wtorek, 14 kwietnia 2026

U potomków Asparucha (z frontu czytelniczego, 2/2026)

 

Znalazłem w końcu moment, żeby wrócić do tematyki okołobizantyjskiej. Zacząłem od zachodnich sąsiadów Cesarstwa.

 

8. David Marshall Lang, Bułgarzy. Od czasów pogańskich do podboju przez Turcję Osmańską, przeł. Hanna Olędzka, Warszawa 1983 (z serii małej ceramowskiej)

Zacząłem od książki z tej samej serii, z której kilka lat temu czytałem o Lapończykach. David Marshall Lang (zm. 1991) był brytyjskim kaukazologiem, autorem prac m.in. o Gruzji i Armenii (dwie z nich nawet ukazały się już wcześniej po polsku). Tematyką bułgarską zainteresował się na marginesie głównej działalności, gdy w 1967 r. pojechał do Bułgarii studiować wpływ kulturowy tamtejszej diaspory ormiańskiej. Kraj zafascynował go na tyle, że postanowił napisać o nim książkę. Zastrzega się jednak, że ekspertem od Bułgarii nie jest, więc jego praca może zawierać błędy.

Właściwie jest to niezłe dla początkujących kompendium wiedzy o średniowiecznej Bułgarii. Mamy więc kolejno omówienie warunków geograficznych tego kraju oraz różnych grup etnicznych, które pozostawiły na nim swoje piętno, od Traków poczynając. Warto przypomnieć, że o ile dzisiejsi Bułgarzy są Słowianami, dawni Protobułgarzy byli tureckim ludem koczowniczym, który przez wieki przyczyniał Grekom bizantyjskim wiele bólu głowy, aż wreszcie jeden z jego odłamów, pod wodzą Asparucha, postanowił się osiedlić na zeslawizowanych Bałkanach i z czasem sam się zeslawizował.

Dalej następuje zarys historii Bułgarów – od czasów pogańskich, przez chrzest Borysa i imperium Symeona, upadek pod purpurowym butem Bazylego Bułgarobójcy i okres zależności od Bizancjum, a następnie odrodzenie państwowości, car Kałojan, dynastia Asenidów… Kończy się na podboju przez Turków Osmańskich. Kolejne rozdziały omawiają herezję bogomiłów oraz osiągnięcia literatury (niemal wyłącznie religijnej) i architektury bułgarskiej. Trochę miejsca poświęcono Cyrylowi i Metodemu oraz ich uczniom, pojawiają się tacy apostołowie Bułgarii jak św. Kliment Ochrydzki czy św. Iwan Rilski.

Czyta się szybko, ale jako ktoś, kto już wcześniej miał do czynienia z tematyką bizantyjsko-bałkańską, dostrzegam powierzchowność materii. Autor hołduje przestarzałemu poglądowi, jakoby cyrylica była starsza od głagolicy. Zaś opisując grupę etniczną Szopów, jakoby wywodzącą się od Pieczyngów, cytuje pogląd jeszcze bardziej przestarzały: „są oni wyjątkowo odrażającej rasy”, według historyka z lat dwudziestych. Takie sformułowania dziś byłyby nie do pomyślenia. O Pomakach ma zaś Lang do powiedzenia, że „siłą nawróceni przez Turków osmańskich stali się potem ich ślepym narzędziem w ciemiężeniu chrześcijan”. Nikt z „bułgarskich przyjaciół i kolegów” najwyraźniej nie uświadomił go, że za władzy ludowej to Pomacy stali się ciemiężeni. Słowa, że „Bułgarzy, jako nacja, zawsze mieli opinię ludzi o zdrowym i heteroseksualnym podejściu do życia”, można skomentować tylko w kontekście tego, że oskarżenia bogomiłów o rozpasany homoseksualizm doprowadziły ongiś do urobienia od nazwy Bułgarów obraźliwego określenia w paru językach zachodnich.

Można odnieść wrażenie, że nie tylko autor, ale i tłumaczka podeszła do tematu powierzchownie. Przykładowo, greckie wyrazy i imiona występują niera w brzmieniu zlatynizowanym, czego można się spodziewać w tekście anglojęzycznym. Można przymknąć oko, że w czasach przedinternetowych turecka orientalistka Emel Esin została przez polską tłumaczkę zmieniona w mężczyznę, ale już tłumaczenie Book of Kells jako „Księga Celtów” jest trochę kuriozem. Za to czy Gagauzów na „Gaugazów” przerobiła tłumaczka, czy sam autor, można się jedynie domyślać.

