Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Węgry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Węgry. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 stycznia 2025

Słowacki odwrót i węgierskie życie rodzinne (z frontu czytelniczego, cz. 9 i podsumowanie roczne)

 

Mój przerób książkowy w roku 2024 był prawie tak dobry jak w 2023. Przy normie 15 książek przeczytałem 31 (o 2 mniej niż poprzednio), czyli wykonałem 206% planu; takim obrazem mogę właściwie dać sobie spokój z utrzymywaniem normy. Średnio oznacza to 2,6 książki miesięcznie (nie licząc tych, które musiałem przeczytać ze względów zawodowych). Kolejny rok nie udało mi się sięgnąć do Pieśni lodu i ognia ani powrócić do tematyki chińskiej.

·         Tradycyjnie dominowały szeroko pojęte opracowania historyczne – 21 książek (68%). Znalazło się wśród nich 5 pozycji z serii Historyczne bitwy oraz 3 z kieszonkowej serii artystycznej wydawnictwa Arkady. Biografie były 4, w tym 2 Stalina, a 2 pozostałe – osób zmarłych już w XXI wieku. Do tego trafił się 1 reportaż historyczny (o Ricie Gorgonowej). 9 książek (29% całości, w tym wszystkie habełki) dotyczyło starożytności, 3 – średniowiecza (a konkretnie państwa Zakonu Krzyżackiego), 7 – XX wieku.

·         Na literaturę faktu przypadło 5 pozycji (16%), przy czym biografie stosunkowo współczesne i reportaż o Gorgonowej zaliczają się trochę do historii. Pozostałe dwie książki z tej dziedziny to wspomnienia artystek muzycznych.

·         Literaturę piękną reprezentowało 10 pozycji  (32%). Z tego największą grupę stanowiły powieści (8 = 26% całości), prócz tego pojawił się 1 epos heroiczny i 1 zbiór opowiadań (z utworem na tyle długim, że można go uznać za minipowieść). 4 książki dotyczyły II wojny światowej, 3 – chłopów (Wędrujące buciory Penttiego Haanpää zaliczają się do obydwu kategorii).

·         Wszystkie książki czytałem w języku polskim. Dla 17 z nich (55%) był to język oryginalny. Spośród tłumaczeń 6 (19%) pochodziło z języka angielskiego, z czego 4 z Wielkiej Brytanii, 1 z Irlandii i 1 z USA. Ponadto pojawiły się przekłady z języków: węgierskiego (3), fińskiego, włoskiego (po 2), słowackiego i gruzińskiego (po 1). Tematyki chińskiej tym razem nie reprezentowało nic.

·         Najstarszą pozycją był Witeź w tygrysiej skórze, powstały w 1180 r., chociaż ja czytałem go w XX-wiecznym opracowaniu z 1960 (ale w wydaniu z 1978). Najnowsza była Kora. Się żyje Katarzyny Kubisiowskiej, wydana w roku 2023.

·         Przeczytałem łącznie 9613 stron (w stosownych przypadkach z bibliografiami, ale bez indeksów). Najcieńszy pod względem samego tekstu był Lidzbark Warmiński Andrzeja Rzempołucha (56 stron), ale za to z dużą ilością zdjęć. Najgrubszy był Stalin. Dwór czerwonego cara Simona Sebaga Montefiore – 759 stron. Najwięcej książek, bo aż 13, należało do przedziału objętości 200-300 stron.

·         Najbardziej podobały mi się: Żołnierz nieznany Väinö Linny, Gloryfikacja Józsefa Kántora Jánosa Kodolányiego i dyptyk Montefiorego o Stalinie. Największą gugułą była Kora Kubisiowskiej – nie dość, że nieznośna stylistycznie, to jeszcze autorka musiała przepraszać niektóre opisane osoby za swoje zbyt śmiałe tezy.

Specjalne wyróżnienie otrzymuje straszny, nieludzki ryk „Jeezus Perkele!” (V. Linna, Żołnierz nieznany) w kategorii „najbardziej epicki okrzyk bojowy w literaturze” (dorównujący niemalże sławnemu „Baruk Khazad! Khazad ai-menu!”)

 

29. Ladislav Ťažký, Amenmaryja. Sami dobrzy żołnierze,
Warszawa 1970, przeł. Edward Madany

Słowacja interesuje mnie od dawna –  młodsza i mniej znana siostra Czech, słowiańskie Węgry, górale jakby nasi, ale nie do końca, kraj naddunajski, kraj Janosika, kraj, w którym faceci w ramach stroju ludowego nosili koszule odsłaniające brzuch (za to z długim rękawem) i nikogo to nie dziwiło. Szczególnie zaś swego czasu zaciekawiła mnie historia tego kraju w II wojnie światowej. Kraj słowiański, który stał się faszystowską dyktaturą i sojusznikiem Hiltera, a w dodatku jego prezydentem był ksiądz… Zastanawiało mnie też, jak do tych mrocznych lat odnoszono się za czasów komunistycznych.

Z posłowia do Żołnierza nieznanego Väinö Linny dowiedziałem się o istnieniu powieści Ťažký’ego Amenmaryja, przedstawiającej w krzywym zwierciadle udział wojsk słowackich w wojnie z ZSRR, i niezwłocznie nabyłem ją przez jęternet za ogólną kwotę 14 zł, z czego 10 wynosił koszt przesyłki. Okazało się, że to cegła na 730 stron, w dodatku wydana przez Wydawnictwo MON, więc może być ideologicznie.

Głównym bohaterem jest Matusz Zraz, robotnik leśny znad Czarnego Hronu, służący jako sztabowy kreślarz-kartograf. Poznajemy go jako świeżego rekruta; Po odsłużeniu w bratysławskich koszarach służby zasadniczej nie zostaje jednak zwolniony do cywila, lecz wysłany w stopniu kaprala do słowackiego kontyngentu na Krymie, na tyłach frontu wschodniego. Nie jest więc prawdą, co pisał autor posłowia do Żołnierza nieznanego, że powieść ta przedstawia odwrót słowackiej Dywizji Szybkiej znad Morza Kaspijskiego – bo w momencie, gdy Zraz trafia na front, jest to już przeszłość.

Ciężko przebrnąć przez pierwsze 117 stron. Narracja w pierwszym rozdziale to monolog wewnętrzny głównego bohatera o charakterze strumienia, a raczej górskiego potoku świadomości (np. w początkowej scenie inspekcji generała ciągle mu się nasuwa pytanie: „czy wiedzą panowie, ile waży pniak?”) Przy zastosowanej technice trudno czasem się zorientować, czy on to myśli, czy faktycznie mówi; czy wyobraża sobie, że coś się zaraz stanie, czy to się właśnie dzieje, czy już się stało. Przeskoki czasowe między wydarzeniami zachodzą niepostrzeżenie – dobrze przynajmniej, że retrospekcje zostały wyróżnione kursywą. W rezultacie utwór już po pierwszych 50 stronach robi się cokolwiek męczący.

Dopiero od drugiego rozdziału idzie przywyknąć. Z rzadka pojawia się narrator trzecioosobowy – abstrakcyjny lub towarzyszący. Dominują jednak fragmenty z perspektywy Matusza, choć nie zawsze powracają do pierwotnej bełkotliwości – może dlatego, że to już nie tylko monolog wewnętrzny, lecz i prywatne zapiski, siłą rzeczy bardziej konkretne. Trochę to wygląda, jakby autor testował różne techniki narracyjne, zanim zdecydował się na jakiś konkret.

Z podtytułu Sami dobrzy żołnierze nie należy wnioskować, że ambicją autora mogło być stworzenie „słowackiego Szwejka”. Przede wszystkim dużo mniej tu humoru; rubaszny koszarowy żywot, egzystencja na tyłach frontu, absurd i okrucieństwo wojny – wszystko to w tonacji balladowo-poetyzowanej, dość gorzkiej. Brak tu też wyrazistych postaci. Najlepiej wypada setnik Skaliczan, zwany Amenmaryja – drze mordę, ale jest ludzkim oficerem, dbającym o podwładnych. Choć to jednak niby bohater tytułowy, nie dostał na tych 731 stronach zbyt wiele czasu antenowego. Większą rolę (czarnego charakteru) odgrywa niejaki Holoszko vel Książę – typowy dla powieści wojennych przykład wojennego kombinatora, który trudni się głównie spekulacją i rozpustą.

Ciekawiło mnie, na ile zostanie zaprezentowana ideologia faszystowskiego Slovenska, ale nie ma tego za wiele. Propaganda słowacka sprowadza się do tego, że głównemu bohaterowi każą przygotowywać dekoracje na wspólne biesiady oficerów słowackich i niemieckich, potem jeszcze mamy oglądanie kronik filmowych i ogólną popijawę z okazji święta państwowego. Bohaterów nie za bardzo obchodzi, dlaczego poszli na wojnę. Zraz, wychowany na komunistę, ciągle wyobraża sobie, że kiedy już będzie na linii frontu, to zdezerteruje do Rosjan, jak wielu innych żołnierzy słowackich, ale nic z tego nie wychodzi, więc się frustruje, co ojciec i jego towarzysze powiedzą.

Linii frontu właściwie nie oglądamy, jedynie rozprzężenie na tyłach – co nie oznacza, że bohater nie staje w obliczu niebezpieczeństwa. Sztab kwateruje po ukraińskich i rumuńskich wsiach, w chłopskich domach, żołnierze bratają się z miejscowymi, Matusz ciągle powtarza, że Słowacy są prawie tacy jak Rosjanie (Ukraińcy, Bułgarzy), ale mimo wszystko jednak siedzą tam jako okupanci. Żołnierze biorą sobie kochanki spośród miejscowych i traktują je na ogół przedmiotowo; dla głównego bohatera kontakty z kobietami są jednym z głównych źródeł angstu.

