Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clapton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clapton. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lipca 2026

Sprzątacz z gitarą i Długa Strzelba (z frontu czytelniczego, 5/2026)

 

Kolejna, przedwakacyjna porcja lektur obejmuje dwie pozycje z szeroko pojętej biografistyki muzycznej, jedną powieść romantyczną i bonusowego Ospreya.

 

16. Eric Clapton, Clapton. Autobiografia, przeł. Jarosław Rybski, Wrocław 2009

I znów biografia muzyczna, tym razem jednego z najbardziej wpływowych gitarzystów Wielkiej Brytanii. Blurp z tyłu okładki podaje: „Nagrywał i koncertował z najwybitniejszymi twórcami, m.in.: The Beatles, The Rolling Stones, Jimim Hendriksem, Bobem Dylanem, Arethą Franklin, Philem Collinsem”. Akurat współpraca z Collinsem to dla Claptona średni powód do dumy, a z Jimim i Arethą były jeno epizody, ale mniejsza o to.

Niektórzy podają, że prawdziwe nazwisko „boga gitary” brzmi Eric Patrick Clapp. Wygląda na to, że nie do końca. Artysta był nieślubnym dzieckiem, wychowywanym przez dziadków, którzy nazywali się Clapp, ale jego matka nosiła nazwisko Clapton po pierwszym, przedwcześnie zmarłym mężu babci. W autobiografii gitarzysta nie stwierdza, czy kiedykolwiek w życiu w ogóle używał nazwiska Clapp, ale na zreprodukowanej legitymacji studenckiej za rok 1961/62 wyraźnie widnieje Clapton.

Trzeba przyznać, że Clapton w zajmujący sposób opowiada o swoim życiu. Dzieciństwo i dorastanie na prowincjonalnej angielskiej wsi (vide Pratchett), szkoła plastyczna, pierwsze fascynacje muzyczne, pierwsze gitary… Mam co prawda mieszane uczucia co do opisywania przez artystów swojego życia seksualnego (vide Manzarek). W końcu wejście w środowisko bluesowe Londynu: Clapton poznał Paula „Manfreda” Jonesa, kręcił się przy Rolling Stonesach, poznał w końcu i Beatlesów, a chociaż z początku uważał ich za komerchę, to zawiązała się przecież przyjaźń na całe życie (choć wyboista) z George’em Harrisonem. Pierwszym muzycznym przedsięwzięciem z prawdziwego zdarzenia byli The Yardbirds, których Clapton porzucił, bo uznał, że się sprzedali. Potem współpraca z Johnem Mayallem, Cream, Blind Faith… Odnosi się wrażenie, że na każdym z tych etapów czegoś mu brakowało i szybko się zniechęcał. Wreszcie kariera solowa, lecz artysta nie rozpisuje się jakoś szczególnie o swoich płytach, nawet tych najsłynniejszych.

W związkach z kobietami towarzyszyło mu ciągle poczucie odrzucenia, co wynikało z wczesnych przeżyć. Przez całe lata sześćdziesiąte spotykamy go w towarzystwie coraz to nowych partnerek, ale naprawdę pierun Amora walnął w niego dopiero za sprawą Patti Boyd, żony Harrisona. Doprowadziło go to do nagrania jednej z najlepszych płyt w karierze – Layli pod szyldem Derek and the Dominos – ale kiedy w końcu po długich bolach zszedł się z Patti, to ich wspólne życie było usłane nie tyle różami, co tłuczonym szkłem.

Ostrzegano mnie, że Clapton jest bucem, więc miałem na to baczenie w trakcie lektury. Wykazuje jednak sporą dawkę samokrytyki, np. wobec młodzieńczego puryzmu bluesowego; zauważa też, że miał tendencję do zrzucania winy za wszystko na innych. Nie rzuciło mi się w oczy, żeby o kimkolwiek wypowiadał się ze szczególną antypatią. Dużo pisze o swoich nałogach: najpierw przez parę lat brał heroinę, a terapia miała taki skutek, że przerzucił się na ankohol i ten pozostał z nim już na dłużej.

Ostatnie parę rozdziałów wypada mniej interesująco, bo od kiedy Clapton wyzwolił się z nałogów, wszedł w stabilny związek i odnalazł życie rodzinne, to dalej jest już prawie idylla: rejsy wokół Korsyki, łowienie ryb, spędzanie czasu z córkami i niestety także polowania, od czasu do czasu przerywane smutniejszym akcentem w postaci ostatniego pożegnania z którymś ze starych przyjaciół.

Jarosław Rybski, tłumacz, miał kiedyś w „Teraz Rocku” rubrykę poświęconą tekstom piosenek z różnych płyt. Z autobiografią Claptona porządnie sobie poradził, dodał od siebie przypisy wyjaśniające konteksty nieoczywiste dla polskiego odbiorcy, ale zdarzyło mu się parę drobnych potknięć – wmawia nam np., że Keith Relf, wokalista Yardbirdsów, grywał na harfie, jakby nie wiedział, że w slangu bluesowym „harp” oznacza harmonijkę.

 

17. Kurt Cobain, Dzienniki, przeł. Dagmara Chojnacka, Poznań 2002

Trudno powiedzieć, jaki stosunek miałby lider Nirvany do pośmiertnego wydawania własnych intymnych zapisków. Możliwe, że skomentowałby je w krótkich żołnierskich słowach, tak jak skomentował fakt, że jeszcze za jego życia ktoś ukradł kilka jego brulionów. W każdym razie stało się: od śmierci Cobaina nie minęło dziesięć lat, a jego dzienniki ukazały się także na rynku polskim. Widocznie Courtney potrzebowała piniędzow.

