czwartek, 26 marca 2026

Opole, Doorsi, patolodzy, czyli krąży po kraju widmo Edypa (z frontu czytelniczego, 1/2026)

  

W pierwszych miesiącach nowego roku wszystkiego po trochu: nadal siedziałem w fantastyce, osuszyłem dozę postmoderny, zająłem się kulisami pewnego serialu, po czym wylądowałem na znajomym terytorium biografii muzycznych. Przewinął się także niejednokrotnie motyw Edypa.

 

1-2. George R.R. Martin, A Dance with Dragons,
t.1 Dreams and Dust, London 2012;
t.2 After the Feast, London 2014

Znowu zaczynam rok od Pieśni lodu i ognia i mam nadzieję, jakkolwiek płonną, że za rok będę mógł napisać to samo. Tymczasem na HBO zapremierował serial Rycerz Siedmiu Królestw, oparty na kilku opowiadaniach GRR Martina, których akcja rozgrywa się około stu lat wcześniej, ale przed napisaniem tej pararecenzji jeszcze się z nim nie zapoznałem.

Taniec ze smokami (byleby nie „Taniec smoków”, bo to zupełnie co innego – tak się w świecie przedstawionym nazywała wojna domowa między dwiema gałęziami rodu Targaryenów, o której opowiada serial Ród Smoka) ze względu na grubość podzielony został na dwie części. Toczy się z grubsza równolegle do tomu czwartego (Uczta dla wron), ale obejmuje wątki innych postaci. Spotykamy więc wreszcie Tyriona Lannistera, Dankę czy Jona Snowa. W przypadku Jona następstwo zdarzeń się trochę komplikuje, bo pierwsze rozdziały z jego punktu widzenia poprzedzają wątek Sama Tarly’ego z Uczty, Sam występuje w nich jako postać drugoplanowa i dopiero potem odjeżdża na południe. Druga część tomu nosi tytuł After the Feast, czyli Po uczcie, i faktycznie powracają tu już wątki niektórych postaci z Uczty dla wron.

Czy należy się cieszyć z powrotu dawnych ulubieńców? W zasadzie tak. Tyrionowi na wygnaniu za morzem nadal nie urwało od poczucia humoru, chociaż miotają nim wyrzuty sumienia po tym, co zrobił na końcu Nawałnicy mieczy. W szale samoupodlenia dokłada do tego jeszcze parę niefajnych czynów i generalnie ma deprechę, a tu, jak na złość, ludzie, w których ręce trafia, nie chcą go zabić, tylko wykorzystać do własnych celów. Z kolei zarówno królowa Daenerys w Meereen, jak i lord dowódca Jon na Murze zmagają się z nieznośnym ciężarem czapki Monomacha, zmuszeni balansować między interesami różnych grup i wydawać decyzje, od których na pewno ucierpią jak nie jedni, to drudzy. A kiedy się wydaje, że GRRM już nie jest w stanie przebić swojego dotychczasowego poziomu przygnębienia, pojawia się Fetor – nędzny ochłap człowieka, który kiedyś był kimś innym, a teraz stał się pupilem sadystycznego Ramsaya Boltona. Z drugiej strony istnieją oznaki, że może jeszcze nie wszystko stracone. Do ulubieńców wielu czytelników dołącza wobec tego Wyman Manderly, znany jako Lord Za Gruby, By Dosiąść Konia. Sprawia wrażenie spasionego bęcwała zainteresowanego tylko jedzeniem, ale kryje coś więcej.

Porównanie z Ucztą dla wron wypada na korzyść, po prostu dlatego, że więcej tu się dzieje. Mimo wszystko zdarzają się rozdziały mocno wywatowane, które niespecjalnie posuwają sprawy do przodu – wątki Davosa czy Jona można było bardziej skondensować, tylko wtedy stałyby się homeopatyczne, zaś wątek księcia Quentyna Martella niewiele wnosi. Wygląda też na to, że Martinowi zaczynają się powtarzać pomysły: tu podmienione niemowlę i tam podmienione niemowlę, tu sfingowana egzekucja i tam sfingowana egzekucja.

Największy problem sprawiał autorowi (i sprawia do dziś) tzw. węzeł meereeński. Danuta miała przecież wracać do Westeros i walczyć o tron, a tymczasem utknęła nad Zatoką Niewolniczą – w realiach bardziej przypominających Bliski Wschód w epoce brązu niż średniowieczną Europę – i nawet za bardzo nie chce się jej wracać, za to ciągną do niej różni zalotnicy. W ogóle mieszają mi się imiona postaci z tego regionu, zwykle z dużą ilością liter „z”, „k” i „h”. Nie jestem w tym odosobniony, a i sam autor w pewnym momencie każe Quentynowi stwierdzić w monologu wewnętrznym, że „połowa wydawała się mieć na imię Ghazdan, Grazdan, Mazdhan abo Ghaznak”. Na własny użytek nadaję im ksywki typu Rzeźnik, Skandal czy Grażyna.