Oprócz Słowaków pojawiają się różne inne narodowości. Niemcy są zwykle butni i wyniośli, traktują swoich sojuszników per noga, pomimo propagandowych sloganów o braterstwie. Wyjątek stanowią folksdojcze służący w armii słowackiej, którzy niespecjalnie się różnią od słowiańskich towarzyszy broni. Węgrzy są do Słowaków wrogo nastawieni, Rumuni – strasznie nędzni. Pobocznie pojawiają się wzmianki o tragicznym losie słowackich Żydów, a także rozbisurmanieni tatarscy kolaboranci. Jest też akcent polski: pociąg Zraza w drodze na wschód przechodzi przez Kraków i Lwów.

Bohater ponad 20 razy oglądał Janosika, ale nie chodzi oczywiście o film Passendorfera, tylko o przedwojenną słowacką produkcję – raczej tę nowszą, z 1935 r., z Paľo Bielikiem w roli głównej, a nie pierwszy słowacki film pełnometrażowy z 1921, jeszcze niemy.

 

30. János Kodolányi, Gloryfikacja Józsefa Kántora,
Warszawa 1979, przeł. Camilla Mondral

Kolejna – po Madziarach Balázsa – rzecz o węgierskich chłopach, ale jeszcze z lat dwudziestych. Jest to jedna z pierwszych powieści Jánosa Kodolányiego, wydana w 1926, kiedy był przed trzydziestką; później wyspecjalizował się w powieściach historycznych, sięgających nieraz i czasów pogańskich.

Gloryfikacja Józsefa Kántora zaczyna się od upadku tytułowego bohatera ze schodów. Wokół poszkodowanego sędziwego alkoholika zaraz zbiera się rodzina i zaczyna mu wymyślać. Wkrótce dochodzi do wznowienia dyskusji o spadku – przecież jeśli stary znowu zacznie w pijackim ciągu wyprzedawać majątek, to w końcu nie będzie co dziedziczyć. Kántor ma trzy córki: mężem najstarszej jest pozujący na człowieka światowego karczmarz Heldmann, średniej – mechanik Vilonyi, niesamowity frustrat przekonany, że ludzie nic ino go obgadują, a najmłodsza uciekła z artystą malarzem. Dwaj szwagrzy zawierają sojusz przeciw „pacykarzowi”, muszą więc urobić starego, żeby w końcu spisał testament. Sprawa wciągnie w swoje tryby oportunistycznego sekretarza gminy, kilku lekarzy i jeszcze inne osobistości.

Akcja rozgrywa się we wsi, której nazwy nie znamy, ale to w okolicach Siklósa (wiejski doktor publikuje poezje w piśmie „Siklós i okolice”), nad Drawą, niedaleko granicy z Jugosławią. Wśród miejscowej ludności zdarzają się – oprócz Romów – Chorwaci, a zaraz po wojnie światowej była tu okupacja serbska; byłby to zatem komitat Baranya (Vilonyi jest przybyszem z Somogy). Pod względem wyznaniowym miejscowi dzielą się na katolików, kalwinistów i nazarejczyków (węgierski odłam anabaptystów).

Obraz rodziny, w której nikt nikomu dobrego słowa nie powie, tylko wszyscy obrzucają się obelgami i myślą o tym, jakby tu wyrolować pozostałych (a sam József Kántor, choć teraz niedołężny i na łożu śmierci, wcale nie był lepszy), byłby naprawdę ciężką lekturą, gdyby nie spora dawka ironii w narracji – to właśnie ona ciągnie powieść do przodu, szczególnie widoczna w charakterystykach postaci, a już szczególnie lokalnej socjety. Nie zawsze jest czytelna dla współczesnego polskiego czytelnika: „Juliska była inteligentniejsza, poważniejsza, rozsądniejsza, czytała już nawet powieści Jadwigi Courths-Mahlerowej i Ferenca Herczega”. Dotąd tych nazwisk nie słyszałem, ale z ogólnego tonu narracji można się domyślić, że nie byli to pisarze wysokich lotów. Istotnie, pierwsza z nich to austriacka autorka tłuczonych taśmowo romansideł. Za to Herczeg był najpopularniejszym pisarzem międzywojennych Węgier, trzykroć nominowanym do Nobla, i zestawienie go z Courths-Mahlerową może stanowić jeszcze dodatkową szpilę. Żeby nie było całkiem zabawnie – nędza egzystencji zniedołężniałego alkoholika i scena jego zgonu przedstawione są w sposób przejmujący.

Tłumaczka zdecydowała o stylizacji językowej na „uśrednioną” gwarę chłopską (raczej z centralnej Polski, bez elementów góralskich czy podlaskich). Ponieważ o gwarach węgierskich nie mam żadnego pojęcia, nie potrafię powiedzieć, na ile oddała w ten sposób zamysł autora. Odnoszę wrażenie pewnej stereotypizacji językowej, ale znów żyję w czasach, kiedy gwary wiejskie prawie już uległy wypłaszczeniu przez mass media.

Okładkę i wklejki z ilustracjami wykonała Małgorzata Rutkowska i są one, niestety, trudniejsze do interpretacji niż te w Madziarach.

Tu przynajmniej widać drabinę, z której najwyraźniej ktoś spadł, a inni na niego patrzą

A skąd tytułowa gloryfikacja? Jak to śpiewali The Stranglers – wszyscy cię kochają, kiedy już nie żyjesz. Zwłaszcza jeśli zależy od tego los testamentu.

 

31. Sándor Somogyi Tóth, Gabi, Warszawa 1973, przeł. Andrzej Sieroszewski

Somogyi Tóth to pisarz z późniejszego pokolenia niż Kodolányi: miał dopiero trzy lata, gdy ukazała się Gloryfikacja Józsefa Kántora, a Gabiego wydał w roku śmierci Kodolányiego, czyli w 1969. Był już wtedy uznanym pisarzem; jego powieść Byłeś prorokiem, kochanie ukazała się tymczasem nawet w Polsce.

Gabi to krótka rzecz, stylizowana na pamiętnik dwunastolatka z Budapesztu. Chłopiec zaczyna pisać dziennik za namową ojca, żeby ćwiczyć pismo. Początkowo odnotowuje bardzo podstawowe informacje ze swojego życia, ale z biegiem czasu wpisy robią się coraz dłuższe i bardziej rozbudowane, z opisem przemyśleń. Codzienność Gabiego wypełniają zwyczajne sprawy: szkoła, futbol, rodzina, zabawa z kolegą w wojnę z Turkami albo w ludzi pierwotnych, kłótnie z młodszym bratem, starsza siostra, która już weszła w tryb Sarkastycznej Nastolatki™ i spotyka się z jakimś podejrzanym gachem, babcia narzekająca na dzisiejszą młodzież, że to wszystko panie przez brak sakramentów…

W tle widać jednak nieubłaganą rzeczywistość. Rodzice są dobrymi ludźmi i starają się porządnie wychować swoje dzieci, ale kiedy ojciec popije, to czasem mówi za dużo o tym, co się działo w pracy, a mama wspomina z żalem, że połowa ich znajomych już zniknęła. Sam Gabi musi wkuwać życiorys Mattyása Rákosiego i innych przywódców klasy robotniczej, jest świadkiem żałoby po śmierci Stalina, a jego najlepszy kumpel Molnár to w zasadzie półsierota, bo jego ojciec, pułkownik, także „zniknął”. Z czasem potylika wkracza nawet w życie rodzinne – matkę wyrzucili z roboty za „sabotaż”. W lipcu rodzice słuchają z napięciem jakiegoś przemówienia, które napełnia ich ulgą i nadzieją. Nie wiedziałem, o co konkretnie chodziło, dopóki nie sprawdziłem, że w tym czasie Rákosi ustąpił ze stanowiska premiera (ale jeszcze pozostał I sekretarzem) i na jego miejsce przyszedł Imre Nágy.

Wszystko to napisane żywym, codziennym językiem, jakim mógłby się posługiwać uczeń, z elementami gwary młodzieżowej. Czasem narratorowi wymknie się brzydkie słowo, innym razem zacytuje wiersz. Ogólnie rzecz biorąc, dość zgrabny szkic społeczeństwa węgierskiego w tamtym momencie historii.

W 1977 na podstawie książki powstał czarno-biały film telewizyjny w reżyserii Frigyesa Mamcserova.

środa, 4 grudnia 2024

W północnym lesie i przed stajnią (z frontu czytelniczego, cz. 8)

 

Na jesieni moja lista lektur skręciła w klimata ugrofińskie z czasów II wojny światowej, choć nie tylko.

 

26. Väinö Linna, Żołnierz nieznany, Poznań 1986, przeł. Cecylia Lewandowska
(Seria dzieł pisarzy skandynawskich)

Powieść wojenna Väinö Linny z roku 1954 należy w Finlandii już do klasyki literatury, cytaty weszły tam do języka potocznego, a ekranizacji doczekała się aż czterech, w tym jednej telewizyjnej.

Mój zemplarz należał kiedyś
do Biblioteki Publicznej Dzielnicy Praga-Południe

Rzecz się dzieje w czasie wojny kontynuacyjnej, kiedy to Finlandia w luźnym sojuszu z Niemcami zaatakowała ZSRR, aby odzyskać terytoria utracone po wojnie zimowej. Kompania karabinów maszynowych otrzymuje rozkaz wymarszu na front w Karelii. Ponad połowa akcji toczy się latem 1941 r., później mamy kilka przeskoków chronologicznych aż do odwrotu w 1944.