            Najogólniej rzecz biorąc, jest to groch z kapustą: luźne przemyślenia, brudnopisy listów do różnych osób, teksty piosenek, scenariusze teledysków, listy ulubionych płyt, komiksy i inne rysunki. Są nawet notatki na egzamin na prawo jazdy i CV Kurta jako sprzątacza. Część tekstów jest niedokończona, niektóre urywają się w połowie zdania. Trudno na tej podstawie zrekonstruować biografię Cobaina, ale na pewno jest to do niej cenne źródło i na pewno mówi wiele, co chłopu w głowie siedziało. Teksty nie są na ogół datowane, ale ułożone mniej więcej chronologicznie – zaczyna się od czasów, kiedy Nirvana dopiero starała się o kontrakt nagraniowy. Wyjazd do Seattle na koncert Melvinsów stawał się niemożliwością, bo zrzucano się we czwórkę na benzynę, a tu nagle dwie osoby rezygnowały.

            Sytuacja zmienia się radykalnie po sukcesie komercyjnym Nevermind – pojawiają się złorzeczenia wobec branży nagraniowej, dziennikarzy muzycznych i bezmyślnych fanów. Przy różnych okazjach Kurdt Kobain (bo i tak się podpisywał – tłumaczka nie wyjaśnia dlaczego, ale miał tak zostać nazwany w jednym z przewodników płytowych) wyraża lewicowe i feministyczne poglądy, niekiedy nadając im formę wypowiedzi programowej. Z tego typu tekstami sąsiadują szkice piosenek (np. Smells Like Teen Spirit w dwóch wersjach roboczych), okładek płyt, a nawet rysunki poglądowe modelu gitary dla leworęcznych, którego produkcję artysta chciał zaproponować firmie lutniczej. Ostatnim opublikowanym tekstem – niepełnym – jest parę gorzkich słów na temat Jeana-Claude’a Van Damme’a, zapisanych na papeterii rzymskiego hotelu Excelsior. Pozwala to datować notatkę na ostatnią trasę Nirvany z zimy/wiosny 1994 r.

Jeśli chodzi o seattle’owską scenę rockową, przez dzienniki często przewija się zespół Melvins. Soundgarden i Alice in Chains jakby w ogóle nie istnieli, a o Pearl Jam są tylko dwie wzmianki, obie lekceważące. Uderzająca jest też prawie zupełna nieobecność w tych zapiskach Dave’a Grohla, bądź co bądź perkusisty Nirvany – podczas gdy Chris vel Krist Novoselic jak najbardziej się pojawia.

            Aby jak najpełniej odtworzyć charakter dzienników, wydawca zreprodukował strony (nie wszystkie), aby każdy mógł zobaczyć przyjęty przez Kurta układ graficzny, a pod spodem podano transkrypcję. Tłumaczka zrobiła dobrą robotę, podobnie jak Rybski wyjaśniając konteksty w przypisach (np. właśnie dlaczego Novoselic ma dwa warianty imienia), chociaż niekiedy zdarza jej przepuścić jakieś słowo albo przetłumaczyć coś inaczej, niż ja bym zrobił („obviously” jako „obleśnie” to jednak trochę zbytnia licentia poetica).

 

17,5. Ed Gilbert, Raffaele Ruggieri, Native American Code Talker in World War II, 
Oxforf 2008 (Osprey Warrior nr 127)

Zaległość z lektur pacyficznych. Udział w II wojnie światowej amerykańskich szyfrantów z narodów korzennych przez długi czas był ściśle tajny i armia ujawniła go dopiero w 1969 roku. Ed Gilbert, historyk wojsk pancernych US Marine Corps, podjął się przedstawienia warunków służby owych „code talkerów”.

Osprey wykorzystuje konwencję czasem spotykaną w serii „Warrior”: oparcie narracji na fabularyzowanej historii paru fikcyjnych żołnierzy, którzy mają być reprezentatywnymi przedstawicielami swojej grupy. Obok tego jednak przywoływane są wspomnienia prawdziwych weteranów. Najsłynniejsi są Nawaho służący w szeregach marines, nie tylko ze względu na film Szyfry wojny z Nicolasem Cage’em (bynajmniej nie w roli Indianina), skądinąd słabo się trzymający prawdy historycznej. Książka wspomina i o przedstawicielach innych ludów amerykańskich. Armia lądowa wysłała do Europy Komanczów, którzy lądowali w Normandii. O udziale Siuksów, Hopi czy Cree wiadomo zupełnie niewiele. Wszystko zaczęło się zaś od dwóch Czoktawów-radiooperatorów, którzy jesienią 1918 r. spontanicznie wykorzystywali w łączności własny język. Opracowanie skupia się jednak na Nawaho, bo o nich najwięcej wiadomo.

Szyfr nie polegał wyłącznie na tym, że łącznościowcy nawijali przez radio czy telefon w swoim języku – był dużo bardziej skomplikowany, o czym świadczy fakt, że Nawaj wzięty do niewoli na Filipinach, którego Japończycy próbowali zmusić do tłumaczenia, miał wrażenie, że słucha jednego wielkiego bełkotu. Praca szyfrantów umieszczona została w kontekście ogólnych problemów łączności pola walki, przedstawiono więc najważniejsze typy radiostacji (określenie „walkie-talkie” początkowo odnosiło się do radia plecakowego, a nie ręcznego). Omówione jest szkolenie, umundurowanie, a przede wszystkim warunki służby – na froncie i w czasie wypoczynku na tyłach. Na końcu pojawia się ciekawy rozdział o tradycyjnych ceremoniach, jakim poddawali się Nawajowie po powrocie do swoich, a także wykaz niektórych tematycznych muzeów.  

