środa, 28 października 2026

Zaduszki rockowe 2026

  

Nadszedł listopad, nadeszła pora na post upamiętniający muzyków zmarłych od czasu poprzednich Wszystkich Świętych. Tradycyjnie, notka obejmuje tylko artystów, których mam w płytotece, stąd brak m.in. Dolly Parton, Cronosa czy Bonnie Tyler, chociaż to postacie wielkiego formatu i wpływu.

 

Warto natomiast wspomnieć, że 31 lipca zmarł Wiesław Królikowski, dziennikarz muzyczny, którego działalność na łamach „Tylko/Teraz Rocka” (do przejścia na emeryturę w 2018 r.) miała wielki wpływ na kształtowanie się moich gustów muzycznych, zwłaszcza w dziedzinie polskiego rocka. Jego dwutomowy leksykon płytowy Polski rock (doprowadzony do początku 1998 r.) traktuję jako jedno z podstawowych źródeł, kiedy muszę coś sprawdzić.

  

4 grudnia 2025 zmarł Tetsu Yamauchi, basista znany przede wszystkim jako następca Andy’ego Frasera w grupie Free. Grał również w jej zespole „odpryskowym” pod szyldem Kosoff/Kirke/Tetsu/Rabbit, a poza tym zajął miejsce Ronniego Lane’a w The Faces. W mojej płytotece obecny jest jako członek japońskiej grupy Samurai pod kierownictwem Mickeya Curtisa (istniał i brytyjski zespół o tej samej nazwie – patrz niżej).

 

20 grudnia odszedł Mick Abrahams, gitarzysta pierwszego składu Jethro Tull. Na debiutanckiej płycie miał nawet autorską i przez siebie zaśpiewaną piosenkę Move On Alone. Po odejściu z Jethro – podobno dlatego, że bał się latać samolotem, co hamowało karierę międzynarodową Andersona i kolegów – założył jazzrockowy Blodwyn Pig. Wydawał również płyty solowe.


 

W Move on Alone pojawia się sekcja dęta (podobno dograna bez wiedzy Abrahamsa), pod której aranżacją podpisał się David Palmer. Brytyjska dyrygentka Dee Palmer – bo taką tożsamość, jako osoba interpłciowa, ostatecznie przyjęła – zmarła 13 czerwca 2026. Z Jethro Tull współpracowała już od pierwszej płyty, odpowiadając głównie za aranżacje orkiestrowe, a raz nawet zdarzyło się osobiście zagrane solo na saksofonie. W okresie „wiejskiej trylogii” z końca lat siedemdziesiątych Palmer figuruje już jako pełnoprawny członek zespołu – drugi klawiszowiec oprócz Johna Evana i oczywiście wciąż aranżer orkiestrowy. Album Stormwatch kończy Elegy, jedyna w dziejach zespołu własna kompozycja Palmer, napisana po śmierci ojca. Po rozstaniu się z Jethro Tull dalsza kariera związana była już ze światem muzyki poważnej, chociaż wielokrotnie dochodziło do okazjonalnej współpracy z Andersonem. Na tylnej stronie okładki płyty Warchild Palmer widnieje przebrana za Boga – jak napisał po latach Ian Anderson, „przyjmuje tę rolę za każdym razem, kiedy staje przed orkiestrą”.

 

21 grudnia 2025 zmarł Michał Urbaniak, jeden z klasyków polskiego jazzu, skrzypek i saksofonista. W latach siedemdziesiątych wyjechał do USA, gdzie grał z największymi (Miles, Shorter, Hancock i inni), a z czasem stworzył własną odmianę fusion, wykorzystującą elementy hip hopa. Mąż Urszuli Dudziak, ojciec Miki Urbaniak – a więc jazz w rodzinie. W mojej płytotece Urbaniak występuje jako gość na płycie Dżambli Wołanie o słońce nad światem, na której zagrał na skrzypcach elektrycznych i trzech typach saksofonów.

