z prawdziwego zdarzenia reprezentuje
wściekły 4 am, zaś Fantasy jest w dodatku na tyle melodyjny, że
jako jedyny zwrócił moją uwagę już od pierwszego przesłuchania.
Prawda, że w drugiej połowie
płyty nastrój trochę siada: powolny, złowieszczy P.C. Keen się dłuży, a Just
the One to utwór całkiem akustyczny, najbardziej folkowy i przy tym
najkrótszy. Poprawia się pod koniec za sprawą kolejnej dynamicznej gonitwy Leave
This Town oraz finałowego Men-an-Tol w średnim tempie. Ogólnie
jednak płyta zawiera mniej ciekawych melodii niż poprzednie.
The Black Crowes, By Your
Side, 1998
Kolejny zespół z braćmi w
składzie – Chrisem i Richem Robinsonami – pod koniec lat osiemdziesiątych dał
się poznać jako reprezentant klasycznego hard rocka z południa USA, zupełnie
niepoddającego się bieżącym modom muzycznym. Z czasem aprobatę okazał grupie
sam Jimmy Page, nagrywając razem z nią album koncertowy z przeróbkami Led
Zeppelin.
By Your Side, piąta studyjna płyta grupy,
uchodzi za jedno z jej największych osiągnięć, chociaż ukazał się po kryzysie
personalnym – odeszli dwaj kluczowi członkowie, gitarzysta Marc Ford i basista Johnny
Colt. Zespół porusza się sprawnie w paradygmacie wytyczonym przed laty np.
przez Lynyrd Skynyrd: dynamiczne rytmy, rhythmandbluesowy wokal, gitara slide…
Czasem pojawiają się stylowe żeńskie chórki (np. w utworze tytułowym czy
cięższym, zeppelinowatym HorseHead). Dość przebojowo brzmi wzbogacony
dęciakami Only a Fool, natomiast Heavy wcale nie jest jakiś
bardzo ciężki. Rolę ballady pełni Welcome to the Goodtimes. Szczególną
uwagę zwróciłem na Diamond Ring, oparty na znanej, melodyjnej progresji
i brzmiący dość lekko.
Kat & Roman Kostrzewski,
666, 2015
W roku 2004konflikt
pomiędzy wokalistą Romanem Kostrzewskim a gitarzystą Piotrem Luczykiem
doprowadził do rozpadu zespołu Kat na dwa. „Luczyfer” zachował oryginalną nazwę
i logo, lecz z kolejnymi wokalistami realizował coraz bardziej sztampowe albumy
heavymetalowe. O oryginalności Kata decydował jednak nawiedzony śpiew
Kostrzewskiego i jego teksty, utrzymane w
makabryczno-erotyczno-neomłodopolskiej stylistyce. Nic więc dziwnego, że to po
stronie zespołu Kostrzewskiego znalazły się sympatie fanów i szybko pojawiło
się hasło „Nie ma Kata bez Romana”.
Płyta, o której mowa, nie
jest jednak premierowym materiałem, lecz remakiem debiutu Kata z 1986 r.
(powstała również wtedy wersja anglojęzyczna pod tytułem Metal & Hell).
Oryginalna wersja 666 należy wprawdzie do klasyki polskiego metalu, ale jej
produkcja jest… specyficzna, mimo zaangażowania zagranicznego fachowca. Dotyczy
to przede wszystkim śpiewu Kostrzewskiego, który brzmi, jakby wydobywał się ze
studni. Fani domagali się więc od dawna nagrania albumu na nowo, zgodnie ze
współczesnymi standardami dźwięku. Nie jestem przywiązany do oryginału, więc
nad wartość sentymentalną przedkładam tu czytelność.
Ze starego Kata u boku
Kostrzewskiego pozostał perkusista Ireneusz Loth. Repertuar jest taki sam jak
na debiucie: kompozycje o odpowiednio niesamowitej atmosferze, na ogół
thrashmetalowe, czyli rozpędzone (Metal i piekło, Morderca), jest też
coś w średnim tempie (Masz mnie wampirze). Można narzekać na niedostatek
atrakcyjnych melodii, tym bardziej, że Kostrzewski czasami zbliża się do
melorecytacji, a rzadko kiedy używa rymów. Raz zawodzi jak potępieniec, raz
głęboko grzmi, raz wydaje z siebie nieludzki wrzask. Solówki gitarowe brzmią
dość zajmująco, chociaż nie wiem, ile w nich wzorca Luczyka, a ile inwencji
nowego wiosłowego – w każdym razie w Masz mnie wampirze zachowany został
cytat z Moniuszkowskiej Prząśniczki.
