W
roku 2025 spoza świata muzycznego odeszli m.in. David Lynch, Claudia Cardinale,
Alain Delon, Patricia Routledge, papież Franciszek albo częstochowska osobowość
uliczna znana jako Pan Hieronim (przy okazji dowiedziałem się, że był ojcem
mojej koleżanki z liceum). Z mojego bliskiego otoczenia, na szczęście, nikogo
nie ubyło, ale kilkoro znajomych przeżyło stratę. Jak co roku, wspomnę tu o
zmarłych od zeszłego listopada artystach muzycznych, których nagrania mam w
swojej płytotece.
15
listopada 2024 zmarł Peter Sinfield, poeta i współzałożyciel King
Crimson. Swoimi tekstami piosenek, pełnymi barwnych obrazów i metafor, a
czasami nawet kombinacji formalnych, wpłynął na mnie do tego stopnia, że dziś
zawodowo się zajmuję językiem angielskim (drugą inspiracją był Ian Anderson). W
składzie Karmazynowego Króla odpowiadał ponadto za oprawę świetlną koncertów, a
sporadycznie grywał na żywo na gitarze czy organach. Po 1971 Robert Fripp
rozwiązał grupę, a po reaktywacji nawiązał już współpracę z innym tekściarzem.
Sinfield tymczasem pisał dla Emerson, Lake & Palmer oraz „włoskich
Crimsonów”, Premiata Forneria Marconi. W międzyczasie przytrafiła mu się płyta
solowa, również w konwencji artrockowej. W latach 80. jego teksty śpiewały
takie artystki jak Cher czy Diana Ross.
20
stycznia 2025 ogłoszono, że jakiś czas wcześniej zmarł gitarzysta John Sykes,
reprezentant klasycznego heavy metalu z Wysp Brytyjskich. Na początku lat 80. należał
do Tygers of Pan Tang, potem został zaangażowany do ostatniego składu Thin
Lizzy. W zastępstwie za Adriana Vandenberga zagrał na słynnej płycie Whitesnake
1987. Miał też w latach osiemdziesiątych własny zespół Blue Murder.
Dzień
później odszedł Garth Hudson, obdarzony rozłożystą brodą klawiszowiec
The Band i ostatni członek tego zespołu. W czasie, kiedy zespół nie istniał,
Hudson grywał jako muzyk sesyjny, a prasa branżowa uznawała go za
prawdopodobnie najlepszego akordeonistę w muzyce popularnej. Okazjonalnie
grywał na saksofonie, a jako jedyny z The Band nie śpiewał.
11
czerwca zmarł Brian Wilson, lider The Beach Boys, zespołu w USA porównywalnego
z Beatlesami pod względem wpływu na muzykę popularną (zresztą oba kolektywy inspirowały
się nawzajem). Uważany za jednego z najwybitniejszych amerykańskich autorów
piosenek w latach 60., po rozpadzie Beach Boysów nagrywał solo. Był ostatnim z
trzech współtworzących grupę braci Wilsonów: Dennis utonął w czasie surfingu w
1983 r., a Carl zmarł w 1998.
20
lipca zmarł Ryszard „Placho” Olesiński, gitarzysta solowy Maanamu przez
większość istnienia. Przed dwoma laty zmarł jego brat Krzysztof, basista. W tej
sytuacji z klasycznego składu Maanamu wśród żywych pozostaje tylko perkusista
Paweł Markowski.
22
lipca zmarł Ozzy Osbourne. To wręcz niewiarygodne, że człowiek, który
tyle tankował i należał do najjaskrawszych przykładów rockandrollowego stylu
życia, dożył 76 lat i nie narkotyki, alkohol czy przekroczenie dozwolonej prędkości,
a Parkinson zaprowadził go do grobu. Z drugiej strony odszedł jako pierwszy z
klasycznego składu Black Sabbath, chociaż Bill Ward był już po zawale, a Tony
Iommi przeszedł chłoniaka. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej zagrał z nimi pożegnalny
koncert, chociaż głównie na siedząco. Wpływ Ozzy’ego na heavy metal jest nie do
przecenienia, chociaż geniusz Sabbath polegał na kombinacji oryginalnych
osobowości twórczych. Po odejściu z zespołu Osbourne prowadził karierę solową,
radząc sobie bez kolegów lepiej niż oni bez niego (w czym spora zasługa jego
żony i zarazem menażerki, Sharon Osbourne). Co prawda dopuszczał się po drodze
ekscesów wprost straszliwych, z których wysikanie się na pomnik w miejscu
pamięci narodowej było najłagodniejszym. W nowym tysiącleciu, gdy już zdrowie
zaczynało mu szwankować, odpalił razem z rodziną reality show, ale i tak
przejdzie do historii jako człowiek, który zaśpiewał Iron Man, Paranoid
czy Sabbath Bloody Sabbath.
10
sierpnia zmarł Bobby Whitlock, ostatni – prócz Erica Claptona – członek
grupy Derek and the Dominos. W zespole obsługiwał fortepian i organy. Grał
również z George’em Harrisonem na słynnej płycie All Things Must Pass.
20
sierpnia w wypadku motocyklowym zginął Brent Hinds, wokalista i
gitarzysta grupy Mastodon, wykonującej ciężką i skomplikowaną formalnie odmianę
metalu. Kilka miesięcy wcześniej odszedł z niej w atmosferze konfliktu. Wraz z
dwoma kolegami z zespołu wystąpił epizodycznie w dwóch odcinkach Gry o tron.