Tekst ilustruje kilka map oraz dwie wklejki ze zdjęciami czarno-białymi i jedna z kolorowymi – najwyraźniej z inicjatywy polskiego wydawcy.

 

9. Stanczo Waklinow, Kultura starobułgarska (VI-XI w.), przeł. Katarzyna Wierzbicka, Warszawa 1984 (z serii dużej ceramowskiej)

Od Anglika zajmującego się naukowo Armenią większe pojęcie o Bułgarii miał z pewnością Bułgar. Tym bardziej, że archeolog Stanczo Waklinow należał do Bułgarskiej Akademii Nauk, pełnił funkcję rektora uniwersytetu w Wielkim Tyrnowie i w tymże mieście oraz w paru innych prowadził wykopaliska.

Oryginalny tytuł książki brzmiał właściwie Formowanie się kultury starobułgarskiej, zatem omawia ona proces kształtowania się etnosu bułgarskiego i jego kultury. O ile Lang był powierzchowny, to Waklinow wręcz przeciwnie. Zaczyna sprawę niemalże od Adama i Ewy, a właściwie od kultury przeworskiej (gdy mowa o Słowianach) i Hunów (gdy mowa o Protobułgarach). Generalnie jest to książka archeologiczna ze wszystkimi tego wadami i zaletami. W trakcie czytania można sobie wyobrazić archeologa jako coś pośredniego między indiańskim tropicielem a Sherlockiem Holmesem, który rekonstruuje migracje różnych ludów, stosunki między nimi i zmiany w trybie życia na podstawie skorup znajdywanych w różnych warstwach. Najmniej ciekawe jest w sumie pierwsze 100 stron, dotyczące wędrówek ludów i wymiany kulturalnej, o których można wnioskować tylko pośrednio.

Sprawa się rozkręca, gdy pojawiają się już konkretne duże zabytki do omówienia. Tak więc drobiazgowo scharakteryzowany został kompleks pałacu chanów w Plisce, płaskorzeźba jeźdźca w Madarze, zabytki Presławia, a także cmentarze i temu podobne. Prócz dużych zabytków przedstawiona jest też drobnica w postaci naczyń, biżuterii, a także inskrypcji naskalnych (w czasach pogańskich wykonywano je głównie po grecku).

Drugim ważnym etapem były czasy chrześcijańskie (IX-XI w.), o których można już powiedzieć więcej konkretnego – pojawiają się zatem rozmaite cerkwie budowane specjalnie w tym celu (w odróżnieniu od przerobionych świątyń pogańskich). Centralą kultury i ogólnie państwa był Presław. Zabytki starobułgarskie sięgają jednak także rumuńskiej dziś Dobrudży. W czasach dominacji Presławia nastąpił generalny rozwój kultury starobułgarskiej, w tym rzeźby. Kiedy wschodnia Bułgaria znalazła się pod panowaniem bizantyjskim, ciężar kulturalny przeniósł się w takie miejsca jak Ochryda, położone dziś w Północnej Macedonii. Ten okres został już jednak potraktowany całkiem skrótowo.

Tłumaczenie było dość porządne, natomiast konsultant naukowy, Leszek Gajewski (archeolog z UMCS), dorzucił przypisy u dołu strony, korygując niektóre stwierdzenia autora. Przypisy samego Waklinowa znajdują się na końcu książki, a w części dotyczącej okresu chrześcijańskiego prowadzi w nich częstokroć polemikę ze Stefanem Bojadżijewem.

Tekst zawiera 24 ryciny i 3 mapy, a na wkładkach znalazło się 19 ilustracji czarno-białych i 8 kolorowych (w tym dwie dublują się z książką Langa). Zasadniczą wadą książki jest to, że zawiera za mało obrazków, przez co trudno sobie nieraz wyobrazić opisywane tak drobiazgowo zabytki.

