Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yes (zespół). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yes (zespół). Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Drzwi percepcji i wyjście Romana ze studni, czyli płyty marcowe

 

W marcu zakupy płytowe ponownie były obfite. Lektura książek o The Doors skłoniła mnie do uzupełnienia ich dyskografii, a z Faradaguła przyciągnąłem rzeczy związane głównie, lecz nie tylko, z brytyjską alternatywą. Do tego pojawił się polski akcent.

  

The Doors, Strange Days, 1967

Strange Days, drugi album Doorsów, ma na okładce utrzymane w stonowanych kolorach zdjęcie trupy cyrkowej – atletę, tańczącego karła, żonglującego mima i akrobatów. Nazwę i zdjęcie zespołu oraz tytuł płyty zawiera plakat za plecami atlety.

Rozpoczynający płytę utwór tytułowy, z Morrisonem śpiewającym jakby przez telefon, faktycznie może się kojarzyć z muzyką z jakiegoś ponurego cyrku, głównie za sprawą katarynkowatej partii organowej Raya Manzarka. Niepokojący nastrój ma również You’re Lost Little Girl z hiszpańsko brzmiącą solówką (Robby Krieger robił wcześniej we flamenco). Widać tu, kim się inspirowali The Stranglers nawet w swoim mniej rozwydrzonym okresie.

Nowe możliwości techniczne pozwoliły Doorsom rozwinąć skrzydła. Po raz pierwszy nagrywali na magnetofon ośmiościeżkowy, korzystali też (na razie bardzo ostrożnie) z syntezatora Mooga, a ponadto zaangażowali basistę Douga Lubahna. Efektem było niejakie rozwinięcie koncepcji sprawdzonej na debiucie.

Największymi hitami były ballada People Are Strange (głównie fortepianowa) i dynamiczny Love Me Two Times, typowy rhythmandbluesowy numer Kriegera. Najmniej przystępny jest Horse Latitudes – wstrząsająca, przechodząca w krzyk recytacja Morrisona na tle kakofonii wyszarpniętej z bebechów fortepianu. Po nim gwałtowną zmianę nastroju przynosi zaskakująco zwyczajny Moonlight Drive – według legendy, pierwszy utwór, który Morrison zaśpiewał Manzarkowi na plaży, nim zdecydowali się założyć zespół. Krieger dorzucił tu partie grane techniką slide. Awangardę nieco mniejszą zawiera Unhappy Girl, a to ze względu na partię klawiszy odtworzoną wstecz.

Na debiucie była piosenka I Looked At You. Na drugiej płycie motyw wzrokowy kontynuują My Eyes Have Seen You – równie prosta, z santanowatą solówką gitarową (z tym że w 1967 jeszcze nikt nie wiedział, kto to Santana) – oraz kolejny utwór z „ponurego cyrku” w postaci I Can’t See Your Face in My Mind.

Podobnie jak poprzednio, płyta ma epicki, jedenastominutowy finał. When The Music’s Over, oparte na riffie podobnym do Soul Kitchen, nie jest tak apokaliptyczne jak The End, ale też zawiera szereg przejmujących momentów, od krzyków Morrisona do wycia dwóch równoczesnych solówek gitarowych. Co ciekawe, instrumentaliści nagrali ten utwór nie tylko bez studyjnego basisty (bo chcieli uzyskać brzmienie jak na koncercie), ale i bez Jima, który w międzyczasie był mocno nieprzytomny i musiał dograć wokal później.

Do reedycji dołączone zostały bonusy w postaci ścinków z nagrywania People Are Strange i alternatywnej wersji Love Me Two Times.


 

The Doors, The Soft Parade, 1969

Na Faradaguła trafiło się z kolei czwarte skrzydło Wrót. The Soft Parade uważa się za najsłabszą płytę zespołu, tym bardziej, że ukazała się w nie za dobrym dla niego okresie. Jim coraz bardziej oddalał się od kolegów – po pierwsze przez alkohol, po drugie przez podszepty Pameli, po trzecie wskutek nieporozumienia o wykorzystanie Light My Fire w reklamie Buicka. Praca nad płytą ciągnęła się miesiącami, w trakcie których jeszcze zawisła nad Morrisonem groźba odpowiedzialności karnej za rzekome obnażenie się w Miami.

Na pierwszych trzech płytach, z inicjatywy Morrisona, zespół podpisywał wszystkie kompozycje zbiorowo, z czego niezadowolony był Krieger, drugi obok Jima główny autor (inna sprawa, że obróbka pierwotnych pomysłów faktycznie była pracą zespołową). Kiedy jednak w otwierającym Soft Parade utworze Tell All The People Morrison miał zaśpiewać wers o „chwytaniu za broń”, wystraszył się kłopotów i zgodził się, żeby Krieger już sobie wziął to autorstwo.

Grupa postanowiła nieco poszerzyć formułę, w nagraniu wzięła więc udział sekcja dęta i smyczkowa. Efektem są napędzane trąbami utwory takie jak wspomniany Tell All The People, lokujący się niedaleko wykonawców w rodzaju Blood, Sweat & Tears i mimo owego wywrotowego wersu, dość konserwatywny jak na The Doors. Mój ulubiony w tej kategorii – i nie tylko mój, skoro to jedyny utwór z The Soft Parade, który się pojawia na składankach hitów – jest Touch Me, typowy przykład pogodniejszego oblicza Doorsów, piosenka miłosna, oczywiście napisana przez Kriegera, wzmocniona dęciakami w zwrotce, a smyczkami i klawesynem w refrenie. Wyskakuje też regularne solo saksofonowe Curtisa Amy’ego. Dla odmiany Wishful Sinful podparty jest partią smyczków i zawiera solo na rożku angielskim. Te trzy utwory nagrane zostały z myślą o singlach, jeszcze na kilka miesięcy przed albumem. Do It ma tytuł mało charakterystyczny i samo brzmi też średnio na jeża, zaś w Running Blue wyróżniają się bluegrassowo-irlandzkie fragmenty ze śpiewem Kriegera (wybitnym wokalistą ci on nie jest).