21
sierpnia, w ostatnim dniu festiwalu w Sopocie zmarł niespodziewanie Stanisław
Sojka, piszący się również Soyka. Jest to artysta zasadniczo spoza
mojej bajki, oscylujący między jazzem, soulem a piosenką autorską; zdarzało mu
się wykonywać zarówno pieśni religijne, jak i sonety Szekspira. Na niwie
poprockowej współpracował z Januszem „Yaniną” Iwańskim pod szyldem Soykayanina
i Kompania. W mojej płytotece pojawia się jako drugi głos w piosence Maanamu Bądź
taka, nie bądź taka. Wziął też np. udział w koncercie piosenek Nicka Cave’a
na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w 1999 r., wykonując kilka z nich
solo, a z samym Cave’em The Weeping Song w dwujęzycznym duecie.
6
września zmarł Rick Davies, członek grupy Supertramp, która zaczynała od
rocka progresywnego, ale z czasem przeszła ku muzyce łagodniejszej i bardziej
komercyjnej (vide Breakfast in America).Pełnił w niej funkcję
wokalisty i klawiszowca. Po odejściu w 1983 r. Rogera Hodgsona został głównym
wokalistą i de facto liderem.
23
września odszedł Danny Thompson, kontrabasista folkowej (zaliczanej do
folk rocka, ale sama się z tym nie zgadzała) grupy Pentangle. Był wychowankiem
Alexisa Kornera i postacią dość aktywną na brytyjskiej scenie folkrockowej:
grywał np. z Johnem Martynem czy Donovanem. Teraz z klasycznego składu
Pentangle żyją jeszcze wokalistka Jacqui McShee i perkusista Terry Cox, choć
ten ostatni nie jest już w grupie.
10 października zmarł John
Lodge, basista The Moody Blues. Nie
był współzałożycielem (przyszedł na miejsce także już dziś nieżyjącego Clinta
Warwicka), ale na każdej z płyt miał coś do zaśpiewania – między innymi Emily’s
Song, dedykowany najwyraźniej córce, i mój ulubiony Isn’t Life Strange.
17
października opuścił nas Ace Frehley, gitarzysta pierwszego składu
Kiss. Naprawdę nazywał się Paul Daniel Frehley, ale Paul Stanley stanowczo
utrzymywał, że w grupie może być tylko jeden Paul. Występując z Kiss, Frehley
używał scenicznej persony „Kosmity”. Czasami komponował piosenki na albumy
grupy (np. Parasite albo Cold Gin), ale rzadko sam je śpiewał – najbardziej
znany przykład to Shock Me, zainspirowany przez jego porażenie prądem w
trakcie koncertu. W konsekwencji tego wypadku Kiss stał się jednym z pierwszych
użytkowników wzmacniaczy bezprzewodowych. Po odejściu na początku lat
osiemdziesiątych gitarzysta nagrywał jako solista oraz z zespołem Frehley’s
Comet. Wziął też udział w reaktywacji Kiss w latach 90., ale nie utrzymał się
tam długo.
Dwa
dni później odszedł Sam Rivers, basista Limp Bizkit – jednej z
największych gwiazd tzw. nu metalu przełomu tysiącleci, łączącej ciężkie
brzmienia z elementami hiphopowymi. Rivers stał w cieniu ścierających się
osobowości – ordynarnego Freda Dursta i ekscentryka Wesa Borlanda, którzy byli może
jednymi z ostatnich klasycznych (anty)herosów rocka – ale w tego typu
twórczości, ciężkiej i rytmicznej, jego linie basowe odgrywały istotną rolę.
Artyście ze znanej piosenki wychodził zawsze słoń, a ja w tym roku, ilekroć przynoszę z terenu płyty, to używane w dużych ilościach.
Kraftwerk, Radio-Activity, 1975
Pierwszy raz świadomie zetknąłem
się z Kraftwerkiem pod koniec podstawówki, kiedy edukowałem się za pomocą
wieczornego programu „Vinyl” w stacji Viva 2. Piosenka po niemiecku, w zimnej,
elektronicznej aranżacji, z czarno-białym teledyskiem, zrobiła na mnie duże
wrażenie. Z jakiegoś powodu uznałem, że to enerdowcy, choć, jak się później
dowiedziałem, byli z Düsseldorfu.
Był to największy przebój
Elektrowni, czyli Das Model, nagrany dopiero dużo później. Miałem tej
wiosny okazję kupić płytę, na której się znajdował (DieMensch-Maschine),
ale ponieważ sprzedający dysponował tylko wersją angielską (The Man Machine),
wolałem wybrać inny album zespołu.
Radio-Activity, wydawana
także pod tytułem Radio-Aktivität, była drugim „dojrzałym” wydawnictwem
Kraftwerku, a ogólnie piątym (pierwsze trzy płyty muzycy uważali za niedowarzone
i nigdy nie doczekały się wznowień). Do Rolfa Hüttera, Floriana Schneidera i
Wolfganga Flüra dołączył Karl Bartos i tak powstał najklasyczniejszy skład
zespołu. Flür i Bartos, odpowiedzialni za elektroniczną perkusję, na okładkowym
zdjęciu wyglądają, jakby się mieli wziąć za sztrykowanie, ale tym, co trzymają
w rękach, nie są druty do robienia, lecz pałeczki na kablach – instrumenty,
jakich wtedy używali (własnej zresztą roboty), wydawały dźwięk przy zamknięciu
obwodu elektrycznego.