 

Nazajutrz odszedł Chris Rea. Miał pecha umrzeć krótko przed świętami, przez co opinia publiczna jeszcze bardziej będzie go kojarzyć z piosenką Driving Home for Christmas. Przebojów miał jednak trochę więcej – ale trzeba przyznać, że The Road to Hell jeszcze gorzej by pasowała w tym kontekście. Brytyjski artysta włoskiego pochodzenia (wytwórnia chciała mu początkowo narzucić pseudonim Benny Santini) wyspecjalizował się w „nudziarskim” stylu softrockowym, ale jego prawdziwą fascynacją był blues. W XXI wieku, po wyzdrowieniu z raka trzustki, Rea dał sobie spokój z karierą komercyjną i skupił się na graniu tego, co go naprawdę interesowało. Mało kto wie (a i ja dowiedziałem się dopiero z lektury „Teraz Rocka” po jego śmierci), że w 1978 r., jako świeży debiutant, występował w… Szczecinie, w ramach wymiany kulturalnej z jego rodzinnym hrabstwem.

 

22 stycznia 2026 r. zmarł Francis Buchholz. Był członkiem zespołu Scorpions przez większość lat siedemdziesiątych i całe osiemdziesiąte, a odszedł po albumie Crazy World, na którym, oprócz powszechnie znanych przebojów typu Wind of Changes, pojawiła się jedyna w historii grupy jego kompozycja – Kicks After Six.

 

7 lutego zmarł Brad Arnold, lider i wokalista amerykańskiej grupy 3 Doors Down, zaliczanej do nurtu postgrunge’owego. W pierwszym okresie działalności był również perkusistą.

 

10 lutego odszedł perkusista Andrew Ranken, już kolejny z członków grupy celtycko-punkfolkowej The Pogues, który nas opuścił.

 

Tego samego dnia zmarł Jarosław Lach, gitarzysta, który na początku lat 80. współtworzył z Pawłem Kukizem grupę Hak. Następnie obaj z Igorem Czerniawskim sformowali Aya RL, formację elektroniczno-rockową, której pierwsze płyty należały do najlepiej odzwierciedlających ponurość tamtych czasów. Wziął także udział w reaktywacji Ayi w latach 90., już bez Kukiza, kiedy właściwie był to elektroniczny projekt Czerniawskiego.



14 marca zmarł Phil Campbell (zwany „Zoom” lub „Wizzo”), znany głównie jako gitarzysta Motörhead od lat osiemdziesiątych. Po śmierci Lemmy’ego kontynuował tradycje grupy wraz z trzema synami, pod firmą Phil Campbell and the Bastard Sons. Gdy jego zabrakło, ostatnim żyjącym wieloletnim członkiem Motörhead pozostaje perkusista Mikkey Dee, obecnie w Scorpions (żyje jeszcze trzech muzyków, którzy grali każdy na jednej płycie).


 

Po zeszłorocznej śmierci Danny’ego Thompsona, basisty jazz-folkowej grupy Pentangle, 16 marca dołączył do niego Terry Cox, perkusista. W ten sposób ostatnią żyjącą członkinią Pentangle pozostaje wokalistka Jacqui McShee.

 

26 marca zmarł gitarzysta Ross Friedman, szerzej znany jako Ross The Boss, współzałożyciel grupy Manowar, słynnej z heavy metalu w konwencji heroicznego fantasy. Płyty nagrane bez jego udziału już są bardziej nierówne.



13 kwietnia zmarła Moya Brennan (dawniej pisała się Máire), wokalistka grupy Clannad, okazjonalnie także harfistka. Z podstawowego składu zespołu żyją jeszcze jej bracia Ciarán i Pól.

 

Sześć dni później zmarł Dave Mason, znany przede wszystkim jako gitarzysta brytyjskiej grupy Traffic. Na początku lat dziewięćdziesiątych przewinął się nawet przez jeden ze składów Fleetwood Mac, ale jego najwcześniejszy moment sławy to monumentalne akordy gitary akustycznej, otwierające All Along the Watchtower Jimiego Hendrixa.



30 kwietnia zmarł Alex Ligertwood, Szkot, który przez dobre kilkanaście lat śpiewał w zespole Carlosa Santany.

 

22 maja odszedł Dick Parry, saksofonista znany przede wszystkim ze współpracy z Pink Floyd – zagrał pamiętne solówki w Money i Shine On You Crazy Diamond, a od lat dziewięćdziesiątych pojawiał się zarówno w nagraniach reaktywowanych Floydów, jak i solowego Davida Gilmoura.