Warstwa ilustracyjna to zarówno zdjęcia samych korzennych łącznościowców (w pewnym momencie wojny nie ukrywano już, że Nawaho i Komanczowie służą na froncie, ale nie precyzowano, w jakiej roli), jak ogólnie żołnierzy i sprzętu łączności na pacyficznym teatrze działań. Tablice barwne (sztuk 7) wykonał Ruggieri, do którego mam stosunek umiarkowany – ludzie są u niego jakoś dziwnie obli i nadmiernie się błyszczą. Dwie przedstawiają broń i sprzęt łączności, a reszta to sceny ze służby, także Czoktawów i Komanczów.

 

18. James Fenimore Cooper, Ostatni Mohikanin, przeł. Tadeusz Evert, Warszawa 1969

Po Quebecu zachciało mi się spontanicznie przeczytać najsłynniejszą powieść osadzoną w tych samych realiach. J.F. Cooper wydał Mohikanina w roku 1826, a więc niecałe siedemdziesiąt lat po opisywanych wydarzeniach. Była to druga część Pięcioksięgu Skórzanej Pończochy i zdecydowanie najsłynniejsza – doczekała się szeregu ekranizacji, z czego najbardziej znana, z 1992, z Danielem Day-Lewisem w roli Sokolego Oka, sporo odbiegała od oryginału (choćby w kwestii tego, kto z głównych bohaterów zginął i w jaki sposób). W moje ręce wpadło wydanie skrócone z 1969 roku.

Trwa trzecia wojna śląska, a wojska markiza de Montcalma idą przeciw Anglikom. Major Heyward wyrusza z fortu Edwarda do fortu William Henry, eskortując Alicję i Korę, córki dowodzącego tym ostatnim pułkownika Munro. Nie wiedzą, że wiodący ich przez puszczę Amerykanin Magua nie z dobrego serca zgłosił się na przewodnika. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, w lasach natrafiają na pomocną dłoń Sokolego Oka i jego mohikańskich przyjaciół: wodza Chingachgooka i jego syna Unkasa. Następuje akcja o charakterze przygodowym: przemierzanie lasów, ukrywanie się przed pościgiem, strzelaniny, walka wręcz. Jest coś w rodzaju wątku miłosnego, ale ledwo zarysowane i mało przekonujące.

Za głównego bohatera należy zdecydowanie uznać Nataniela vel Sokole Oko vel Długą Strzelbę – zwiadowcę, człowieka puszczy, obeznanego z przyrodą i zwyczajami Indian, wygadanego i praszczura wszystkich westernowych strzelców wyborowych. Na drugim miejscu znajduje się Heyward, jako człowiek z zewnątrz, niedoświadczony w sprawach puszczańskich. Z perspektywy tych dwóch najczęściej obserwujemy zdarzenia, chociaż narrator jest wszechwiedzący i chętnie o tym przypomina. Unkas to wprawdzie bohater tytułowy, ale ma dużo mniej czasu antenowego niż tamci dwaj i znacznie mniej dialogów. Z dwóch sióstr Alicja jest egzaltowaną i nieco infantylną blondynką, a kruczowłosa Kora – starsza i poważniejsza – to przykład silnej charakterem, niewalecznej postaci kobiecej. Jest jeszcze wędrowny psalmista – trochę element komiczny, a trochę piąte koło u wozu, na przebieg fabuły wpływa dopiero w ostatniej jednej trzeciej powieści.

Pod względem ideologicznym występuje tu motyw „szlachetnego dzikusa” w stanie czystym; autor często nazywa Indian „dzikimi”, ale w zestawieniu z nimi ludzie tzw. cywilizowani przeważnie wypadają niekorzystnie. Wielokrotnie mowa o tym, że to zachłanność Anglików winna jest upadkowi Indian, a przedtem ich nadmiernej nerwowości. Incydentalnie pojawia się potępienie niewolnictwa czarnych – matka Kory pochodziła z Karaibów i pułkownik Munro podejrzewa, że Wirgińczyk Heyward właśnie z powodu uprzedzeń rasowych nie chce prosić go o rękę tej córki, tylko drugiej. Magua, czarny charakter, jest postacią dość złożoną – ucieka się do podstępów i przemocy, charakterystyczną i wielokrotnie wspominaną cechę jego wyglądu stanowi okrutny wyraz twarzy, ale też wykazuje się zdolnościami krasomówczymi z pogranicza dyplomacji i demagogii, a kieruje nim zemsta za hańbę, jaką ściągnęli na niego biali. Sam Sokole Oko wielokrotnie podkreśla, że jest czystej krwi białym, choć wychowanym wśród Mohikanów, i tak jak oni, żywi hurtową niechęć do Huronów i Irokezów; narrator otwarcie jednak stwierdza, że przemawiają przez niego uprzedzenia.

Swego czasu Mark Twain niemiłosiernie się natrząsał z pisarstwa Coopera, jednakże powieść powstała w epoce romantyzmu i trudno się dziwić, że napisana została takim, a nie innym językiem: długie zdania, opisy przyrody, dialogi tak rozwlekłe, jakich trudno się spodziewać po żywych ludziach… Jest sporo patosu, jest i nieco ironii, zwłaszcza w wypowiedziach Sokolego Oka.

Ciekawostka: blurp z tyłu okładki stwierdza, że Cooper urodził się „w New Jersey w stanie Nowy Jork”.