Naczytałem się, że to
najtrudniejsza i najbardziej eksperymentalna płyta Kraftwerku, ale bez
przesady. Nie jest to na tyle ciężka awangarda, żeby nie poradził sobie z nią
ktoś wychowany na wczesnych Floydach, a tym bardziej na klasyce krautrocka. Choćby
Radio Stars brzmi jak coś z astronomicznych odlotów Syda Barretta. Album
poświęcon jest radiu i brzmi stosownie do tego. Część utworów to po prostu
przerywniki: licznik Geigera, coś w rodzaju sygnału kontrolnego, kolaż
niewyraźnych głosów odczytujących wiadomości (uroki nienastrojonego
odbiornika), recytacja głosem robota… Stanowią jednak tylko dodatek do form bardziej
konwencjonalnych. Te oczywiście opierają się na zimnym brzmieniu syntezatorów,
monotonnym rytmie i wzbogacających wszystko odgłosach w rodzaju regulacji oscylatora,
rozmaitych trzasków, sygnałów Morse’a itp. Chętnie wykorzystywany jest efekt syntetycznego
chóru, wydobyty z instrumentu zwanego Vako Orchestron, unowocześnionej wersji melotronu
(wykorzystującej dyski optyczne zamiast taśm).
Z tej „promienio-twórczości”
najbardziej zapamiętuje się dwujęzyczny utwór tytułowy, w którym wspomniana
zostaje MC Skłodowska. Pod koniec dekady z takiego grania miało się wyłonić new
romantic. Nastrojowo-podniosły Radioland,z powolną pulsacją
bębnów i orkiestropodobnym podkładem przypominającym stary dobry melotron,
wypada wręcz jak przodek Vienny Ultravox, tyle że Midge Ure nie śpiewał
przez wokoder (tzw. głosem robota). Ciekawie prezentuje się też dynamiczny Airwaves
o stopniowo zagęszczającej się fakturze. Nie darmo Hütter i Schneider
studiowali w konserwatorium, bo choć Uranium brzmi jak masa
elektronicznych pisków, to układają się one w dość misterną strukturę, a finałowy
Ohm Sweet Ohm odznacza się elegancką melodią, która niesie ze sobą
klasyczne skojarzenia.
O ile późniejsze płyty
wypuszczał Kraftwerk w dwóch wersjach językowych, to Radio-Activity funkcjonowała
wprawdzie pod dwoma tytułami (ja mam tę z angielskim tytułem i tracklistą), za
to w obu przypadkach teksty są dwujęzyczne. W reedycji z 2009 oryginalna
okładka, przedstawiająca odbiornik „Deutscher Kleinempfänger”, została umieszczona
w żółtej tekturowej kopercie z symbolem promieniotwórczości.
Kiss, Creatures of the
Night, 1982
Na okładce Creatures of
the Night widnieje nowa facjata w nowym makijażu. Po dwóch płytach, w których
Peter Criss uczestniczył tylko optycznie, Kiss zatrudnił w końcu regularnego perkusistę.
Był nim Eric Carr, który później zmarł w tym samym dniu co Freddie Mercury. Grał
on już na kontrowersyjnym koncept-albumie Music from The Elder – ale to
była pierwsza w dziejach Kiss płyta w ogóle bez wizerunku zespołu na kopercie. Okładka
Creatures przedstawia go już w barwach „Lisa” (pierwotnie miał być
„Ptakiem”, ale w tamtym makijażu za bardzo przypominał Wielkiego Ptaka z Ulicy
Sezamkowej). Przedstawia też jednak Ace’a Frehleya, który z kolei w tym
składzie znajdował się czysto nominalnie. W rzeczywistości gitary obsługiwało
kilku gości, w tym Bob Kulick oraz Vincent Cusano, który wkrótce po nagraniu
płyty (i wywaleniu Ace’a) został pełnoprawnym członkiem Kiss pod pseudonimem Vinnie
Vincent.
Trochę skomplikowane te
sprawy personalne. A co z muzyką? Creatures of the Night to najcięższa
do tej pory płyta Kiss; zespół opowiedział się jednoznacznie po stronie heavy
metalu, jakby chciał zmyć piętno zbyt łagodnego albumu poprzedniego. Wszędzie
pełno mocnych riffów, Carr już od pierwszych sekund utworu tytułowego pokazuje,
że umie porządnie walić w bęben, ale muzyka trochę straciła na przebojowości. Prawda,
że ten heavy metal jest melodyjny, grupa w dalszym ciągu uwodzi stosowaniem
harmonii wokalnych, nie brakuje solówek. ale trudno tu znaleźć coś, co by
dorównywało przebojom klasycznego składu. Raz jest ciężko (War Machine),
raz mocno do przodu (Danger), lecz materiał ogólnie mało zróżnicowany. Prócz
tytułowego wyróżnia się power-ballada pod nieskomplikowanym tytułem I Still
Love You, a także kroczący I Love It Loud, najbardziej podobny do
dawnego, cyrkowo-hedonistycznego Kiss (współautorem obu jest zresztą Vincent). Poza
tym jednak wszystko to się trochę zlewa. Może powinienem więcej razy posłuchać.
Meat Loaf, Bat out of Hell,
1977
W zeszłym roku kupiłem Bat
out of Hell w ofercie używanej, ale nie zorientowałem się, że to tylko singiel. Wobec tego, gdy do mojego miasta znów przyjechała giełda używanych
płyt, tym razem nie odpuściłem pełnego debiutanckiego albumu potężnego
wokalisty (nie licząc mało znanej płyty Stoneyand Meatloaf).
Jest tu tylko siedem
utworów, ale za to każdy po byku. O tym, jak brzmią efekty współpracy Meat
Loafa z Jimem Steinmanem, już kiedyś pisałem. Wspomnę więc tylko, że ich pomysł
na piosenkę polegał na tym, że tekst ocieka nastoletnim werteryzmem, a w
aranżacji dziada z babą co najwyżej brakuje (no dobrze, dud na tej płycie nie
słyszałem – ale pojawiły się na Bat out of Hell II). W odróżnieniu jednak
od aranżerów widowisk z TVP, obaj twórcy wiedzieli, że wszystko to nie musi
koniecznie grać równocześnie, a prawdziwy czad budują kontrasty dynamiczne.