14 czerwca zmarł Dave Greenslade, brytyjski organista, który zasłynął jako jeden z członków jazzrockowego Colosseum. Po odejściu stamtąd założył grupę Greenslade, w której był jednym z dwóch klawiszowców o imieniu Dave (drugi był Lawson ze wspomnianego wyżej brytyjskiego Samuraja).


17 czerwca zmarł amerykański saksofonista Walter Parazaider, znany głównie jako jedna trzecia sekcji dętej zespołu Chicago (dawniej Chicago Transit Authority).

 

Kolejną w tym samym miesiącu stratę scena jazzrockowa poniosła 24 czerwca, gdy odszedł obdarzony potężną posturą i głębokim głosem David Clayton Thomas, przede wszystkim wokalista (drugi z kolei) amerykańskiego zespołu Blood, Sweat & Tears, a okazjonalnie także artysta solowy.

 

1 lipca zmarł Roman Iskrowicz, jeden z dwóch braci, którzy na początku lat 80. grali w grupie Bank. Zespół ze Środy Śląskiej wydał wtedy tylko jedną płytę (i jedną kasetę) i raczej nie cieszył się wielkim uznaniem, ale podjął się jednej z najbardziej konsekwentnych prób grania AOR po polsku.

 

17 sierpnia zmarł Frank Beard, perkusista grupy ZZ Top. Wbrew swojemu nazwisku, jako jedyny spośród tych „Tres Hombres” nie zapuścił brody do pasa. Zwykle zadowalał się wąsami, ale w latach 90. nosił hiszpańską bródkę.


 

środa, 16 września 2026

Lot francuskich kolibrów (z frontu czytelniczego, 7/2026)

 


W czasach licealnych pochłonąłem nieco XIX-wiecznej klasyki francuskiej – co prawda nie wszystko zapamiętałem. Tego roku pozwoliłem sobie na niewielki powrót do korzeni, sięgając jednak też i do XX wieku. Do tego dorzuciłem dwóch frankofońskich pisarzy z byłych kolonii w Afryce.

 

24. Guy de Maupassant, Baryłeczka, przeł. Róża Czekańska-Heymanowa, Krystyna Dolatowska, Jadwiga Dmochowska, Warszawa 1970
(z serii „Koliber”)

Guy de Maupassant należał do najważniejszych pisarzy francuskich okresu III Republiki, a już szczególnie w dziedzinie krótkich form. Umierając w wieku 43 lat, protegowany Flauberta miał na koncie około 300 nowel i opowiadań oraz kilka powieści. Na razie wchłonąłem sześć.

Niewielka książeczka (tzw. „mały Koliber”) zawiera utwory zaczerpnięte z wcześniejszego zbioru Nowele wybrane. Pierwsza i najważniejsza jest oczywiście opublikowana w 1880 r. Baryłeczka, dzięki której Maupassant zdobył szerszy rozgłos. Opowiada ona historię z końcowego okresu wojny francusko-pruskiej. Grupa ludzi z różnych grup społecznych ówczesnej Francji jedzie dyliżansem przez śniegi z Rouen do Hawru, aby uniknąć pruskiej okupacji. Jest wśród nich tytułowa Baryłeczka – pulchna kobieta lekkich obyczajów. Na drodze czeka pasażerów nieprzewidziany postój, podczas którego okaże się, że przedstawicielka tak pogardzanej profesji stoi na znacznie wyższym poziomie moralnym niż tak zwane przyzwoite towarzystwo.

W zbiorze znajdują się jeszcze dwie nowele dłuższe i trzy krótsze. Paryska przygoda mówi o kobiecie z prowincji, która tyle się naczytała o tym, jak pełnym zepsucia, bezwstydu i grzechu miastem jest Paryż, że w końcu tam pojechała, żeby sama się przekonać.

Pojawia się tematyka chłopska z rodzinnej dla autora Normandii. Krótsza Martinka to studium wiejskiego zakochania, zawodu i harmonijnego odkochania. Tytułowy bohater dłuższej noweli Ojciec Amable to uparty starzec, który sprzeciwia się małżeństwu syna z panną z dzieckiem, nie ze względów moralnych, a z czystego skąpstwa. Wreszcie Clochette i Panna Perełka eksplorują motyw z dawna minionych przygód i namiętności niepozornych starych panien.

