środa, 9 września 2026

Lokomotywa ze straganu, czyli płyty sierpniowe

 W sierpniu, ze względu na napięty budżet, nabytki muzyczne były oszczędne.

 

Hey, Karma, 1997

W Nowym Sączu zdobyłem kolejną płytę Heya – czwartą z kolei (pomijając minialbum i koncertówkę), a najnowszą w czasach, kiedy zaczynałem interesować się rockiem.

Grupa odchodziła już wtedy od ścisłego trzymania się grundżu. Okładka z pacyfką i psychodelicznym liternictwem sugeruje zwrot w kierunku rocka lat 70. i recenzenci też go dostrzegali, ale bez przesady. Oprócz okładki najbardziej retro jest Saskia’s Life z riffem trochę przypominającym Jethro Tull. Hey w dalszym ciągu gra rocka alternatywnego i nie próbuje udawać, że powstał ćwierć wieku wcześniej. Wciąż posługuje się ciężkimi riffami (Zakochani), kiedy indziej gra nastrojowo z doładowaniem w refrenie (Wodolanki). Można odnieść wrażenie, że z inspiracji gdzieś tam w tle przemyka Jane’s Addiction.  

Nowoczesność przejawia się głównie w partiach rytmicznych. Gęsty, nerwowy podkład perkusyjny w Dosyć poważnie ma w sobie coś z elektroniki typu drum’n’bass. Zresztą nawet w utworach o ewidentnie rockowym charakterze perkusja brzmi jakoś zimno. W finałowym Sio i w wybranym na singiel Że, choć niewątpliwie zagrana przez Roberta Ligiewicza, sprawia mechaniczne wrażenie, trochę jakby wzięta z trip hopu. Z Że, oprócz krótkiego tytułu i utrzymanego w stylistyce typowej dla lat 90. teledysku, zapamiętać można szamański zaśpiew Nosowskiej. Wolniejsze, za to bulgotliwe, są bębny w To trzeba lubić…

Rok wcześniej wokalistka wydała pierwszą płytę solową o zdecydowanie elektronicznym obliczu, rok później miała wydać kolejną, na której głównym współpracownikiem był Andrzej Smolik – najgorętszy polski producent muzyczny przełomu tysiącleci. Pojawia się on i na Karmie jako klawiszowiec, a zapewne to z jego inicjatywy pojawiły się owe niby-klubowe elementy.

Nastrojową część repertuaru tworzy m.in. dość leniwe O podglądaniu. Tytuł Czy czy czy kojarzy mi się z tikiem słownym jednego z pracowników krakowskiego oddziału IPN, ale to utwór o rozpadzie związku, z kolejnym wykorzystaniem patentu z doładowaniem decybeli w refrenie. Moim ulubionym utworem z całej płyty jest Katasza – w wolnym tempie, śpiewna, nastrojowa i jadąca na crescendach od zwrotki do refrenu, przy tym Nosowskiej nawet w najspokojniejszych momentach towarzyszy chrzęszcząca, sfuzzowana gitara.

Spośród tekstów już tylko dwa były po angielsku – Irish i Saskia’s Life. Ten pierwszy niespecjalnie irlandzki, z aranżacją opartą na pochodzie gitary basowej i stylowymi organami; drugi natomiast z pewnością nie mówi o żonie Rembrandta. Pod względem słownym Nosowska obraca się w charakterystycznej dla siebie poetyce: opis emocji z pewną dawką groteski, atrybuty gospodarstwa domowego jako metafora egzystencji i relacji (pożółkłe firanki, szczotka do butelek, suszone grzyby). Zwracają uwagę Zakochani (o towarzyszącej euforii – „Toaleta jest miejscem, do którego nie chadzamy”), Katasza – portret dziewczyny, która, mówiąc oględnie, nie wygrała na loterii genetycznej, oraz kolejny po Ja sowa motyw ornitologiczny w Sio. 

 

ZZ Top, Rio Grande Mud, 1972

Kilka dni przed moją wizytą na targu staroci zmarł Frank Beard, perkusista ZZ Top i wbrew nazwisku, jedyny członek zespołu, który nie nosił długiej brody (a przeważnie wystarczały mu wąsy). Wobec tego widząc drugi album teksańskiego tria za jedynie 15 zł, chwyciłem ją bez większego zastanowienia.