Mroczniejsze oblicze The Doors reprezentują dwa utwory, mówiąc bez ogródek, szamańskie – Shaman’s Blues oraz Wild Child. Oba oparte na bluesowych riffach i oba napisane, rzecz jasna, przez Morrisona. Płytę tradycyjnie kończy dłuższa forma – The Soft Parade. Rozpoczyna ją rozdzierająca recytacja Petition the Lord with Prayer, którą znałem już wcześniej z płyty koncertowej. Później następuje nastrojowy fragment z akompaniamentem klawesynu, przyspieszenie jakby w rytmie funky… Jest to, krótko mówiąc, kilkuczęściowa suita, ale nie dorównuje The End czy When the Music’s Over, jest po prostu za bardzo… soft.

Do reedycji z okazji 40-lecia dołączono kilka bonusów: bluesa Who Scared You, dwa podejścia do cyrkowo-galerniczego Whiskey, Mystica and Men, jam Push Push na motywach latynoskich oraz dwa ścinki z nagrywania Touch Me.



Elvis Costello and The Attractions, Imperial Bedroom, 1983

Drugim najsłynniejszym Elvisem po Presleyu jest artysta brytyjski pochodzenia irlandzkiego, kojarzony ze sceną new wave. Udało mi się znaleźć za jedyne 5 zł jego siódmy album studyjny.

Początkowe utwory utrzymane są w konwencji nowej fali, przy tym niezbyt czadowe. Beyond Belief z „roztargnioną” partią wokalną na tle nerwowego rytmu budzi skojarzenie z ówczesnym brytyjskim przestrzennym rockiem a la U2. Dalej repertuar wykracza poza zwyczajne rockowe aranżacje. Była to częściowo zasługa producenta Geoffa Emericka, wcześniej inżyniera na najambitniejszych płytach Beatlesów. W nagranie miał też wkład George Martin (nie mylić z George R.R. Martinem), który m.in. weryfikował partie orkiestrowe napisane przez klawiszowca The Attractions, Steve’a Nieve’a. Orkiestra w …And in Every Home, przykładowo ewidentnie nawiązuje do orkiestracji na płytach The Beatles.

Sięga więc Costello po swingujące ballady oparte na fortepianie: The Long Honeymoon i Almost Blue. W tym pierwszym słychać ponadto akordeon, na którym – jak wspomina artysta w książeczce – musiał grać w trójkę z kolegami, bo nie mieli z tym doświadczenia. Kid About It to również ballada z fortepianem, ale już mniej swingująca. Man out of Time zaczyna się zmyłkowo ostrą gitarą, po czym przechodzi w stateczny utwór w średnim tempie, z podniosłymi organami (początkowy hałas to pamiątka po pierwotnej aranżacji, muzycy doszli do wniosku, że nikt nie zniesie wysłuchania całej piosenki w takiej wersji). W finałowym Town Cryer wprowadzono partię smyczkową w stylu soulu filadelfijskiego.

Spośród ściśle rockowych najlepiej wypada The Loved Ones, choć i on wzbogacony został figlarnym fortepianem. W Human Hands ornamenty robi dla odmiany sitar. Na promocyjny singiel trafił You Little Fool – ten znów z wykorzystaniem klawikordu.

Do zasadniczego albumu dołączono aż 9 bonusów. Głównie są to wydane wówczas na epce przeróbki piosenek z lat sześćdziesiątych: szybki From Head to Toe Smokeya Robinsona i bardziej stateczna strona B – The World of Broken Hearts Doca Pomusa. Jest też Night Time z wibrafonem i soulowymi śpiewami w tle oraz najciekawszy z nich wszystkich Really Mystified z repertuaru The Merseybeats. Poza tym bonusy zawierają parę demówek. Trzy z nich, w tym dynamiczny I Turned Around oraz oparty na potężnie brzmiącym fortepianie Seconds of Pleasure, Costello wysłał później Fridzie Lyngstad do wykorzystania na jej solowym albumie, ale nic z tego nie wyszło. Ostatni jest Imperial Bedroom – utwór tytułowy, który nie został zamieszczony w zasadniczym repertuarze płyty. Costello nie lubił mieć na płycie piosenki tytułowej, bo uważał, że ludzie będą przywiązywać do niej niepotrzebnie większą wagę niż do reszty.



Elvis Costello, The Man (The Best of Elvis Costello), 1985

Znalazłem również składankę największych hitów Drugiego Elvisa. Kompilacja ukazała się, gdy miał on na koncie już dziewięć albumów, i zawiera wybór z nich oraz parę utworów czysto singlowych. The Man to wersja brytyjska, nieco się różniąca od tej dla reszty świata, zatytułowanej po prostu The Best of Elvis Costello. Płytę omawianą powyżej reprezentuje tylko Beyond Belief.

Ogólnie rzecz biorąc, są to przebojowe piosenki nawiązujące do muzyki lat sześćdziesiątych, w klimacie charakterystycznym – vide Olivers Army (o Irlandii Północnej) czy Clubland. Czasem zresztą pochodzą one po prostu z lat sześćdziesiątych – mowa o I Can’t Stand Up (for Falling Down), przeróbce hitu duetu Sam & Dave z 1967. Pojawiają się wyraźne wpływy soulowe, jako to w Alison, High Fidelity albo Everyday I Write the Book. Bardziej wyciszony jest Pills & Soap z klaskaniem i odlatującym w dysonanse fortepianem czy wręcz nazbyt słodki Good Year for the Roses (zresztą kolejna przeróbka starszego hitu, dla odmiany z dziedziny country). Wybija się też New Amsterdam dzięki rytmowi walca i gęstemu biciu gitary akustycznej. Dla odmiany do new romantic – za sprawą udziału syntezatora – zbliża się wyznaczony do promocji składanki Green Shirt, z pozoru spokojny, a wymierzony w skrajną prawicę.