Otwierający, rozpędzony Bat out of Hell w pewnym momencie wydaje się już
dobiegać końca, a wtem znów rusza z kopyta. I to dwa razy w ciągu dziewięciu
minut. Brzmi toto jak Bruce Springsteen na silnych sterydach, w czym niemała
zasługa fortepianu Roya Bittana; gitary i chórki przywołują z kolei ducha Queen,
nad wszystkim zaś unosi się nieuchwytna aura musicalu. Największą popularność
zdobyło Paradise by the Dashboard Light – ośmiominutowy, dynamiczny duet
Meat Loafa z Ellen Foley; całkiem chwytliwy, choć po osiągnięciu pewnego progu
wiekowego temat tego utworu (podkreślony przez interludiumz kobiecymi jękami i nawijką komentatora
sportowego) budzi już mniej emocji. .
Poza tym mamy też,
poprzedzony patetycznym dialogiem damsko-męskim, You Took the Words Right
Out of My Mouth (Hot Summer Night), w którym atakuje nas spectorowska
ściana dźwięku. Lubieżny motyw saksofonu dominuje w All Revved Up and No
Place to Go, najbardziej tu nawiązującym do lat 50, a w finale piosenka
przyspiesza do regularnego rokędrola. Heaven Can Wait nie da się pomylić
z utworem Iron Maiden, bo to monumentalnie patetyczna (jakby po Meat Loafie
można się było spodziewać innej) ballada fortepianowa. Do tej samej kategorii należy
Two Out of Three Ain’t Bad ze smyczkami,a finałowa For Crying
Out Loud jest jeszcze bardziej, bo już z całą orkiestrą symfoniczną. Cały
album można podsumować w dwóch słowach: arcydzieło kiczu!
I co? Przyszedłem z giełdy
do domu, odpakowałem płytę, włączyłem i w chwili, gdy z głośników buchał
monumentyczny utwór tytułowy, przeczytałem w internetach o śmierci Meat Loafa.
Gdyby coś takiego się zdarzyło we filmie, krytycy by uznali, że to
bezlitościwie tani melodramatyzm. I nic to, że zmarł na powikłania po covidzie,
bo był antyszczepionkowcem…
Billy Joel, The Stranger, 1977
Podobną zeszłoroczną sytuację
jak z Nietopyrzem miałem z River of Dreams Joela, ale chociaż na
kiermaszu była ta płyta, wolałem wybrać wcześniejszą, bo jej fragmenty znałem
już z Trójki. Piąty album artysty osiągnął wielki sukces komercyjny, ratując go
przed wywaleniem z wytwórni.
Billy Joel, jak wiadomo, nie
należy do największych czadziarzy. Jego twórczość określa się czasem mianem soft
rocka, ale sięga ona do jeszcze głębszych tradycji amerykańskiej muzyki
rozrywkowej. Fundament stanowią wysmakowane ballady, które pozwalają go nazwać
amerykańskim odpowiednikiem Eltona Johna – zwłaszcza, że i głosowo, i pod
względem stylu gry na fortepianie brzmi dość podobnie. Gdzieniegdzie pojawiają
się orkiestracje, kiedy indziej dęciaki. Moja ulubiona jest soulowata Just
The Way You Are, z fortepianem elektrycznym i saksofonem, a zwiewna She’s
Always a Woman, wzbogacona obojem, kojarzy mi się nawet z Chrisem de
Burghiem (grający tu gitarzysta Steve Burgh zapewne niespokrewniony). Klimatu włosko-wielkomiejskiego
dodaje czasem akordeon, na którym gra Dominic Cortese. Chociaż z tą włoskością nie
do końca, bo występuje też w utworze Vienna, gdzie kontrastuje z
nowoczesnym syntezatorem. W bardziej dynamicznych momentach The Stranger kojarzy
mi się, poza Eltonem, z twórczością Supertramp z tego samego okresu – na przykład
w Moving Out (Anthony’s Song). Wbrew tytułowi, Only the Good Die
Young jest pogodna, wręcz krotofilna (o zalotach do katolickiej dziewczyny).
Równie optymistycznie wypada Get It Right the First Time z nieco
latynoskim rytmem.
Na pierwszej stronie
znalazły się dwa utwory nieco bardziej złożone. Tytułowy zaczyna i kończy szczypta
melancholijnego jazzu, z gwizdaniem i odpowiednio brzmiącym fortepianem (repryza
tego samego motywu powraca jako koda całego albumu), ale w środku robi się motorycznie,
z gitarowymi zagrywkami unisono. Najmocniejszy zaś punkt albumu to Scenes
from an Italian Restaurant – właściwie kilkuczęściowa suita o różnych zmianach
tempa, od nastrojowej ballady do przebojowego fragmentu z potężnymi bębnami, solówką
saksofonu i nieco bardziej popisowymi partiami fortepianu. Kiedy powraca
pierwotny temat, towarzyszą mu już smyczki.
Po raz pierwszy z Nieznajomym
zetknąłem się w 2000, gdy stronę A nadawali w Trójce w audycji „Pół perfekcyjnej
płyty”. Wtedy jeszcze nie doceniłem tej muzyki (choć chytałem podobnego
stylistycznie Eltona Johna, też prezentowanego w tym samym cyklu) – wiele czasu
minęło, zanim do niej dojrzałem.
Mother’s Finest, The Very
Best Of, 1990
Z giełdy przywlekłem poza
tym składankę grupy, o której mało kto u nas słyszał i ja też bym nie, gdyby
nie śp. Burke Shelley, który na łamach „Teraz Rocka” wymieniał Mother’s Finest
jako jeden ze swoich ulubionych zespołów. Mamy do czynienia z grupą
funkrockową, na której czele stało dwoje wokalistów: Joyce „Baby Jean” Kennedy
i GlennMurdock. Zakres chronologiczny obejmuje lata 1976-1983.