Tradycyjnie połapanie się w gąszczu postaci ułatwia ich wykaz na końcu książki, aktualizowany z tomu na tom. Można policzyć, że stary Walder Frey miał 22 synów i 7 córek, licząc tylko z prawego łoża.

Drugą część zdobyłem w innym wydaniu niż pierwszą, z okładką nawiązującą już do serialu Gra o tron. Jako bonus dorzucono jeden z gotowych rozdziałów Wichrów zimy, z perspektywy Theona Greyjoya. Teraz ciekawe, czy się doczekam wydania całości. A tymczasem – przecież nie tylko Pieśń lodu i ognia GRR Martin napisał.

 

3. Krzysztof Bartnicki, Zespół Odepa, Łódź 2025

Zachęcony zostałem do zapoznania się z twórczością własną człowieka, którego kojarzyłem dotąd tylko jako tłumacza Finnegans Wake Jamesa Joycego. Okazało się jednak, że Krzysztof Bartnicki to istny byt równoległy, a czytanie jego powieści było doświadczeniem równie nieszablonowym jak oglądanie Miasteczka Twin Peaks.

O czem to w ogóle jest? O czymś, jak sądzę. O milicjantach w Opolu, najłatwiej powiedzieć. Tytułowy Odep to organizacja dość poufna w ramach komendy, jejże skrót każdy rozwija inaczej. Czym się ci milicjanci zajmują? Oto dobre pytanie. Wykonują jakieś czynności służbowe, palą papierosy i drżą nad złożonością wszechrzeczy. Czas wiruje, chronologia odstawia demoniczne piruety. Czytelnikowi kręci się w głowie. Od Wrocławia jedzie ospa. Organy grają w grę stołków, a dzielnicowy tańczy taniec dzielnicowego, a raczej tańczyłby, gdyby występował w tej książce. Somebody’s been murdered, ale czy na pewno?

Wygląda na to, że praca nad tłumaczeniem dublińskiego geniusza odcisnęła piętno na autorze. Ta narracja to jest jakaś trzynasta gęstość języka, posypywanie wyrazów wieloznacznością przez zniekształcenia, wszędy naćkane odniesień kulturowych, których pojedynczej ludzinie wychwycić niepodobna, ale gdyby przyszło tysiąc atletów, to może jakoś by to rozkminili. Do tego różne perspektywy – narracja towarzysząca bohaterom, strumień świadomości, osobisty dziennik postaci, przebieg egzaminu podporucznik, dokumenty służbowe. Rozmaite konstrukcje szkatułkowe oraz danym podobne. Odbiorca doznaje pomieszania. Czytam ja, dajmy na to, równoważnik zdania: „Prawie wszystko czerwone” i się zastanawiam, czy tu nie chodzi o Chmielewską. Albo notatka służbowa o wykonawcach z festiwalu  opolskiego, inkluding szokująca piosenka zespołu Gdański – toć nawiązanie do Last Caress Glenna Danziga. W tej całej zupie unosi się wielopłaszczyznowa tożsamość Śląska, fizyka teoretyczna (wieloznaczne słowo „osobliwość” bardzo tu pasuje), opodal delfinem pływa Edyp, a stylem grzbietowym Jean Gabin. Tu ktoś pełznie udręczon przez kanały, a tam znowu czterostronicowy opis dymienia papierosa. Można szukać sensów naddanych (jest ich cało ducka). A można nie. Wobec tego wszystkiego chyba trudno się zdziwić, że na kartach książki pojawia się nawet Krzysztof Bartnicki jako postać, i to prawdopodobnie niejeden.

Podsumowując: Ogromnie dziwna publikacja.

 

4. Jakub Jabłonka, Paweł Łęczuk, Świat według Kiepskich.
Zwariowana historia kultowego serialu Polsatu
,
Kraków 2022

Kiepscy nie całkiem rezonują z moim poczuciem humoru. Jest to jednak niewątpliwy fenomen popkulturowy. Jedni krytykują go za prymitywny humor i gloryfikację patologii, drudzy – za wyśmiewanie uboższej części narodu polskiego, trzeci chwalą jako jeden z najtrafniejszych popkulturowych portretów zbiorowej duszy polskiej.