Przede wszystkim kapitalnie jest tu przedstawiony obraz frontowego rozprzężenia: żołnierze kombinują, szukają sobie rozrywek, „organizują” to, czego nie mogą dostać z oficjalnych przydziałów, nie mają większego szacunku dla oficerów. Ich pochodzenie i motywacje są rozmaite, ale mało kto bierze poważnie propagandowe slogany czy uważa atak na ZSRR za właściwy (chyba że ktoś był z Karelii i chciałby wrócić do rodzinnej wsi). Z drugiej strony Linna dobitnie opisuje niedole frontowego żołnierza – głód, zmęczenie, niewyspanie. Kiedy zaś dochodzi do walk, czytelnik zaczyna się bać o życie bohaterów. Końcowe rozdziały, rozgrywające się podczas odwrotu, pod względem brutalności dorównują niemal Na zachodzie bez zmian.

Żołnierz nieznany nie jest jednak aż tak dołujący – po pierwsze dlatego, że (SPOILER) niektórym bohaterom jednak udaje się przeżyć, a po drugie, ze względu na obecność ludowego, nieraz mocno wisielczego humoru. Patos militarystyczno-bogoojczyźniany został w tej powieści nie tylko starannie wykpiony, ale wręcz obalony na szczeblu kultury fińskiej. Żołnierze sami mają alergię jak na patriotyczną propagandę wciskaną przez państwo, tak i na czarnowidztwo komunizującego Lahtinena. Szeregowy Vanhala z początku śmieje się dużo sam do siebie, z czasem jego znakiem firmowym staje się ironiczne cytowanie propagandowych sloganów. Z nich w sumie też się śmieje sam do siebie, mało kto mu odpowiada.

Bohaterem zbiorowym jest cała kompania i chociaż bohaterowie są pełnokrwiści –chłopski filozof mł. sierż. Hietanen, brutalny Lehto, wesołek Rahikainen, skąpy kwatermistrz Mäkilä – to prawie żaden nie przechwytuje uwagi czytelnika dużo dłużej niż inni. Podobnie zróżnicowane są postaci oficerów: bezduszny służbista Lammio, dbający o podwładnych weteran Koskela, pełen naiwnych ideałów Kariluoto itp. Najbardziej podobał mi się (i chyba w ogóle jest najpopularniejszy) Antti Rokka, pełen energii Karelczyk. Dla żołnierzy – najlepszy kumpel, zawsze skłonny pomóc; wobec oficerów – zupełnie pozbawiony respektu i wszystkim mówiący na „ty”; wobec nieprzyjaciela – zabójca systematyczny, ale pozbawiony sadyzmu; do tego nieustannie gadatliwy – sprawia wrażenie ludowego herosa czy pogańskiego leśnego bożka, który wychynął z puszczy, aby dołączyć do oddziału.

W tle pozostają kwestie społeczne, jako to przepaść klasowa między prostym żołnierzem a „panami”, żywe są też rachunki krzywd z wojny domowej w 1918 roku. Zresztą Linna osadził w tamtych czasach swoją późniejszą trylogię Tu, pod gwiazdą polarną; Ville Koskela jest synem jednego z jej bohaterów.

Wiele scen zapada w pamięć: „heroiczne” zniszczenie czołgu przez Hietanena, samotna śmierć Lehtona, rozrywki w okupowanym Petroskoi (Pietrozawodsku), popijawa pokątnie uwarzonym piwem kilju… Zaletą jest również język, od narracji – momentami nieco ironicznej, a kiedy trzeba, poważniejszej, po żywe, potoczyste dialogi. Często występuje przekleństwo „do pioruna”, w którym łatwo się domyślić fińskiego „perkele”, chociaż po fińsku brzmi to dużo mocniej niż przyjęty przez tłumaczkę polski odpowiednik – jednak znaczy to samo.

Jakkolwiek odmiana nazwisk zakończonych na -o według wzoru Brunona, Hugona i Ottona („Kariluotonowi wydarł się jęk”, „spojrzał na Lehtona”) może być uznana za kontrowersyjną, to ogólnie rzecz biorąc, Cecylia Lewandowska dobrze się spisała. Interpunkcję można było jednak poprawić.

Chociaż książka ukazała się przed zniesieniem cenzury, to jednak widać w niej stosunek Finów do „Ruskich”, których bohaterowie nazywają eufemistycznie „sąsiadem”. Widać cenzor uznał, że sprawę załatwia odpowiednie posłowie Witolda Nawrockiego.

 

27. József Balázs, Madziarzy, Warszawa 1979, przeł. Tadeusz Olszański

O literaturze węgierskiej mam jeszcze mniejsze pojęcie niż o fińskiej, zawsze jednak kojarzyła mi się z jakiegoś powodu z prozą psychologiczną. W odróżnieniu od Linny, József Balázs był za młody, żeby pamiętać wojnę z autopsji (rocznik 1944).

Madziarzy to opowieść dziesięciorga ubogich chłopów węgierskich, którzy postanowili wyjechać na roboty do Niemiec, żeby zarobić na nowy dom albo chociaż rower o grubej ramie. Porywczy András Fábián to główny bohater i to z jego perspektywy obserwujemy zwykle zdarzenia, jest też nieformalny przywódca grupy Dániel Gáspár, dryblas János Szabó, mniej charakterystyczni (i bardziej milczący) Elek Tar i Dani Kis, a także słabowity nastolatek Ábris Kondor. Z wyjątkiem kawalerów Gáspára i Kondora, wszyscy zabrali żony. Z tych najbardziej zarysowana jest żona Fábiána, która wykazuje rozmaitą inicjatywę, a o Kisowej można powiedzieć przede wszystkim, że jest pobożna. Co charakterystyczne, narrator prawie za każdym razem nazywa mężczyzn pełnym imieniem i nazwiskiem. Wyjątkiem jest Brainer, węgierski rządca w niemieckim majątku, którego imienia nawet nie znamy. Kobiety występują jako „żona Kisa” lub „Fábiánowa” (co zresztą może być legitne w węgierskiej tradycji z jej „imionami odmężowskimi” – w tym przypadku byłaby to Fábiánne). W jednym miejscu pada wprawdzie okrzyk: „Irma, Zsófi, Ilona! Chodźcie tu!”, ale nie wiadomo, które z imion do kogo należy i jak ma na imię czwarta z kobiet.

Przez większość czasu nic się nie dzieje. Bohaterowie orzą pole, palą papierosy, suszą onuce, kłócą się (ale szybko odpuszczają) i dziwią się światu. Wojna dzieje się gdzieś tam w oddali i węgierscy chłopi nie zaprzątają sobie nią głowy – tylko o tyle, że wyjechali także po to, żeby ich nie wzięto do wojska. Ale dokąd dokładnie jadą, to już niespecjalnie się interesują. Ich wieś musi być bardzo oddalona od cywilizacji: nie wiedzą, kto to Hitler („Po nazwisku biorąc, to chyba nie Węgier”), nie znają gramofonu, András Fábián nie wie nawet, co to parówki, przynajmniej żona mu powiedziała. A jednak wojna obecna jest nawet w tym odległym od frontu folwarku. Bohaterowie napotykają grupę francuskich jeńców wojennych oraz polskie robotnice przymusowe, słychać też czasem strzały. Wszystko to niepokoi naszych Madziarów, ale nie ogarniają szerokiego obrazu.

Szatę graficzną stanowią ilustracje Jerzego Markiewicza na okładce i wyklejkach.

W roku 1979 Zoltán Fábri nakręcił na podstawie powieści film z Gáborem Konczem jako Fábiánem i zmarłą w zeszłym roku Évą Pap w roli jego żony (w filmie chociaż wiadomo, że to ona jest Iloną). Ekranizacja doczekała się nominacji do Oscara. Sam József Bálazs pracował zresztą jako scenarzysta i kierownik literacki w wytwórni filmowej.

 

28. Pentti Haanpää, Wędrujące buciory, Poznań 1984, przeł. Joanna Trzcińska-Mejor
(Seria dzieł pisarzy skandynawskich)

I znowu Finlandia. Drwal Pentti Haanpää należał do cenionych przedstawicieli fińskiego realizmu. Wędrujące buciory, minipowieść z roku 1945, to znów tematyka wojny kontynuacyjnej. Życie na froncie i tyłach widzimy z perspektywy pary wojskowych butów z cholewami, które wisiały spokojnie w magazynie, dopóki nie wyfasował ich pewien starszy sierżant, który sam siebie awansował na chorążego. Buty były świadkiem jego groteskowej randki z korespondencyjną znajomą, potem trafiły do podporucznika odwiedzającego matkę, do sierżanta kawalerii, sanitariusza, robotnika budującego kościół, pijanego kaprala, nałogowego hazardzisty i paru innych gości. Utwór ma charakterystyczny, lekko ironiczny klimat, dość spójny z Żołnierzem nieznanym. Wojna przedstawiona jest jako żołnierskie cwaniactwo, slogany propagandowe, wyczekiwane urlopy i las wokół. Zapadła mi w pamięć sekwencja dłużącej się podróży ciężarówką po błotnistych drogach.

Wydany w Poznaniu zbiór, oprócz utworu tytułowego, zawiera jeszcze kilka krótszych opowiadań. Niestety, nie podano dat publikacji, a bariera językowa nie pozwala mi zrobić riserczu – wiem jedynie, że Powrót syna pochodzi z 1933 r., ale najwyraźniej początkowo był dramatem. W blurpie stoi, że „Większość (…) zawiera elementy tragiczne, ich bohaterowie umierają, zabijają się, czy też giną przypadkowo”. Nie jest tak źle – ten opis pasuje tylko do jednego z dziewięciu opowiadań, a w dodatku bohater sam sobie zasłużył brakiem szacunku dla surowej lapońskiej przyrody. W dwóch innych utworach bohaterowie co prawda przeżyli, ale mieli więcej szczęścia niż rozumu, a w Ostatniej drodze zgon jest niegwałtowny i w ogóle stanowi punkt zawiązania akcji.