Rio Grande Mud jest płytą okresu przejściowego pomiędzy surowym blues rockiem z debiutu a bardziej hardrockowym brzmieniem z Tres Hombres. Brodę, swoją drogą, miał wtedy tylko Dusty Hill. To on zaśpiewał witalny, pompujący ostro do przodu otwieracz Francine. Główny wokalista, Billy Gibbons, idzie za ciosem w peanie na cześć wypłaty – Just Got Paid (w chwili pisania i publikacji tej notki niestety nie podzielałem stanu podmiotu lirycznego). Ogólnie rzecz biorąc, materiał jest dynamiczny: albo szybki (Ko Ko Blue), albo w średnim tempie (Chevrolet, drugi z zaśpiewanych przez Hilla). Uspokojenie przynosi blues bardziej tradycyjny – Mushmouth Shoutin’, znowu z udziałem harmonijki, a przede wszystkim southern-rockowa ballada Sure Got Cold After the Rain Fell.

Gibbons jest lepszym gitarzystą, niż się sądzi (eksperymentował z techniką tappingu, zanim Eddie Van Halen opracował jej dojrzałą formę). Jego broda przysłania odbiorcom umiejętności, o których świadczą dzikie solówki w Bar-B-Q  czy instrumentalny Apologies to Pearly z wykorzystaniem techniki slide. W Ko Ko Blue też jest niezłe solo, ale dla odmiany na harmonijce.


  

Locomotiv GT, Bummm!, 1973

Lokomotywa to jeden z dwóch węgierskich zespołów, które kojarzą Polacy. Drugi to Omega, z której zresztą pochodziła połowa „Loksi” – klawiszowiec Gábor Presser i perkusista József Laux. Debiutancki album tej supergrupy z 1971 jest dla mnie jedną z płyt wszechczasów. Drugi na razie jakoś mi umknął, ale kiedy zobaczyłem na targu trzeci, wziąłem bez wahania – węgierskie płyty nie trafiają się u nas codziennie.

Co się zmieniło od czasu debiutu? Przede wszystkim jedna z czterech twarzy na okładce. Poprzednio na basie – a także saksofonach i flecie – grał Károly Frenreisz. Tutaj jego funkcje (z wyjątkiem fletu) przejął Tamás Somló, także były członek Omegi. Można jednak zetknąć się z informacją, że w okresie nagrywania Bummm! dopiero się uczył gitary basowej, więc partie basu wykonał gitarzysta Tamás Barta. Mimo wszystko Somló zagrał na saksofonie (i w tej dziedzinie sporo pracował), a także zaśpiewał w dwóch utworach, również tytułowym.

Kolejne różnice widać na rewersie okładki: po drugie, skoro zabrakło Frenreisza, Presser i Barta podzielili się równo kompozycjami – na dziesięć utworów każdy napisał po cztery, plus dwie wspólne.  Po trzecie, wśród instrumentów Pressera widnieje tylko fortepian zwykły i elektryczny. Obywa się bez organów, lecz fortepiany są na tyle wszechobecne, że nie odczuwa się braku.

Album brzmi lżej niż debiut, z większym przechyłem w stronę jazzu i elementami funku. Otwiera go utwór, który… był już na poprzedniej płycie, i to jako tytułowy – Ringasd el magad; tam jednak zaprezentowano tylko nieco ponad minutę, a tu jest pełna wersja. Dęte riffy i saksofonowe solówki nadają mu nieco cyrkową atmosferę, a fakturę rytmiczną zagęszcza gościnny muzyk grający na kongach. Bas – ktokolwiek na nim gra – też dudni należycie, jak to u Węgrów. Podobną jazzującą jazdę z wyraźnym udziałem dęciaków i śpiewnym, chóralnym refrenem zawiera Szabadíts meg. Kierunek funkowy reprezentuje natomiast Visszamegyek a falumba.

Nie ma tu właściwie większych czadów poza siarczyście rockandrollowym Gyere, gyere ki a hegyoldalba, a i w nim brzmienie łagodzi fortepian. Bárzene to ponad cztery minuty wywijania przez gitarzystę na tle motorycznego podkładu. Z kolei podstawą do popisywania się techniką slide jest Ő még csak tizennégy.