 

sobota, 1 listopada 2025

Zaduszki Rockowe 2025


W roku 2025 spoza świata muzycznego odeszli m.in. David Lynch, Claudia Cardinale, Alain Delon, Patricia Routledge, papież Franciszek albo częstochowska osobowość uliczna znana jako Pan Hieronim (przy okazji dowiedziałem się, że był ojcem mojej koleżanki z liceum). Z mojego bliskiego otoczenia, na szczęście, nikogo nie ubyło, ale kilkoro znajomych przeżyło stratę. Jak co roku, wspomnę tu o zmarłych od zeszłego listopada artystach muzycznych, których nagrania mam w swojej płytotece.

 


15 listopada 2024 zmarł Peter Sinfield, poeta i współzałożyciel King Crimson. Swoimi tekstami piosenek, pełnymi barwnych obrazów i metafor, a czasami nawet kombinacji formalnych, wpłynął na mnie do tego stopnia, że dziś zawodowo się zajmuję językiem angielskim (drugą inspiracją był Ian Anderson). W składzie Karmazynowego Króla odpowiadał ponadto za oprawę świetlną koncertów, a sporadycznie grywał na żywo na gitarze czy organach. Po 1971 Robert Fripp rozwiązał grupę, a po reaktywacji nawiązał już współpracę z innym tekściarzem. Sinfield tymczasem pisał dla Emerson, Lake & Palmer oraz „włoskich Crimsonów”, Premiata Forneria Marconi. W międzyczasie przytrafiła mu się płyta solowa, również w konwencji artrockowej. W latach 80. jego teksty śpiewały takie artystki jak Cher czy Diana Ross.

20 stycznia 2025 ogłoszono, że jakiś czas wcześniej zmarł gitarzysta John Sykes, reprezentant klasycznego heavy metalu z Wysp Brytyjskich. Na początku lat 80. należał do Tygers of Pan Tang, potem został zaangażowany do ostatniego składu Thin Lizzy. W zastępstwie za Adriana Vandenberga zagrał na słynnej płycie Whitesnake 1987. Miał też w latach osiemdziesiątych własny zespół Blue Murder.

Dzień później odszedł Garth Hudson, obdarzony rozłożystą brodą klawiszowiec The Band i ostatni członek tego zespołu. W czasie, kiedy zespół nie istniał, Hudson grywał jako muzyk sesyjny, a prasa branżowa uznawała go za prawdopodobnie najlepszego akordeonistę w muzyce popularnej. Okazjonalnie grywał na saksofonie, a jako jedyny z The Band nie śpiewał.

11 czerwca zmarł Brian Wilson, lider The Beach Boys, zespołu w USA porównywalnego z Beatlesami pod względem wpływu na muzykę popularną (zresztą oba kolektywy inspirowały się nawzajem). Uważany za jednego z najwybitniejszych amerykańskich autorów piosenek w latach 60., po rozpadzie Beach Boysów nagrywał solo. Był ostatnim z trzech współtworzących grupę braci Wilsonów: Dennis utonął w czasie surfingu w 1983 r., a Carl zmarł w 1998.

20 lipca zmarł Ryszard „Placho” Olesiński, gitarzysta solowy Maanamu przez większość istnienia. Przed dwoma laty zmarł jego brat Krzysztof, basista. W tej sytuacji z klasycznego składu Maanamu wśród żywych pozostaje tylko perkusista Paweł Markowski.

22 lipca zmarł Ozzy Osbourne. To wręcz niewiarygodne, że człowiek, który tyle tankował i należał do najjaskrawszych przykładów rockandrollowego stylu życia, dożył 76 lat i nie narkotyki, alkohol czy przekroczenie dozwolonej prędkości, a Parkinson zaprowadził go do grobu. Z drugiej strony odszedł jako pierwszy z klasycznego składu Black Sabbath, chociaż Bill Ward był już po zawale, a Tony Iommi przeszedł chłoniaka. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej zagrał z nimi pożegnalny koncert, chociaż głównie na siedząco. Wpływ Ozzy’ego na heavy metal jest nie do przecenienia, chociaż geniusz Sabbath polegał na kombinacji oryginalnych osobowości twórczych. Po odejściu z zespołu Osbourne prowadził karierę solową, radząc sobie bez kolegów lepiej niż oni bez niego (w czym spora zasługa jego żony i zarazem menażerki, Sharon Osbourne). Co prawda dopuszczał się po drodze ekscesów wprost straszliwych, z których wysikanie się na pomnik w miejscu pamięci narodowej było najłagodniejszym. W nowym tysiącleciu, gdy już zdrowie zaczynało mu szwankować, odpalił razem z rodziną reality show, ale i tak przejdzie do historii jako człowiek, który zaśpiewał Iron Man, Paranoid czy Sabbath Bloody Sabbath.

10 sierpnia zmarł Bobby Whitlock, ostatni – prócz Erica Claptona – członek grupy Derek and the Dominos. W zespole obsługiwał fortepian i organy. Grał również z George’em Harrisonem na słynnej płycie All Things Must Pass.

20 sierpnia w wypadku motocyklowym zginął Brent Hinds, wokalista i gitarzysta grupy Mastodon, wykonującej ciężką i skomplikowaną formalnie odmianę metalu. Kilka miesięcy wcześniej odszedł z niej w atmosferze konfliktu. Wraz z dwoma kolegami z zespołu wystąpił epizodycznie w dwóch odcinkach Gry o tron.