Szkoda, że zabrakło mojego prawie ulubionego (What’s So Funny ‘Bout) Peace, Love and Understanding, który znalazł się na alternatywnym wydaniu składanki. W zamian w tej wersji pojawia się mój przede wszystkim ulubiony (I Don’t Want to Go to) Chelsea – o nieco karaibskim rytmie, z ponurym motywem gitarowym zapożyczonym później, jak się zdaje, przez T.Love, i to nawet dwukrotnie (Outsider, S.O.S. Ska). Reggae reprezentuje też Watching the Detectives. Płytę kończy natomiast jazzujący Shipbuilding, komentarz do wojny na Falklandach z udziałem Cheta Bakera na trąbce.


 

Stiff Little Fingers, Inflammable Material, 1979

Punkowcy z Irlandii Północnej mieli zasadniczo więcej powodów do wścieku niż ich koledzy z Wielkiej Brytanii. Debiutancka płyta SLF ma charakter dość jednorodny: dynamiczne, ostre, surowo wyprodukowane piosenki zaśpiewane zachrypniętym głosem Jake’a Burnsa. Materiał jest względnie, acz nienachalnie melodyjny, gdzieniegdzie pojawiają się proste solówki. Wyróżniają się singlowe Suspect Device i Alternative Ulster oraz trochę clashowaty Barbed Wire Love przełamany wstawką słodkiego doo-wopu rodem z lat pięćdziesiątych.

Repertuar autorski uzupełnia przeróbka Johnny Was Boba Marleya, „zirlandyzowana” tekstowo i rozpoczęta wojskowym werblem – trwa koło ośmiu minut, a prawie zupełnie zatarł się jej regałowy rodowód. Odbiega też od ogółu zaśpiewany spokojnie, ale oparty na uporczywym, „mechanicznym” ostinato antyrasistowski Closed Groove.



Stiff Little Fingers, Hanx!, 1980

Przy okazji złapałem także koncertowe nagranie Sztiwnych Palcy. Płyta Hanx! ukazała się już po wydaniu drugiego albumu, z przeznaczeniem na rynek amerykański jako swoiste wprowadzenie dla tamtejszych słuchaczy.

Spośród 11 utworów 5 dubluje się z repertuarem Inflammable Material, czemu trudno się dziwić; w tym Johnny Was rozciągnięty został do 10 minut. Pozostałe utwory nie odbiegają stylistycznie, a chyba nawet są ciut bardziej melodyjne. W Fly the Flag zwraca uwagę solo gitarowe z cytatem z Rule Britannia. Tytułowe Hanx! to po prostu Thanks!, które w trakcie koncertu wykrzykuje Burns po niektórych utworach.


 

The Levellers, Zeitgeist, 1995

Ta folkpunkowa banda ze skrzypkiem w składzie pojawiała się tu już dwa razy. Zeitgeist to ich późniejsza płyta i przyznaję, że podoba mi się mniej niż tamte, przynajmniej przy pierwszych przesłuchaniach. Co prawda jest lepiej wyprodukowana.

Dlaczego podoba mi się mniej? Pewnie ze względu na otwieracz. Hope St. Choć rozpoczęty ciężkim gitarowo-skrzypcowym walcowaniem, w sumie jest łagodny, wręcz balladowy – a zbyt łagodny pierwszy utwór może zniechęcić do całej płyty. Prawdziwą energię słychać dopiero w The Fear – to już coś bardziej podobnego do wcześniejszej twórczości grupy.

Porządną balladą z folkowymi naleciałościami jest Maid of the River. Saturday to Sunday zaczyna się nastrojowo jak pieśń angielskiego barda robotniczego, a potem nabiera punkowej niemal dynamiki. Podobnie Forgotten Ground ze wstępu zdominowanego przez skrzypce i mandolinę startuje do szybkiego tempa, a Jon Sevink wygrywa reelowate melodie. Folkpunk z prawdziwego zdarzenia reprezentuje wściekły 4 am, zaś Fantasy jest w dodatku na tyle melodyjny, że jako jedyny zwrócił moją uwagę już od pierwszego przesłuchania.  

Prawda, że w drugiej połowie płyty nastrój trochę siada: powolny, złowieszczy P.C. Keen się dłuży, a Just the One to utwór całkiem akustyczny, najbardziej folkowy i przy tym najkrótszy. Poprawia się pod koniec za sprawą kolejnej dynamicznej gonitwy Leave This Town oraz finałowego Men-an-Tol w średnim tempie. Ogólnie jednak płyta zawiera mniej ciekawych melodii niż poprzednie.

 

The Black Crowes, By Your Side, 1998

Kolejny zespół z braćmi w składzie – Chrisem i Richem Robinsonami – pod koniec lat osiemdziesiątych dał się poznać jako reprezentant klasycznego hard rocka z południa USA, zupełnie niepoddającego się bieżącym modom muzycznym. Z czasem aprobatę okazał grupie sam Jimmy Page, nagrywając razem z nią album koncertowy z przeróbkami Led Zeppelin.

By Your Side, piąta studyjna płyta grupy, uchodzi za jedno z jej największych osiągnięć, chociaż ukazał się po kryzysie personalnym – odeszli dwaj kluczowi członkowie, gitarzysta Marc Ford i basista Johnny Colt. Zespół porusza się sprawnie w paradygmacie wytyczonym przed laty np. przez Lynyrd Skynyrd: dynamiczne rytmy, rhythmandbluesowy wokal, gitara slide… Czasem pojawiają się stylowe żeńskie chórki (np. w utworze tytułowym czy cięższym, zeppelinowatym HorseHead). Dość przebojowo brzmi wzbogacony dęciakami Only a Fool, natomiast Heavy wcale nie jest jakiś bardzo ciężki. Rolę ballady pełni Welcome to the Goodtimes. Szczególną uwagę zwróciłem na Diamond Ring, oparty na znanej, melodyjnej progresji i brzmiący dość lekko.