Grupa nie zawodzi w dziedzinie nastrojowych ballad – w pierwszej kolejności Kék asszony z rozbudowanymi solówkami gitary. W Vallomás nastrój kreuje gitara akustyczna i „pływający” fortepian elektryczny, a w refrenach dołącza nawet orkiestra. Wreszcie płytę kończy Miénk itt a tér z tęskną zagrywką harmonijki – jakby pieśń triumfu po ciężkim dniu.


 


 

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Od elfa do Arumuna, czyli lektury wielkopolskie (z frontu czytelniczego, 6/2026)

 

Wakacje rzuciły mnie do Poznania i jeszcze dalej na zachód, w tym na Śląsk Lubuski. Zgodnie z tym dobrałem listę lektur, a wrzuciłem do niej także i książkę kupioną na wyjeździe.

 

19. E.M. Ryś, Kwestia interpretacji, Rzeszów 2026

Na wakacje zabrałem ze sobą tegoroczny debiut polskiej autorki fantastycznej, a ponieważ mieszka ona w Poznaniu, było to poniekąd wożenie drzewa do lasu.

W dramatycznych okolicznościach, a ściślej – bitewnych, dochodzi do spotkania piątki byłych awanturników, których przed laty połączyły wspólne przygody. Ale jeden z tej piątki stoi teraz po przeciwnej stronie. Renhild Svartblad, członkini zakonu rycerskiego, z zaskoczeniem uświadamia sobie, że jej dawny kochanek, Xue’xiang’shu, nie jest tym samym elfem co dawniej. Szybko też staje się jasne, że to jego dotyczy przepowiednia, na którą kiedyś natrafili – Xue stał się bowiem wyznawcą mrocznego bóstwa (i wampirem na dokładkę), ma też na uwadze plan o konsekwencjach potencjalnie katastrofalnych. W efekcie dochodzi do tego, że Renhild tkwi między młotem swego niegdysiejszego gacha a kowadłem powinności, podczas gdy jej towarzysze – rycerz Gottlieb, barbarzyńca Einar i mędrzec Górski (co za zestawienie, prawie jak Gediminas, Mindaugas i Paweł!) radzą wspólnymi siłami, co dalej z tym fantem.

            Mamy do czynienia z fantastyką kameralną: przez większość czasu Ren i Xue siedzą w jaskini i zmagają się ciałem i umysłem, a reszta siedzi w oddalonej o wiele mil rezydencji i zastanawia się. Nie znaczy to, że mamy do czynienia wyłącznie z gadającymi głowami. Są przecież sceny walk, są Momenty™, a nawet jedna bardzo brutalna scena, wręcz bolesna dla czytelnika, chociaż pozbawiona szczegółów i operująca niedopowiedzeniem.

W budowie świata przedstawionego łatwo wykryć inspirację pewnym systemem gier fabularnych z młotkiem w herbie, przy czym charakterystycznym rysem własnym jest nadanie elfom sznytu wyraźnie chińskiego. Sednem sprawy nie jest jednak światotwórstwo, lecz relacje między postaciami. Prawie każdy z głównych bohaterów jest pełnokrwisty i niejednowymiarowy, a w dodatku, wbrew stereotypowi, rycerz jest prostakiem, a barbarzyńca inteligentem. Tylko niziołek Dirk van der Neer odgrywa rolę dość marginalną. Mam nadzieję, że zarówno on, jak i cały świat przedstawiony (zwłaszcza te chińskie elfy) doczeka się rozbudowy w zapowiadanym już prekwelu.

            Jedyną dostrzeżoną przeze mnie wadą książki jest okładka: nie dość, że generyczna i niedająca większego pojęcia o treści, to jeszcze o ohydnej zamszowatej fakturze, na której odciski palców łatwo pozostają, a trudno je wytrzeć.

 

 

20. Paweł Skworoda, Warka-Gniezno 1656, Warszawa 2003 (z serii Historyczne bitwy)

Chwyciłem pierwszego lepszego habełka, jaki dotyczył regionu Wielkopolski. Ostrzegano mnie co prawda, że książki Pawła Skworody, historyka wojskowości Rzeczypospolitej XVII w., ledwo się nadają do czytania, z uwagi na dygresyjność bliską strumienia świadomości. Przyjąłem jednak, że wydane ponad dwadzieścia lat temu Warka-Gniezno pochodzi z czasów, kiedy jeszcze styl mu się nie rozregulował.

