środa, 16 września 2026

Lot francuskich kolibrów (z frontu czytelniczego, 7/2026)

 


W czasach licealnych pochłonąłem nieco XIX-wiecznej klasyki francuskiej – co prawda nie wszystko zapamiętałem. Tego roku pozwoliłem sobie na niewielki powrót do korzeni, sięgając jednak też i do XX wieku. Do tego dorzuciłem dwóch frankofońskich pisarzy z byłych kolonii w Afryce.

 

24. Guy de Maupassant, Baryłeczka, przeł. Róża Czekańska-Heymanowa, Krystyna Dolatowska, Jadwiga Dmochowska, Warszawa 1970
(z serii „Koliber”)

Guy de Maupassant należał do najważniejszych pisarzy francuskich okresu III Republiki, a już szczególnie w dziedzinie krótkich form. Umierając w wieku 43 lat, protegowany Flauberta miał na koncie około 300 nowel i opowiadań oraz kilka powieści. Na razie wchłonąłem sześć.

Niewielka książeczka (tzw. „mały Koliber”) zawiera utwory zaczerpnięte z wcześniejszego zbioru Nowele wybrane. Pierwsza i najważniejsza jest oczywiście opublikowana w 1880 r. Baryłeczka, dzięki której Maupassant zdobył szerszy rozgłos. Opowiada ona historię z końcowego okresu wojny francusko-pruskiej. Grupa ludzi z różnych grup społecznych ówczesnej Francji jedzie dyliżansem przez śniegi z Rouen do Hawru, aby uniknąć pruskiej okupacji. Jest wśród nich tytułowa Baryłeczka – pulchna kobieta lekkich obyczajów. Na drodze czeka pasażerów nieprzewidziany postój, podczas którego okaże się, że przedstawicielka tak pogardzanej profesji stoi na znacznie wyższym poziomie moralnym niż tak zwane przyzwoite towarzystwo.

W zbiorze znajdują się jeszcze dwie nowele dłuższe i trzy krótsze. Paryska przygoda mówi o kobiecie z prowincji, która tyle się naczytała o tym, jak pełnym zepsucia, bezwstydu i grzechu miastem jest Paryż, że w końcu tam pojechała, żeby sama się przekonać.

Pojawia się tematyka chłopska z rodzinnej dla autora Normandii. Krótsza Martinka to studium wiejskiego zakochania, zawodu i harmonijnego odkochania. Tytułowy bohater dłuższej noweli Ojciec Amable to uparty starzec, który sprzeciwia się małżeństwu syna z panną z dzieckiem, nie ze względów moralnych, a z czystego skąpstwa. Wreszcie Clochette i Panna Perełka eksplorują motyw z dawna minionych przygód i namiętności niepozornych starych panien.

Po pierwszym kontakcie z Maupassantem trudno mi odmówić mu talentu do utworów krótkich i konkretnych, do zarysowywania postaci kilkoma zdaniami, wreszcie do krytykowania obyczajowości opartej na pozorach i konwenansach.

 

 

25. Guy de Maupassant, Iwetta, przeł. Eligia Bąkowska, Warszawa 1976 (z serii „Koliber”)

Idąc za ciosem, chwyciłem jeszcze jeden utwór Maupassanta, właściwie minipowieść, wydaną pierwotnie w 1886 r., a w Polsce – jako tzw. „duży Koliber”.

Tytułowa Iwetta jest osiemnastoletnią córką pani Obardi, tytułującej się margrabiną, a prowadzącej bardzo podejrzany dom, gdzie spotyka się towarzystwo wątpliwej konduity. Do jej gości należą dwaj młodzi paryżanie – de Servigny i jego przyjaciel Saval. O ile ten drugi szybko wpada w oko gospodyni, to pierwszy stawia sobie za cel zdobycie jej córki, której zresztą nie potrafi rozszyfrować.