Grudniowy pobyt w szpitalu oznaczał dla mnie konieczność obejrzenia wielu odcinków z rzędu, więc postanowiłem zapoznać się z serialem od kuchni. Sięgnąłem zatem po książkę z 2022. Ma ona dwóch autorów, ale zasadniczo stanowi zbiór relacji ustnych najważniejszych osób związanych z Kiepskimi, bogato ilustrowany fotosami. Są to zarówno główni aktorzy, jak reżyserzy, scenarzyści, producenci, czasem ekipa, a nawet Krzysztof Skiba. Zabrakło oczywiście tych, którzy już nie żyli, ale wypowiadają się wdowy po Dariuszu Gnatowskim i Ryszardzie Kotysie, a wspomnieniu o zmarłych aktorach poświęcony został osobny rozdział.

Kiepscy byli zasadniczo mózgodzieckiem Tomasza Kurzewskiego, prezesa spółki producenckiej, która w latach 90. zdążyła wyrobić sobie markę we Chrocławiu. Pod koniec tejże dekady pojawiła się idea wprowadzenia do Polski formatu sitcomu, gdy po emitowanym przez Canal+ 13. posterunku z Césarem Garrasem inne stacje także zgłosiły zapotrzebowanie na podobne seriale komediowe. Na konkurs Polsatu ekipa Kurzewskiego wysłała więc historię o patologach z wrocławskiego „Trójkąta Bermudzkiego”. Było to przedsięwzięcie dość wariackie: wszyscy pracowali pod presją czasu, scenarzyści ledwo ogarniali, co to w ogóle jest sitcom, reżyser prawie nie mówił po polsku, a autor wytypowany do roli Waldka w ostatniej chwili zrezygnował. Kiepski początkowo miał na imię Ludwik i to sam Andrzej Grabowski wymyślił Ferdynanda.

Omówiona została geneza serialu, kwestie obsady, dzień powszedni na planie, specyfika pracy z poszczególnymi aktorami. Produkcja Kiepskich świata była harówką niesamowitą, jeden ze scenarzystów przypłacił ją zdrowiem. Co nieco też wspomina się o recepcji serialu i jego popularności. Scenarzyści starali się, żeby oprócz nieskomplikowanego, rubasznego humoru było jeszcze drugie dno, jakieś intertekstualne historie. Niezależnie jednak od wszelkich zabaw treścią i formą, aluzji kulturalnych i podobnych, widzom i tak najbardziej się podobały motywy w rodzaju chłopa przebranego za babę. Należy dodać, że skutkiem popularności serialu było nadsyłanie z całej Polski mnóstwa potencjalnych scenariuszy, do których jednak zastosowanie miało w pełni, a nawet z nadwyżką, prawo Sturgeona („90% wszystkiego jest do bani”).

Ponieważ książka stanowi zbiór relacji samych twórców, nie należy się spodziewać pogłębionej krytyki. Co prawda jeden ze scenarzystów stwierdza, że z dzisiejszego punktu widzenia wstyd mu niektórych odcinków. Gdyby ktoś szukał spojrzenia bardziej zewnętrznego i bardziej meta, to przypuszczalnie znalazłby je w zbiorze esejów Nikt nikomu nie tłumaczy, na który też zamierzam się kiedyś zasadzić.

Swoją drogą, nie tylko Ferdynand Kiepski ma kulturową przeciwwagę w postaci Ferdynanda Wspaniałego, ale można to samo powiedzieć o Waldku – Waldemar Wspaniały to znany trener piłki siatkowej. Nic tylko pisać fanfik, w którym pojawi się turecki kuzyn Ferdka, Sulejman Kiepski.

 

5. Ray Manzarek, Rozpal we mnie ogień. Moje życie z The Doors,
przeł. Paweł Halski, Warszawa 1999

Pierwsza w tym roku biografia muzyczna – a raczej autobiografia – jest dziełem pianisty The Doors, najstarszego z członków tej grupy i jedynego w niej Polaka.

            Narracja zaczyna się od przysłowiowego trzęsienia ziemi, czyli od śmierci Jima Morrisona. Ray Manzarek nie snuje jednak przypuszczeń, co właściwie zaszło w Paryżu, tylko wspomina, w jakich okolicznościach widział Jima ostatnio i jak się dowiedział o jego śmierci. Dopiero potem zaczyna od początku, czyli od dzieciństwa w polskiej dzielnicy Chicago, pierwszych lekcji muzyki i fascynacji bluesem. Kolejną wielką fascynacją była sztuka filmowa, Manzarek pojechał więc do Kalifornii studiować na filmówce UCLA. I dobrze zrobił, bo Jim też tam przyjechał z bagien Florydy. Kumplowali się przez okres studiów, ale o założeniu zespołu pomyśleli dopiero jako absolwenci, nie mając lepszego pomysłu na przyszłość.