Kampania wielkopolska Stefana Czarnieckiego i Jerzego Lubomirskiego trochę niknie w cieniu innych zdarzeń potopu szwedzkiego. W hymnie Polskiej RP mowa wprawdzie o „Czarnieckim do Poznania”, ale ta zwrotka dotyczy zdarzenia późniejszego, kiedy kasztelan  kijowski wracał z gościnnych występów w Danii. Trochę szkoda, że wspomniana kampania niknie także i w książce p. Skworody – z 213 stron (nie licząc aneksu) zaczyna się dopiero na 145, a tytułowej bitwie pod Warką poświęcono zaledwie kilka stron przed tym. Warka-Gniezno jest jednym z tych habełków, w których autor kreśli szerokie tło, co w sumie nie musi być wadą – może to być niezłe wprowadzenie dla laika do początkowego okresu potopu szwedzkiego.

Autor zaczyna od genezy najazdu Karola Gustawa na Polskę. Wobec klęsk w walkach z Kozakami i Moskwą nastał w Rzplitej tak potężny kryzys potyliczny, że niektórzy członkowie opozycji otwarcie przymierzali się do detronizacji Jana Kazimierza. Szwedzi mieli z kolei kilka różnych powodów ataku na Polskę, między innymi taki, że istniejącą już armię trzeba było jakoś utrzymać, a najlepiej kosztem obcego kraju. Autor zwraca uwagę, że kapitulacja pospolitego ruszenia pod Ujściem czy przejście Janusza Radziwiłła na stronę szwedzką były decyzjami poniekąd zrozumiałymi w sytuacji zupełnego kolapsu państwa (i niezadowolenia z Wazy). Jednakże rabunkowa eksploatacja Korony i przemoc szwedzkich żołnierzy wobec ludności sprawiły, że Karolus szybko stracił na popularności. Po stronie polskiej na czołową pozycję wysunął się Czarniecki jako jedyny kompetentny wyższy dowódca u boku Jana Kazimierza, chociaż z różnych powodów nie otrzymał godności hetmana.

Omówiony został przebieg kampanii 1655 r., a organizacji i liczebności sił zarówno polskich, jak i szwedzkich poświęcono po rozdziale. I jedni, i drudzy mieli poważne problemy z finansowaniem, co rodziło kolejne kłopoty, husarii było ogółem tylko około tysiąca. Wraz z początkiem 1656 walki przeniosły się w rejon Sandomierza i Przemyśla, dokąd pociągnął król szwedzki z zamiarem eliminacji głównych sił polskich pode Lwowem. To właśnie kampanii zimowej poświęcony jest jeden z dwóch najobszerniejszych rozdziałów. Po klęsce taktycznej pod Gołębiem Czarniecki postanowił przyjąć taktykę partyzancką i unikał walnej bitwy ze Szwedami, jako że jego armia wyraźnie im ustępowała w piechocie i artylerii. Punkt zwrotny w wojnie stanowiło zablokowanie Karolusa w widłach Wisły i Sanu, z których się jednak wymknął.

Pod Warką siły polskie rozbiły idące z posiłkami dla Szwedów zgrupowanie margrabiego von Baden-Durlach. Było to pierwsze w czasie „potopu” zwycięstwo polskie w otwartym polu, ale autor poświęca mu tylko parę stron. Następnie Czarniecki, mimo niechęci Lubomirskiego, zdecydował się pójść do Wielkopolski, gdzie Szwedzi akurat byli słabsi. Autor nie ukrywa, że w czasie działań w tamtych stronach żołnierze polscy dopuszczali się grabieży i mordów, co usprawiedliwiali faktem, że Wielkopolanie pierwsi poddali się Szwedom. Chociaż w tytule książki stoi Gniezno, to do konfrontacji między panem kasztelanem kijowskim i panem marszałkiem a księciem Adolfem Janem, bracholem króla szwedzkiego, doszło pod Kłeckiem, parę kilometrów stamtąd. Tym razem Polacy przegrali – plan Czarnieckiego był dobry, ale wykonanie zostało położone. Podobnie stało się w ostatnim większym starciu tej kampanii, pod Kcynią, kiedy na kasztelana ruszył sam Karol Gustaw. Epilog doprowadza narrację do powrotu Czarnieckiego i Lubomirskiego pod Warszawę i tamtejszej bitwy, omówionej już przed laty w osobnym habełku. Opisowi każdej z większych bitew towarzyszy podsumowanie z próbą analizy.