 

9,5. Timothy Dawson, Angus McBride, Bizantyjski piechur.
Cesarstwo Wschodniorzymskie ok. 900-1204
,
przeł. Mateusz Fafiński,  Oświęcim 2017 (Osprey Warrior nr 118))

Zainteresowanie wojskowością Bizancjum skierowało mnie ku wydanemu u nas Ospreyowi na ten temat. Timothy Dawson jest bizantynistą i rekonstruktorem, a więc specjalistą w tej dziedzinie (nawet na portalu Academia ma zdjęcie profilowe w stroju z epoki), zaś 118. tom serii Warrior ukazał się pierwotnie w roku 2006.

Okres 900-1204 jest atrakcyjny dla historyków bizantyjskiej wojskowości. Są to czasy walecznego Bazylego II, przebiegłego Manuela Komnena, tragicznego Romana Diogenesa, jak też Leona Filozofa i Konstantego Porfirogenety, którzy zbyt waleczni nie byli, za to pozostawili dość szczegółowe dzieła na temat armii cesarstwa. Podręczniki wojskowości pisali zresztą nie tylko cesarze. Autor powołuje się na te dzieła, ale mimo wszystko w wielu przypadkach dokonuje ekstrapolacji – dużo więcej wiadomo o armii jako takiej niż o warunkach służby typowego żołnierza piechoty. Tym bardziej, że służba w kawalerii była bardziej prestiżowa, a źródła nie zawsze stwierdzają wyraźnie, o którym rodzaju broni mowa.

Tak czy inaczej, omówiona zostaje ogólna sytuacja Wschodniorzymu w tym okresie, broń, uzbrojenie ochronne (w tym okresie popularne były przeszywanice zamiast zbrój metalowych, a autorzy podręczników brali pod uwagę, że armia może działać z ograniczonym budżetem). Wspomniano co nieco o rekrutacji, szkoleniu, warunkach służby i doświadczeniu bitwy. Autor nie zapomniał o wyżywieniu wojska, podrzucając nawet jeden przepis. Co się zaś tyczy mentalności, to w Bizancjum zabicia przeciwnika na polu bitwy nie uważano za moralnie odmienne od każdego innego zabójstwa, więc żołnierze poświęcali wiele czasu na odprawianie pokuty.

W Ospreyu jak zwykle liczy się głównie warstwa ikonograficzna. Na ilustracje czarno-białe składają się zdjęcia zabytków (twierdze bizantyjskie, freski i inna ikonografia), jak i parę schematów poglądowych. Autor dodał też fotografie z własnej praktyki, przedstawiające współczesne rekonstrukcje ubioru i zbroi, w tym na sobie samym. Osiem tablic barwnych namalował niezrównany Angus McBride, jednak był to już ostatni Osprey, jakiego zrealizował przed śmiercią w 2007 r., i widać trochę spadek formy: mniej wyraziste linie, mniejsza szczegółowość, w dodatku na żadnej z plansz nie ma jego trademarkowych ptaków w tle. Są to trzy wizerunki piechurów z poszczególnych okresów oraz pięć sytuacji, w których mogli się znaleźć. Ilustracja przedstawiająca obrońców obleganej twierdzy zawiera hipotetyczną rekonstrukcję miotacza ognia greckiego, który kojarzy mi się z saturatorem.

Tłumaczenie jest w porządku, chociaż zdarzają się potknięcia typu „kontynuował dalej”, a bułgarskie Tyrnowo widnieje na mapie jako „Trnovo”, przynajmniej dobrze, że nie Tarnobrzeg.

 

10. Michaił Capienko, Sofia, Tyrnowo, Płowdiw, przeł. Irena Maryniakowa,
Warszawa 1983 (z serii Artystyczne stolice świata)

Teraz skok w nieco nowsze dzieje Bułgarii. Ukraińsko-radziecki historyk sztuki – oprócz Bułgarii zajmujący się przede wszystkim architekturą Ukrainy, a szczególnie Połtawszczyzny – wydał pierwotnie książkę w serii Goroda i muziei mira, po czym, wraz z kilkoma innymi pozycjami z tej samej, ukazała się po polsku w ramach kieszonkowej serii wydawnictwa Arkady.

O ile Waklinow był mocno specjalistyczny, to Capienko ma bardzo lekkie pióro i kieruje swój wywód do czytelnika popularnego – stąd np. sporo zachwytów nad przyrodą. Czyta się to generalnie jak przewodnik, bardzo szybko, tym bardziej, że zawiera sporo obrazków. Co prawda odczuwa się pewne skrzywienie ideologiczne (ten zachwyt nad dymiącymi kominami!), ale podejrzewam, że bez tego książka nie mogłaby się ukazać w Sawieckim Sajuzie.