Większość miejsca zajmują początki działalności zespołu, jak obijali się z taśmą demo od jednej wytwórni do drugiej i koncertowali po barach. Mamy więc wgląd w życie wzlatującej kapeli rockowej, ze wszystkimi blaskami i cieniami, a także najsłynniejsze skandale: występ w „Ed Sullivan Show” i koncert w Miami, na którym Jim wmówił 15 tysiącom ludzi, że się obnażył, i miał za to sprawę sądową mimo braku dowodów. The Doors byli zespołem zdecydowanie kalifornijskim i źle się czuli w Nowym Jorku, w otoczeniu Andy’ego Warhola (odwrotnie niż Velvet Underground w Kalifornii). Robby Krieger sprawia wrażenie tego wyluzowanego i bezkonfliktowego, a perkusista John Densmore – dyżurnego choleryka i jęczyduszy. U samego Jima dostrzega Manzarek niepokojące rozdwojenie pomiędzy ujmującym, dionizyjskim człowiekiem kultury a „Jimbo” – mroczną i ordynarną stroną jego natury, nader często wyzwalaną przez alkohol, która go w końcu zgubiła.

Manzarek spisał wspomnienia najwyraźniej bez ghost writera i całkiem nieźle mu to wyszło, bo umie opowiadać w typowo amerykańskim, gawędziarskim stylu. Co prawda mógłby czasem powściągnąć skłonność do dygresji czy artystowskich odlotów. Odstręczać mogą także opisy życia seksualnego autora czy mnóstwo ezoterycznej gadki o czakrach, kundalini itp., momentami bywa rozwlekle (vide opis odczuć po zażyciu LSD) – ale generalnie nie jest źle. Autor ma natomiast bardzo krytyczny stosunek do filmu The Doors Olivera Stone’a, zarzucając reżyserowi zmyślenia i nieciekawe inklinacje potyliczne, czego przejawem było odtworzenie przez Stone’a zupełnie po swojemu rekonstrukcji etiudy zaliczeniowej Jima, która się nie zachowała, a o której Manzarek mu opowiadał.

Kończy się na sesji do L.A. Woman, łabędziego śpiewu Doorsów, dzięki czemu powstaje klamra narracyjna. Szkoda tylko, że autor nie poświęcił miejsca dwóm płytom nagranym już po śmierci Morrisona – czyżby było to dla niego wspomnienie nazbyt wstydliwe? Zresztą nie pierwszy to raz Manzarek i Krieger musieli wziąć na siebie obowiązki wokalne – już w czasie trasy europejskiej Jim tak się skuł w Amsterdamie haszyszem i procentami, że trzeba było wystąpić bez niego. Z drugiej strony, we wkładce z fotografiami są przecież dwa zdjęcia The Doors jako tria (w tym z małżonkami). Poza tym wkładka zawiera zarówno fotografie z dzieciństwa i młodości autora, z wieku dojrzałego (z żoną, dzieckiem i kotem), jak i z czasów The Doors.

Tłumacz poradził sobie nieźle. Przewijające się przez tekst cytaty z piosenek – mniej lub bardziej rymowane – zaczerpnął z wcześniej wydanych po polsku zbiorów. Co prawda korekta nie była w stu procentach chlujna, pojawiają się rozmaite literówki, z których najbardziej irytujące jest wielokrotne przekręcenie nazwy The Grateful Dead na „The Greatful Dead”. Zaliczenie brytyjskiego Procol Harum do zespołów z San Francisco obciąża już konto samego autora.

Choć jest to autobiografia Manzarka, wydawca na okładkę dał i tak Morrisona! Tak jakby nie istniały żadne ich wspólne zdjęcia… Co najmniej dwa są nawet w środku.

 

6. Ewa Pustoła-Kozłowska, Jacek Pustoła, Hotel Bristol, Warszawa 1985
(z serii Zabytki Warszawy)

Ponieważ przytrafił mi się wyjazd do stolicy, z przewidywalną wizytą na Krakowskim Przedmieściu, to postanowiłem na szybko przeczytać coś w temacie. Miałem akurat monografię jednego z najokazalszych warszawskich hoteli, która, w odróżnieniu od samego Bristolu, nieźle się mieściła do kieszeni.

Autorzy rozpoczynają od najwcześniejszych dziejów posesji na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Karowej – pierwotnie drogi, którą nad Wisłę zjeżdżały wozy („kary”) z nieczystościami. Do końca XIX w. stał tam pałac Tarnowskich. Sytuacja zmieniła się, kiedy posesję przejęła spółka z udziałem Ignacego Paderewskiego i postanowiła zbudować nowoczesny hotel. Po prawdzie to była inicjatywa innego wspólnika, Stanisława Roszkowskiego, a sam Paderewski miał sceptyczny stosunek, zwłaszcza że często na tym tracił. Tak czy inaczej, wszyscy powtarzają niezbity fakt, że Bristol powstał „z funduszy Ignacego Paderewskiego”, a popiersie słynnego pianisty do dziś stoi w holu.