Skoro mówimy o rozpuście, to jasne, że dochodzi do obnażenia. Mianowicie, obnażona zostaje hipokryzja. Mężczyźni odwiedzający panią Obardi wiedzą, że jest ona kurtyzaną, a nie margrabiną, równie dobrze, jak ona sama wie, że żadni z nich książęta i baronowie – a jednak wszyscy podtrzymują pozory. Tylko Iwetta, znająca życie co najwyżej z lektury licznych romansów, widzi i przyjmuje za dobrą monetę same dekoracje, nie dostrzegając prawdy – zaś panowie pokroju de Servigny’ego przyjmują za pewnik, że ona też uczestniczy w lakierowaniu rzeczywistości, jak oni. Dopiero w pewnym momencie coś zaczyna pękać w tej iluzji.

Pierwsza połowa utworu przedstawia sytuację z perspektywy obu panów, natomiast w drugiej widzimy już ją z punktu widzenia Iwetty i częściowo jej matki. Dziewczyna jest co prawda bardzo naiwna i egzaltowana, ale przecież ludzie w tym wieku tak mają. Co prawda opis odlotu (spoiler: Iwetta próbowała popełnić samobójstwo, ale tylko się odurzyła) wydaje się trochę przeciągnięty.

 

 

26. Marcel Aymé, Przechodzimur. Opowiadania, przeł. Maria Ochab,
Warszawa 1979 (z serii „Koliber”)

Teraz autor francuski nieco nowszy, znany m.in. z Zielonej kobyły oraz literatury dla dzieci, np. Opowieści kota ze starej wierzby. Ten Koliber nie jest antologią dobraną przez polskiego wydawcę: Maria Ochab (córka Edwarda) przełożyła na pożytek krajowy cały zbiór opowiadań Przechodzimur, wydany przez Aymé w 1943 r.


Są to utwory w większości surrealistyczno-fantastyczne, większość opiera się na eksploatacji jakiegoś fantastycznego haczyka. W tytułowym opowiadaniu drobny urzędnik stwierdza u siebie umiejętność przechodzenia przez mury (której uzasadnieniem jest absurdalna diagnoza lekarska) i wykorzystuje ją dla własnej rozrywki. Podobnie tytułowa bohaterka Sabinek wzbogaca swoje życie miłosne i nie tylko dzięki zdolności przebywania w wielu miejscach równocześnie. Do moich ulubionych należy Karta, utrzymana w konwencji pamiętnika: ze względów oszczędnościowych wprowadza się comiesięczne kartki na egzystencję dla osób mniej wartościowych dla społeczeństwa, co prowadzi do szeregu tragikomicznych zawirowań.

Bohaterami są przeważnie drobni urzędnicy albo artyści niezbyt udani, za to przekonani o swoim geniuszu. Na ogół pochodzą z Montmartre, ale czasem również z prowincji. Tytułowy bohater Poborcy żon doprowadza do ekstremum rozdarcie wewnętrzne między naturą poborcy podatkowego i podatnika. Mamy także opowiadanie Komornik, dotyczące trudności, jakie przedstawiciel tytułowego zawodu ma z dostaniem się do nieba. Jednakże Legenda połdawska wskazuje, że również bycie starą dewotką nie daje na to gwarancji, zwłaszcza w czasie wojny.

O właśnie, wojna: kiedy Aymé publikował swój zbiór, jeszcze się nie skończyła i nie wiadomo było, jak długo potrwa. Dekret wyraża przekonanie, że w 1959 będzie już po wszystkim. W opowiadaniu tym doprowadza się do ekstremum zjawisko zmiany czasu z zimowego na letni i administracyjnie przesuwa się czas o 17 lat. Główny bohater nagle ma za sobą życie dłuższe i bogatsze niż przedtem, ale nieoczekiwanie trafia do gminy, dokąd dekret o zmianie czasu nie dotarł i ciągle trwa okupacja.

Wszystko to całkiem zabawne, z wyjątkiem ostatniego opowiadania Czekając, w którym wojna trwa do 1972 roku. Są to po prostu wypowiedzi – krótsze i dłuższe – kilkanaściorga osób stojących w kolejce, a każda opowiada smutną historię swojego życia pod okupacją.