Trudno się dziwić
Shelleyowi, słuchając początku Fire – bo to riff bardzo ze szkoły Budgie,
ale wzmocniony funkową rytmiką. Przy tym wokaliści śpiewają w duecie i
towarzyszą im bardzo „czarne” chórki, w tle słychać też charakterystyczny dla
funky klawinet. Murdock mocno tu chrypi, ale w pozostałych utworach Baby Jean wysuwa
się na pierwszy plan.
Ogólnie twórczość ta całkiem
fajnie buja, szczególnie w Baby Love czy Don’t Wanna Come Back. Charakter
dosłownie dyskotekowy ma ta pulsacja w odpowiednio nazwanym Dis Go Dis Way,
Dis Go Dat Way. Funkowy groove i rockowy czad potęgują się też nawzajem w Piece
of the Rock. Najdłuższy jest prawie ośmiominutowy Give You All the Love
(Inside of Me), gdzie basista ma największe pole do popisu, a i gitara zadaje
trochę solówek.
Utwory z lat 1981-1983 są
bliższe rocka i brzmią też nowocześniej (w porównaniu) – więcej syntezatorów. Secret
Service, takie spokojniejsze AOR,zawiera trochę syntezatorów,
pojawia się też w nim zacytowany motyw z serialu Mission Impossible. Bliższy
standardowego hard rocka (pomijając soulowy wokal Kennedy) jest What Kind of
Fool. Najlepiej zaś w tej kategorii wypada Evolution z koszącym
riffem. Z drugiej strony w tym samym okresie powstały też utwory bliższe soulu/r&b,
jak Thank You for the Love, Big Shot Romeo (z bardziej rockowym
refrenem), Some Kind of Madness albo bardziej zmysłowa Love Me Too.
Kompilacja kończy się efektownym, dynamicznym czadem Movin’ On.
Szkoda, że pod względem
graficznym jest dość ubogo: wykaz utworów, krótka biografia zespołu po niemiecku
i eto wsio.
Belinda Carlisle, Heaven on
Earth, 1987
Tę płytę wylicytowałem w
ramach WOŚP. Okazało się, że jest mocno porysowana, więc dwa utwory się nie
odtwarzają, ale mniejsza o to (jeden udało mi się wyciągnąć jako MP3, a drugi
musiałem se odsłuchać w internetach).
Belinda Carlisle wystartowała
w kategorii pop rocka i zaproponowała rzecz nie gorszą od np. Roxette czy solowej
Stevie Nicks, która osobiście skontaktowała Carlisle z Rickiem Nowelsem i Ellen
Shipley, by napisali dla niej część materiału. Drugą ważną autorką jest tu
Charlotte Caffey. W nagraniu wzięło udział paru znanych sidemanów, jak John
McCurry czy Kenny Aronoff. Na gitarze pojawia się countrowiec Dann Huff, który
później produkował jedną z płyt Megadeth (!) Autorzy również dołożyli się
dźwiękowo: Nowels gra na klawiszach i gitarach, Shipley i Caffey śpiewają w
chórkach.
Nowels i Shipley napisali tu
dwa najważniejsze utwory. Heaven Is a Place on Earth to oczywiście
największy przebój Belindy Carlisle, dla niektórych nawet jedyny, chociaż kiedy
płyta się ukazała, dziennikarze powątpiewali, czy cokolwiek z niej dorówna singlom
z poprzedniego albumu. Wystąpił m.in. w serialu Castle Rock na bazie
ogółu twórczości Stephena Kinga, gdzie symbolizował idylliczną młodość, zanim
doszło do tragedii. Próbę czasu przeszedł też (tzn. kojarzę go z radia) spokojniejszy
Circle in the Sand.
Poza tym mamy na płycie inne
pogodne, dynamiczne piosenki w rodzaju We Can Change czy Fool for
Love, spokojniejsze Love Never Dies (wrzucone na koniec) albo nieco
patetyczne World Without You oraz I Get Weak – kompozycje Diane
Warren, pierwsza bardziej pod pościelówę, a ta druga w średnim tempie. Zwraca
uwagę przeróbka I Feel Free grupy Cream, unowocześniona brzmieniowo, ale
pod względem przebiegu wierna oryginałowi. Mój ulubiony jest zadziorny Nobody
Owns Me, nieco zbliżony do twórczości Roxette.
Płyta jest lekka, melodyjna,
dziewczęca i cukierkowa. To ostatnie niekoniecznie musi być wadą, a w
niektórych sytuacjach życiowych bywa wręcz zaletą.
Paresłów, Elektrohop, 2012
Nie jestem szczególnym
specem od rapsów, szczególnie polskich. Przy okazji WOŚP zdarzyło mi się jednak
wylicytować płytę żeńskiego duetu hiphopowego Paresłów. Kiedy przesyłka trafiła
do paczkomatu, zorientowałem się ku niejakiemu rozczarowaniu, że koperta jest…
pusta! Nadawca kiepsko ją zakleił i płyta wyleciała w transporcie. Gwiazdom
dzięki, procedura reklamacji u przewoźnika okazała się bardzo sprawna.
Metamorfoza „Tylko Rocka” w latach
2000-2002, która zakończyła się kompletnym krachem pisma za sprawą nieuczciwego
wydawcy, nie została dobrze przyjęta przez starych fanów. Zespół redakcyjny
robił jednak, co w jego mocy, żeby konieczność pisania o muzyce pop czy
hip-hopie nie miała charakteru zdrady ideałów, lecz otwarcia się na inne brzmienia
(zresztą, wbrew temu, co niektórzy uważają, pismo nigdy nie było jakoś
szczególnie zamknięte, w odróżnieniu od części czytelników, wylewających swoje
frustracje w listach do redakcji – np. w 1997 niejednemu ortodoksyjnemu
metalowi się ulało po publikacji wkładki o Depeche Mode). Rapem, na przykład,
zajmował się red. Koziczyński, który akurat tego typu twórczości był entuzjastą
na równi z rockiem. On to zrecenzował pierwszą płytę Paresłów, dzięki czemu
zapamiętałem tę nazwę.