 

Kat & Roman Kostrzewski, 666, 2015

W roku 2004 konflikt pomiędzy wokalistą Romanem Kostrzewskim a gitarzystą Piotrem Luczykiem doprowadził do rozpadu zespołu Kat na dwa. „Luczyfer” zachował oryginalną nazwę i logo, lecz z kolejnymi wokalistami realizował coraz bardziej sztampowe albumy heavymetalowe. O oryginalności Kata decydował jednak nawiedzony śpiew Kostrzewskiego i jego teksty, utrzymane w makabryczno-erotyczno-neomłodopolskiej stylistyce. Nic więc dziwnego, że to po stronie zespołu Kostrzewskiego znalazły się sympatie fanów i szybko pojawiło się hasło „Nie ma Kata bez Romana”.

Płyta, o której mowa, nie jest jednak premierowym materiałem, lecz remakiem debiutu Kata z 1986 r. (powstała również wtedy wersja anglojęzyczna pod tytułem Metal & Hell). Oryginalna wersja 666 należy wprawdzie do klasyki polskiego metalu, ale jej produkcja jest… specyficzna, mimo zaangażowania zagranicznego fachowca. Dotyczy to przede wszystkim śpiewu Kostrzewskiego, który brzmi, jakby wydobywał się ze studni. Fani domagali się więc od dawna nagrania albumu na nowo, zgodnie ze współczesnymi standardami dźwięku. Nie jestem przywiązany do oryginału, więc nad wartość sentymentalną przedkładam tu czytelność.

Ze starego Kata u boku Kostrzewskiego pozostał perkusista Ireneusz Loth. Repertuar jest taki sam jak na debiucie: kompozycje o odpowiednio niesamowitej atmosferze, na ogół thrashmetalowe, czyli rozpędzone (Metal i piekło, Morderca), jest też coś w średnim tempie (Masz mnie wampirze). Można narzekać na niedostatek atrakcyjnych melodii, tym bardziej, że Kostrzewski czasami zbliża się do melorecytacji, a rzadko kiedy używa rymów. Raz zawodzi jak potępieniec, raz głęboko grzmi, raz wydaje z siebie nieludzki wrzask. Solówki gitarowe brzmią dość zajmująco, chociaż nie wiem, ile w nich wzorca Luczyka, a ile inwencji nowego wiosłowego – w każdym razie w Masz mnie wampirze zachowany został cytat z Moniuszkowskiej Prząśniczki.

Najbardziej melodyjny, wręcz porywający jest Diabelski dom cz. I. Na „stronie B” albumu znajduje się jeszcze Diabelski dom cz. III, oparty na z grubsza podobnym riffie. A gdzie część II? Na Oddechu wymarłych światów, trzecim albumie Kata. Poza tym najlepsze fragmenty to nawiązujące do tradycji NWOBHM Noce Szatana i finałowe Czarne zastępy z jedną z najlepszych solówek oraz monumentalna pieśń o Abbadonie, Czas zemsty. Na ile satanistyczne deklaracje Kostrzewskiego były wyrazem jego autentycznych poglądów życiowych, to temat na oddzielną dyskusję, ale dojrzały słuchacz wie, że piosenki niekoniecznie należy traktować jako instruktaż.

Szkoda, że przy okazji nie dorzucili bonusu w postaci nowej wersji Ostatniego taboru, który w latach 80. wyszedł tylko na singlu.

 

Yes, Going for the One, 1977

Na swoim ósmym albumie studyjnym grupa Yes jeszcze się nie poddała Wielkiemu Konformizmowi Rockowemu, choć epoka już skłaniała do tego. Do zespołu powrócił po przerwie czarodziej klawiatury Rick Wakeman.

Co prawda na albumie znalazło się pięć utworów, podczas gdy na poprzednich miewali po trzy (albo cztery na dwupłytowym), więc można powiedzieć, że faktycznie uprościli kompozycje. Znakiem nowych czasów była też zmiana artysty okładkowego: zamiast oniryczno-fantastycznych krajobrazów Rogera Deana pojawił się surrealistyczny fotomontaż z gołym tyłkiem – bez czytania listy płac znać dzieło agencji Hipgnosis.

Płytę zaczyna dynamiczna zagrywka na gitarze techniką slide, czyli coś niespecjalnie kojarzącego się z twórczością Yes. Steve Howe używa tej techniki również i w solówce utworu tytułowego, a poza tym występują stałe fragmenty: ezoteryczny tekst, wysoki, „anielski” głos Jona Andersona, pod koniec wchodzący w barwne harmonie, i olśniewająca faktura klawiszowa. Wszystko to w pięć i pół minuty, więc niezwykle lapidarnie jak na Yes. Pod osiem minut podchodzi Turn of the Century, ale to z kolei kompozycja łagodna i oniryczna, może nawet aż za bardzo. Bardziej mi się podoba Parallels: niesiony kościelną barwą organów i mocną linią basową Chrisa Squire’a, ma w sobie coś z ducha Siberian Khatru. Wondrous Stories to drugi oniryk, ale ciekawszy niż Turn of the Century, m.in. ze względu na wykorzystanie syntezatora Mooga.

Finałowy, 15-minutowy Awaken rozpoczyna partia fortepianu. Po kolejnym przynudnawym wstępie a la new age zaczyna się wreszcie coś dziać, pojawiają się skomplikowane struktury instrumentalne, gdzieś dalej wyciszenie i koda. Znów słychać kościelne organy – Wakeman wykorzystał na tej płycie instrument z kościoła św. Marcina w Vevey, szwajcarskim mieście, gdzie 61 lat wcześniej zmarł Henryk Sienkiewicz (zespół bazował wówczas w Montreux).