 

 

27. Sembène Ousmane, Xala, przeł. Czesława Żuławska, Warszawa 1978

Dla odmiany coś z Senegalu. Głównym bohaterem tej powieści jest El Hadżi Abdu Kader Bej, rzutki przedsiębiorca, zamożny i ustosunkowany, balansujący między tradycją a rzeczywistością. Poznajemy go w chwili, gdy ma się żenić po raz trzeci, co będzie wyraźną oznaką awansu społecznego. Noc poślubna nie przebiega jednak satysfakcjonująco, a El Hadżi podejrzewa, że jego niemoc (tytułowa xala) jest skutkiem rzuconego uroku.

Przypadłość El Hadżiego staje się tajemnicą poliszynela, zmusza go do przeciwdziałania i budzi zadrażnienia w życiu rodzinnym. Utrzymywał bowiem do tej pory dwie rodziny – z pierwszą żoną Adżą Awą Astu, uległą i akuratną konwertytką na islam, oraz drugą, Umi N’Doye, temperamentną i hołdującą najnowszym modom z Zachodu (a sam przeważnie spędzał czas w biurze). Paradoksalnie, trzecia żona N’Gone, z której poślubienia wynikł cały problem, ma w całej powieści niewiele do powiedzenia. Jej rzeczniczką jest ciotka Yay Bineta, niedarząca pana młodego specjalną sympatią.

W krótkim utworze autor barwnie, a czasem naturalistycznie przedstawia senegalską rzeczywistość: stołeczny Dakar i odległe wioski, życie ponad stan i wiarę w czary. El Hadżi jest przedstawicielem nowego, afrykańskiego biznesu, który napędza gospodarkę niepodległego kraju, ale zarazem nie może się wyzbyć imitowania stylu życia białych. Z treści nie wynika jednoznacznie, czy na jego impotencję faktycznie miał wpływ urok i odczynianie go przez marabutów lub innych tradycyjnych wołchwów, ale staje się jasne, że xala jest symptomem szerszego problemu.

W kwestii personaliów autora istnieje pewne zamieszanie: czasem występuje jako Sembène Ousmane, czasem jako Ousmane Sembène, czasami z akcentem, czasami bez. Wydaje się, że zmarły w 2007 pisarz sam na przestrzeni lat stosował różne wersje. Pewne jest tylko to, że Sembene (w ostatnich latach wolał bez akcentu) to nazwisko, a Ousmane – imię (po naszemu Osman). Nazwisko przed imieniem to tradycyjny porządek senegalski, odwrotna kolejność to wpływ kolonialnej administracji francuskiej. Błędem jest więc umieszczenie przez wydawcę na stronie tytułowej samego „Ousmane”.

Autor był zarazem reżyserem – nazywa się go nawet „ojcem afrykańskiego kina” – i sam zekranizował Xalę w roku 1975. W Polsce film był wyświetlany pod bardziej zrozumiałym tytułem Niemoc.

 

 

28. Mouloud Feraoun, Syn biedaka, przeł. Jerzy Pański, Warszawa 1972

Tym razem trafiamy do Algierii, jeszcze pod panowaniem francuskim. Mouloud Feraoun, z pochodzenia Kabyl, z zawodu nauczyciel, został wraz z grupą innych działaczy oświatowych zamordowany przez ekstremistów z Organizacji Sekretnej Armii w marcu 1962, na kilka dni przed podpisaniem porozumienia kończącego wojnę algierską.

Syn biedaka to debiut autora, opowieść o charakterze autobiograficznym, wydana pierwotnie w roku 1950. Głównym bohaterem jest Menrad Furulu (anagram od „Mulud Feraun”), chłopiec z ubogiej kabylskiej wioski. Pierwsza część książki ma formę pierwszoosobowej gawędy o jego dzieciństwie – jakoby memuarów, które pisał do szuflady. Feraoun wyraziście przedstawia proste życie wieśniaków z Kabylii: ciężką pracę, ulubione ciotki, animozje rodzinne i klanowe, pierwsze dni w szkole… Druga część spogląda na Furulu z perspektywy narratora abstrakcyjnego i jest to już – po rodzinnej tragedii – wejście w dojrzewanie, co dla ówczesnych Kabylów oznaczało kontakt z kulturą francuską. Aby wyrwać się z biedy, chłopak przykłada się do nauki i wyjeżdża do szkoły; jego ojciec natomiast w obliczu nędzy jedzie zarabiać do Paryża.