Najbardziej melodyjny, wręcz
porywający jest Diabelski dom cz. I. Na „stronie B” albumu znajduje się
jeszcze Diabelski dom cz. III, oparty na z grubsza podobnym riffie. A
gdzie część II? Na Oddechu wymarłych światów, trzecim albumie Kata. Poza
tym najlepsze fragmenty to nawiązujące do tradycji NWOBHM Noce Szatana i
finałowe Czarne zastępy z jedną z najlepszych solówek oraz monumentalna
pieśń o Abbadonie, Czas zemsty. Na ile satanistyczne deklaracje
Kostrzewskiego były wyrazem jego autentycznych poglądów życiowych, to temat na
oddzielną dyskusję, ale dojrzały słuchacz wie, że piosenki niekoniecznie należy
traktować jako instruktaż.
Szkoda, że przy okazji nie
dorzucili bonusu w postaci nowej wersji Ostatniego taboru, który w
latach 80. wyszedł tylko na singlu.
Yes,
Going for the One, 1977
Na swoim ósmymalbumie
studyjnymgrupa Yes jeszcze się nie poddała Wielkiemu Konformizmowi
Rockowemu, choć epoka już skłaniała do tego. Do zespołu powrócił po przerwie czarodziej
klawiatury Rick Wakeman.
Co prawda na albumie
znalazło się pięć utworów, podczas gdy na poprzednich miewali po trzy (albo
cztery na dwupłytowym), więc można powiedzieć, że faktycznie uprościli kompozycje.
Znakiem nowych czasów była też zmiana artysty okładkowego: zamiast
oniryczno-fantastycznych krajobrazów Rogera Deana pojawił się surrealistyczny
fotomontaż z gołym tyłkiem – bez czytania listy płac znać dzieło agencji Hipgnosis.
Płytę zaczyna dynamiczna
zagrywka na gitarze techniką slide, czyli coś niespecjalnie kojarzącego się z
twórczością Yes. Steve Howe używa tej techniki również i w solówce utworu
tytułowego, a poza tym występują stałe fragmenty: ezoteryczny tekst, wysoki,
„anielski” głos Jona Andersona, pod koniec wchodzący w barwne harmonie, i
olśniewająca faktura klawiszowa. Wszystko to w pięć i pół minuty, więc
niezwykle lapidarnie jak na Yes. Pod osiem minut podchodzi Turn of the
Century, ale to z kolei kompozycja łagodna i oniryczna, może nawet aż za
bardzo. Bardziej mi się podoba Parallels:niesiony kościelną
barwą organów i mocną linią basową Chrisa Squire’a, ma w sobie coś z ducha Siberian
Khatru. Wondrous Stories to drugi oniryk, ale ciekawszy niż Turn
of the Century, m.in. ze względu na wykorzystanie syntezatora Mooga.
Finałowy, 15-minutowy Awaken
rozpoczyna partia fortepianu. Po kolejnym przynudnawym wstępie a la new
age zaczyna się wreszcie coś dziać, pojawiają się skomplikowane struktury
instrumentalne, gdzieś dalej wyciszenie i koda. Znów słychać kościelne organy –
Wakeman wykorzystał na tej płycie instrument z kościoła św. Marcina w Vevey,
szwajcarskim mieście, gdzie 61 lat wcześniej zmarł Henryk Sienkiewicz (zespół
bazował wówczas w Montreux).
W reedycji dodane zostały
bonusy. Są to wersje robocze prawie wszystkich utworów z płyty – przy czym nie
ma Wonderous Stories, a wczesna wersja Awaken nazywa się Eastern
Numbers. Going for the One występuje na surowo, bez wokalu i
klawisza, i generalnie stanowi raczej gitarowy popis Howe’a. Turn of the
Century występuje w wersji bardziej gitarowej i ciekawszej niż na albumie.
W pozostałych nie pojawiają się organy kościelne, które trafiły do wersji
ostatecznych. Poza tym znalazły się krótkie instrumentalne impresje ze
Szwajcarii: Montreux’s Theme i Vevey (także z kościoła – duet
Wakemana na organach z Andersonem na harfie). Jest też XIX-wieczna pieśń
religijna Amazing Grace,zagrana przez Squire’a wyłącznie na
basie.