21 sierpnia, w ostatnim dniu festiwalu w Sopocie zmarł niespodziewanie Stanisław Sojka, piszący się również Soyka. Jest to artysta zasadniczo spoza mojej bajki, oscylujący między jazzem, soulem a piosenką autorską; zdarzało mu się wykonywać zarówno pieśni religijne, jak i sonety Szekspira. Na niwie poprockowej współpracował z Januszem „Yaniną” Iwańskim pod szyldem Soykayanina i Kompania. W mojej płytotece pojawia się jako drugi głos w piosence Maanamu Bądź taka, nie bądź taka. Wziął też np. udział w koncercie piosenek Nicka Cave’a na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w 1999 r., wykonując kilka z nich solo, a z samym Cave’em The Weeping Song w dwujęzycznym duecie.

6 września zmarł Rick Davies, członek grupy Supertramp, która zaczynała od rocka progresywnego, ale z czasem przeszła ku muzyce łagodniejszej i bardziej komercyjnej (vide Breakfast in America). Pełnił w niej funkcję wokalisty i klawiszowca. Po odejściu w 1983 r. Rogera Hodgsona został głównym wokalistą i de facto liderem.

 

23 września odszedł Danny Thompson, kontrabasista folkowej (zaliczanej do folk rocka, ale sama się z tym nie zgadzała) grupy Pentangle. Był wychowankiem Alexisa Kornera i postacią dość aktywną na brytyjskiej scenie folkrockowej: grywał np. z Johnem Martynem czy Donovanem. Teraz z klasycznego składu Pentangle żyją jeszcze wokalistka Jacqui McShee i perkusista Terry Cox, choć ten ostatni nie jest już w grupie.

10 października zmarł John Lodge, basista The Moody Blues. Nie był współzałożycielem (przyszedł na miejsce także już dziś nieżyjącego Clinta Warwicka), ale na każdej z płyt miał coś do zaśpiewania – między innymi Emily’s Song, dedykowany najwyraźniej córce, i mój ulubiony Isn’t Life Strange.

17 października opuścił nas Ace Frehley, gitarzysta pierwszego składu Kiss. Naprawdę nazywał się Paul Daniel Frehley, ale Paul Stanley stanowczo utrzymywał, że w grupie może być tylko jeden Paul. Występując z Kiss, Frehley używał scenicznej persony „Kosmity”. Czasami komponował piosenki na albumy grupy (np. Parasite albo Cold Gin), ale rzadko sam je śpiewał – najbardziej znany przykład to Shock Me, zainspirowany przez jego porażenie prądem w trakcie koncertu. W konsekwencji tego wypadku Kiss stał się jednym z pierwszych użytkowników wzmacniaczy bezprzewodowych. Po odejściu na początku lat osiemdziesiątych gitarzysta nagrywał jako solista oraz z zespołem Frehley’s Comet. Wziął też udział w reaktywacji Kiss w latach 90., ale nie utrzymał się tam długo.

Dwa dni później odszedł Sam Rivers, basista Limp Bizkit – jednej z największych gwiazd tzw. nu metalu przełomu tysiącleci, łączącej ciężkie brzmienia z elementami hiphopowymi. Rivers stał w cieniu ścierających się osobowości – ordynarnego Freda Dursta i ekscentryka Wesa Borlanda, którzy byli może jednymi z ostatnich klasycznych (anty)herosów rocka – ale w tego typu twórczości, ciężkiej i rytmicznej, jego linie basowe odgrywały istotną rolę.



 

poniedziałek, 11 lipca 2022

Dżem z Irokeza, czyli zapełnienie paru luk muzycznych

 Wiosenne nabytki muzyczne pochodziły częściowo z oferty używanej, a częściowo były świeże, spod folii.

 

Maanam, Maanam, 1980

Ten album miałem już od dawna na kasecie, kupionej około 1999 r. w Białymstoku, w nieistniejącym już dziś (oczywiście) sklepie przy ul. Sienkiewicza. Dużo wcześniej w rodzinie musiało być wydanie jeszcze wcześniejsze, bo pamiętam z dzieciństwa nazwę Maanam, okładkowe zdjęcie zespołu i wynikające z wizerunku Kory przekonanie, że najbardziej wyrafinowana fryzura u kobiety to brak fryzury. Teraz, z okazji wizyty u dentystologa, wzbogaciłem się o wersję kompaktową.

Z całą pewnością image Kory musiał być szokiem na feściwalu w Opolu, gdzie, po kilku latach działalności w undergroundzie, Maanam po raz pierwszy pokazał się szerokiej publiczności. Debiutancki materiał był też jednak przełomem w polskiej muzyce tego czasu, jednym z filarów rockowego boomu początku lat osiemdziesiątych.

Pierwsza płyta Maanamu zdominowana jest przez czady, które można by nazwać punkowymi, gdyby nie stały na zbyt wysokim jak na punk poziomie technicznym: Żądza pieniądza, Szare miraże, Karuzela marzeń… No i ekscentryczne Boskie Buenos, które rzuciło na kolana opolską publiczność. Nie mniej zadziorny jest nieco spokojniejszy Biegnij razem ze mną, doprawiony saksofonem Zbigniewa Namysłowskiego. Szczególnie wyróżnia się wariacki Oddech szczura, wykonany jak gdyby w przyspieszonym tempie. Łagodniejsze momenty są dwa: gitarowy instrumental Miłość jest cudowna oraz bluesowa ballada Szał niebieskich ciał.