Jest to realistyczny, nieupiększony obraz życia ubogich Algierczyków, niepozbawiony w narracji zarówno pewnej ironii, jak i refleksyjności.

 

 

29. François Mauriac, Teresa Desqueyroux, przeł. Maria Wańkowiczowa,
Warszawa 1974 (seria „Koliber”)

Powrót do Francji – tym razem nie do północnych departamentów, a na surowe wrzosowiska departamentu Landes nad Atlantykiem.  Teresa Desqueyroux ukazała się po raz pierwszy w roku 1927.

Tytułową bohaterkę poznajemy, gdy wychodzi na wolność po procesie, w którym oskarżono ją o próbę otrucia męża. Sprawa została umorzona i zatuszowana, ponieważ ojciec Teresy jest osobą publiczną i zamierza startować do senatu, więc nie życzy sobie skandalu. Teraz kobieta musi wrócić do męża i jakoś żyć dalej, zachowując pozory. W trakcie podróży nachodzą ją refleksje nad przeszłością.

Narracja przechodzi z abstrakcyjnej w konkretną (o charakterze monologów wewnętrznych), z czasu przeszłego w teraźniejszy, ma też charakter niechronologiczny: podróż Teresy z aresztu do domu przeplatają retrospekcje z wcześniejszego życia. Oddaje to w jakimś stopniu skomplikowany stan ducha bohaterki.

Przede wszystkim jest to historia o kobiecie wyrastającej ponad swoje otoczenie – „strasznych mieszczan” o nieciekawych rozrywkach, wśród których panuje zwyczaj wymazywania z pamięci krewnych, co nie pasują do normy. Nieszczęśliwe małżeństwo, prymitywny mąż, ogólna obsesja na punkcie wizerunku w oczach sąsiadów – wszystko to dla Teresy niewidzialne więzienie. Spotkanie z jednym jedynym w okolicy człowiekiem o porównywalnym formacie intelektualnym tylko zaostrza jej apetyt na inne życie.

Dlaczego właściwie Teresa chciała otruć męża, to nie jest jednoznaczne – sama przyznaje, że wynikło to z szeregu różnych przyczyn. Wgląd w myśli Bernarda mamy w późniejszych fragmentach książki, opisujących życie Teresy po powrocie do domu, i przekonujemy się, że istotnie jest on bucem. W tle pojawia się Anna, najlepsza przyjaciółka Teresy i przyrodnia siostra Bernarda – jako przykład kobiety, którą duszne środowisko złamało.

Trafił mi się egzemplarz wybrakowany: na okładce, prócz wizerunku kobiety, widnieje spis poprzednich „Kolibrów”, natomiast tytuł, autor, logo serii i usta tejże kobiety znalazły się po wewnętrznej stronie tylnej okładki.

środa, 9 września 2026

Lokomotywa ze straganu, czyli płyty sierpniowe

 W sierpniu, ze względu na napięty budżet, nabytki muzyczne były oszczędne.

 

Hey, Karma, 1997

W Nowym Sączu zdobyłem kolejną płytę Heya – czwartą z kolei (pomijając minialbum i koncertówkę), a najnowszą w czasach, kiedy zaczynałem interesować się rockiem.

Grupa odchodziła już wtedy od ścisłego trzymania się grundżu. Okładka z pacyfką i psychodelicznym liternictwem sugeruje zwrot w kierunku rocka lat 70. i recenzenci też go dostrzegali, ale bez przesady. Oprócz okładki najbardziej retro jest Saskia’s Life z riffem trochę przypominającym Jethro Tull. Hey w dalszym ciągu gra rocka alternatywnego i nie próbuje udawać, że powstał ćwierć wieku wcześniej. Wciąż posługuje się ciężkimi riffami (Zakochani), kiedy indziej gra nastrojowo z doładowaniem w refrenie (Wodolanki). Można odnieść wrażenie, że z inspiracji gdzieś tam w tle przemyka Jane’s Addiction.  