Utwory rozgrywają się na ogół w środowisku wiejskim, wśród ubogich wieśniaków i ludzi lasu. Tematykę wojenną porusza jeszcze tylko Śpiwór. Bohaterką dwóch opowiadań jest znachorka Heta Rahko – raz załatwia sprawę po śmierci współlokatorki, a potem idzie w świat i wymyśla się na nowo. Motyw wykreowanej tożsamości występuje też w opowiadaniu Powrót syna. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Wariat i koń, a to ze względu na ironiczny kontrast między tym, jak gospodarz Harmaa traktował swojego chorego psychicznie brata, a tym, jak to opisuje narrator.

Ostatnie w zbiorze opowiadanie nosi tytuł O tym, jak stary Päntä tonął. Będzie niejakim spoilerem, że stary Päntä jednak (znowu) przeżył – natomiast sam autor w roku 1955, w wieku pięćdziesięciu lat, rzeczywiście utonął.

Jakość tłumaczenia na ogół jest dobra, ale Joanna Trzcińska-Mejor przegrywa na punkty z Cecylią Lewandowską. Tej ostatniej nie zdarzało się „wracać z powrotem” ani „kontynuować dalej”, nie pamiętam też w jej przekładach gramatyki w rodzaju „potrafił zgasić w bratu (…) płomyki niezadowolenia”

Tytułowa minipowieść została zekranizowana w 1969 r. jako dziewięcioodcinkowy serial.

 

28,5. Philip Jowett, Brent Snodgrass, Raffaele Ruggier, Finlandia w wojnie 1939-1945,
Warszawa 2010, przeł. Urszula Ruzik-Kulińska (Osprey Elite 141)

Przy okazji tematyki wojenno-fińskiej postanowiłem sobie odświeżyć Ospreya na ten temat. Wydawnictwo omówiło już kiedyś częściowo armię fińską w tomiku poświęconym sojusznikom Niemiec na froncie wschodnim, a w 2006 sprokurowało szersze opracowanie. Kilka lat później ukazała się polska wersja – jako drugi tom w ramach drugiej już krótkotrwałej próby wydawania Ospreyów przez Bellonę.

Publikacja przedstawia najpierw kalendarium trójdzielnego udziału Finlandii w II wojnie światowej: wojny zimowej (1939-40, Rosjanie atakują, Finowie się bronią), wojny kontynuacyjnej (1941-44, na odwrót) oraz wojny lapońskiej (Finowie po rozejmie z ZSRR wypędzają Niemców z północy kraju). Dalej następuje opis organizacji armii fińskiej z uwzględnieniem zmian zachodzących na poszczególnych etapach: można się dowiedzieć, że stan pułkowej kuchni polowej wynosił 27 ludzi. Osobno omówione są jednostki specjalizowane: jegrzy, pogranicznicy, zwiadowcy dalekiego zasięgu. Wspomniano też o ochotnikach cudzoziemskich, z których największe grupy stanowili Szwedzi i Estończycy. Osobne omówienie dotyczy oddziałów samoobrony Suojeluskunta oraz pomocniczej służby kobiet „Lotta Svärd”.

Rozdziały końcowe dotyczą taktyki oraz uzbrojenia armii fińskiej. Tu się pojawia słynny pistolet maszynowy Suomi wz. 1931 – stał się on inspiracją dla radzieckiej pepeszy, której zresztą Finowie również używali jako broni zdobycznej. Natomiast bohaterowie Żołnierza nieznanego strzelali z pewnością z któregoś z fińskich wariantów kaemu Maxim. Skoro zaś radziecka propaganda z komisarzem Mołotowem na czele twierdziła, że lotnictwo czerwone wcale nie bombarduje Finów, tylko zrzuca im chleb, to Finowie opracowali popitkę do tego posiłku – i tak butelka zapalająca stała się na świecie szerzej znana pod nazwą „koktajlu Mołotowa”.

Na omówienie umundurowania pozostały opisy plansz barwnych. Samych plansz jest tradycyjnie osiem (chociaż seria „Elite” miała ich ongiś po 12), po trzy sylwetki na każdej plus detaliczne ukazanie niektórych oznak i odznak. Wykonał je Raffaele Ruggieri, którego wysmukłe a obłe sylwetki trochę niedolubiwam. Spośród 24 żołnierzy aż 10 nosi charakterystyczne lapońskie buty z zadartymi nosami. Przedstawiono członków Suojeluskunta, jednak lotty się nie załapały. Przynajmniej są na jednym ze zdjęć. Fotografie, w dość dobrej jakości, pochodzą głównie z kolekcji prywatnych i przedstawiają różne rodzaje umundurowania i uzbrojenia, pojawia się też słynny snajper Simo Häyhä.

Tłumaczenie jest przyzwoite jak na standardy Bellony (wydane wcześniej w tej samej serii Dzieje snajperów to była jedna wielka stłuczka). Tłumaczce przytrafiły się mimo wszystko dwa błędy rzeczowe. Napisała mianowicie, że Petsamo leży „na południowy wschód od Murmańska”, kiedy nawet na mapie w książce widać, że na północny zachód. Poza tym pojawia się jednostka zwana „Plemienny Batalion Olonetów z Aunus”. Nie było żadnych „Olonetów” – Olonets to po prostu angielska transkrypcja miasta Ołoniec, które po fińsku nazywa się Aunus, a w pokrewnym języku karelskim nosi dźwięczną nazwę Anus.

niedziela, 24 kwietnia 2022

Od Donu do Odry (z frontu czytelniczego, cz. 2)

             W dniach, gdy mit o niezwyciężoności armii moskiewskiej okazał się mocno przesadzony, przeczytałem, z przyczyn niepowiązanych, dwa habełki z czasów, które ten mit ugruntowały. Dodatkowo dowiedziałem się czegoś o autorze jednego z nich.

 

3. Péter Szabó, Łuk Donu 1942-1943, tłum. Marcin Sowa, Warszawa 2000

            Po dwóch pracach Marcina Sowy poświęconych działaniom na Węgrzech w czasie II wojny światowej uznałem, że pora wziąć się za pozycję wcześniejszą, której nie napisał, lecz przetłumaczył. Łuk Donu był pierwszym i do dziś jednym z dwóch tomów serii pochodzących z zagranicy (obok Bitwy jutlandzkiej 1916 Bennetta, którą zdecydowali się wydać zamiast reedycji Flisowskiego).

            

            Publikacja dotyczy działań węgierskiej 2. Armii na froncie wschodnim. Związek ten, na jegoż czele stał gen. Gusztáv Jány, uległ nad Donem straszliwej anihilacji, którą autor już na pierwszej stronie przedmowy porównuje z klęskami pod Muhi (1241), Mohaczem (1526) i nad Isonzo (1914-17).

Pierwsze rozdziały omawiają genezę 2. Armii, jej formowanie i transport na front wschodni. Węgrzy nie bardzo mieli ochotę walczyć przeciwko ZSRR, ale Niemcy wymusili na nich udział w kampanii, szantażując wycofaniem poparcia dla odzyskania dawnych terytoriów Korony św. Stefana, bo sami po strasznej zimie 1941-1942 mieli problemy ze zgromadzeniem wojska. Wobec tego węgierski sztab generalny postanowił wystawić armię polową w taki sposób, żeby oszczędzać najmłodsze roczniki poborowych (a do tego formować ją w miarę równomiernie z całego terytorium kraju), ale za to porządnie ją wyposażyć. Szabó bardzo drobiazgowo opisuje organizację jednostek armii, porównując etaty i wyposażenie ze zbliżonymi wielkością związkami jednostkami Rzeszy i ZSRR. Jak by nie liczyć, Magdziarze wypadaliby w tej dziedzinie najsłabiej, nawet gdyby udało im się w pełni wyekwipować pododdziały – a nie udało się, bo nawet ciężarówki i motocykle musieli wykorzystywać cywilne. Zamieszanie pogłębiał fakt, że poszczególne pododdziały formowano w różnych regionach Węgier i przed wyjazdem na front nie miały czasu na koordynację.

W czerwcu 2. Armia trafiła w rejon Woroneża, gdzie wzięła udział w letniej ofensywie niemieckiej „Fall Blau” (przez autora zwanej nieodmiennie „Operation Blau”, chociaż Niemcy określali operacje militarne mianem Unternehmung). Mimo przydziału niemieckiego korpusu, efekty miała nieszczególne i co trochę grzęzła w błocie, mocno też chromała koordynacja jednostek. Węgrzy wzięli udział w zdobywaniu Starego Oskołu, tak okrutnie po latach zjechanego w przewodniku Pascala z lat 90.

Stary Oskoł - nieprzyjazny cudzoziemcom od 1942!

Sierpień upłynął głównie na nieudanych próbach likwidacji radzieckich przyczółków na zachodnim brzegu meandrującego tu obficie Donu. 2. Armia poniosła wówczas ciężkie straty w ludziach i w sprzęcie, a wyznaczonych zadań i tak nie zrealizowała. Wobec tego niemal cztery miesiące, od połowy września do połowy lutego, kiedy na tym odcinku panowała przerwa operacyjna, Węgrzy starali się jakoś załatać szeregi i zorganizować obronę. Szło im to niesporo: Budapeszt nie chciał już wysyłać więcej wojsk na wschodnie stepy, więc luzowanie oddziałów miało charakter bardzo ograniczony, a Niemcy obiecali przysłać sojusznikom trochę nowocześniejszego wyposażenia, ale nie przysłali.