Po przesłuchaniu tego albumu przypomniałem sobie, jak wulkaniczną osobowością sceniczną była Kora (w późniejszych latach zdarzało jej się śpiewać już bardziej jednowymiarowo). W jej śpiewie jest wszystko: pasja i żart, radość i gorycz, udręka i ekstaza, Dawid i Goliat, gangsterzy i filantropi. Czasem słodzi, czasem wrzaśnie, czasem wpadnie w groteskowy falset. Biorąc pod uwagę, że nierzadko nosiła się na łyso, łatwo pojąć, z kogo ściągali Skunk Anansie. Ale – poważnie mówiąc – Maanam to także talent kompozytorski Marka Jackowskiego, byłego muzyka zespołów Anawa i Osjan, i niezwykle melodyjne solówki gitarowe Ryszarda Olesińskiego.

Jeśli zaś chodzi o sekcję rytmiczną, to na tej, jak i na następnej płycie, bas i perkusja świetnie brzmią – co pewnie jest zasługą zarówno perkusisty Pawła Markowskiego (a w dwóch utworach Ryszarda Kupidury, który później grał z Andrzejem Pluszczem i Grażyną Łobaszewską w grupie fusionowej Crash), basisty Krzysztofa Olesińskiego, jak i realizatora nagrań, Andrzeja Poniatowskiego. W czasach, kiedy nie było u nas producentów płytowych w sensie zachodnim (czego boleśnie doświadczyła np. grupa Turbo, zmuszona współpracować z panią od muzyki poważnej), były perkusista Klanu wiedział, co robić, żeby uzyskać właściwy efekt. Swoją drogą, Krzysztof Olesiński, brat Ryszarda, został na okładce wymieniony jako uczestnik sesji,  nie stały członek zespołu. Na następnej płycie zastąpił go Bogdan Kowalewski, co trwało aż do 1991, kiedy to po obrażeniach poniesionych przez Kowalewskiego w wypadku drogowym Maanam przyjął Krzysztofa O. na jego miejsce.


 

Jamiroquai, Travelling Without Moving, 1996

Znowu coś z pobocza drogi – „Żamiroke” zalicza się bowiem do gatunku znanego jako acid jazz. Najgeneralniej rzecz biorąc, mamy tu trochę soulu, trochę funku, trochę jazzowego feelingu, trochę spraw latynoskich i okazjonalnie elementy nowoczesnych brzmień. Wokalista Jay Kay wywija zaś takie melizmaty, że trudno uwierzyć, że biały, w dodatku Brytyjczyk.

Dalibóg, nie jarzę, na czym ma tu polegać „acidowość”, bo to przecie solidny funk.  Weźmy Cosmic Girl: basowy fundament, gitara robi głównie ozdobniki, stylowe smyczki… no może te zawijasy na syntezatorach mają w sobie coś z „nowych brzmień”. Virtual Insanity odjeżdża nawet w stronę soulu. W Alright funk nabiera cech dyskotekowych, być może z perkusyjnym loopem, ale nie brzmi to tak plastikowo, żeby mnie miało odrzucać. Najbardziej charakterystyczny jest Use the Force – rytmika samby, odpowiednie perkusjonalia, fortepian elektryczny, a także figura rytmiczna zagrana na gitarze z „kaczką” przy wytłumionych strunach, która również kojarzy się z jakimiś brazylijskimi stukawkami.

Podobne klimata dominują na całej płycie. Przerywnik w tej tanecznej imprezie stanowią utwory Didjerama i Didjital Vibrations, oniryczne pejzaże muzyczne oparte na brzmieniu – jak się łatwo domyślić – dzidziridu.

Jest utwór dodatkowy Funktion, wyróżniony jako osobna pozycja na wyświetlaczu, ale nieopisany na okładce. Cały czas słyszę tam „I’m going to abortion” albo dla odmiany „I’m going to a pociąg”. 


 

Manic Street Preachers, Everything Must Go, 1996

Z okładki tej płyty patrzą na nas trzej Walijczycy. Everything Must Go, czwarty w ogóle album Preachersów, jest pierwszy, jaki nagrali po zaginięciu bez śladu Richeya Jamesa Edwardsa. Wykorzystali jednak kilka z jego tekstów.

Niewiele pozostało z hardrockowych riffów, jakie rozbrzmiewały na Generation Terrorists. Uliczni Kaznodzieje stali się de facto zespołem britpopowym i tylko słowa piosenek pozostały, jak dawniej, ostre i zaangażowane. Pierwszy utwór, Elvis Impersonator: Blackpool Pier, zaczyna się całkiem łagodnie, od „folkowego” bicia gitary akustycznej, po chwili dołącza harfa i dopiero na wysokości refrenu gitary i perkusja ruszają z kopyta. Harfistka Julie Aliss powraca w Small Black Flowers That Grow in the Sky, zresztą najłagodniejszym na płycie.

O tym, że piosenki o rozlewnych melodiach dobrze zespołowi wychodzą, wiadomo co najmniej od czasu Life Becoming a Landslide, ale tutaj dominują one w repertuarze. Gitarową ścianę dźwięku wzbogacają smyczki (A Design for Life), świetnie też budują spectorowska aranżację utworu tytułowego. Charakterystyczne cykanie tamburynów wzbogaca mocniejszą gitarową Australię. Kevin Carter zaczyna się motywem do złudzenia przypominającym późniejszy Scenariusz dla moich sąsiadów Myslovitz, a perkusista Sean Moore gra w nim solo na trąbce.

Nieco więcej postpunkowego czadu można znaleźć w Enola/Alone, Interiors (Song for Willem De Kooning) oraz Further Away, chociaż zespół nie porzuca rzewnej melodyki. Mój ulubiony jest Removables z bardziej zadziornym refrenem. Dobrze też wypada finał płyty – No Surface All Feeling, z którego zapamiętuję ładnie sfuzzowaną gitarę – chociaż odbiór psuje mi nieco fakt, że w moim egzemplarzu płyta trochę się zacina na początku tego utworu. 