Autor stara się pisać przejrzyście, ale lekkiego pióra to on nie ma i lektura była dla mnie dość wyboista. Co prawda raczej też nie popełnił rażących błędów, poza „wracaniem z powrotem” i wzmianką o klasztorze „Reformatorów” (to jakiś odłam kanoników luterańskich?). Sytuacja ożywia się nieco, gdy pojawiają się obszerne fragmenty tekstów źródłowych, ale tu znowu trzeba uważać na korbiastą XVII-wieczną składnię. Bardziej miłosierne pod tym względem są cytaty z Wespazjana Kochowskiego – może dlatego, że tłumaczone współcześnie z łaciny – jak i z kronikarzy szwedzkich.

Pod względem ikonograficznym jest to największy odwal, jaki widziałem w tej serii: jedna wkładka, kilka portretów najważniejszych dowódców, kilka rycin z pracy Gembarzewskiego, z której korzysta trzy czwarte autorów habełków o wojnach Rzeczypospolitej – i eta wsio. Podczas gdy inni sięgają do rozmaitych źródeł i opracowań, zamawiają rysunki u artystów albo sami jeżdżą i fotografują, p. Skworoda ściągnął po prostu ilustracje z innej książki z tej samej serii, mianowicie z Warszawy 1656 Mirosława Nagielskiego. Co prawda podał źródło, ale i tak trudno nie uważać tego za lenistwo.

 

21. Lucyna Sieciechowiczowa, Życie codzienne w renesansowym Poznaniu, Warszawa 1974

Tej książki, ze względu na format, nie mogłem zabrać do Poznania i czytałem po powrocie. Serię Życie codzienne pochłaniałem w dzieciństwie i szkoda, że wtedy nie było w domu akurat tej pozycji, bo z pewnością bym ją docenił. 

Autorka – urodzona pod Poznaniem, a osiadła w Zakopanem – była raczej pisarką dla dzieci i młodzieży niż historyczką, ale do Życia codziennego zabrała się naukowo, podpierając swój tekst całym szeregiem literatury przedmiotu, od XVI-wiecznych ksiąg miejskich po rozmaite opracowania. Tekst zdradza spory talent literacki, jest łatwy w czytaniu i obrazowy, umiejętnie balansuje pomiędzy ukazywaniem typowych tendencji i indywidualnych – także nietypowych – przykładów.

Obserwujemy więc życie w renesansowym Poznaniu w różnych jego przejawach – od najbogatszych patrycjuszy, przez pospólstwo zorganizowane w cechy kupieckie i rzemieślnicze, po biedotę miejską i chłopów z podległych wsi (np. Jeżyc). Mowa o funkcjonowaniu cechów, o władzach miejskich i ich zatargach z reprezentującym króla starostą generalnym, o budynkach z wewnątrz i z zewnątrz, życiu rodzinnym i małżeńskim. Wyłączona z ogólnej tkanki miejskiej pozostawała szlachta, która zjeżdżała do Poznania z różnych okazji i posiadała w mieście nieruchomości, a przeważnie sprawiała mieszczanom kłopoty. Byli też Żydzi i to dla odmiany im sprawiali kłopoty mieszczanie, a wśród cudzoziemców swego czasu dali się zauważyć Szkoci.

Sporo miejsca poświęcono religii: zarówno dominującemu katolicyzmowi (chociaż miasto zachowywało sporą niezależność od biskupa i kapituły z Ostrowu Tumskiego), jak i burzliwym dziejom poznańskiej reformacji. Z religią ściśle związana była kwestia oświaty – Kolegium Lubrańskiego i późniejszego kolegium jezuitów. W jeszcze innych rozdziałach autorka wspomina o ochronie zdrowia i higieny, o pożarach i powodziach, uroczystościach i zamieszkach. Pomiędzy sprawami ogólnymi przemykają przykłady jednostkowe: pijackie awantury, oskarżenia o czarostwo…

Książkę wzbogacają 44 ilustracje czarno-białe i 8 kolorowych na 6 wkładkach, w większości zdjęcia zabytków architektury i kultury materialnej.