W reedycji dodane zostały bonusy. Są to wersje robocze prawie wszystkich utworów z płyty – przy czym nie ma Wonderous Stories, a wczesna wersja Awaken nazywa się Eastern Numbers. Going for the One występuje na surowo, bez wokalu i klawisza, i generalnie stanowi raczej gitarowy popis Howe’a. Turn of the Century występuje w wersji bardziej gitarowej i ciekawszej niż na albumie. W pozostałych nie pojawiają się organy kościelne, które trafiły do wersji ostatecznych. Poza tym znalazły się krótkie instrumentalne impresje ze Szwajcarii: Montreux’s Theme i Vevey (także z kościoła – duet Wakemana na organach z Andersonem na harfie). Jest też XIX-wieczna pieśń religijna Amazing Grace, zagrana przez Squire’a wyłącznie na basie.



niedziela, 1 listopada 2015

Rockowe Zaduszki 2015



Podobnie jak rok temu, wspominam dziś muzyków, którzy w ciągu ostatniego roku (od poprzedniego 1 listopada) odeszli z tego świata. Wybór dotyczy wyłącznie artystów, których nagrania mam w płytotece. Tym razem wspominam również człowieka, który muzykiem nie będąc, miał na scenę muzyczną ogromny wpływ.


3 grudnia roku 2014 zmarł Ian McLagan, pianista i organista grupy Small Faces. Zespół, zaliczany do nurtu „brytyjskiej inwazji” (debiutowali, tak jak Rolling Stonesi, Animalsi, Manfred Mann czy wielu innych, w 1964 r.), był zakorzeniony w subkulturze modsów. Z czasem Small Faces zaczęli wzbogacać swój beatowo-bluesrockowy styl o elementy wodewilowe, wpływy psychodelii i Hendrixa, a jeszcze później, po zmianie składu, grupa skróciła nazwę do Faces. Muzycy mieli reputację rozrabiaków i przyczynili się walnie do ugruntowania stereotypu rockmanów demolujących hotele. Kiedy zaś jedna z sieci hotelowych wpisała ich na czarną listę, następną razą podawali się np. za Fleetwood Mac, a potem za Grateful Dead, z czego muzycy tych grup nie cieszyli się zbytnio, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego hotel nie chce ich przyjąć. Podobnie jak The Who, (Small) Faces wywarli znaczny wpływ na kształtowanie się zarówno hard rocka, jak i – dekadę później – punk rocka. Ledzeppelinowe Whole Lotta Love nosi pewne znamiona inspiracji smallfacesowym You Need Loving.
Po śmierci McLagana ostatnim żyjącym członkiem Small Faces pozostał perkusista Kenney Jones (efemeryczny następca Keitha Moona w The Who). Gitarzysta/wokalista Steve Marriott zginął w pożarze w 1991 r., sześć lat później na stwardnienie rozsiane zmarł basista Ronnie Lane. Natomiast muzycy, którzy zastąpili Marriotta na etapie Faces, znani skądinąd Rod Stewart i Ronnie Wood, mają się dobrze.




22 grudnia opuścił nas Joe Cocker, obdarzony charakterystycznym głębokim, zachrypniętym głosem, choć pewien zasłużony artysta z Lublina, zwany niekiedy „polskim Cockerem”, twierdził, że w odróżnieniu od niego Cocker w ogóle nie ma głosu. Artysta z Sheffield stał się sławny głównie jako wykonawca kowerów, które interpretował w stylu na tyle własnym, że w jego przypadku korzystanie z cudzego repertuaru nie kłóciło się z oryginalnością. Sławę przyniosło mu wykonanie beatlesowskiego With A Little Help From My Friends na festiwalu w Woodstock. Piosenkę śpiewaną pierwotnie przez Ringo Starra przekształcił w podniosły niemal hymn, który stał się jego największym hitem ever i tytułowym utworem pierwszej Cockera płyty, zawierającej także jego wersję standardu Don't Let Me Be Misunderstood. A potem…  Czowieku, ile tego było.




20 stycznia zmarł Edgar Froese, niemiecki muzyk urodzony w Tylży w Prusach Wschodnich. Od początku lat 70. był liderem grupy Tangerine Dream, w której podwalał podwaliny pod niemiecką scenę muzyki elektronicznej, obok takich klasyków jak Kraftwerk czy Klaus Schulze – który zresztą grał w Tangerine Dream w początkach kariery, na debiutanckim albumie Electronic Meditation, wbrew tytułowi nie elektronicznym jeszcze, a kakofonicznie krautrockowym. W roli lidera tejże grupy Froese dał światu ponad 100 albumów, a polskiej muzyce rozrywkowej – wyrażenie „mandarynkowy sen”, którym męczą nas artyści od Edyty Bartosiewicz do, nomen  omen, Mandaryny. Od lat 90. stałym członkiem zespołu był również jego syn, Jerome Froese. Tworząc elektroniczną muzykę instrumentalną, nie stronił jednak Froese i od wykorzystania gitar, a nawet przytrafił mu się album ze śpiewem, o którym zresztą już pisałem. Przypomnę, że w czasach, gdy zachodni wykonawcy wyjątkowo rzadko do nas trafiali, Tangerine Dream, parę dni po moich narodzinach, nie tylko dali koncert na Torwarze, ale jeszcze wydali go potem na płycie. W tej muzyce się czuje, że było tego dnia zimno.