Elektrohop totrzeci
album, który raperki Fala i Dore wydały po ośmioletniej przerwie w
działalności. Jego zawartość to zgodnie z tytułem – trochę hip-hop, a trochę
elektronika w wydaniu klubowym. Innymi słowy, aranżacje nie są klejone z
zapożyczonych loopów i sampli, tylko tworzone na syntezatorach. Za podkłady
odpowiada producent Marek Domański, sporadycznie odzywający się przez wokoder.
Efektów wokalnych używają też gęsto same raperki. Czasami w postaci „głosu
robota”, jak w Mój miły głos,ale np. Dynamiczna kicia zawiera
głosy tak poobniżane, że człowiek sprawdza we wkładce, czy nie ma tam jakich jeszcze
udziałów gościnnych.
Całkiem sporo tu melodii,
raczej w sferze akompaniamentu niż wokalu, ale śpiewane refreny też nie są
rzadkością. Dore i Fala mają głosy dość niskie i sprawny flow. Tematyka
rozmaita: sprawy damsko-męskie (Weź mnie i Co noc), shopping (Kupuj
graty), fitness (Dynamiczna kicia). Podkłady są dość zróżnicowane i
z należytym groovem, choćby w funkującym Tańcz. Niekiedy propozycja
Paresłów staje wręcz na progu eurodance – w Zmieniamy twój świat z
refrenami śpiewanymi przez zespół wokalny Studio 12 ze Społecznej Szkoły
Podstawowej im. E. Bułhaka w Wesołej, czy też w singlowym Mój miły głos
z gościnnym udziałem Ani Brachaczek (Pogodno, Biff, SiQ), której wysoki,
„dziewczyński” głos ciekawie kontrastuje z altami obu raperek. Skoro mowa o gościach,
z pewnością najbardziej gwiazdorski jest udział Warszafskiego Deszczu w utworze
Co noc. Jednak za dużo lepszy uważam My z udziałem słubickiej formacji
Smagalaz, z dynamicznym rytmem i szybkostrzelnym rymowaniem – takie rapy to ja
rozumiem.
Ogólnie rzecz biorąc, słucham
tego bez poczucia żenady, a to już wiele. Jedynie Czeka majk (gdzie
artystki komentują swoją przerwę w działalności) odbiega in minus ze względu na
irytującą niczym dźwięk wiertarki dentystycznej barwę syntezatora, a Ty masz
to, oparty na brzmieniach syntezatorowych rodem z tzw. el-muzyki, buja
zdecydowanie mniej niż niektóre inne utwory. Tak czy inaczej, wolałbym słyszeć
w komercyjnym radiu Falę i Dore niż to, co tam obecnie leci.
Pierwsze trzy płyty w nowym
roku zdobyłem już jakiś czas temu, ale z różnych względów opisać nie było kiedy.
Wiosna właściwie już nadeszła, rtęć utrzymuje się powyżej zera, dostrzeżono
pierwsze bociany, przeszedł Wielki Tydzień, koty zrzucają nadmiar futra, więc ożywiony
solarną celtycką energią, zdobywam się na garść refleksji po przesłuchaniu uzyskanych
niedawno albumów.
Placebo, Without
You I’m Nothing, 1998
Lata dziewięćdziesiąte to był dobry okres dla rocka
alternatywnego, a szczególnie dla wrażliwców wyśpiewujących swój weltszmerzec
neurotycznym głosem w prostych, melodyjnych piosenkach z jazgoczącymi
gitarami. Do głównych osobowości tego typu należeli w Ameryce Kurt Cobain z
Nirvany i Billy Corgan ze Smashing Pumpkins. Po drugiej stronie stawu, we Walii,
grali tymczasem Manic Street Preachers, a w Anglii – Radiohead (zanim jeszcze
wciągnął ich totalny odlot) i grupa Placebo.
Lider tej ostatniej, Brian Molko, przyciągał w
epoce uwagę androgynicznym imażem i kontrowersyjnym
stylem bycia. Ów śpiewający gitarzysta nie kryje swej biseksualności;
stwierdził kiedyś, że połowa zespołu to geje, a trzeba dodać, że Placebo jest
triem. Współtworzy je od zawsze basista Stefan Olsdal, a w interesującym nas
pierwszym okresie perkusistą był „ten heteroseksualny”, Steve Hewitt. Choć mamy
do czynienia z grupą angielską ze Szwedem w składzie, to przy sporym
nagięciu definicji można nazwać Placebo najsłynniejszym zespołem luksemburskim,
bo Molko i Olsdal w Luksemburgu chodzili do jednej szkoły średniej – co prawda
nie do tej samej klasy i poznali się zresztą dopiero po latach.
Specem
od Placebo nie jestem, ale druga płyta zespołu wydaje się dla twórczości jego
dość reprezentatywna. Spośród grup wymienionych w pierwszym akapicie
najbardziej kojarzą mi się Smashingi, bo utwory niosą w sobie nastrój jakiejś
nie do końca normalnej wrażliwości, a głos Molko jest wysoki i nieco skwaszony,
jak u Corgana, pozbawiony jednak typowej czasem dla tamtego zrzędziarskiej
maniery. Przy okazji kryje też w sobie powiew androgynii, spójny z wizerunkiem wokalisty.