Najwięcej miejsca poświęcono Sofii – przedstawione zostały najważniejsze budynki w centrum, a szczególnie wyróżniono zabytki najstarsze, jako to cerkiew Jerzego i sobór Sofii. Dalej przechodzi autor do omówienia zbiorów muzealnych. Przy tej okazji przeprowadza jakby krótki zarys kultury bułgarskiej, od Traków, przez średniowieczne carstwo, po okres odrodzenia narodowego w XIX wieku. W okolicach Sofii omówiony jest Rilski Monastyr i parę innych miejsc.

Rozdział o Tyrnowie zawiera dygresję o bułgarskim snycerstwie, a poza samym Tyrnowem omówione są pozostałe dawne stolice – Madara, Pliska i Presław, a także okolice. Podobnie rozdział o Pulpudewie, znaczy Płowdiwie, zahacza o Starą Zagorę, Kazanłyk ze słynnym trackim grobowcem i Asenowgrad.

Ikonografia nie zawodzi, chociaż w większości jest czarno-biała, poza jedną wklejką. W pewnym stopniu nawet uzupełnia Waklinowa, bo znalazł się model Wielkiej Bazyliki w Plisce, którego w tamtej książce zabrakło. Z nowszych budynków pojawił się hotel „Riła” i gmach KC – dziś siedziba Zgromadzenia Narodowego. Są też przykłady zabytków sztuki użytkowej i XIX-wiecznego malarstwa, jak również rzeźbione detale z ikonostasów. Podobnie jak w dwóch wyżej omówionych książkach, nie zabrakło fotografii Jeźdźca z Madary, ale w tym przypadku jest ona najbardziej niewyraźna.



wtorek, 31 marca 2026

Od Ziemi Świętej do Slovenska, czyli płyty lutowe

  

W lutym trafiły mi się bardzo udane nabytki na Faradaguła, a do tego zamówiłem w internetach coś bardziej niszowego. Aż dwukrotnie, u dwojga różnych wykonawców, pojawiła się parafraza cytatu „Hell hath no fury like a woman scorned” ze sztuki Williama Congreve’a, błędnie przypisywanego Szekspirowi.

  

R.E.M., Up, 1998

Zaklajstrowałem dziurę w dyskografii R.E.M. Up był to pierwszy album, na którym grupa z Athens w Georgii (Aten w Gruzji) występowała jako trio: perkusista Bill Berry po operacji tętniaka mózgu musiał przejść w stan spoczynku. Koledzy postanowili jednak nie przyjmować na stałe nikogo na jego miejsce, tylko korzystać z bębniarzy sesyjnych. Na tej płycie byli nimi Barrett Martin (głównie Screaming Trees, ale grał już kiedyś z Peterem Buckiem w grupie Tuatara) i znany sesyjniak Joey Waronker.

 Zgodnie z modą końca wieku („drugi konformizm rockowy”), brzmienie zostało zelektronizowane. Otwieracz Airportman to wręcz murowany sposób, żeby zniechęcić słuchacza: cztery minuty elektronicznego przynudzania z szepczącym Michaelem Stipe’em; mój egzemplarz jest w tym miejscu uszkodzony i po odsłuchaniu utworu z YouTube uznałem, że nic nie straciłem.

Znajoma stylistyka R.E.M. powraca dopiero w drugim utworze, Lotus, chociaż i on ma „nowoczesną” aranżację, zdominowaną przez fortepian elektryczny i jakiś syntezator, ale gitara też się w końcu wyłania. Pomimo nowinek aranżacyjnych, szkielet pozostaje zwykły dla R.E.M.: nastrojowe piosenki, śpiewane głosem jakby skulonym. Gdzieniegdzie pojawia się sekcja smyczkowa. Trzeci z kolei Suspicion, powolny i nastrojowy, pokazuje, że z elektroniki można korzystać z umiarem. Hope opiera się na powtarzanym w kółko, zachrypniętym metalicznym motywie syntezatora albo jakichś dziwnych organów, który może potencjalnie irytować.