12 lutego zmarł Sam Houston Andrew III, w skrócie po prostu Sam Andrew, jeden z członków zespołu Big Brother and the Holding Company, którego wokalistką była Janis Joplin. Na komiksowej okładce płyty Cheap Thrills, zaprojektowanej przez sławnego Roberta Crumba, przedstawiony jest jako ulubieniec dziewcząt. Na tymże albumie śpiewał również pierwszoplanowe partie w dwóch utworach. Choć o muzykach Big Brother and the Holding Company mówi się powszechnie, że pod względem technicznym nie byli godni wiązać Janis sznurówek, jednak ja lubię taką roziskrzoną prowizorkę. Sama Janis Joplin, jak powszechnie wiadomo, zmarła w 1970 r. w wieku 27 lat, co doprowadziło do ukształtowania się mitu o „klubie 27”, tak jakby ludzie w innych branżach niż muzyczna nie umierali w takim wieku.
Aż dwa kawałki, żaden z Andrew w roli głównej.



16 marca, po długich zmaganiach z rakiem i AIDS, zmarł basista Andy Fraser, znany przede wszystkim jako członek grupy Free. Syn Gujańczyka, przezywany „czarnuchem” na podwórku, a „tym dziwnym białym dzieciakiem” w karaibskich klubach muzycznych, w momencie debiutu nagraniowego miał zaledwie szesnaście lat, niewiele zresztą mniej niż koledzy z Free. Tak jak oni, był już jednak doświadczony w graniu na żywo – terminował m.in. u Alexisa Kornera i Johna Mayalla. Już na debiucie Free, Tons of Sobs, dawał czadu jak należy. Choć pozostawał w cieniu wokalisty Paula Rodgersa i gitarzysty Paula Kossoffa (przedwcześnie zmarłego w 1976 r.), był on wszelako jednym z tych basistów, którzy pozostają schowani w tle, pozostawiając kolegom rolę gwiazd, ale trzymają wszystko pod kontrolą. Miał spory wpływ na kształtowanie się repertuaru i był współautorem największego hitu grupy, All Right Now.
Fraser i tym razem poza centrum uwagi.



3 kwietnia w wypadku samochodowym zginął Bob Burns, perkusista pierwszego składu grupy Lynyrd Skynyrd, będącej uosobieniem southern rocka. Kapela, której nazwa, zdaniem jednej znajomej, kojarzy się z „gotycką norweską jaszczurką”, należy do zespołów szczególnie surowo potraktowanych przez los. Jej kariera uległa tragicznemu załamaniu w 1977 r., kiedy w wypadku lotniczym zginęli wokalista Ronnie Van Zandt, gitarzysta Steve Gaines i jego siostra, backwokalistka Cassie Gaines, a pozostali członkowie zespołu odnieśli poważne obrażenia. W latach 80. gitarzysta Allen Collins został sparaliżowany po wypadku drogowym. Gdy Lynyrd reaktywował się z Johnnym Van Zandtem, bratem Ronniego, przy mikrofonie, Collins miał pełnić funkcję kierownika muzycznego, ale w 1990 r. zmarł na zapalenie płuc. Już w XXI wieku grono żywych opuścili basista Leon Wilkeson (2001) i klawiszowiec Billy Powell (2008). Mimo to zespół, pod kierownictwem „ostatniego konfederata” Gary’ego Rossingtona, gra do dzisiaj.
Bob Burns nie był już świadkiem tych wszystkich dramatycznych wydarzeń, odszedł bowiem z zespołu w 1974 r., zastąpiony przez Artimusa Pyle’a (żyje dotychczas, ale już nie jest w zespole). Jednak to właśnie Burns bębnił na dwóch pierwszych, najklasyczniejszych albumach Lynyrd Skynyrd.
Wiązanka trzech utworów.



27 czerwca zmarł Chris Squire, basista zespołu Yes. Zamiłowanie do długich kąpieli dało mu ksywkę „Fish”, którą później zapożyczył od niego niejaki Derek William Dick, wokalista Marillion. Również popisowy utwór Squire’a nosił tytuł The Fish (Schindleria praematurus). Jak przystało na członka zespołu tworzącego długaśne, wielowątkowe utwory, nierzadko niemożliwe do zapamiętania, instrumentalistą był bardzo uzdolnionym (weźmy choćby mój ulubiony Siberian Khatru z basowo-klawesynowym duetem o wyraźnie barokowych cechach…) Grupa przeżyła wiele zmian składu – Squire jako jedyny dotąd przetrwał wszystkie, nie wyłączając lat 80., kiedy to Yes zszedł ze ścieżki progresywno-symfonicznej na autostradę syntetycznego poprocka i nawet niezwykle charakterystycznego wokalisty Jona Andersona na moment zabrakło (w XXI w. Anderson odszedł z powodów zdrowotnych i od tej pory ma już drugiego następcę).



4 maja zmarł perkusista Józef Hajdasz, obecny przy ewolucji rasowego rocka w Polsce. Grał on bowiem w latach 60. w rzeszowskiej kapeli Blackout, znanej z tworzenia na polskim gruncie protest songów przeciw wojnie wietnamskiej. Potem Blackout pod bardziej profesjonalnym kierownictwem wypłynął na szersze wody jako Breakout. Hajdasz uczestniczył w powstawaniu pierwszych albumów grupy, przełomowych dla polskiej muzyki rozrywkowej, zarówno tych ze zmarłą 10 lat temu Mirą Kubasińską (Na drugim brzegu tęczy), jak i bez niej, z Tadeuszem Nalepą (zm. 2007) przejmującym obowiązki wokalne (Blues). Jego synem jest Artur „Psychodruma” Hajdasz, też perkusista, znany z Homo Twista i Püdelsów.