Po pierwszym kontakcie z Maupassantem trudno mi odmówić mu talentu do utworów krótkich i konkretnych, do zarysowywania postaci kilkoma zdaniami, wreszcie do krytykowania obyczajowości opartej na pozorach i konwenansach.

 

 

25. Guy de Maupassant, Iwetta, przeł. Eligia Bąkowska, Warszawa 1976 (z serii „Koliber”)

Idąc za ciosem, chwyciłem jeszcze jeden utwór Maupassanta, właściwie minipowieść, wydaną pierwotnie w 1886 r., a w Polsce – jako tzw. „duży Koliber”.

Tytułowa Iwetta jest osiemnastoletnią córką pani Obardi, tytułującej się margrabiną, a prowadzącej bardzo podejrzany dom, gdzie spotyka się towarzystwo wątpliwej konduity. Do jej gości należą dwaj młodzi paryżanie – de Servigny i jego przyjaciel Saval. O ile ten drugi szybko wpada w oko gospodyni, to pierwszy stawia sobie za cel zdobycie jej córki, której zresztą nie potrafi rozszyfrować.

Skoro mówimy o rozpuście, to jasne, że dochodzi do obnażenia. Mianowicie, obnażona zostaje hipokryzja. Mężczyźni odwiedzający panią Obardi wiedzą, że jest ona kurtyzaną, a nie margrabiną, równie dobrze, jak ona sama wie, że żadni z nich książęta i baronowie – a jednak wszyscy podtrzymują pozory. Tylko Iwetta, znająca życie co najwyżej z lektury licznych romansów, widzi i przyjmuje za dobrą monetę same dekoracje, nie dostrzegając prawdy – zaś panowie pokroju de Servigny’ego przyjmują za pewnik, że ona też uczestniczy w lakierowaniu rzeczywistości, jak oni. Dopiero w pewnym momencie coś zaczyna pękać w tej iluzji.

Pierwsza połowa utworu przedstawia sytuację z perspektywy obu panów, natomiast w drugiej widzimy już ją z punktu widzenia Iwetty i częściowo jej matki. Dziewczyna jest co prawda bardzo naiwna i egzaltowana, ale przecież ludzie w tym wieku tak mają. Co prawda opis odlotu (spoiler: Iwetta próbowała popełnić samobójstwo, ale tylko się odurzyła) wydaje się trochę przeciągnięty.

 

 

26. Marcel Aymé, Przechodzimur. Opowiadania, przeł. Maria Ochab,
Warszawa 1979 (z serii „Koliber”)

Teraz autor francuski nieco nowszy, znany m.in. z Zielonej kobyły oraz literatury dla dzieci, np. Opowieści kota ze starej wierzby. Ten Koliber nie jest antologią dobraną przez polskiego wydawcę: Maria Ochab (córka Edwarda) przełożyła na pożytek krajowy cały zbiór opowiadań Przechodzimur, wydany przez Aymé w 1943 r.


Są to utwory w większości surrealistyczno-fantastyczne, większość opiera się na eksploatacji jakiegoś fantastycznego haczyka. W tytułowym opowiadaniu drobny urzędnik stwierdza u siebie umiejętność przechodzenia przez mury (której uzasadnieniem jest absurdalna diagnoza lekarska) i wykorzystuje ją dla własnej rozrywki. Podobnie tytułowa bohaterka Sabinek wzbogaca swoje życie miłosne i nie tylko dzięki zdolności przebywania w wielu miejscach równocześnie. Do moich ulubionych należy Karta, utrzymana w konwencji pamiętnika: ze względów oszczędnościowych wprowadza się comiesięczne kartki na egzystencję dla osób mniej wartościowych dla społeczeństwa, co prowadzi do szeregu tragikomicznych zawirowań.

Bohaterami są przeważnie drobni urzędnicy albo artyści niezbyt udani, za to przekonani o swoim geniuszu. Na ogół pochodzą z Montmartre, ale czasem również z prowincji. Tytułowy bohater Poborcy żon doprowadza do ekstremum rozdarcie wewnętrzne między naturą poborcy podatkowego i podatnika. Mamy także opowiadanie Komornik, dotyczące trudności, jakie przedstawiciel tytułowego zawodu ma z dostaniem się do nieba. Jednakże Legenda połdawska wskazuje, że również bycie starą dewotką nie daje na to gwarancji, zwłaszcza w czasie wojny.