Nie ma tu utworów tak przebojowych jak na płytach zespołu z lat wczesnych dziewięćdziesiątych, a już zupełnie brakuje czegoś żwawszego, pogodniejszego (Lotus chyba jako jedyny mieści się najbliżej). Największy potencjał ma ballada At My Most Beautiful – przywołująca jakby atmosferę Nightswimming, oraz wybrany do promocji Daysleeper. 


 

Jamiroquai, A Funk Odyssey, 2001

Jeden z albumów „Żamiroke” całkiem mi się spodobał, więc czemu by nie spróbować kolejnego, zwłaszcza, że był dostępny za 2 złote.

Cóż powiedzieć… To w dalszym ciągu tzw. acid jazz, co w praktyce oznacza łączenie tradycyjnego funku/soulu ze zdobyczami elektroniki przełomu wieków. Już od początku, w Feels So Good i Little L, dominują tłuste, taneczne groovy basowe, jakie nie brzmiałyby dziwnie w dyskotece późnych lat siedemdziesiątych. Gdzie trzeba, wzbogacone są np. stylowymi smyczkami, gitarowym podcinaniem, efektem klaskania albo zagęszczonymi latynoskimi perkusjonaliami. Fajnie brzmi poza tym Love Foolosophy oraz mój ulubiony Stop Don’t Panic. Za to Twenty Zero One najbardziej zbliża się do muzyki klubowej – praktycznie sama elektronika. Z ogólnie tanecznego materiału wyróżniają się ballady: wonderowo-prince’owata Corner of the Earth i bardziej akustyczna Black Crow, a także Picture of My Life, niby kończąca cały zestaw, ale potem jeszcze pojawia się ukryty utwór z funkowej kategorii.

Album stoi na wysokim poziomie wykonawczym, ale jest na tyle jednorodny, że można mówić o monotonii, i ustępuje Travelling Without Moving (np. nie ma dzidziridu). 


 

Cyndi Lauper, Twelve Deadly Cyns… And Then Some, 1994

Najpopularniejsza płyta Cyndi Lauper, She’s So Unusual, ostatnio mi się wymyka, więc na razie zadowoliłem się składanką największych przebojów. Ponieważ artystka nagrała do tamtej pory cztery płyty, to można się było spodziewać dużej reprezentacji debiutu. Spora część tych hitów to przeróbki, ale mniejsza o to.

W latach osiemdziesiątych Lauper zwróciła na siebie uwagę drapieżną charyzmą i barwnym imażem, choć głos ma wysoki, co dla niektórych może być granicą nie do przejścia. Nie ona pierwsza śpiewała Girls Just Wanna Have Fun, ale to ona przekształciła tę piosenkę w sprężysty feministyczny hymn. Równie atrakcyjnie wypada zadziorny Money Changes Everything (przeróbka The Brains) oraz drugi największy przebój Lauper, spokojniejszy Time After Time. Produkcja jest oczywiście typowa dla muzyki pop tamtych czasów: bębny elektroniczne, syntezatory i temu podobne. W sesji wzięli udział gitarzysta Eric Bazilian, lider grupy The Hooters („gwiazdy jednego przeboju” pod tytułem Johnny B., chociaż na dobrą sprawę te przeboje były dwa, bo jeszcze All You Zombies), i afrykanerski perkusista Anton Fig (znany ze współpracy z Kiss).

Przeboje z kolejnych płyt są dość podobne. Tu zapadają w pamięć Change of Heart i I Drove All Night – kolejne przykłady wzorcowej osiemdziesiętnej produkcji muzycznej – oraz kolejny wielki hit, ballada True Colors, później przerobiona przez Phila Collinsa. Jest też kower What’s Going On, soulowego klasyka Marvina Gaye’a, w którym gra na gitarze Adrian Belew (znany m.in. z King Crimson), ale za bardzo nie pokazuje pazurów – inna sprawa, że to remisk z siedmiocalowego singla, a nie oryginał z płyty.  Do materiału z czterech regularnych albumów Cyndi Lauper dorzucone zostało The World Is Stone z kanadyjskiego musicalu Tycoon, z ciepło melancholijnym syntezatorem.

„Dwanaście grzechów głównych”, a co się kryje pod dopiskiem „And Then Some”? Świeże utwory to rozpoczynająca cały zestaw pościelówa ze skrzypcami I’m Gonna Be Strong, nowa, uregałowiona wersja Girls Just Wanna Have Fun oraz jeszcze jedno reggae Come On Home. 