 

Eric Clapton, Journeyman, 1989

Wspominałem już chyba kiedyś, jak ważny dla mojego rozwoju muzycznego był koncert Unplugged Claptona. Po latach dotarłem do wcześniejszego albumu studyjnego, na którym premierę miały utwory zagrane przez niego podczas tamtego występu.

W latach osiemdziesiątych Mr. Slowhand wpadł w szpony Phila Collinsa, który przerobił go na swój obraz i podobieństwo – nagrane wtedy płyty Claptona są właściwie płytami Collinsa z Claptonem na wokalu. Potem jednak gitarzysta wytrzeźwiał na tyle, żeby wziąć sprawy we własne ręce (choć de facto skomponował tu tylko dwa utwory, i to oba we współpracy z kimś). W rezultacie powstała najlepsza jego płyta od początku dekady.

Mamy tu do czynienia z powrotem do bluesa, przy czym aranżacje są zrobione „po elegancku”, według pop-rockowych standardów dominujących w późnych latach osiemdziesiątych. Spora w tym zasługa porządnych muzyków sesyjnych. Basista Nathan East i perkusista Steve Ferrone mieli potem zresztą zagrać także na Unplugged. Poza tym w nagraniu dużej części płyty wzięli udział gitarzysta Phil Palmer i klawiszowiec Alan Clark, kojarzeni z Dire Straits, a w perkusję wali gdzieniegdzie Jim Keltner, przyjaciel Charliego Wattsa.

Zaczyna się całkiem witalnie, od Pretending, w którym Clapton czaruje bluesowymi solówkami na tle motorycznego pulsu, jaki pasowałby do ZZ Top, przy czym chórki damskie (a w nich Chaka Khan) wprowadzają niejaki element soulowy. W podobnej konwencji No Alibis pobudza słuchacza w połowie płyty. Run So Far to duet Claptona ze starym druhem, George Harrisonem, i zresztą tego ostatniego kompozycja. Anything for Your Love jest w średnim tempie i bardziej po Claptonowsku płaczliwy, ale też ujdzie. Pewne potknięcie stanowi Breaking Point, który w założeniu miał być funkowy, a wyszła rąbanka.

Stylowo brzmi przeróbka Hard Times Raya Charlesa, dzięki wykorzystaniu sekcji dętej (a w niej Lew Soloff, trębacz Blood, Sweat & Tears). Z kowerów wyróżnia się też Hound Dog, ongiś jeden z największych przebojów Elvisa, przez Claptona zinterpretowany raczej w wydaniu rhythmandbluesowym niż rockandrollowym, w dodatku z innymi słowami w refrenie niż powszechnie znane.

Zdecydowanie przebojowy walor ma mój ulubiony na płycie Bad Love, wspólna kompozycja Claptona z Mickiem Jonesem, którego poprzednio słyszałem, gdy wspomagał Billy’ego Joela. Wokalami dodatkowymi służą tu wokalistki Katie Kissoon i Tessa Niles, również znane z koncertu dla MTV, na basie gra znany sesyjniak Pino Palladino, a na perkusji – Phil Collins we własnej osobie.

A co z piosenkami, które Clapton zagrał później na Unplugged? Najbardziej podobała mi się urokliwa ballada Running on Faith, z wysokiej jakości partiami fortepianu Chucka Leavella. Tamta aranżacja wydobyła pierwiastek southern-rockowy, natomiast wersja studyjna wydaje mi się bardziej konfekcyjna, ale też fajna. Clapton gra tu na gitarze typu dobro (ze stalowym rezonatorem), a wspiera go autentyczny chór gospelsowy. Na Unplugged trafiła też „zmęczona” Old Love, oprócz Bad Love najlepszy punkt Journeymana. Koncert zaczął się zaś bluesem Bo Diddleya Before You Accuse Me, który tu trafia na sam koniec. O wszystkich trzech można powiedzieć, że aranżacje akustyczne wydobyły z nich nowe światło.  



Frank Zappa/The Mothers of Invention, Freak Out!, 1966

Znowu coś, co kiedyś miałem na kasecie – i straszliwie mnie po pierwszym słuchaniu rozczarowało. Prawda, że znaczna siła twórczości Franciszka Zappy leży w tekstach – bez ich zrozumienia łatwo uznać Freak Out za coś bardzo passe.

Spora część tego albumu (pierwotnie dwupłytowego) to pastisze modnej wówczas w USA muzyki młodzieżowej, z odpowiednio durnymi tekstami, a kiedy indziej dla odmiany dającymi do myślenia. Przykładem drugiego nurtu jest Hungry Freaks, Daddy z riffem trawestującym Satisfaction Stonesów i tekstem wymierzonym w amerykański system edukacji (komentarz Zappy we wkładce: „rzuć szkołę, idź do biblioteki”). Dopiero po wieloletniej przerwie zauważyłem roziskrzoną solówkę gitarową, która wycina tam Zappa. Motherly Love łączy nie do końca poważny tekst i całkiem niepoważny motyw mirlitonu z całkiem stylowym riffem.