O właśnie, wojna: kiedy Aymé publikował swój zbiór, jeszcze się nie skończyła i nie wiadomo było, jak długo potrwa. Dekret wyraża przekonanie, że w 1959 będzie już po wszystkim. W opowiadaniu tym doprowadza się do ekstremum zjawisko zmiany czasu z zimowego na letni i administracyjnie przesuwa się czas o 17 lat. Główny bohater nagle ma za sobą życie dłuższe i bogatsze niż przedtem, ale nieoczekiwanie trafia do gminy, dokąd dekret o zmianie czasu nie dotarł i ciągle trwa okupacja.

Wszystko to całkiem zabawne, z wyjątkiem ostatniego opowiadania Czekając, w którym wojna trwa do 1972 roku. Są to po prostu wypowiedzi – krótsze i dłuższe – kilkanaściorga osób stojących w kolejce, a każda opowiada smutną historię swojego życia pod okupacją.

 

 

27. Sembène Ousmane, Xala, przeł. Czesława Żuławska, Warszawa 1978

Dla odmiany coś z Senegalu. Głównym bohaterem tej powieści jest El Hadżi Abdu Kader Bej, rzutki przedsiębiorca, zamożny i ustosunkowany, balansujący między tradycją a rzeczywistością. Poznajemy go w chwili, gdy ma się żenić po raz trzeci, co będzie wyraźną oznaką awansu społecznego. Noc poślubna nie przebiega jednak satysfakcjonująco, a El Hadżi podejrzewa, że jego niemoc (tytułowa xala) jest skutkiem rzuconego uroku.

Przypadłość El Hadżiego staje się tajemnicą poliszynela, zmusza go do przeciwdziałania i budzi zadrażnienia w życiu rodzinnym. Utrzymywał bowiem do tej pory dwie rodziny – z pierwszą żoną Adżą Awą Astu, uległą i akuratną konwertytką na islam, oraz drugą, Umi N’Doye, temperamentną i hołdującą najnowszym modom z Zachodu (a sam przeważnie spędzał czas w biurze). Paradoksalnie, trzecia żona N’Gone, z której poślubienia wynikł cały problem, ma w całej powieści niewiele do powiedzenia. Jej rzeczniczką jest ciotka Yay Bineta, niedarząca pana młodego specjalną sympatią.

W krótkim utworze autor barwnie, a czasem naturalistycznie przedstawia senegalską rzeczywistość: stołeczny Dakar i odległe wioski, życie ponad stan i wiarę w czary. El Hadżi jest przedstawicielem nowego, afrykańskiego biznesu, który napędza gospodarkę niepodległego kraju, ale zarazem nie może się wyzbyć imitowania stylu życia białych. Z treści nie wynika jednoznacznie, czy na jego impotencję faktycznie miał wpływ urok i odczynianie go przez marabutów lub innych tradycyjnych wołchwów, ale staje się jasne, że xala jest symptomem szerszego problemu.

W kwestii personaliów autora istnieje pewne zamieszanie: czasem występuje jako Sembène Ousmane, czasem jako Ousmane Sembène, czasami z akcentem, czasami bez. Wydaje się, że zmarły w 2007 pisarz sam na przestrzeni lat stosował różne wersje. Pewne jest tylko to, że Sembene (w ostatnich latach wolał bez akcentu) to nazwisko, a Ousmane – imię (po naszemu Osman). Nazwisko przed imieniem to tradycyjny porządek senegalski, odwrotna kolejność to wpływ kolonialnej administracji francuskiej. Błędem jest więc umieszczenie przez wydawcę na stronie tytułowej samego „Ousmane”.

Autor był zarazem reżyserem – nazywa się go nawet „ojcem afrykańskiego kina” – i sam zekranizował Xalę w roku 1975. W Polsce film był wyświetlany pod bardziej zrozumiałym tytułem Niemoc.