 

Orphaned Land, Mabool. The Story of the Three Sons of Seven, 2004

Dla odmiany zespół izraelski. Gdyby to dla kogoś było kontrowersyjne, to należy dodać, że członkowie Orphaned Land są zwolennikami pokojowej koegzystencji żydowsko-arabskiej i ekumenizmu trójabrahamowego, czemu dają wyraz w swoich utworach. Mają też dużą fanbazę w krajach arabskich i współpracują z arabskimi artystami, kiedyś zagrali nawet wspólną trasę z palestyńską kapelą metalową Khalas.

Mabool to – jak wskazuje tytuł – reinterpretacja opowieści o biblijnym potopie. W libretto nie wczytywałem się specjalnie, ale śpiewają zarówno po angielsku, hebrajsku, jak i arabsku, a gdzieś tam nawet wyłania się recytacja po łacinie. Muzycznie materiał jest bardzo epicki – progresywny metal z elementami etnicznymi. Do elementów tych należą bliskowschodnie zaśpiewy męskie, żeńskie i chóralne, a także regionalne instrumenty strunowe, jak saz, buzuki czy oud (gra na nich gitarzysta Yossi Saharon). Podobnie różnorodną paletę ekspresji prezentuje lider i wokalista Kobi Farhi – od melodyjnego śpiewu, przez recytację, po ryki, które pojawiają się już w początkowym Birth of the Three, ale nie kłują za bardzo w uszy, jako osadzone w melodyjnej tkance muzycznej. Za wokal żeński odpowiada Shlomit Levi, Jemenitka, która pierwszoplanową partię odgrywa w akustycznym A’salk.

Album składa się z utworów na ogół bardzo długich (powyżej 6 minut) i wielowątkowych, pełnych melodyjnych momentów. Przy tym kompozycje są przemyślane i nie sprawiają wrażenia chaosu. Jazdę metalową przeplatają spokojniejsze utwory akustyczne, jak np. Building the Ark, gdzie sposób wykorzystania chóru kojarzy mi się z Therionem, tyle że, hm, wektor ideologiczny ciut odmienny. Do promocji wybrano faktycznie melodyjny Norra El Norra – zaśpiewany po hebrajsku, ale na bazie tradycyjnej melodii egipskiej. Zaczyna się akustycznie, a potem następuje mocniejsze przywalenie i do tego solo fortepianu. Nastrojowy instrumental The Calm Before the Flood poprzedza wielki epicki finał – wizję powodzi, w której zawiera się summa całego albumu. Najpierw Mabool (The Flood), oczywiście z szumem deszczu i biciem gromów. Smyczkowe preludium wprowadza ostrą, rozpędzoną część metalową. Przechodzi on płynnie  w część drugą – The Storm Still Rages Inside, wolniejszy i bardziej podniosły; gitarzysta gra tu sporo partii solowych, a na sam koniec odzywa się chór. Płytę wieńczy kolejny akustyczny instrumental gitarowy

Wydanie zostało wzbogacone o bonusowy dysk The Calm Before the Flood z zapisem akustycznego koncertu w Tel Awiwie (Wiosnowzgórzu) z sierpnia 2002. Zawiera on wybór utworów z dwóch pierwszych płyt zespołu, z czego trzy podane zostały w całości, a siedem – w postaci dziewięcioipółminutowej wiązanki The Orphaned’s Medley. Do tego jeszcze Mercy – przeróbka grupy Paradise Lost, zaaranżowana z orientalną lutnią. Publiczność reaguje dość entuzjastycznie. 


 

Fleetwood Mac, Live, 1980

Ta dwupłytowa koncertówka prezentuje trójgłowe oblicze Fleetwood Mac u szczytu formy, po wydaniu albumu Tusk. Nagrania pochodzą z różnych miast, głównie amerykańskich, w tym po trzy z Cleveland i Santa Monica (w tym drugim przypadku był to kameralny występ dla ekipy i przyjaciół). Poza USA reprezentowane są: Paryż i Londyn (po dwa razy) oraz Tokio. Książeczka zawiera wykaz wszystkich koncertów w tej trasie koncertowej od października 1979 do września 1980, z czego w czerwcu trafili do Europy – Zurych jest tu zaliczony do Niemiec! A właściwie nie było wtedy Niemiec, tylko RFN i NRD (w tym drugim oczywiście nie grali).