Utwory
można zasadniczo podzielić na trzy grupy. Pierwsza z nich to melodyjne, piosenki
w średnim tempie, „zaostrzone” za pomocą szorstkich i zgrzytliwych gitar.
Najbardziej przebojowo pod każdym względem wypada singlowy Every You, Every
Me,zasuwający do przodu jak jakiś New Order, ale on pojawia się dopiero
w drugiej połowie albumu, a już otwieracz Pure Morning z zapętlonym
riffem zdecydowanie zachęca do zapoznania się z resztą, i to od
pierwszychwersów: „A friend in need’s a
friend indeed, a friend with weed is better”;. Nie dziwi też wybór na singiel dynamicznego
You Don’t Care About Us, w zwrotce niesionego dynamiczną partią basu,
podczas gdy refren kojarzy mi się dlaczegoś z Manicsami. Drugą, najmniejszą grupę tworzą utwory
bardziej czadowe i turpistyczne, pędzące do przodu na punkowąmodłę:
Brick Shithouse (idiomatyczne określenie niezbyt inteligentnego osiłka)
oraz Scared of Girls, choćiw nich dysonansowo
zgrzytająca zwrotka kontrastuje się ze względnie melodyjnym refrenem. Trzecia
wreszcie kategoria obejmuje utwory łagodne (choć nadal gęste emocjonalnie), w wolnym
tempie. Najlepszy wydaje się tu rozleniwiony Ask for Answers, który mi
się kojarzy z łagodniejszą odsłoną wczesnego Radiohead, choć jest to
skojarzenie wyjątkowo luźne. Dominuje jednak ponury nastrój, utrzymujący się w
utworze tytułowym (z neurotycznym doładowaniem w refrenie) czy w The Crawl. Utworów
o takim charakterze jest, jak na mój gust, na płycie za dużo, byłaby bardziej zapamiętywalna,
gdyby się na niej znalazło więcej tych żwawszych.
Zgodnie
z modą lat 90., rozpropagowaną zwłaszcza przez Nirvanę, płyta zawiera ukryty
utwór, umieszczony po dłuższej pauzie następującej po finałowym Burger Queen,
żeby zaskoczyć ludzi, którzy nie od razu wyłączają odtwarzacz. Evil Dildo to
dość długi, ponury w zasadzie instrumental, z wykorzystaniem pogróżek nagranych
na sekretarkę Briana Molko.
Kiss, Dynasty, 1979
Na temat zespołu Kiss już tu kiedyś pisałem, i to nawet
dwa razy. Wobec tego, bez powtarzania podstawowych informacyj, przypomnę tylko,
że pod koniec lat 70. zespół słynny tyleż dzięki przebojowej muzyce, co za
sprawą ekscentrycznych makijaży i ogólnego show scenicznego (a czasem nawet
obscenicznego), był w amerykańskim biznesie muzycznym prawdziwą
instytucją. Dynasty powstała w
okresie, gdy mury tej instytucji zaczynały już pękać. W poprzednim roku
Gene Simmons, Paul Stanley, Ace Frehley i Peter Criss równocześnie wydali
płyty solowe, lecz kiedy przyszła pora na nowo wejść razem do studia, okazało
się, że Criss gra poniżej poziomu i w ogóle się nie przykłada. Wkrótce miał
zostać usunięty z zespołu, ale tymczasem jego udział w nagrywaniu Dynasty ograniczył się do jednego
utworu, Dirty Livin’, w którym nie
tylko zagrał, ale i zaśpiewał. Na reszcie albumu wystąpił sesyjny
perkusista, Anton Fig rodem z RPA, który miał jeszcze bębnić na omawianej tu
już ogniś płycie Unmasked.
Niektórzy uważają Dynasty
za ostatni dobry album Kiss, inni wręcz przeciwnie – właśnie za ten, na
którym zespół zszedł na psy. Nie chodziło wyłącznie o kwestie personalne: grupa
dała się ponieść dominującej wówczas modzie na disco (albo ludzie z wytwórni kazali
im dać się ponieść). Z perspektywy czasu ta rockowo-dyskotekowa hybryda brzmi
jednak całkiem stylowo, a do tego przyniosła jeden z największych hitów Kiss: I Was Made for Lovin’ You, napisany wspólnie
z Desmondem Childem. Kiedy przed laty w Białymstoku po raz pierwszy usłyszałem z
kasetowej składanki ten prymitywnie łupiący rytm (dobrze przynajmniej, że grany
przez żywą sekcję), równie prostą linię basu (tą razą gra na nim Stanley), rymy
częstochowskie oraz falsetowe zaśpiewy, nie mogłem opanować niesmaku, ale z
czasem rzecz pokryła się zeitgeistem, a mimo swego prymitywizmu jest całkiem
chwytliwa. Na Dynasty wali prosto
między oczy jako otwieracz – choć wczesne wydanie albumu miało podobno inną
kolejność piosenek. W jego cieniu pozostaje równie udany, o ile nie lepszy
Sure Know Something, też śpiewany
przez Stanleya, lecz na basie gra, jak należy, Simmons. „Disco z gitarami” (a
nawet z solówkami) słyszymy też we wspomnianym już Dirty Livin’ Crissa.
Zbliżona stylistyka miała się utrzymać na Unmasked.
Jeśli chodzi o stricte rockery (z których zresztą większość
również nadaje się do tańca), to wybija się trzeci z kawałków śpiewanych przez
Stanleya, czyli całkiem przebojowy Magic
Touch. Nie zawodzi Gene Simmons, podrzucając fajne riffowce Charisma i X-Ray Eyes, choć jego
wkład w album jest proporcjonalnie mniejszy niż do tej pory. Ace Frehley
zaśpiewał natomiast w 2,000 Man
– przeróbce Rollingów, a także w utworach autorskich: Hard Times i Save Your Love,
przy czym ten drugi wyraźnie najsłabszy na płycie, a co gorsza ostatni, więc
średnio się sprawdza jako jej zamknięcie.