 

 

28. Mouloud Feraoun, Syn biedaka, przeł. Jerzy Pański, Warszawa 1972

Tym razem trafiamy do Algierii, jeszcze pod panowaniem francuskim. Mouloud Feraoun, z pochodzenia Kabyl, z zawodu nauczyciel, został wraz z grupą innych działaczy oświatowych zamordowany przez ekstremistów z Organizacji Sekretnej Armii w marcu 1962, na kilka dni przed podpisaniem porozumienia kończącego wojnę algierską.

Syn biedaka to debiut autora, opowieść o charakterze autobiograficznym, wydana pierwotnie w roku 1950. Głównym bohaterem jest Menrad Furulu (anagram od „Mulud Feraun”), chłopiec z ubogiej kabylskiej wioski. Pierwsza część książki ma formę pierwszoosobowej gawędy o jego dzieciństwie – jakoby memuarów, które pisał do szuflady. Feraoun wyraziście przedstawia proste życie wieśniaków z Kabylii: ciężką pracę, ulubione ciotki, animozje rodzinne i klanowe, pierwsze dni w szkole… Druga część spogląda na Furulu z perspektywy narratora abstrakcyjnego i jest to już – po rodzinnej tragedii – wejście w dojrzewanie, co dla ówczesnych Kabylów oznaczało kontakt z kulturą francuską. Aby wyrwać się z biedy, chłopak przykłada się do nauki i wyjeżdża do szkoły; jego ojciec natomiast w obliczu nędzy jedzie zarabiać do Paryża.

Jest to realistyczny, nieupiększony obraz życia ubogich Algierczyków, niepozbawiony w narracji zarówno pewnej ironii, jak i refleksyjności.

 

 

29. François Mauriac, Teresa Desqueyroux, przeł. Maria Wańkowiczowa,
Warszawa 1974 (seria „Koliber”)

Powrót do Francji – tym razem nie do północnych departamentów, a na surowe wrzosowiska departamentu Landes nad Atlantykiem.  Teresa Desqueyroux ukazała się po raz pierwszy w roku 1927.

Tytułową bohaterkę poznajemy, gdy wychodzi na wolność po procesie, w którym oskarżono ją o próbę otrucia męża. Sprawa została umorzona i zatuszowana, ponieważ ojciec Teresy jest osobą publiczną i zamierza startować do senatu, więc nie życzy sobie skandalu. Teraz kobieta musi wrócić do męża i jakoś żyć dalej, zachowując pozory. W trakcie podróży nachodzą ją refleksje nad przeszłością.

Narracja przechodzi z abstrakcyjnej w konkretną (o charakterze monologów wewnętrznych), z czasu przeszłego w teraźniejszy, ma też charakter niechronologiczny: podróż Teresy z aresztu do domu przeplatają retrospekcje z wcześniejszego życia. Oddaje to w jakimś stopniu skomplikowany stan ducha bohaterki.

Przede wszystkim jest to historia o kobiecie wyrastającej ponad swoje otoczenie – „strasznych mieszczan” o nieciekawych rozrywkach, wśród których panuje zwyczaj wymazywania z pamięci krewnych, co nie pasują do normy. Nieszczęśliwe małżeństwo, prymitywny mąż, ogólna obsesja na punkcie wizerunku w oczach sąsiadów – wszystko to dla Teresy niewidzialne więzienie. Spotkanie z jednym jedynym w okolicy człowiekiem o porównywalnym formacie intelektualnym tylko zaostrza jej apetyt na inne życie.

Dlaczego właściwie Teresa chciała otruć męża, to nie jest jednoznaczne – sama przyznaje, że wynikło to z szeregu różnych przyczyn. Wgląd w myśli Bernarda mamy w późniejszych fragmentach książki, opisujących życie Teresy po powrocie do domu, i przekonujemy się, że istotnie jest on bucem. W tle pojawia się Anna, najlepsza przyjaciółka Teresy i przyrodnia siostra Bernarda – jako przykład kobiety, którą duszne środowisko złamało.

Trafił mi się egzemplarz wybrakowany: na okładce, prócz wizerunku kobiety, widnieje spis poprzednich „Kolibrów”, natomiast tytuł, autor, logo serii i usta tejże kobiety znalazły się po wewnętrznej stronie tylnej okładki.