Sytuacja zmieniła się w listopadzie, gdy ruszyła radziecka kontrofensywa pod Stalingradem. Madziarowie znajdowali się początkowo dość daleko od rejonu działań, ale wiele wskazywało na to, że walki rozleją się także i na północ, zwłaszcza że Radzianie lubili uderzać w armie sojuszników Niemiec, słusznie uznając je za słabsze od związków Wehrmachtu. Samo okrążenie 6. Armii pod Stalingradem było przecież ułatwione dzięki przełamaniu przez Armię Czerwoną frontu sąsiednich armii rumuńskich. W styczniu przyszła pora i na honwedów generała Jányego. Pod ciosami radzieckiego kładziwa struktury 2. Armii szybko poszły w pył. Styczeń i luty minął na walkach odwrotowych i próbach zorganizowania spójnej obrony przy coraz większej dezorganizacji. Licząca około 200 tys. armia straciła około połowy ludzi i 70% sprzętu. Sfrustrowany rozmiarami klęski gen. Jány wydał 24 stycznia rozkaz (zamieszczony tu w postaci aneksu), w którym przejechał się po swoich podwładnych jak po surej buce, co wielu miało mu później za złe.

Lektura jest to mocno „sztabowa” i wymagająca skupienia. Z rzadka widzimy pole walki z perspektywy uczestników – większość stron zajmuje gulasz z numerów pułków i batalionów (tym bardziej, że wiele jednostek węgierskich walczyło w rozczłonkowaniu). Autor nie popada w przesadną martyrologię, pisząc przez ogródek, że przyczyną niepowodzeń było słabe wyposażenie i nieudolność w dowodzeniu. Negatywnie ocenia rolę władz w Budapeszcie – regenta Horthyego i szefa sztabu, gen. Szombathelyego – którzy nie zdawali sobie sprawy z powagi sytuacji 2. Armii i nie wspierali jej tak mocno, jak by mogli. Dementuje też, jakoby przyczyną śmierci syna regenta, pilota myśliwskiego Istvána Horthyego, były machinacje Niemców czy imieninowe pijaństwo (jak plotkowano na Węgrzech) – to był po prostu  wypadek przy starcie. Wspomniany ponadto został udział na froncie batalionów robotniczych, złożonych w większości z Żydów i lewicowców – była to forma pracy przymusowej. Zabrakło mi natomiast paru słów na temat późniejszej recepcji klęski dońskiej – np. co to były za powojenne procesy, które wytoczono Jányemu i paru innym, a do których autor kilkakrotnie się odwołuje?

            Szabó bazował zarówno na opracowaniach, jak i licznych źródłach archiwalnych, takich jak dokumenty operacyjne 2. Armii czy przesłuchania sądowe najważniejszych dowódców. Kontrowersyjną decyzją tłumacza jest przełożenie na polski tytułów źródeł i opracowań. Co prawda wiemy, o czym były książki i dokumenty, które autor przeczytał, ale za to trudniej dotrzeć czytelnikowi do oryginałów. Z drugiej strony – ilu jest u nas czytelników tak dobrze madziarzących, żeby im się chciało szukać?

            Marcin Sowa, który to tłumaczył, zna język węgierski, co jest u nas rzadkim skillem, ale nie radzi sobie zupełnie z rosyjskim. Transliteracja nazw miejscowości to jakiś dramat; zapewne przerabiał je z węgierskiej pisowni na polską tak, jak mu się wydawało, nie konfrontując np. z atlasem. Głośny ostatnio Czernihów nie staje się wprawdzie Czernichowem, ale tłumacz nie jest widać świadom, że ma on zakorzenioną w tradycji polską nazwę, i renderuje go jako „Czernigow”, zaś Głuchów zmienia się w „Glukow”. Szczególnie nie ogarnia koncepcji głoski i litery „y” (Uriw, Rilsk, Putiwl, generałowie Zikow i Ribałko). Dość zdumiewające spolszczenie przechodzi miejscowość Fatież, z której robi się Focierz, a czym było „Pogoszheje”, doprawdy trudno odgadnąć, nawet z pomocą mapy. Czasami rosyjskie nazwy pozostają nieodmienne. I żeby tylko rosyjskie: we wczesnej części książki pojawia się biogram gen. Jányego, w którym czytamy, że dowódca ten po I wojnie był „internowany przez Rumunów w Braszów”. Gdzie indziej pojawia się „Hlewiszcze” i „Hmielowski Las”.

Przychodzi tu na myśl oberża "U Hochoła" w Szklanej Porębie

Zgrzytały mi ponadto oznaczenia broni zgodne z praktyką węgierską, nawet gdy chodzi o broń niemiecką, np. „ckm 34 M” (zamiast MG 34) albo, co gorsza „pistolet maszynowy 40 M Schmeisser”  (zamiast MP 40, poza tym „Schmeisser” to nazwa potoczna). Nebelwerfer występuje tu jako „Nebelwerfel”, i to z „e” ruchomym. Co więcej, przypis wyjaśnia to słowo w jego pierwotnym znaczeniu, jako moździerz chemiczny do miotania środków zadymiających, podczas gdy na tym etapie wojny była to już wyrzutnia rakietowa.  I co to za angloamerykańskie czołgi „Ford II, III, Mark III” znajdujące się na wyposażeniu Radzian? Na upartego domyślam się, że trzeci to mógł być T-28, wzorowany na brytyjskim Vickersie Mk III. Ale czyż rolą autora, redaktora i tłumacza nie jest to, żebym się nie musiał domyślać?

Tekst uzupełnia, poza wspomnianym rozkazem Jányego, zestawienie ugrupowania bojowego 2. Armii oraz kilka map opracowanych przez niejakiego Zalewskiego – o dziwo, pod kątem transliteracji nazw miejscowych stoją lepiej niż tekst główny, choć nie idealnie („Rożdiest Wiennoje”). Są dwie wkładki ze zdjęciami – paru dowódców (w tym ppłk Antal Kaltroy, którego rola w książce nie jest wyjaśniona) i różne zdjęcia z frontu. Okładkę zaprojektował Paweł Głodek i jest ona tradycyjnie krwawa.

Ciekawostka: zanim jeszcze do Europy przybył major Major, na Wschodzie jego węgierski imiennik miał już stopień pułkownika i w pierwszym etapie działań 2. Armii dowodził grupą szybką. Jednym z uczestników bitwy, którego dziennik wykorzystał autor jako źródło, był kpt. Vilmos Kosztka (krewniak inżyniera Kostki?) Natomiast od jesieni 1942 r. pułkami piechoty w 23. Dywizji Lekkiej dowodzili pułkownicy Sándor Benkő i Dániel Bánkó.

 

4. Andrzej Toczewski, Kostrzyn 1945, Warszawa 1988

Na wycieczkę na Ziemię Lugburską zabrałem habeka dotyczącego tych właśnie rejonów. Dla zielonogórskiego historyka Andrzeja Toczewskiego działania wojenne nad Odrą w 1945 r. od zawsze były jednym z ulubionych tematów – zrobił o nich doktorat.

Książka jest krótka, ledwie 111 stron. Z tego pierwsza część stanowi omówienie operacji wiślańsko-odrzańskiej Armii Czerwonej i w ogóle sytuacji strategicznej w tej części frontu wschodniego, o czym czytałem niedawno w Pomorzu 1945. Kostrzyn nad Odrą, ufortyfikowany jako twierdza, stanowił poważną przeszkodę na drodze wojsk radzieckich gotujących się do ostatecznego uderzenia na Berlin. Opracowanie omawia zatem walki na środkowym Nadodrzu (w tym o Międzyrzecki Rejon Umocniony), przygotowania do wzięcia Kostrzyna, otoczenie go przyczółkami uchwyconymi na drugim brzegu Odry, a wreszcie same ciężkie walki miejskie. Kostrzyn, położony na wyspie u zbiegu Odry i Warty, okazał się twardym orzechem do zgryzienia, zniszczeniu uległo 90% miasta.

Było to przedsięwzięcie prawie całkiem radzieckie, ale i Polacy wzięli drobny udział: przed rozpoczęciem regularnych działań rejon Kostrzyna rozpoznawała zrzucona na tyły wroga grupa zwiadowców (głównie Ślązaków) por. Szelachowskiego, a potem 6. Warszawski Batalion Pontonowo-Mostowy brał udział w budowie mostu przez Odrę. Wśród sił radzieckich główną rolę odegrała 8. Armia Gwardii gen. Wasilija Czujkowa, w której dowódca wojsk pancerno-zmechanizowanych nosił czysto słowiańskie nazwisko Wajnrub, a także 5. Armia Uderzeniowa Bierzarina. Po drugiej stronie stała Grupa Armii „Wisła” pod nieudolnym dowództwem Himmlera, którego pod sam koniec zastąpił „Jadowity Krasnal”, gen. Gotthard Heinrici, ale nawet on, spec od walk obronnych, na tym etapie niewiele mógł już zrobić. Samym garnizonem Twierdzy Kostrzyn dowodził niesławny Heinz Reinefarth, jeden z rzeźników Warszawy, któremu udało się wydostać z okrążenia, a po wojnie został nawet burmistrzem miasteczka we Fryzji.

Praca napisana jest językiem profesjonalnie historyczno-wojskowym, ale przejrzystym. Narrację urozmaicają obszerne cytaty ze wspomnień uczestników wydarzeń, m.in. walczącego w 5. AUd Polaka, Leona Nowickiego, samego Czujkowa, dowódcy 16. Armii Lotniczej Rudenki albo Heinza Guderiana. W odróżnieniu od niektórych peerelowskich autorów piszących o froncie wschodnim, Toczewski przywołuje perspektywę niemiecką, wspominając zwłaszcza w ostatnim rozdziale o reakcji Hitlera i jego otoczenia na rozwój sytuacji w Kostrzynie (spoiler: nie był ci on zadowolony).