Do przemiany Blackoutu w Breakout nie doszłoby, gdyby nie zmarły 3 października Franciszek Walicki, który nie był wprawdzie muzykiem, ale wywarł ogromny wpływ na rozwój polskiego rocka. Człowiek o barwnym życiorysie – był w przeszłości oficerem marynarki wojennej, uhonorowany został tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata – nie bez przyczyny nazywany jest „ojcem chrzestnym big beatu”, on to bowiem wymyślił to określenie, gdy władza zabroniła „rock and rolla”. Był również spirytusem mowensem całej myngi inicjatyw z kręgu muzyki jazzowej i rozrywkowej, jak pierwsza polska dyskoteka „Musicorama”, otwarta w Sopocie w 1970 r., której pierwszym prezenterem był Piotr Kaczkowski. Przede wszystkim jednak odkrył wielu późniejszych klasyków. Byli wśród nich Niebiesko-Czarni, którzy sami w sobie stali się wylęgarnią talentów – ot, taki choćby Czesław Wydrzycki, później znany jako Niemen. Był wspominany już Breakout, z którym Walicki pojechał do Holandii, gdzie zespół hartował swe umiejętności i kupował profesjonalne instrumenty, i był Józef Skrzek z kolegami, czyli SBB. Walicki pisywał też pod pseudonimem Jacek Grań teksty dla swoich podopiecznych. Pierwszy raz zobaczyłem go w transmisji z jubileuszowego festiwalu opolskiego w 1998 roku, gdzie otrzymał nagrodę za całokształt dokonań, ale ważniak, który mu ją wręczał, srogo się machnął, nazywając działacza „Feliksem Wasilewskim”.




piątek, 27 grudnia 2013

Miało być o świętach, a jest o muzyce


      Niniejszy wpis miał stanowić zbiór refleksji poświątecznych, ale tak jakoś wyszło, że dotyczy głównie muzyki. Ale nie wyłącznie.
Choinkę ubrałem już we czwartek przed świętami, ponieważ w sobotę miała posłużyć do fotosesji. Od lat używam choinki sztucznej, zamiast co roku wspierać biznes ścinania drzew. Jednakże w zeszłym roku dostałem zupełnie nową, o bardzo długich igłach, które znacznie utrudniają wieszanie bombek. Jeżeli chodzi o technologię, muszę stwierdzić wyższość haczyków zrobionych ze spinaczy biurowych nad nitkami (czy to fabrycznymi, czy zawiązanymi na bombce w poprzednich latach). Bombkę na nitce można naciągnąć jedynie na koniec gałązki – najdalej do pierwszego rozgałęzienia – i to z trudem, jeżeli igły są rzeczywiście długie. Ewentualnie można by wiązać bombki od razu na drzewku, ale tak naprawdę – komu by się chciało? Natomiast spinacz da się zapiąć w dowolnym miejscu gałęzi, nawet przy samym pniu, a potem równie łatwo odpiąć i wykorzystać w następnym roku (podczas gdy nitki czasami jednak trzeba ciąć). Moją pracą rządziła prócz tego zasada: bombki z deseniem albo o nietypowych kształtach – na zewnątrz, monochromatyczne – do środka, aby odbijały światło lampek (również podświetlających choinkę od wewnątrz).
Krasnoludek z Przyrowa, zwany także Miętusem -
- na świątecznym posterunku od jakiegoś ćwierć wieku!