Nie bardzo jest się co rozpisywać: grupa po prostu zaprezentowała najlepsze utwory ze swoich trzech ostatnich płyt, w tym takie hity jak Rhiannon czy Go Your Own Way. W wersji na żywo są one nieco surowsze niż w studio, Lindsey Buckingham dokłada czasem do pieca na gitarze czy nawet się wydrze, nie zapomina o solówkach (Say You Love Me), a Not That Funny rozciągnął swoimi popisami do dziewięciu minut.

Materiał znany i sprawdzony uzupełnia parę ciekawostek. Dwie z nich to nowości: Fireflies Stevie Nicks i One More Night Christine McVie, jednak nie dorównują Fleetwoodowej klasyce. Dwie pozostałe to staroci wręcz prehistoryczne w tym kontekście: countrowaty Don’t Let Me Down Again z płyty nagranej przez Nicks i Buckinghama przed dołączeniem do zespołu oraz ukłon w stronę założyciela Fleetwood Mac, Petera Greena – skrócona, przyczadowiona wersja Oh Well.

Miałem już w kolekcji jeden koncert tego składu Fleetwoodów – The Dance, nagrany po reaktywacji w 1997. Dlatego kiedy tak samo jak na tamtym zagrali Go Your Own Way i przebrzmiały ostatnie dźwięki Don’t Stop, myślałem, że to już koniec. Ale byłem w błędzie: na finał trafiło świetnie narastające, ośmiominutowe I’m So Afraid Buckinghama, a na bis przeróba The Farmer’s Daughter Beach Boysów. 

Wykonanie nie z tej samej płyty, ale z tego samego okresu

 

Lita Ford, Dangerous Curves, 1991

W latach osiemdziesiątych, okresie największej popularności heavy metalu, również i artystki żeńskie wykazały się w tym stylu. Do popularniejszych należała Lita Ford, która wcześniej występowała w The Runaways razem z Joan Jett, a z początkiem dekady rozpoczęła działalność solową, wykorzystując imaż jasnowłosego wampa mocno bębniącego w gitarę. Zaliczyła nawet duet z Ozzym Osbourne’em, który stał się jej największym hitem.

Dangerous Curves, piąta płyta Ford, ukazała się w momencie, kiedy soft metal odchodził już do lamusa. Mimo wszystko jest całkiem przyzwoita, chociaż trudno mówić o oryginalności muzycznej. Najbardziej spodobały mi się dwa przeboje singlowe: melodramatyczna półballada One Shot of Poison (byłaby balladą, gdyby nie spora motoryka) oraz przede wszystkim bardzo melodyjny Playin’ With Fire. W tej samej kategorii mieści się Little Too Early z refrenem trochę a la zadziorniejsze Bon Jovi. Napisali go na spółkę znany gitarzysta Al Pitrelli (wówczas współpracownik Alice’a Coopera), wokalista Rainbow (i przejściowo Deep Purple) Joe Lynn Turner, a także niejaki Richie Blakemore. To nie pomyłka, Ritchie Blackmore nie miał z tym przedsięwzięciem nic wspólnego. Ze szkoły Bon Jovi pochodzi też refren Holy Man, z tekstem perwersyjnie wykorzystującym motywy religijne.

Typowa ballada, z wykorzystaniem fortepianu, nazywa się Bad Love. Z bardziej zadziornych rockersów mało który jest prawdziwie porywający, przypominają raczej solidne, rzemieślnicze walenie w żelazo. Cała płyta zaczyna się od tandemu Larger than Life i What Do Ya Know About Love. W połowie wypada sześciominutowy Hellbound Train – najdłuższy i najcięższy, ale też robi najmniejsze wrażenie. Lepiej wypada finał Tambourine Dream, w którym ciężkie riffy kontrastują z gitarami akustycznymi i chórkiem w refrenie. Lita Ford nawiązuje też do wykreowanego już na pierwszej płycie wizerunku drapieżnej pajęczycy. Najpierw w ostrym Black Widow z niby-orientalnym motywem klawiszowym, a potem w końcowym, posępnie patetycznym instrumentalu Little Black Spider. 