Rok wydania był 1988 (tak na stronie tytułowej, stopka podaje 1987), czyli już u schyłku PRL, ale kręgi wojskowe pozostawały bardziej konserwatywne od ogółu, dlatego czytelnik powinien uważać na wtręty ideologiczne. Na szczęście nie ma ich tu za dużo, prócz wzmianek o „powrocie nad starą, piastowską granicę” (Toczewski, jako lugburski patriota lokalny, miał swoje powody, aby to podkreślać). Trochę też dziwnie brzmi, kiedy wojska radzieckie „wyzwalają” miasta, które jeszcze przed wojną (i właściwie od czasów Bolesława Rogatki) należały do Niemiec – chociaż przez ostatnie tygodnie mieliśmy okazję widzieć, jak to z tym „wyzwalaniem” bywa. O tym, że autor nie lakierował rzeczywistości po stronie radzieckiej, świadczy fakt, że poświęcił trochę miejsca rozkazowi nr 300, wydanemu przez Stalina na cześć zdobycia Kostrzyna, z pochwałą dla poszczególnych dowódców, chociaż Radzianie zdobyli dopiero Nowe Miasto, a Niemcy trzymali się jeszcze mocno na Starym i mieli nawet korytarz na tyły. Postawiło to dowództwo radzieckie w mieście w dość niezręcznej sytuacji.

Większych byków językowych nie stwierdzono, poza informacją, że radziecka 61. Armia dowodzona była przez „Pawieła” Biełowa. W opisie niemieckich umocnień autor nazywa też słupy przeciwczołgowe „zębami Drakona”, zamiast po prostu smoczymi. Co do spraw merytorycznych – wśród jednostek niemieckich wymieniana jest DGPanc SS „Kunmark”. Po pierwsze, powinno być „Kurmark”, a po drugie, to nie była dywizja SS, tylko Wehrmachtu, zaliczana do tzw. rodziny „Grossdeutschland”.

Materiał ilustracyjny to dwie wklejki ze zdjęciami, prezentującymi zarówno perspektywę radziecką, jak i niemiecką, a nawet polską. Jest też jedna mapa rozkładana (w moim egzemplarzu wklejona dwukrotnie) i dwie mniejsze, całkiem czytelne.

W 2015 r. ukazało się wydanie poprawione i rozszerzone pod tetułem Festung Küstrin 1945, z uwzględnieniem nowszej literatury, chociaż dyskutanci na Histerykach twierdzą, że, poza dodatkowymi rozdziałami o walkach o Odrę i Frankfurt nad nią, zmiany są kosmetyczne. Uwzględniono np. próbę zatrzymania radzieckiej ofensywy operacją „Sonnenwende”, o której wzmianki brakowało mi w trakcie lektury pierwszego wydania; można było wręcz odnieść wrażenie, że – jak w porządnym produkcyjniaku – na drodze wojsk marszałka Żukowa stały tylko przeszkody obiektywne, które zmuszały go do „rewidowania planów”. Prof. Bogusław Polak z Rady Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie nazwał nową wersję „jedną z ważniejszych prac w serii Historyczne bitwy”. Znane mi środowiska fanów habeków nie są raczej pod wrażeniem, oceniając Festung Küstrin na mniej więcej tróję; skoro zaś prof. Polak chwalił w tej pracy „potoczny, piękny polski język”, to najwyraźniej musiał zamiast niej przeczytać jakąś inną książkę.

O ile mi wiadomo, przez ponad trzydzieści lat od wydania tej pracy nie powstało w Kostrzynie – zapowiadane w ostatnim zdaniu książki – muzeum-panorama walk o Berlin. Miasto słynie natomiast jako siedziba Przystanku Woodstock czy jak się teraz ten feściwal zowie.

 

4,5. Anitta Maksymowicz (red.), Andrzej Toczewski, Zielona Góra 2015

(z serii Twórcy zielonogórskiej kultury)

Będąc w Muzeum Ziemi Lugburskiej, zobaczyłem w sklepiku przy kasie broszurę na temat autora czytanego właśnie habełka, więc postanowiłem od razu się zapoznać.

            Broszura wyszła w serii wydawanej przez muzeum, którego Andrzej Toczewski był zresztą wówczas dyrektorem (w tym samym roku zastąpił go Leszek Kania – byłżeby to autor habełka Wilno 1944?). To zresztą on urządził w piwnicy ekspozycję znaną jako Muzeum Wina i Tortur. Przez większość życia był zresztą związany z Zieloną Górą; wyjścia do Krakowa (na UJ) i do Gdańska (gdzie miał zostać dyrektorem muzeum miejskiego) były krótkotrwałe.

Część pierwszą publikacji stanowi rys biograficzny, utrzymany w tonie mocno laudacyjnym. Okazuje się, że z Kostrzynem dr Toczewski miał związki osobiste, gdyż chodził tam do technikum chemicznego i grał na basie w zespole bigbitowym. W jego rodzinie gender był mocny, jego matka bowiem była żołnierzem, żona bibliotekarzem, a córka – redaktorem.  Historią militarną na poważnie zajął się w czasie służby zasadniczej, kiedy skierowali go na etat reportera i przeprowadził wiele wywiadów z weteranami. Potem, na zielonogórskiej WSP, trudnił się pracą naukową i prowadzeniem wydawnictwa. Oprócz działań wojennych nad środkową Odrą (był m.in. pionierem badań nad Międzyrzeckim Rejonem Umocnionym) jego obszar zainteresowań obejmował tematykę jeńców wojennych i zbrodnie hitlerowskie, a po 1989 także stalinowskie. Po upadku komunizma pracował poza tym w organach samorządowych i wreszcie w zielonogórskim muzeum, którego cały dzisiejszy kształt jest w zasadzie jego zasługą (dr Maksymowicz określa to mianem przejścia od „muzeum artystów” do „muzeum tożsamości”). Silnie też pracował nad gruntowaniem lubuskiej tożsamości lokalnej, wymyślając termin „Śląsk Lubuski” na określenie południowej części tego województwa-Frankensteina. Oprócz tego miał rozliczne hobby, w tym majsterkowanie – swój ogród obstawiał różnego typu budkami dla ptaków i owadów, wykonywał też „kruczki” – metaloplastyczne wyroby w stylu Mariana Kruczka, którego wystawę urządził w swoim muzeum.

Drugą częścią jest wywiad przeprowadzony z Toczewskim przez Anittę Maksymowicz, a skupiający się wokół zagadnienia tożsamości lubuskiej. Uzupełnienie stanowi bibliografia uczonego, obejmująca 178 pozycji (książek i artykułów).

Siłą rzeczy, wydana w roku 2015 publikacja nie podaje, że Toczewski zmarł wiosną 2020. Po wizycie w MZL można się jednak przekonać, że trzy ekspozycje stałe, które w chwili wydania broszury miał dopiero w planach – o dziejach regionu, powojennym osadnictwie i biennale „Złote Grono” - rzeczywiście powstały.

Jan Dobkowski, Spacer po własnym ogrodzie,
VII Złote Grono w 1975 (zbiory MZL)




środa, 29 września 2021

Rzeczni Romowie i górscy Kozacy, czyli chińskie morderstwa z transylwańskim przerywnikiem (z frontu czytelniczego, cz. 6)

 W lekturach późnego lata pozostaję jeszcze przez moment wśród orientalnych kryminałów, ale zmieścił się i jeden habełek.

 

15. Robert van Gulik, Sędzia Di i morderstwo w Kantonie,
przeł. Katarzyna Komorowska, Warszawa 2007

Ostatnia (według chronologii świata przedstawionego) powieść o wybitnym sędzi pokoju ukazała się w 1966 r. – na rok przed śmiercią van Gulika, pomiędzy Chińskim wzorem a Nawiedzonym klasztorem.

            Sędzia Di nadal pozostaje przewodniczącym sądu stołecznego, ale tym razem przyjechał do Kantonu wraz z Chiao Taiem i Tao Ganem (po wydarzeniach z Chińskiego wzoru Ma Joong skupił się na życiu rodzinnym). Akcję obserwujemy początkowo oczami tych dwóch, których śledzą jacyś podejrzani osobnicy. Wkrótce Chiao Tai jest świadkiem morderstwa i sam o mały włos unika śmierci z rąk tajemniczego Araba – tylko dlatego, że tamtego zabił ktoś jeszcze inny. Tao Gan tymczasem nawiązuje znajomość z niewidomą handlarką świerszczy. Sam Di Renjie pojawia się dopiero po 45 stronie i wyjawia przybocznym, że w ścisłej tajemnicy przywiózł ich do Kantonu, żeby wyjaśnić sprawę zaginięcia cesarskiego cenzora i tego, po co on tu w ogóle przyjechał. Ponieważ misja cenzora jest ściśle tajna, sędzia i jego towarzysze muszą zachowywać daleko posuniętą dyskrecję.

            Po raz pierwszy w serii van Gulika akcja osadzona jest w rzeczywistym mieście. W dodatku na dalekim południu Chin, gdzie jest gorąco i duszno, ludzie cały czas handlują i mówią innym językiem niż na północy. Dużą rolę w intrydze odgrywają Arabowie, którzy osiedlili się w Kantonie, prowadząc tu handel. Wśród miejscowych uchodzą za barbarzyńców i, prawdę mówiąc, nie robią nic, żeby zaprzeczyć temu stereotypowi. Chiao Tai nie rozumie ich kultury i obyczajów, a już z zupełnym niedowierzaniem odnosi się do rewelacji, że na zachód od ziem pod panowaniem kalifa żyją ludzie o żółtych włosach i niebieskich oczach, którzy piszą od lewej do prawej. Akcja dzieje się zresztą w roku 680, kiedy kalifem jest Jazyd I, jeden z pierwszych Omajjadów, niewymieniony tu zresztą z imienia. Pojawiają się też Tankowie – rdzenna ludność, uważana przez Chińczyków za barbarzyńców i traktowana z pogardą; trochę jak u nas Romowie, tyle że nie w taborze, a na łodziach.