Z rzeczy pastiszowych najbardziej zapamiętuję słodką jak ulepek balladę w stylu lat 50. Go Cry on Somebody Else’s Shoulder oraz Wowie Zowie, infantylną piosneczkę z ksylofonem (taka stylistyka się chyba nazywała „bubblegum music”?) Jest też I Ain’t Got No Heart, w którym motyw przewodni kojarzy mi się z jednym z tematów Matuszkiewicza do Dżejnosika. Przy tym wszystko to nagrane na wysokim poziomie wykonawczym, z prawdziwym walorem przebojowym. Zappa zadbał też o aranżacje nie odbiegające od standardów epoki: charakterystyczny dla muzyki popularnej lat 60. wibrafon, odpowiednie chórki, czasami trąby.

Miejscami widać skłonności do awangardy. Już jako trzeci pojawia się Who Are the Brain Police?, brzmiący jak muzyka z horroru i poświęcony zjawisku autocenzury; kojarzy się nieco z debiutem Pink Floyd, wydanym dopiero rok później. Po kolejnym intencjonalnie głupawym You’re Probably Wondering Why I’m Here następuje ostatnia „normalna” tu piosenka –  Trouble Every Day, dynamiczny, z partią wokalną nieco podobną do nieistniejącego jeszcze rapu, komentarz do zamieszek na tle rasowym w Watts (w aglomeracji LA). Potem zaczyna się jazda bez trzymanki: pięciominutowy Help, I’m a Rock i dwunastominutowy The Return of the Son of Monster Magnet, przedzielone krótkim menelskim kanonem It Can’t Happen Here (w pierwszych wydaniach zaliczanym jako część Help, I’m a Rock). Są to anarchiczne kolaże dźwiękowe, sytuujące się pomiędzy muzyką konkretną w stylu Edgara Varèse a pijacką orgią i naprawdę trudne do strawienia dla nieprzygotowanego słuchacza. Z grubsza brzmią jak banda gości wygłupiających się w studiu na tle stałego elementu w postaci rytmu perkusji (albo i bezeń), czasem też z dodatkiem różnych innych dźwięków (fortepian, theremin), ale nie zdziwiłbym się, gdyby Zappa starannie to wszystko rozkomponował. Zaiste, freakout!

 

 

Czesław Niemen, Niemen lub Człowiek jam niewdzięczny, 1971

Aż dziw, że dopiero teraz zdobyłem pierwszy kompakt Niemena; parę jego płyt, późniejszych i wcześniejszych, miałem w rodzinnych zbiorach winylowych i generalnie się orientuję w przebiegu jego kariery.

„Czerwony album” był drugim przedsięwzięciem Czesława Niemena pod szyldem Niemen Enigmatic. Nie tak przełomowym jak płyta Enigmatic, zawierająca Bema pamięci żałobny-rapsod, bo taki przełom w polskiej muzyce można było zrobić tylko raz, za to potężniejszym – jako pierwszy album dwupłytowy w dziejach polskiej muzyki popularnej. W składzie znaleźli się muzycy znani z poprzedniej płyty: Tomasz Jaśkiewicz na gitarze, Janusz Zieliński na basie, Czesław „Mały” Bartkowski na perkusji i śp. Zbigniew Namysłowski tym razem na flecie.

Pierwotnie wydawnictwo nie miało tytułu, a od czasu reedycji funkcjonuje jako Człowiek jam niewdzięczny od najdłuższego utworu, zajmującego przy swoich 20 minutach całą stronę A. Jest to forma progresywno-jazzrockowa, rozbuchana brzmieniowo, a przy tym wpisująca się w konwencję, do której Niemen przyzwyczaił słuchacza na poprzednich płytach, z charakterystycznymi chórkami żeńskimi (Krystyna Prońko, Zofia Borca, Elżbieta Linkowska). Zasadnicza kompozycja opiera się na mocnej partii basu. Po pierwszych czterech minutach podniosłej pieśni przychodzi pora na szaleństwa instrumentalne: na tle jazzowo-latynoskiej rytmiki (można tu znaleźć pokrewieństwo z jazzrockowymi poszukiwaniami Santany z tego samego okresu) Jacek Mikuła daje długi popis na organach. Po nim przychodzi pora na basistę, który zostaje sam na placu boju. Stopniowo do improwizacji basowej dołącza perkusja, potem organy, a po paru minutach zespołowego grania następuje solo perkusji, poprzedzające finałową zwrotkę.

Po raz drugi organista Mikuła staje w świetle reflektorów w siedmioipółminutowych Enigmatycznych impresjach, z wiodącym riffem w stylu Jethro Tull. Prócz nich na stronie B znalazły się dwie kolejne pieśni Niemena do wierszy CK Norwida: lamentowate Aerumnarum plenus oraz Italiam, Italiam, kojarzące się z Procol Harum.

Druga płyta nagrana została w czasie późniejszej sesji, z innym perkusistą i grupą wokalną. Zawiera utwory krótsze i prostsze, przy czym tylko soulowo-rockowy Nie jesteś moja (Joe Cocker z wiadomą przeróbką Beatlesów się kłania) to w całości utwór Czesława Niemena, który wdaje się tu w duety z Partitą i wydobywa z gardła najwyższe tony, a wtóruje mu pięknie sfuzzowana gitara. Do czterech z sześciu pozostałych słowa napisał Wojciech Młynarski. Najbardziej podobają mi się jazzrockowe przeboje w podobie Chicago czy Blood, Sweat & Tears: Sprzedaj mnie wiatrowi (muzyka Namysłowskiego, słowa R.M. Grońskiego) i Zechcesz mnie, zechcesz – tu z kolei kompozycją popisał się Tomasz Jaśkiewicz, którego dziełem jest jeszcze finałowe Muzyko moja.

Reedycja z 2014 jest bardzo porządnie zrobiona, z grubą i silnie ilustrowaną książeczką zawierającą artykuł Grzegorza Hajduka w dwóch językach.