 

Pavol Hammel, Marián Varga, Radim Hladík, Na II. programe sna, 1977

Pod choinkę dostałem przewodnik płytowy Pawła Nawary Rock za żelazną kurtyną. Tom 1: Czechosłowacja 1964-1979. Wkrótce też zacząłem zgłębiać, a gdy tylko wydarzyła się okazja, zdobyłem na Allegro, i to dość tanio, album, który po wstępnym przesłuchaniu przypadł mi do gustu.

Mamy tu do czynienia z supergrupą czechosłowackiego, a głównie słowackiego rocka. Wokalista Pavol Hammel i organista Marián Varga współtworzyli w latach sześćdziesiątych czołowy na Słowaczyźnie zespół Prúdy. Potem Varga odszedł, aby realizować się we własnym Collegium Musicum. Rozstanie przebiegło jednak w dobrych stosunkach, skoro obaj muzycy kilkakrotnie jeszcze współpracowali. Za drugim razem na trzeciego dołączył gitarzysta Hladík, lider czeskiego Modrego Efektu. Akompaniowali basista Ivan Belák oraz trzej perkusiści (nie wszyscy naraz) – Dušan Hájek, Pavol Kozma i Peter Szapu. Wszyscy czterej także powiązani z Collegium Musicum.

Collegium słynęło z trudnego rocka progresywnego, nawiązującego do muzyki poważnej, opartego przede wszystkim na brzmieniu organów. Hammel dla odmiany grawitował w stronę popu, a jego największy hit Učiteľka tanca, wydany kiedyś na singlu Tonpressu, był już w ogóle całkiem estradowy. Wspólne płyty Hammla i Vargi wydają się stanowić złoty środek: „barokowy pop”, atrakcyjny melodycznie i bogato zaaranżowany, niekiedy z ostrzejszymi zagrywkami – porównywalny do naszych Skaldów. Hladík był najniższy z całego tria i płyty nie zdominował także muzycznie – rządzą organy Vargi i głos Hammla. Partie gitarowe doceniłem dopiero za którymś przesłuchaniem.

Do bardziej rockowej części repertuaru należy utwór tytułowy z nieco nerwowym riffem organowym. Utrzymany w średnim tempie S chodníkom na chrbte, rozpoczęty zagrywką gitarową a la Focus, przechodzi z melodyjnej piosenki do rozbudowanej części instrumentalnej z solówkami. Zanim ucichnie repryza, mija siedem minut. Stosunkowo ostre są też fragmenty piosenki Lodička z papiera, kontrastujące naprzemiennie z całkiem łagodnymi. Jakby santanowska gitara rzuca się w uszy w funkowo-soulującym V zelenej pamäti, chociaż tam zagrał również Tomáš Rédey z grupy GATTCH i trudno mi powiedzieć, czy to są partie jego, czy Hladíka. Warto poza tym wspomnieć niezbyt czadowy, ale szybki i zwariowany Letia husy.

Poza tym jest na płycie podniosła Ľalia poľna z kościelnym brzmieniem organów i chórem, nawiązujący otwarcie do Mozarta Papageno z Novej Vsi i swingujące Na schodoch gymnázia, gdzie Varga pokazuje się jako pianista. Bardzo dobre wrażenie robią nastrojowe piosenki zaaranżowane na fortepian i smyczki: Náhle i Voda. Szkoda tylko, że obie bardzo krótkie (1:36 i 1:03), ale z drugiej strony są dziełami skończonymi i bez sensu by było na siłę je rozciągać.

Autorowi wspomnianego przewodnika nie przypadły do gustu interwencje żeńskich chórków – dla mnie są w porządku, trochę w klimacie gościnnych występów Alibabek u Skaldów Co prawda Správne žiť faktycznie brzmi już bardziej estradowo, nie tylko z chórem, ale i z trąbami. Całości dopełnia dixielandowy Až túto moju pieseň dohrajú z udziałem Revival Jazz Band.

Reedycja zawiera co pomniejszony projekt oryginalnej okładki – w obwódce imitującej blaszaną powierzchnię. Nie lubię takich „okaleczonych” opracowań, ale co poradzić, skoro nie ma innego wydania. Na tejże obwódce, oprócz Hammla, Vargi i Hladíka, wymieniony został jeszcze Peteraj (Kamil, autor tekstów). Za to w środku przyzwoity artykuł i kilka zdjęć.