Nowoczesność przejawia się głównie w partiach rytmicznych. Gęsty, nerwowy podkład perkusyjny w Dosyć poważnie ma w sobie coś z elektroniki typu drum’n’bass. Zresztą nawet w utworach o ewidentnie rockowym charakterze perkusja brzmi jakoś zimno. W finałowym Sio i w wybranym na singiel Że, choć niewątpliwie zagrana przez Roberta Ligiewicza, sprawia mechaniczne wrażenie, trochę jakby wzięta z trip hopu. Z Że, oprócz krótkiego tytułu i utrzymanego w stylistyce typowej dla lat 90. teledysku, zapamiętać można szamański zaśpiew Nosowskiej. Wolniejsze, za to bulgotliwe, są bębny w To trzeba lubić…

Rok wcześniej wokalistka wydała pierwszą płytę solową o zdecydowanie elektronicznym obliczu, rok później miała wydać kolejną, na której głównym współpracownikiem był Andrzej Smolik – najgorętszy polski producent muzyczny przełomu tysiącleci. Pojawia się on i na Karmie jako klawiszowiec, a zapewne to z jego inicjatywy pojawiły się owe niby-klubowe elementy.

Nastrojową część repertuaru tworzy m.in. dość leniwe O podglądaniu. Tytuł Czy czy czy kojarzy mi się z tikiem słownym jednego z pracowników krakowskiego oddziału IPN, ale to utwór o rozpadzie związku, z kolejnym wykorzystaniem patentu z doładowaniem decybeli w refrenie. Moim ulubionym utworem z całej płyty jest Katasza – w wolnym tempie, śpiewna, nastrojowa i jadąca na crescendach od zwrotki do refrenu, przy tym Nosowskiej nawet w najspokojniejszych momentach towarzyszy chrzęszcząca, sfuzzowana gitara.

Spośród tekstów już tylko dwa były po angielsku – Irish i Saskia’s Life. Ten pierwszy niespecjalnie irlandzki, z aranżacją opartą na pochodzie gitary basowej i stylowymi organami; drugi natomiast z pewnością nie mówi o żonie Rembrandta. Pod względem słownym Nosowska obraca się w charakterystycznej dla siebie poetyce: opis emocji z pewną dawką groteski, atrybuty gospodarstwa domowego jako metafora egzystencji i relacji (pożółkłe firanki, szczotka do butelek, suszone grzyby). Zwracają uwagę Zakochani (o towarzyszącej euforii – „Toaleta jest miejscem, do którego nie chadzamy”), Katasza – portret dziewczyny, która, mówiąc oględnie, nie wygrała na loterii genetycznej, oraz kolejny po Ja sowa motyw ornitologiczny w Sio. 

 

ZZ Top, Rio Grande Mud, 1972

Kilka dni przed moją wizytą na targu staroci zmarł Frank Beard, perkusista ZZ Top i wbrew nazwisku, jedyny członek zespołu, który nie nosił długiej brody (a przeważnie wystarczały mu wąsy). Wobec tego widząc drugi album teksańskiego tria za jedynie 15 zł, chwyciłem ją bez większego zastanowienia.

Rio Grande Mud jest płytą okresu przejściowego pomiędzy surowym blues rockiem z debiutu a bardziej hardrockowym brzmieniem z Tres Hombres. Brodę, swoją drogą, miał wtedy tylko Dusty Hill. To on zaśpiewał witalny, pompujący ostro do przodu otwieracz Francine. Główny wokalista, Billy Gibbons, idzie za ciosem w peanie na cześć wypłaty – Just Got Paid (w chwili pisania i publikacji tej notki niestety nie podzielałem stanu podmiotu lirycznego). Ogólnie rzecz biorąc, materiał jest dynamiczny: albo szybki (Ko Ko Blue), albo w średnim tempie (Chevrolet, drugi z zaśpiewanych przez Hilla). Uspokojenie przynosi blues bardziej tradycyjny – Mushmouth Shoutin’, znowu z udziałem harmonijki, a przede wszystkim southern-rockowa ballada Sure Got Cold After the Rain Fell.