            W tym tomie powracają – nieobecne w paru ostatnich – wędrówki sędziego i jego przybocznych incognito przez miasto, co można uważać jedynie za plus. W dziedzinie życia erotycznego jak zwykle pojawiają się kurtyzany i tancerki. Wygląda na to, że chociaż praca seksualna miała w dawnych Chinach pewne cechy niewolnictwa, to nie wiązała się z tak silną stygmatyzacją społeczną jak w Europie. Kurtyzana była w zasadzie przedmiotem handlu, ale równocześnie traktowano ją jako profesjonalistkę w swoim fachu; żołnierze otoczeni byli większą pogardą. Zresztą Chiao Tai stwierdza tu całkiem dosłownie: „Praca w domu uciech jest taka sama, jak każda inna!” (sędzia Di z kolei uważał tę profesję za zło konieczne, ale to już w innej powieści). Jest to oczywiście fikcja literacka, ale van Gulik wiedział, o czym pisze, jako wykształcony orientalista i autor pracy naukowej o życiu seksualnym w dawnych Chinach. Ogólnie wśród kobiet mamy jedną famfatał i po raz kolejny zadziorne bliźniaczki (tym razem arabskie), a daleko w tle majaczy jedna z największych Silnych Postaci Kobiecych™ w dziejach Kraju Środka – cesarzowa Wu Zetian.

Po kilku tomach przetłumaczonych przez Ewę Westwalewicz-Mogilską (w międzyczasie były jeszcze Maryna Ochab i Teresa Lechowska) nastąpiła zmiana tłumaczki, ale nie pogorszyło to jakoś szczególnie komfortu lektury, jeśli pominąć fakt, że bohaterowie ciągle potrząsają głową, zamiast kręcić, trudno też się zdecydować, kiedy sędzia mówi do kogoś na „ty”, a kiedy na „pan”.

Podobnie jak w dwóch poprzednich powieściach, finał naznaczony jest smutkiem, co nie zmienia faktu, że Morderstwo w Kantonie trafia do mojej osobistej pierwszej piątki powieści o sędzi Di.

 

17. Marcin Sowa, Siedmiogród 1944,
Warszawa 2005 (z serii Historyczne bitwy)

            Powrót na węgierski teatr działań II wojny światowej, czy raczej węgiersko-rumuński, gdyż Siedmiogród, szerzej znany jako Transylwania, to obszar pograniczny. Te dwa żywioły nacjonalne ścierały się tam od zawsze, a do tego byli jeszcze Seklerzy, Niemcy (zwani Sasami, niezależnie, z jakiej części Reichu przybyli), w dodatku Romowie i Żydzi. Z Siedmiogrodu wyszedł potężny Stefan Batory, dla Rumunów natomiast była to na tyle integralna część ojczyzny, że do dziś ich największym świętem narodowym jest nie tyle rocznica uzyskania niepodległości od Turka (9 maja), co połączenia Transylwanii z resztą Rumunii (1 grudnia). Naturalne, że obszar o tak skomplikowanej sytuacji musiał w czasie II wojny światowej znaleźć się w sporych kłopotach.

            Podobnie jak opisywany tu już Budapeszt 1944-1945, książka dzieli się zasadniczo na dwie części: dość lekką charakterystykę zdarzeń, które doprowadziły do danej sytuacji militarnej, oraz opis kampanii, który już jest czymś dla wyrobionego czytelnika. Zaczyna się więc od drugiego arbitrażu wiedeńskiego. Ogólny klimat zmian granic w latach 1938-1940 skłonił Magdziarzy do próby odzyskania terenów utraconych po traktacie trianońskim. Zwróciwszy się o arbitraż do Niemiec, latem 1940 r. Węgry odebrały Rumunii północną Transylwanię. W ten sposób Hilter uzależnił je od siebie politycznie, co w dalszej perspektywie zmusiło kraj regenta Horthyego do udziału w wojnie na froncie wschodnim. Przy okazji panującej w 1940 r. groźby wojny węgiersko-rumuńskiej, do której na razie nie doszło, autor omawia organizację sił zbrojnych obu krajów – jedna i druga armia była dość zacofana technicznie, ale rumuńska silniejsza liczebnie.

Lata 1940-1944 omówione są bardzo pobieżnie. Nowością była dla mnie informacja, że Węgry i Rumunia próbowały, mimo zadawnionej wrogości, zacieśniać jednak kontakty. Po Stalingradzie wojska radzieckie zaczęły zbliżać się stopniowo do granic Madziarorszagu. Autor omawia zatem próby węgierskiej kontrofensywy w Galicji oraz walki o przełęcze we wschodnich Karpatach. Przy tym w dość zajmujący sposób opisany zostaje system węgierskich linii umocnień w górach, oparty na elastycznej obronie.

Wtem, 23 sierpnia 1944 r., sytuacja diametralnie się zmieniła, kiedy król Michał I wraz z rządem rumuńskim poszli w ślady swoich włoskich odpowiedników rok wcześniej, aresztując marszałka Antonescu i przechodząc na stronę aliantów. W ten sposób kraj, który większość wojny spędził u boku Hiltera, mając swój udział m.in. w Holokauście, zakończył ją z pretensjami do tytułu „czwartej co do wielkości armii alianckiej”, i to pomimo faktu, że po zmianie frontu jego siły zbrojne zostały poważnie zredukowane.

Inaczej jednak niż we Włoszech, Niemcy nie mieli odpowiedniego układu sił, żeby zaokupować całą Rumunię, więc zmiana frontu była dla nich katastrofą, w której rozleciała się cała grupa armii. A Rumuni? Nad wyraz radowała ich perspektywa, że wjadą w Węgry jak dzik w poziomki. Nie szło im to jednak tak łatwo, bo w Karpatach, jeszcze przed osiągnięciem samej Transylwanii, siły węgiersko-niemieckie zaciekle się broniły. Sporą rolę odegrali na tym etapie Seklerzy, czyli węgierski odpowiednik Kozaków, tyle że nie konny, a górski. Po drodze autor charakteryzuje wojska 2. Frontu Ukraińskiego marsz. Rodiona Malinowskiego, wśród których znalazła się utworzona z rumuńskich jeńców dywizja „Tudor Vladimirescu” (nazwana na cześć przywódcy chłopskiego powstania z XIX w.)

W tytule książki stoi Siedmiogród, ale jej zakres chronologiczno-geograficzny jest znacznie szerszy; po walkach o Transylwanię przechodzi bowiem Marcin Sowa do operacji debreczyńskiej, kiedy to Armia Czerwona weszła na Węgry właściwe. Dużą rolę w operacji tej odegrała Grupa Kawaleryjsko-Zmechanizowana gen. Issy Plijewa. Szczególnie zacięte walki toczyły się o Wielki Waradyn, ale rolę odegrało też popularne wśród polskich turystów Hajduszoboszló. Równocześnie trwały działania na Zakarpaciu, gdzie przez przełęcze nacierał front gen. Pietrowa. Ostatnie rozdziały dotyczą walk w Kraju Cisy, z finałem w postaci bitwy pod Nyiregyhazą.

Książka jest przeznaczona raczej dla koneserów, ze względu na  sztabowy styl. Autor opisuje po kolei poszczególne rejony działań, co powoduje pewne zaburzenia chronologii. Kształt, jaki na tych terenach przybiera karpacki łańcuch, sprawił, że Radzianie atakowali zarówno od wschodu, jak zza Karpat Południowych, od południowego zachodu; Niemcy z kolei musieli nieraz nacierać w kierunku zachodnim. Powstawał w ten sposób pewien chaos, za którym, prawdę mówiąc, nie nadążałem. Jeden z rozdziałów nosi nawet tytuł „Bitwa o Wielki Waradyn – początek operacji debreczyńskiej, czyli kto kogo okrążył”. Zamęt potęgowała nieudana wrześniowa próba przejścia regenta Horthyego na stronę aliantów (opisana w dwuipółstronicowym przypisie!) Łatwo się pogubić, nawet z pomocą kilku mapek.

W sferze językowej najbardziej denerwujący jest niekonsekwentny zapis oznaczeń jednostek. Dywizje czy brygady – małymi literami („9. zapasowa dywizja piechoty”, inne – wielkimi („Grupa Armii „Południowa Ukraina””, „Grupa Strzelców Granicznych”), a korpusy i armie – w dzikiej rosyjsko-francuskiej manierze: pierwszy wyraz wielką literą, a reszta małymi (np. „6. Armia pancerna gwardii” czy „IX Korpus zmechanizowany”. Poza tym jedynym poważniejszym potknięciem jest informacja, że grupa Plijewa posiadała „389 czołgów pancernych”. Czołgów nieopancerzonych miała zapewne jeszcze więcej. Trudno natomiast winić autora, że Seklerów (węg. Székely) nazywa Szeklerami, skoro forma ta, równie zgodna z węgierską jak „Szegedyn”, rozpleniła się po polskiej literaturze przedmiotu gorzej niż klon jesionolistny. Za to w stosunku do Budapeszta poprawił się, pisząc właśnie o Segedynie, a nie o Szegedzie. Warto też zauważyć, że kiedy można, używa polskich nazw miejscowości, jak Białogród Juliański (Alba Iulia/Gyulafehérvár) albo Wielki Waradyn (Oradea/Nagyvárad), a kiedy nie można, to obok węgierskiej podaje rumuńską, np. Marosvásárhely/Tîrgu Mureş, choć miasta Cimpulung nie nazywa Kimpolongiem. W dalszym ciągu jednak podejrzewam, że miesza mu się Bug z Bohem. Za to bardzo pouczającym aspektem są pojawiające się nazwy przełęczy karpackich: Żabiej, Ojtozi, Przełomu Czerwonej Wieży, a także Przełęczy Złodziejskiej.