Książka przedstawia więc dzieje budowy hotelu i zastosowane rozwiązania techniczne. Bristol, jako jeden z pierwszych w Warszawie, miał centralne ogrzewanie i samochody elektryczne, starał się też być samowystarczalny (własna elektrownia). Drobiazgowo opisana została architektura budynku w poszczególnych okresach, łącznie z rozmaitymi ornamentami i wyposażeniem użytkowym. Zmieniała się ona na przestrzeni czasu, np. pierwotne secesyjne ozdoby wnętrz zostały skute w późniejszym okresie, gdy secesja stała się niemodna.

Zarazem jest to nie tylko opis architektury, ale historia budynku, prowadząca go przez wszelkie zawirowania, kryzysy gospodarcze, zmiany właścicielstwa itp. Pojawiają się Mary Pickford (podpisana jako "Picford" - chyba na wodę) i Douglas Fairbanks, uczestnicy międzynarodowych zawodów jeździeckich, bankiet ku czci MC Skłodowskiej, Pablo Picasso i JFK. Przewijają się portierzy, kelnerzy, boye, najemcy lokali na parterze. Autorzy mieli okazję osobiście porozmawiać z sędziwym byłym dyrektorem i dotrzeć do wspomnień pracownika, który spędził w Bristolu z górą 60 lat, a nawet przytoczyć wpisy z restauracyjnej książki skarg i zażaleń. Z II wojny światowej hotel wyszedł stosunkowo mało poszkodowany jak na Warszawę, a wkrótce doprowadzono go jako tako do użytku. Praca kończy się jednak pesymistycznie: w 1981 r. zapuszczony Bristol został zamknięty. Dziś już wiemy, że zmartwychwstał i oferuje noclegi po 1200 zł.

Ikonografię tworzy około 80 zdjęć, zarówno z epoki, jak i wykonanych już pod koniec lat siedemdziesiątych; są wśród nich także reprodukcje projektów architektonicznych czy różnych dokumentów, jak menu z 1937 czy ogłoszenie o występie Mieczysława Fogga z 1940.

 

7. Patricia Butler, Taniec miłości, taniec śmierci. Pamela i Jim Morrison:
dzieje tragicznego romansu
, 
przeł. Katarzyna Malita, Kraków 1999

Temat The Doors skontynuowałem opracowaniem na temat związku Morrisona z Pamelą Courson. Nie była to para tak sławna jak John i Yoko, Kurt i Courtney czy, za przeproszeniem, Sid i Nancy, ale także ma swoje miejsce w historii rocka.

Książka powstała niejako z błogosławieństwem Jerry’ego Hopkinsa, współautora biografii Morrisona Nikt nie wyjdzie stąd żywy, który zdał sobie sprawę, że w jego pracy Pamela praktycznie nie występuje. Autorka przyjaźniła się też z producentem nagrań Doorsów, Paulem Rothchildem. Dla potrzeb książki skontaktowała się z szeregiem osób, w tym z rodzicami Jima, a także Manzarkiem i Kriegerem. Densmore’a pominęła, bo on niedługo wcześniej wydał własne wspomnienia. Podchodzi krytycznie do wszelkich pogłosek, zwracając uwagę, że Jim nieustannie kreował wokół siebie legendę. Podobnie jak Manzarek, nie ma też nic dobrego do powiedzenia o filmie Stone’a.

Autorka rozpoczyna od wczesnych lat życia obojga swoich bohaterów. Oboje od zawsze byli rogatymi duszami, mieli też wyraźne wąty do niektórych członków rodziny, chociaż niepodobna już dziś ustalić przyczyn. Sam romans Jima i Pameli nie był sprawą publiczną, więc nie został opisany jakoś bardzo szczegółowo, lecz umieszczony w kontekście ogólnej historii The Doors. Można by pomyśleć, że w związku z Morrisonem, alkoholikiem skłonnym do napadów agresji, kobieta drobnej budowy będzie naturalną ofiarą, Pamela jednak też umiała się zrobić gwałtowna. Mimo pewnej toksyczności, wyglądało na to, że wyjątkowo do siebie pasowali. Nie byli też stricte monogamiczni, ale do zdrowej poliamorii trochę im brakowało.