 

22. 250 rocznica bitwy pod Kijami. Materiały z konferencji naukowej zorganizowanej 20 listopada 2009 roku w Sulechowie, red. Marek Nowacki, Sulechów-Świebodzin 2009

Ze Świebodzina przywiozłem pamiątkę w postaci kolejnej publikacji o wojnie siedmioletniej. Tym razem jest to praca zbiorowa wydana przez gminę Sulechów i Muzeum Regionalne w Świebodzinie, poświęcona bitwie, która rozegrała się właśnie niedaleko Sulechowa.

Bitwa pod Kijami (Kay), zwana też pod Pałckiem (Paltzig) albo Sulechowem (Züllichau), należy do mniej znanych starć armii Fryderyka Wielkiego. Głównie dlatego, że sam Fryc nie brał w niej udziału, a zresztą po trzech tygodniach przyćmiła ją największa klęska króla pod Kunowicami vel Kunersdorfem. Pod Kijami gen. Piotr Sałtykow pobił pruskiego generała Karola Henryka von Wedla, który dopiero parę dni wcześniej objął dowodzenie w zamian za zdymisjonowanego Krzysztofa von Dohna. Obie strony straciły zresztą po generale (u Prusaków – von Wobersnowa, u Rosjan – Demiku, to był chyba Szwajcar).

Głównym magnesem było dla mnie nazwisko Roberta Kisiela, autora omawianych już tu kiedyś habełków o wojnie siedmioletniej. Jego referat w omawianej pracy nosi tytuł Bitwa pod Kijami na tle innych batalii prusko-rosyjskich wojny siedmioletniej – wojska i mechanizmy taktyczne. Przedstawia dość statystyczne, ilościowo-jakościowe porównanie Kijów z pozostałymi trzema bitwami należącymi do tej kategorii (Sarbinów, Kunowice i Gross-Jägersdorf), a także omówienie jakości materiału żołnierskiego i zastosowanych rozwiązań taktycznych. Kawaleria rosyjska tego okresu stała na niezwykle niskim poziomie – w odróżnieniu od pruskiej, najlepszej na świecie – ale nadrabiała ilością, jak to zwykle u nich. W tekście Kisiela brakuje mi natomiast przejrzystego opisu bitwy i prowadzących do niej zdarzeń. Zapewnia go artykuł Jerzego Piotra Majchrzaka, ale tylko na kilku stronach i bez tak lekkiego pióra.

Wcześniejszą część kampanii 1759 r. opisał Grzegorz Przeździecki. Nie mam 100% pewności, czy jest on tożsamy z Mirosławem G. Przeździeckim, autorem Kunersdorfu 1759, ale wszystko na to wskazuje – i korzystanie wyłącznie ze źródeł rosyjskich, a nie niemieckich, i używanie nazwy „Kunersdorf”, gdy reszta autorów pisze o „Kunowicach”, i wreszcie przedruk jednej z map ze wspomnianego habełka. A także – niestety – dość ciężkie pióro. Swoją drogą, znacznie lepiej byłoby umieścić teksty w kolejności Przeździecki – Majchrzak – Kisiel, wtedy zachowana zostałaby chronologia i większa przejrzystość. Po fakcie mogę jedynie poradzić innym czytelnikom, aby właśnie w takiej kolejności czytali.

Zbiór zawiera też teksty niedotyczące bezpośrednio samej bitwy. Pierwszy dłuższy tekst – Sztuka wojenna wojny siedmioletniej na tle epoki Tadeusza Rawskiego – ma treść zgodną z tytułem, ale został niezbyt przejrzyście napisany, a nawet sprawia momentami wrażenie spisanego z wypowiedzi ustnej. Z tematem sztuki wojennej wiąże się artykuł znanego bronioznawcy Włodzimierza Kwaśniewicza o XVIII-wiecznej broni palnej. Jest też coś pod tytułem Wpływ wojny siedmioletniej na modernizację pogranicza polsko-łużyckiego, a szczególnie Dolnych Łużyc (Tomasz Jaworski), lecz więcej miejsca zajmuje tu opis działań wojennych i spowodowanych przez nie zniszczeń niż samej modernizacji.