Przy ubieraniu słuchałem Red King Crimson. Uderzyło mnie podobieństwo tej płyty, pod względem struktury, do mojej ukochanej In the Court of the Crimson King („Na zamku rumianego króla”, jak pisano na łamach „Jazzu” w 1969 roku). No więc tak: 1) ostre, hardrockowe wręcz otwarcie (21st Century Schizoid Man/Red), 2) coś łagodniejszego (I Talk to the Wind/Fallen Angel), 3) coś podniosłego (Epitaph/One More Red Nightmare), 4) free-eksperymenty (Moonchild/Providence) i 5) majestatyczny finał (The Court of the Crimson King/Starless). Co prawda w punktach 3) i 5) następuje wariacja, bo One More Red Nightmare to bardziej riffowa, „hard-crimsonowa” jazda, ale za to Starless o wiele bardziej przypomina Epitaph. Biorąc pod uwagę, że Red miała to być ostatnia płyta Crimso, powstaje znakomita klamra.
A że zespół później się jednak reaktywował? To przeca z początku nie miał być King Crimson, lecz zupełnie nowa grupa pod nazwą Discipline. Od dawna jestem zdania (które wyartykułowałem kiedyś w offtopie dyskusji na blogu najsławniejszego polskiego lemologa i nawet znalazł się interlokutor skłonny do polemiki, ale ów offtop się nie rozwinął z lęku przed plonkownicą), że King Crimson to nie był jeden zespół, lecz co najmniej trzy (jeżeli liczyć okres 1969-1974 jako jeden), połączone jedynie osobą Roberta Frippa i pewną ogólną filozofią grania (acz ewoluującą ciągle). Kiedy posłuchałem po raz kolejny Red w całości, dotarło do mnie, że Crimso reaktywowany w latach 90. (VROOOM! THRAK! B’BOOM!) jest w większym stopniu kontynuacją tamtego zespołu niż nowofalowo-afrykanizującego King Crimson z lat 80., choć pod względem personalnym zawiera w sobie cały (lub prawie cały, w zależności od płyty) skład ejtisowy.
Z nieco innej parafii muzycznej: przed świętami widziałem na TVP Kultura program o Nevermind Nirvany. Naszła mnie refleksja, że przeca te piosenki w bardzo dużym stopniu opierały się na melodyjnych liniach basu (tak, moje prywatne zboczenie muzyczne), więc jak to możliwe, że z dwóch żyjących kolegów Cobaina Krist Novoselic jest prawie zupełnie zapomniany i właściwie nie zrobił, w odróżnieniu od Dave’a Grohla, żadnej konkretnej kariery?
Pod choinką 80% prezentów stanowiły płyty komptakowe. Najnowsza z nich to tegoroczna Piersi i Przyjaciele 2. Po przebojowym singlu Bałkanica (nawet autokorekta poprawia na „Bałwanica”) spodziewałem się klimatów biesiadno-rockowych ze sporym elementem przaśności. Nie pomyliłem się, ale ku mojemu zaskoczeniu całość owej płyty, pierwszego dzieła Piersi bez Kukiza, okazała się całkiem zjadliwa, o ile, rzecz jasna, akceptuje się tę ludowo-ludyczną konwencję. Teksty również opowiadają o problemach nieobcych mieszkańcom małych miejscowości: narzekanie na rząd, przechwałki prowincjonalnego lowelasa, nepotyzm w urzędach, heroikomizm Ochotniczej Straży Pożarnej etc. etc. Do tytułowych „przyjaciół” należą: Andrzej Nowak (ten z TSA, nie ten z IPN), bracia Golcowie (współpracowali z grupą jeszcze w czasach Kukiza), Trebunie-Tutki (nie „Trybunie”, droga autokorekto!) oraz Jacek „Dżej Dżej” Jędrzejak (bycie frontmanem zepsołu przez swą nazwę notorycznie z Pierśmi mylonego zobowiązuje). Co prawda 2-3 ostatnie kawałki mogli se darować, a obrazki w książeczce wykonał jakiś epigon Czeczota, ale i tak jest lepiej, niż myślałem. Ludzie w internetach narzekają, że Piersi bez Kukiza to już byle co, zespół biesiadny. Ta, jasne. Tak jakby sam Kukiz w wywiadach nie wyrażał swojej sympatii dla odbiorców „z miejscowości poniżej 10 tys. mieszkańców” i jakby Całuj mnie nigdy nie grano na żadnym weselu.
Co tam jeszcze było? Big Generator (1987), dla niektórych absolutny nadir dna upadku grupy Yes, bo zamiast wielominutowych i wielowątkowych, niemożliwych do zapamiętania suit progresywnych otrzymali kontynuację hitowego 90125, jeszcze bardziej plastykową, zamerykanizowaną itp. Ale ja lubię ten album, bo jeszcze w liceum miałem na kasecie; a już w szczególności Love Will Find a Way.
Numer trzy: Cyclone (1978) – jedna z nielicznych płyt Tangerine Dream ze śpiewem. Głos daje Steve Jolliffe, ex-Steamhammer, są też żywe instrumenty (gitary, flety i chyba perkusja), dzięki czemu nagrania wpadają w progresywę i odbiegają trochę od zwykłej bezdusznej elektroniki. Płyta ma szansę stać się podkładem muzycznym do pracy, podobnie jak stała się nim późniejsza, o wiele bardziej ortodoksyjnie elektroniczna koncertówka Poland. Zarejestrowano ją na Torwarze kilka dni po moim urodzeniu. Było wówczas ponoć tak zimno, że techniczni musieli podawać zespołowi gorące czajniki do ogrzewania rąk.
Poza tym coś stosunkowo nowego – Aha Shake Heartbreak (2004) Kings of Leon. Po pierwszych dwóch przesłuchaniach trochę mnie rozczarowało, bo słyszałem kiedyś fragmenty ich płyty w Radiu Kraków, a teraz rzeczywistość nie dorównała stanowi, który zapamiętałem.  Po trzecim było już lepiej, więc widocznie czterej Followillowie (bracia i ich kuzyn) mają coś wspólnego z Megadeth, a mianowicie są to wykonawcy, w których trzeba się wsłuchać.
No i „na kuniec programu” – A New World Record (1976), czyli całkiem równa płyta popularnych „Elektryków”, czyli zespołu Electric Light Orchestra. Na tych z kolei w liceum cokolwiek kręciłem nosem, uważając ich za niedostatecznie tró (ten flirt z disco, szczególnie odczuwalny na płycie, nomen omen, Discovery), a dopiero na studiach się przekonałem. Jeff Lynne wielkim songwriterem jest, a i skład wzmocniony skrzypcyma i dwiema wiolonczelami to nie byle co.
Co słychać poza płytami? W „pierwsze święto” (jak mawiają na południowych kresach woj. łódzkiego) proboszcz w kościele narzekał, że przedstawiciele władz i mediów życzą Polakom wesołych, spokojnych, radosnych, rodzinnych świąt, a w ogóle nie wspominają o B-gu. Cóż, widocznie spełniła się przepowiednia z jego wielkanocnego kazania i Chrystus nie zmartwychwstał „dla tych, którzy chcą zmusić ludzi, żeby pracowali aż do śmierci”… (Jakby którykolwiek z apostołów poszedł na emeryturę… :P) Miał też miejsce chrzest kilku niemowiąt i muszę przyznać, że tak położonego wykonania „Com przyrzekł B-gu przy chrzcie raz…”, jeszcze dotąd nie słyszałem. Organista musiał być mocno zmęczony po pasterce, bo aż zęby bolały, jak robił „obejścia” w niższych rejestrach. Jadąc zaś z kościoła na obiad, widziałem starego nissana, który był cały połatany taśmą klejącą.
W noc po świętach śniło mi się, że byłem w kryminale. Nie, nie w więzieniu – w powieści kryminalnej albo w filmie. Jeden z tych snów, w których trudno sprecyzować, czy się dane dzieło czyta/ogląda, czy też uczestniczy. Byłem mianowicie gościem w dworze angielskiego lorda. Mieszkał tam panicz o wyglądzie młodego Romualda Traugutta, a z jego pulchną blond żoną ewidentnie było coś nie w porzo. Z biegiem czasu coraz dobitniej sobie uświadamiałem, że to ona jest morderczynią. Zacząłem więc panikować, co będzie, jeżeli mnie zobaczy, bo nie ma pewności, że ona nie wie, że ja wiem. Zadzwoniłem po radę do kolegi z Legii Cudzoziemskiej. Nie mógł pomóc w sposób bezpośredni, bo akurat był w Dżibuti (tak też mi się pokazało na wyświetlaczu – „Dżibuti”), ale zachowywał wyjątkowy optymizm. Widocznie już po tym, jak się obudziłem, lordzina-zbrodniarka została zdemaskowana i aresztowana.
Grudzień sprzyja porządkom.