Gibbons jest lepszym gitarzystą, niż się sądzi (eksperymentował z techniką tappingu, zanim Eddie Van Halen opracował jej dojrzałą formę). Jego broda przysłania odbiorcom umiejętności, o których świadczą dzikie solówki w Bar-B-Q  czy instrumentalny Apologies to Pearly z wykorzystaniem techniki slide. W Ko Ko Blue też jest niezłe solo, ale dla odmiany na harmonijce.


  

Locomotiv GT, Bummm!, 1973

Lokomotywa to jeden z dwóch węgierskich zespołów, które kojarzą Polacy. Drugi to Omega, z której zresztą pochodziła połowa „Loksi” – klawiszowiec Gábor Presser i perkusista József Laux. Debiutancki album tej supergrupy z 1971 jest dla mnie jedną z płyt wszechczasów. Drugi na razie jakoś mi umknął, ale kiedy zobaczyłem na targu trzeci, wziąłem bez wahania – węgierskie płyty nie trafiają się u nas codziennie.

Co się zmieniło od czasu debiutu? Przede wszystkim jedna z czterech twarzy na okładce. Poprzednio na basie – a także saksofonach i flecie – grał Károly Frenreisz. Tutaj jego funkcje (z wyjątkiem fletu) przejął Tamás Somló, także były członek Omegi. Można jednak zetknąć się z informacją, że w okresie nagrywania Bummm! dopiero się uczył gitary basowej, więc partie basu wykonał gitarzysta Tamás Barta. Mimo wszystko Somló zagrał na saksofonie (i w tej dziedzinie sporo pracował), a także zaśpiewał w dwóch utworach, również tytułowym.

Kolejne różnice widać na rewersie okładki: po drugie, skoro zabrakło Frenreisza, Presser i Barta podzielili się równo kompozycjami – na dziesięć utworów każdy napisał po cztery, plus dwie wspólne.  Po trzecie, wśród instrumentów Pressera widnieje tylko fortepian zwykły i elektryczny. Obywa się bez organów, lecz fortepiany są na tyle wszechobecne, że nie odczuwa się braku.

Album brzmi lżej niż debiut, z większym przechyłem w stronę jazzu i elementami funku. Otwiera go utwór, który… był już na poprzedniej płycie, i to jako tytułowy – Ringasd el magad; tam jednak zaprezentowano tylko nieco ponad minutę, a tu jest pełna wersja. Dęte riffy i saksofonowe solówki nadają mu nieco cyrkową atmosferę, a fakturę rytmiczną zagęszcza gościnny muzyk grający na kongach. Bas – ktokolwiek na nim gra – też dudni należycie, jak to u Węgrów. Podobną jazzującą jazdę z wyraźnym udziałem dęciaków i śpiewnym, chóralnym refrenem zawiera Szabadíts meg. Kierunek funkowy reprezentuje natomiast Visszamegyek a falumba.

Nie ma tu właściwie większych czadów poza siarczyście rockandrollowym Gyere, gyere ki a hegyoldalba, a i w nim brzmienie łagodzi fortepian. Bárzene to ponad cztery minuty wywijania przez gitarzystę na tle motorycznego podkładu. Z kolei podstawą do popisywania się techniką slide jest Ő még csak tizennégy.

Grupa nie zawodzi w dziedzinie nastrojowych ballad – w pierwszej kolejności Kék asszony z rozbudowanymi solówkami gitary. W Vallomás nastrój kreuje gitara akustyczna i „pływający” fortepian elektryczny, a w refrenach dołącza nawet orkiestra. Wreszcie płytę kończy Miénk itt a tér z tęskną zagrywką harmonijki – jakby pieśń triumfu po ciężkim dniu.