Najciekawszy jest artykuł Kamila Szpotkowskiego Pożywienie wojenne ludności cywilnej i wojsk w okresie wojny siedmioletniej: autor charakteryzuje XVIII-wieczną kuchnię i wykorzystywane w niej produkty ogólnie, po czym przechodzi do wyżywienia walczących armii oraz do opisu roślin dziko rosnących, którymi żywiła się ludność w czasach głodu. Uzupełnienie stanowi tekst Adama Gonciarza, charakteryzujący plany bitwy pod Kijami znajdujące się w zbiorach świebodzińskiego muzeum.

Każdemu artykułowi towarzyszy streszczenie w języku niemieckim, a na początku znajdują się jeszcze dwa krótkie teksty po niemiecku (bez streszczenia po polsku): Hans Joachim Wagnick opisuje pokrótce bitwę i jej znaczenie dla mieszkańców Sulechowa, a Werner Vogel promuje Dom Brandenburgii, placówkę kulturalną w Fürstenwalde.

Praca została wydana lokalnie i co za tym idzie, dość niskobudżetowo. Dotyczy to również korekty. W artykule Rawskiego pojawia się zmiana frontu przez cara Piotra II, który w czasie opisywanych wydarzeń nie żył już od jakich 30 lat – powinien być Piotr III. Gdzieś tam jeszcze pojawia się „kontynuować dalej”, a największym winowajcą jest tu Szpotkowski. Nie dość, że już na drugiej stronie przekręca (parafrazuje?) powiedzenie „jesteś tym, co jesz” na niezgrabne „jesz to, kim jesteś”, to jeszcze wymyśla „Wielkie Księstwo Warszawskie”, a kilka razy pojawia się u niego „ważenie piwa”.

Ikonografia zrobiona została także niskobudżetowo. Zassano ilustracje z Wikipedii i paru innych stron internetowych, sięgnięto po Ospreye. Kwaśniewicz i Przeździecki przedrukowali mapy i ryciny z własnych prac. Oprócz tego zdarzają się przypadki korzystania z opracowań wydanych drukiem, a także, oczywiście, ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Świebodzinie. Na pochwałę zasługują Jaworski sięgający po zasoby żarskiej gazety „Sorauer Heimatblatt” oraz Szpotkowski, który osobiście sfotografował rośliny, o których pisze.

Na okładce widnieje armata oraz dwa orły – pruski i rosyjski. Projekt dość czytelny, tyle że armata wydaje się zaśnieżona, co średnio pasuje do bitwy stoczonej w lipcu, natomiast godło rosyjskie jest anachroniczne, w wersji z XIX wieku – ma na skrzydłach herby m.in. Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Finlandzkiego. Z tyłu są sylwetki żołnierzy wzięte z Ospreyów – w stopce podano tylko nazwę serii „Men-at-Arms”, a nie konkretne tytuły.

 

 

23. Karl-Markus Gauß, Umierający Europejczycy. Podróże do sefardyjskich Żydów z Sarajewa, Niemców z Gottschee, Arboreszów, Łużyczan i Aromunów. Ze zdjęciami Kurta Kaindla, przeł. Alicja Rosenau, Wołowiec 2006

W czasie zeszłorocznej fazy na lektury okołołużyckie zapomniałem o tej książce z Czarnego. Przypomniałem sobie przy okazji kolejnej wizyty na dalekim zachodzie Polskiej RP. Autor – pisarz i publicysta ze Salzburga – wybrał się odwiedzić pięć mniejszości etnicznych Europy Środkowej. Jeździł przez pustkowia, odwiedzał ruiny, rozmawiał z emerytami.