            O ile w Budapeście była tylko jedna wkładka ze zdjęciami, i to wyłącznie ze strony radzieckiej, to do Siedmiogrodu trafiły aż dwie i dominują Węgrzy. Trochę Sowietów i Niemców też jest, a na jednym zdjęciu załapali się nawet Rumuni.

 

17. Robert van Gulik, Sędzia Di, małpa i tygrys,
przeł. Ewa Westwalewicz-Mogilska, Warszawa 2006

Po przeczytaniu wszystkich powieści van Gulika pozostały jeszcze przygody sędziego Di opisane w krótszych formach. Opisywany tom, wydany pierwotnie w 1965 r., zawiera dwie opowieści: Poranek małpy i Noc tygrysa.

            Pierwszy rozgrywa się w czasach Han-yuan, w roku 666, czyli między Tajemnicą jeziora a Nawiedzonym klasztorem. Dopiero niedawno do świty sędziego dołączył Tao Gan i jeszcze się nie sprawdził w roli asystenta. Całą intrygę zaczyna gibon, od którego sędzia Di wydobywa pierścień ze szmaragdem… i śladami zaschniętej krwi. Usiłując zwrócić dany obiekt biżuteryjny, szybko sędzia przekonuje się, że właściciel, niezidentyfikowany, został zabity, a w dodatku ucięto mu palce. Sierżant Hoong z obydwoma osiłkami wyjechali do sąsiedniego okręgu, by pomóc rozwiązać tamtejszemu sędziemu sprawę przemytu, więc sędzia Di w rozpoczętym śledztwie musi wykorzystać zdolności Tao Gana. Przyjdzie mu zajrzeć do świata włóczęgów, których zorganizowane bandy włóczą się po kraju. Mamy tu do czynienia ze zwyczajem odcinania sobie kawałka małego palca przez członków przestępczych stowarzyszeń, co dziś kojarzy się raczej z jakuzą niż z gangami chińskimi.

            Drugie opowiadanie, Noc tygrysa, rozgrywa się dziesięć lat później, zaraz po zdarzeniach z Chińskiego gwoździa. Straumatyzowany sędzia jedzie do Chang’an, by otrzymać nominację na stanowisko przewodniczącego sądu stołecznego. Akurat trwa powódź, a zerwany most odcina sędziego od jego eskorty. Di postanawia spędzić noc w napotkanym po drodze dworze, gdzie przebywa chory właściciel, jego histeryk brat, dwaj zarządcy i nieco uchodźców. Ponieważ powódź uczyniła z tutejszego masywu górskiego tymczasową wyspę, po której grasuje niebezpieczna banda, sędzia jest de facto uwięziony. Wraz z mieszkańcami dworu musi wymyślić jakąś metodę obrony, zwłaszcza że nie da się zapłacić okupu, bo służąca uciekła z całym złotem. Na dodatek przed paroma dniami zmarła córka właściciela. Podobno miała wadę serca, ale choćby z tej przyczyny, że była jego najbardziej bezpośrednią spadkobierczynią, sędzia zaczyna podejrzewać, że to mogło być morderstwo. Noc tygrysa ma mroczniejszą atmosferę, jak przystało na opowieści z późnego okresu kariery sędziego Di. Jest też z całej twórczości van Gulika najbardziej zbliżona do klasycznego whodunit w stylu Agathy Christie, czyli kilkoro podejrzanych w otoczeniu zamkniętym; jednak opcji tu jest tylko parę i szybko się wyjaśniają, co nie szkodzi, bo utwór w końcu krótki. Powracają też jakby akcenta nadprzyrodzone. W tekście pewną rolę odgrywa instrument konsekwentnie nazywany lutnią, podczas gdy na ilustracji widać ewidentnie cytrę, podobną do japońskiej koto.

Krótsze formy są nie mniej wciągające od pełnowymiarowych powieści o sędzi Di, tyle że krótsze. Przekład w porządku, poza tym, że tłumaczka używa słowa „raczej” tam, gdzie chyba lepiej pasowałoby „dość”, nieprawidłowo używa też słowa „nań” w odniesieniu do rzeczowników rodzaju żeńskiego i nijakiego. Autor natomiast w przedmowie przybliża czytelnikowi chiński zodiak (którego znakami są małpa i tygrys), choć odgrywa on w intrydze rolę trzeciorzędną.

 

18. Robert van Gulik, Zagadki sędziego Di,
przeł. Ewa Westwalewicz-Mogilska, Warszawa 2010

Na koniec przygód sędziego Di – przedostatnia książka wydana za życia van Gulika,  w 1967 r. Zawiera ona osiem opowiadań z różnych okresów kariery głównego bohatera. Każde poprzedza krótki wstęp, lokujący je w odpowiednim czasie, na końcu zaś zamieszczona została tabela z pełną chronologią.

Pierwsze z opowiadań – sprawa podejrzanego samobójstwa pod tytułem Pięć Pomyślnych Obłoków – rozgrywa się zaledwie tydzień po Złotych morderstwach, czyli chronologicznie pierwszej sprawie sędziego po otrzymaniu przydziału. W nadmorskim okręgu Peng-lai ma też miejsce Zbrodnia i biurokracja – autor we wstępie sam podkreśla, że to wyjątkowy przypadek, w którym nie biorą udziału żadne postacie kobiece, bo rzecz się dzieje w wojskowym forcie. Sytuację militarną mamy też w opowiadaniu Trumny Cesarza, które rozgrywa się na kresach zachodnich podczas stanu wyjątkowego, ale tam już kobiety odgrywają istotną rolę. Za to Przychodził z deszczem wypełnia ważną lukę w życiu osobistym sędziego Di, która zwróciła moją uwagę w trakcie lektury powieści – pojawia się tam uratowana przez niego panna Tsao. Nie bierze jednak większego udziału w intrydze, w której centrum pozostaje za to głucha dziewczyna zwana Wilgą. Parę opowiadań osadzonych jest w Poo-yang i w tle pojawiają się znani z powieści Sheng Pa, szef gildii żebraków, oraz sędzia Lo z sąsiedniego okręgu.

Najsłabsze jest opowiadanie Dwaj żebracy: rozwiązanie zagadki kryminalnej opiera się na bardzo rozbudowanym założeniu sędziego, które akurat okazuje się prawdziwe. Kończące zbiór Zabójstwo w przededniu Nowego Roku to w sumie miniatura o prostym do odgadnięcia rozwiązaniu.

Z uwagi na krótkość formy przyboczni sędziego zazwyczaj są nieobecni, żeby nie rozciągać fabuły dodatkowymi wątkami. W jednym  opowiadaniu asystuje mu sierżant Hoong, w drugim Ma Joong, w trzecim Ma Joong i Chiao Tai, ale nie mamy okazji zobaczyć zdarzeń wyłącznie z ich perspektywy, odgrywają rolę drugorzędną albo trzymają się w ogóle w tle. Miłośników obu osiłków powinno usatysfakcjonować opowiadanie Nie ten miecz, gdzie prowadzą oni śledztwo w sprawie morderstwa w trupie wędrownych aktorów metodą "na Brandona Lee", czyli przez podmianę broni-rekwizytu na broń prawdziwą, a sędzia pojawia sie dopiero pod koniec. Z kolei Tao Gan tylko w jednym opowiadaniu jest w ogóle wymieniony po imieniu.

            Motywy zabójstwa bywają różne: od zazdrości erotycznej po próbę zatuszowania przestępstwa gospodarczego; w afekcie albo z premedytacją. Pojawia się też, piąty raz w ciągu całego cyklu, wątek LGBT. Akcja płynie szybko, bez większych dygresji.         

            Przekład wypada standardowo: przyzwoicie, ale z tymi samymi potknięciami co zawsze (np. uporczywe nazywanie czarek na herbatę "filiżankami"), z rzadka też koślawości w rodzaju „nadużycie władzy przez władzę” . Zdarzają się też gdzieniegdzie literówki i dziwna interpunkcja.

***

I tak dobrnąłem do końca cyklu utworów Roberta van Gulika o sędzi Di. Z początku trudno mi się było dostroić do cokolwiek staroświeckiego języka i narracji, ale z czasem przywykłem. Kreacje postaci kobiecych okazały się na ogół nie tak staroświeckie, jak by można myśleć - nie zawsze były to wyłącznie ofiary ("kobiety w lodówce") czy sympatie Ma Joonga i Chiao Taia, ale także sprawczynie, kobiety dokonujące zemsty, kobiety wnoszące istotny wkład w śledztwo... a także po prostu postaci z tła; famfatały, strażniczki domowego ogniska, panny do towarzystwa i proste dziewczyny ze wsi, a nawet trafiła się mistrzyni sztuk walki. Seria interesująca była ze względu nie tylko na same zagadki kryminalne, ale również na przystępny dla zachodniego czytelnika obraz życia codziennego VII-wiecznych Chin. Najbardziej podobały mi się Nawiedzony klasztor i Morderstwo w Kantonie, natomiast największe zmęczenie materiału czułem przy Zjawie i Chińskim gwoździu.