Jeśli chodzi o koniec życia Morrisona – można domniemywać, że gdyby nawet nie umarł, to i tak byłby to już koniec jego udziału w The Doors. Mieszkając z Pam w Paryżu, pozbył się chyba swoich demonów i zmierzał do poświęcenia się literaturze. Rozdział dotyczący śmierci Jima zawiera przytoczone informacje prasowe z epoki, a także oficjalne raporty służb francuskich. Przy okazji: często spotykany pogląd, że Morrison zmarł z powodu przedawkowania narkotyków, wynika ze skojarzenia go z nieco wcześniejszymi zgonami Jimiego Hendrixa i Janis Joplin. Nic nie wskazuje, żeby artysta w ogóle brał mocne narkotyki, natomiast ponad wszelką wątpliwość był alkoholikiem i od dzieciństwa zmagał się z astmą. Ostatni okres życia Pameli – zmarłej przedwcześnie w 1973 – poznajemy m.in. z perspektywy jej późniejszego przyjaciela. 

Tekst uzupełnia trochę zdjęć czarno-białych oraz wklejka z kolorowymi portretami pary, wykonanymi w butiku Pameli przez fotografkę Reanne Rubenstein w ramach sesji dla magazynu „Show”.

Jednakże tłumaczko, „awans z komandora na kapitana”?! (chodzi o ojca Jima, który ostatecznie został admirałem). I jeszcze Pam mówi do policjantów „panowie oficerowie”, dobrze, że nie w ogóle „gospoda oficery”.

poniedziałek, 16 marca 2026

Sześciu braci, czterech z Liverpoolu i wiatr w dwunastu strunach, czyli płyty styczniowe


W styczniu osłuchiwałem płyty, które zostały mi jeszcze z zeszłego roku, ale przypadkiem tak się trafiło, że jeszcze dokupiłem parę nowych.

 

The Stooges, Fun House, 1970

Pierwszy w tym roku album z udziałem braci – Scotta i Rona Ashetonów. Postacią pierwszoplanową w The Stooges był jednak oczywiście Iggy Pop.

Fun House to drugi album Pachołów i podobnie jak dwa pozostałe, składa się z prostej, nieokrzesanej, hałaśliwej muzyki oraz obleśnie dyletanckiego wokalu Iggy’ego. Nie ma tu co prawda czadów tak klasycznych jak I Wanna Be Your Dog z debiutu czy Search & Destroy z płyty późniejszej, ale jest parę całkiem nośnych riffów, na przykład T.V. Eye, Loose i 1970. Największe wrażenie robi utwór najbardziej odbiegający od reszty, czyli Dirt – siedem minut niepokojącego quasi-bluesa o gęstniejącej atmosferze (należy wymienić Dave’a Alexandra, którego gitara basowa robi tu główną robotę). O pół minuty dłuższy jest tytułowy Fun House, znów szorstki, ale w średnim tempie i wzbogacony saksofonem, który wcale nie łagodzi ogólnego wrażenia. Finał stanowi L.A. Blues – kawał czystej kakofonii. Kojarzycie ten moment, kiedy na koncercie zespół, po zakończeniu właściwego utworu, wyładowuje nagromadzoną energię, nawalając jeszcze przez moment ze wszystkich sił w instrumenty? L.A. Blues to jest właśnie ten moment rozciągnięty do 4 minut. 

 

Kinks, Kinks, 1964

Z Faradaguła przyciągnąłem debiutancki album jednej z ważniejszych brytyjskich grup lat sześćdziesiątych. W późniejszym okresie bracia Ray i Dave Daviesowie oraz Pete Quaife i Mick Avory zasłynęli z łączenia rocka z tradycją starszej muzyki popularnej, a także nagrywania albumów koncepcyjnych poświęconych duszy brytyjskiej. Na debiucie szybowali jednak na dominujących prądach, prezentując energicznego, ognistego rhythm’n’bluesa. Czasem śpiewał lider Ray, czasem jego młodszy brat i zarazem gitarzysta prowadzący. Solówki też już były w modzie.

W repertuarze znalazły się zatem uznane już przeboje Chucka Berry (Beautiful Delilah, Too Much Monkey Business), Bo Diddleya (Cadillac) czy Slima Harpo (Got Love If You Want It), dwa standardy zaaranżował producent płyty Shel Talmy, ale Ray Davies pokazał się też już jako kompozytor. Jego dziełem jest pięć i pół utworu na czternaście – wydaje się maławo, ale takie były ówczesne standardy, od kapel młodzieżowych nie oczekiwano, że same sobie będą pisać repertuar. Zresztą, jak stwierdził sam lider w swojej autobiografii, po prostu nie spodziewał się mieć więcej materiału, kiedy producent oznajmił, że studio już zarezerwowane.