Spośród tej piątki najbardziej znani byli mi dotąd Łużyczanie. Gauß wybrał się więc do Budziszyna i okolic; zastał tam Serbów coraz mniej licznych, ale wciąż kultywujących język i niektóre dawne tradycje. Paradoksalnie, chociaż ich tożsamość pomimo wszelkich prześladowań trzymała się mocno, to od kiedy wreszcie zyskali swobodę ekspresji, właśnie przyspieszyło ich wymieranie. Autor zauważa też motyw „cepelizacji” kultury Łużyczan (nie mylić z kulturą łużycką). Przy okazji poruszony został mało znany temat zniszczeń ekologicznych na Łużycach z powodu enerdowskich kopalni odkrywkowych (i związanych z tym przesiedleń).

Temat Żydów bośniackich kojarzyłem już co nieco z przeczytanego przed laty zbioru opowiadań Isaka Samokovlii Kadisz. W oczach Gaußa, wspinającego się po wzgórzach Sarajewa, ich losy są nierozerwalnie związane z wielokulturowym charakterem Bośni jako takiej, w tym z jej historycznymi tragediami. Nie da się pojechać do Sarajewa w poszukiwaniu Sefardyjczyków, nie natrafiając na zniszczenia wojenne. Szczególny zaś, niemal symbiotyczny związek mieli tamtejsi Żydzi z muzułmanami.

Właściwie nie da się opowiadać o wymierających narodach z pominięciem tych liczniejszych, wśród których żyją. Wydawałoby się, że Słoweńcy to taki mały naród – niecałe 1,8 miliona – a jednak Gottscheerzy, czyli Niemcy z okręgu Kočevje (nie mylić z Kociewiem), niknęli w „słoweńskim morzu” (Gauß napisał zresztą i książkę o mniejszościach niemieckich w różnych krajach Europy). Temat nieistniejących niemieckich wsi, niknących wśród gęstego lasu, skojarzył mi się z Mazurami. Tyle że Prusy Wschodnie były mimo wszystko biedną, lecz prestiżową częścią państwa niemieckiego, a Gottschee – odciętą żywiołem słoweńskim od Niemiec i Austrii enklawą, gdzie mówiono akcentem mało zrozumiałym, a nazizm też specjalnie się nie przyjął. Paradoksalnie, Niemców koczewskich wysiedlili nie przedstawiciele władzy narodu otaczającego, jak tych z Polski czy Czech, tylko hitlerowcy, gdyż w ramach rozbioru Jugosławii region ten miał przypaść Włochom.

Skoro o Włochach mowa, na stopie italskiego buta żyje kolejna z opisywanych grup: Arboresze, czyli włoscy Albańczycy. Nie są to potomkowie imigrantów z czasów panowania włoskiego w Albanii – ich przodkowie przepłynęli Adriatyk jeszcze w XV w., po śmierci Skanderbega. W przypadku Arboreszów rzuca się w oczy podwójny patriotyzm – albański i włoski – oraz przywiązanie do małych miasteczek, w których absolutnie nic się nie dzieje, a do których wracali na starość, spędziwszy wiele lat na pracy z dala od domu. Widać też cechę wspólną np. z wieloma Polonusami – żyjąc od dawna w oderwaniu od starej ojczyzny, czują pewną wyższość czy nawet pogardę wobec swoich „skażonych niewolą” rodaków.

Pozostali jeszcze Aromuni lub Arumuni, względnie Kucowołosi. Naród ten, posługujący się językiem podobnym do rumuńskiego, rozproszony jest po południowej części Półwyspu Bałkańskiego, autor natomiast odwiedził go w Macedonii (dziś Północnej). W tym przypadku jako strategie przetrwania zauważamy nie tylko kultywowanie języka, folkloru i wszelkich drobnych różnic, ale również megalomanię podobną do naszego turbosłowiaństwa, zjawisko zresztą niezbyt unikatowe na Bałkanach. No to kim był w końcu Aleksander Wielki?

Do tłumaczenia nie mam większych zastrzeżeń, chociaż nazwisko Jurija Brězana występuje dwukrotnie jako „Brežan”. Skąd wiadomo, że to nie wina autora? Bo dał on rękopis łużyckiej poetce do przejrzenia.

Tekst uzupełnia kilka zdjęć wykonanych przez Kurta Kaindla, z którym autor wspólnie podróżował. Na okładkę trafiła grupa Arumunów z Bitoli na schodach swojej dawnej szkoły.