W porównaniu ze standardami, piosenki Daviesa wydają się bardziej ugrzecznione, beatlesowate, jakby wymierzone w żeńską część audytorium: sentymentalne ballady Just Can’t Go to Sleep i Stop Your Sobbin’ czy krotochwilne I Took My Baby Home z harmonijką. Ale jest wyjątek: You Really Got Me. Davies wzniósł się na szczyty rockandrollowej łobuzerii, proponując archetypiczny riff gitarowy, który później wielu naśladowało (a i sama piosenka szybko stała się standardem, patrz niżej). Jest nawet krótka, lecz zadziorna solówka. Legenda głosi, że wykonał ją sam Jimmy Page, później założyciel Led Zeppelin – on jednak twierdził, że grał w tej piosence tylko na gitarze rytmicznej. Artykuł o płycie na Wikipedii wymienia Page’a grającego w trzech innych utworach, a książeczka reedycji z 2004 cytuje Raya, według którego muzyk ten udzielał się tylko w przeróbce standardu bluesowego Bald Headed Woman, razem z organistą Jonem Lordem (później Deep Purple).

You Really Got Me był jedynym singlem z albumu, bo w tamtych czasach wielu piosenek przeznaczonych do promocji nie umieszczano na longplayach. Nie dziwota, że do oryginalnych 14 utworów dodano w tej reedycji jeszcze 12 bonusów. Są to właśnie piosenki z singli oraz z czwórki Kinksize. O dziwo, większość z nich, odwrotnie niż na zasadniczym albumie, stanowią autorskie utwory Daviesa. Przede wszystkim drugi klasyczny riffowiec Kinksów – All Day and All of the Night (po latach z udanym skutkiem skowerowany przez The Stranglers). Poza tym zespół opracował Long Tall Sally Little Richarda (Beatlesi też mieli swoją wersję) oraz Louie Louie, słynny przebój The Kingsmen, nad którym FBI biedziło się dwa i pół roku, żeby stwierdzić, czy aby nie jest nieprzyzwoity. Całości dopełnia wersja alternatywna Too Much Monkey Business oraz niepublikowana dawniej piosenka I Don’t Need You Any More.

Szata graficzna obejmuje artykuł Petera Doggetta, reprodukcje okładek singli i artykułów w gazetach oraz tekst z tylnej strony koperty pierwotnego wydania, z krótkimi charakterystykami członków zespołu. Na temat Dave’a Daviesa czytamy: „nie ma takiej dziewczyny, za którą by się nie obejrzał” – akurat musieli tak napisać o tym, który był biseksualny. 

 

Van Halen, For Unlawful Carnal Knowledge, 1991

Trzecia z rzędu płyta z udziałem braci! I to jeszcze takich, którzy na debiutancką płytę nagrali własną wersję You Really Got Me.

Muszę przyznać, że wczesny „Iwan Charin” należał do wykonawców przeze mnie niedocenianych: utwory z kilku pierwszych płyt wydawały mi się mało porywające. Co innego okres, gdy miejsce Davida Lee Rotha przy mikrofonie zajął Sammy Hagar: ten repertuar bardziej już przypominał piosenki z prawdziwego zdarzenia niż ćwiczenia teoretyczne. Płyta pod tytułem o nieprzyzwoitym skrócie, z imitacją skóry na okładce, była kulminacją kariery zespołu. Najsłynniejsi indonezyjscy (po kądzieli) rockmani zakończyli tym samym klasyczny okres twórczości – późniejsze płyty były mniej udane i znalazły mniejszy oddźwięk.

Jak to u Van Halen, mamy do czynienia z dawką mocnego hard rocka na wysokim poziomie wykonawczym. Jak zwykle Eddie nie szczędzi solówek, a chociaż nie jestem specem od perkusji, to jego brat pewnie też zaiwania z nieskazitelną techniką. Poundcake, jak i całą płytę, rozpoczyna numer z kostkowaniem za pomocą wiertarki, który parę miesięcy wcześniej wykorzystali już panowie Gilbert i Sheehan z zespołu Mr. Big. Raz jest bardzo szybko (Judgment Day), raz w umiarkowanym tempie (Spanked), przeważnie ciężko (Pleasure Dome). Tylko szkoda, że atrakcyjnych refrenów brakuje, czasem rozczarowują po bardziej efektownej zwrotce.

Najlepsza jest sama końcówka, bardziej podniosła, melodyjna i podnosząca na duchu: Right Now z udziałem rytmicznego fortepianu a la Toto oraz finałowy Top of the World. Rozdziela je akustyczna miniatura 316, którą Eddie zadedykował swojemu synowi, urodzonemu 16 marca. Dziś Wolfgang Van Halen jest basistą, współpracował z ojcem i stryjem na ich ostatniej płycie studyjnej, a od jakiegoś czasu stoi na czele grupy Mammoth (nie mylić z formacją metalowców z nadwagą, funkcjonującą w latach 80.) 

 

Genesis, Wind & Wuthering, 1977

Na kiermaszu płytowym kupiłem album, który miałem dawniej na kasecie. Wind & Wuthering to druga płyta Genesis po odejściu Petera Gabriela, z Philem Collinsem jako głównym wokalistą, a ostatni materiał studyjny z udziałem Steve’a Hacketta na gitarze prowadzącej.

Słuchając tego w liceum z kasety, byłem dość zdezorientowany, nie wiedząc, gdzie jeden utwór się kończy, a następny zaczyna. Za to teraz, po co najmniej kilkunastu latach przerwy, poczułem się, jakbym ostatnio słyszał tę płytę wczoraj. Od początkowego Eleven Earl of Mar, epickiej opowieści z czasów jakobickich, po melancholijny finał Afterglow, wszystko tu jest na swoim miejscu i bez wątpienia stanowi ciągle jeszcze kwintesencję stylu Genesis.

Tony Banks rządzi! Moje ulubione fragmenty są te, które sam napisał. Jeden to nastrojowy One for the Vine – przy tym fortepianie i syntetycznych smyczkach kłania się Mad Man Moon, a potem następuje instrumentalne przyspieszenie i repryza. Drugim jest mysio-kocia mini-opera All in a Mouse’s Night. Był też współautorem większości pozostałych. Mike Rutherford wyłożył Your Own Special Way – balladę nieco może zbyt ckliwą dla niektórych, dla mnie może być, w każdym razie dominują tu gitary 12-strunowe, a syntezator schowany jest w tle. Collins z Hackettem napisali Blood on the Rooftops – piosenkę o facecie oglądającym telewizor, z kontrastem dynamicznym między zwrotką a refrenem.

Są też instrumentale. Pierwszą stronę kończy dość krótkie Wot Gorilla? o jazzrockowym posmaku (w głębi słychać nawet kongi). Na drugiej stronie znalazł się dwuczęściowy Unquiet Slumbers for the Sleepers… / …In That Quiet Earth (tytuł zainspirowany ostatnim zdaniem Wichrowych wzgórz). Pierwsza część, napisana przez obu gitarzystów, i tak zawiera partię syntezatora ulotną jak powiew wiatru w lesie, a druga – już dzieło całego zespołu – to znów dawka jazzrocka, przywołująca ducha pamiętnego Los Endos.


 

 

The Beatles, A Hard Day’s Night, 1964

Braki w dyskografii Bitelsów mam dość zasadnicze, więc przy nadarzającej się okazji zdobyłem wreszcie kolejną pozycję. Trzeci album Czwórki z Liverpoolu był pierwszym, na którym zaprezentowali wyłącznie utwory autorskie, nie podpierając się cudzym repertuarem. Strona A zawiera piosenki, które napisali do swojego pierwszego filmu, zatytułowanego właśnie A Hard Day’s Night, a w PRL wyświetlanego pod jakże kreatywnym tytułem The Beatles.

Pierwsza połowa to jeden gol za drugim. Płytę rozpoczyna dynamicznie Lennon utworem tytułowym oraz I Should Have Known Better, w którym po raz ostatni pojawia się harmonijkowy motyw wiodący, tak charakterystyczny dla wczesnego etapu Beatlesów. John napisał też swoją pierwszą sentymentalną balladę If I Fell. W tej kategorii jednak prześcignął go Macca ze swoim And I Love Her. Od Paula pochodzi też Can’t Buy Me Love, chyba najbardziej przebojowy na tej stronie płyty (albo to ja po prostu jestem bardziej fanem McCartneya). George Harrison nic nie skomponował, za to zaśpiewał I’m Happy Just to Dance with You. Ringo Starr nawet nie miał żadnej pierwszoplanowej partii, ale to od niego pochodzi sam tytuł płyty. Natomiast słynne beatlesowskie harmonie z najlepszej strony pokazują się w Tell Me Why, poniekąd pastiszu amerykańskich żeńskich grup wokalnych.

Strona B zawiera piosenki, które nie zmieściły się w filmie. Nie są tak przebojowe jak pierwsza połowa – a może po prostu za mało się wryły w kolektywną pamięć – ale nie ustępują jakościowo. Może tylko I’ll Cry Instead można wskazać jako najmniej ciekawy w zestawie,  ale też jest on najkrótszy. Z tej połowy najbardziej podoba mi się Things We Said Today, nastrojowy i w średnim tempie, znowu śpiewany przez Paula. No i jeszcze finałowy I’ll Be Back w podobnej atmosferze, niech i Lennon coś ma.