Bryan Ferry, Boys
and Girls, 1985
Wśród
ulubionych wykonawców, których słuchałem w czasach licealno-studenckich, pisałem
już o Jethro Tull, The Allman Brothers Band, ELP i Thin Lizzy. Nie wspomniałem jeszcze Roxy Music – a nie ma Roxy
Music bez Bryana Ferry. Ten wokalista i pianista zasłynął dyskretnie
autoironicznym imażem dandysa, dla którego inspiracją byli croonerzy w rodzaju
Franka Sinatry czy artystów jeszcze z dwudziestolecia. O dziwo, z muzyką
rockową, i to dość awangardową (bo choć Roxy zaliczano do glam rocka, to
wrzucić tę grupę do jednego worka ze Slade dało się chyba tylko ze względu na
stroje), konweniowało to zaskakująco dobrze, a nawet zjawiskowo. Teraz przyszła
mi pora sięgnąć po solową twórczość wokalisty. Boys and Girls była już
jego szóstą płytą, a pierwszą po definitywnym rozwiązaniu Roxy Music.
Na
początku lat 70. Ferry’ego nie przyjęli do King Crimson, jednak w latach 80. i
on, i Robert Fripp dali się ponieść fascynacji muzyką afrykańską. Słychać
to w otwierającym płytę Sensation,z rytmem nieco przypominającym This Is The Picture Petera Gabriela. Co
jeszcze łączy tę trójkę wykonawców? Tony Levin! Partia basu w Sensation, jak
i w paru innych utworach, jest bardzo charakterystyczna. Za to solo gitarowe to
ewidentny David Gilmour, i to nie metafora: filar (chwilowo wówczas
nieistniejącego) Pink Floyd naprawdę tu występuje. W Valentine słychać
zaś innego gitarowego mistrza z górnej półki – Marka Knopflera.
W nagraniu
wzięło udział sporo znanych nazwisk i kilka mniej znanych. Wraz z Knopflerem
przyszedł z Dire Straits klawiszowiec Guy Fletcher, zaś na perkusji pojawia się
jazzman Omar Hakim. Jest też na gitarze znany producentNile Rodgers
oraz wiolonczelista Martin McCarrick, później przez wiele lat członek północnoirlandzkiej
grupy punkometalowej Therapy?Co
się tyczy basu, to prócz Levina cztery struny szarpie m.in. jazzowy wirtuoz
Marcus Miller, ale ja i tak wszędzie wizualizuję sobie łysego wąsacza. Ciekawostka: wśród personelu nagraniowego
wymieniony został niejaki Mike Krowiak.
W ramach kariery solowej Bryan Ferry lubił se
czasem pośpiewać kowery, ale Boys and Girls zawiera
wyłącznie jego autorskie piosenki, tylko Don’t Stop the
Dance napisał we współpracy z Rhettem Daviesem. Materiał
jest całkowicie pozbawiony zadziorów, utrzymany w spokojnych tempach, właściwie
bardziej popowy niż rockowy, ale jest to pop szlachetny. Gdzieniegdzie
pojawiają się refleksy jazzu, jak w Don’t Stop the Dance z
Millerem na basie i smoothjazzową partią seksafonu, na kierym gra David
Sanborn. Właściwie tylko The Chosen One jest
nieco nudnawy, a Stone Woman byłaby
lepsza, gdyby się tyle nie ciągnęła. Najbardziej w ucho wpada Slave to Love,kojarzący mi się z wcześniejszym Avalonem, tytułowym utworem ostatniej płytyRoxy Music. Nic dziwnego,
bo oprócz powyżej wymienionych nazwisk Ferry’emu towarzyszą prawie wszyscy
muzycy, co na Avalonie wspierali gościnnie podstawowy skład Roxy. W
gruncie rzeczy cała Boys and Girls
wydaje mi się kontynuacją tamtego
kierunku. Pod względem wykonania jest to nieodrodne dziecko lat 80., w niczym
nie gorsze od produkcji Phila Collinsa, a czasami nawet lepsze, gdyż Bryan
Ferry zdecydowanie góruje nad perkusistą pod względem kreowania nastroju melancholii
i ogólnej elegancji.
Minął Nowy Rok, minął już nawet
Stary Nowy Rok według kalendarza juliańskiego, wykonałem już
podsumowanie książkowe, więc, choć początek roku 2016 zachęca raczej
do wydania specjalnego „zaduszek rockowych”, teraz pora napisać
coś o płytach zdobytych w roku ubiegłym. Było ich 24, z czego 5
śpiewanych w języku polskim, a reszta po angielsku. Spośród tej
dziewiętnastki za 8 płyty odpowiadali wykonawcy brytyjscy, za 7 –
amerykańscy, 2 miały mieszany skład angloamerykański, a po jednej
zaliczyły zespoły z RFN i Finlandii. Za płytę roku uznałem
składankę Skaldów, o której już wcześniej pisałem. A co wpadło
do mojej płytoteki w ostatnim kwartale?
Kiss,
Unmasked,
1980
Cechą
charakterystyczną grupy Kiss, oprócz hedonistycznych tekstów i
bezceremonialnie komercyjnego podejścia do muzyki, były słynne
makijaże, tak grube, że bez większej przesady można by je nazwać
maskami. Nadszedł jednak w ich karierze taki moment, że maski
trzeba było zdjąć, ukazując publiczności prawdziwe oblicze…
Ale to
nie na tej płycie. Okładkę Unmasked stanowi
krótki komiks, w którym wścibski reporter bezskutecznie próbuje
sfotografować artystów po cywilnemu, aż w końcu sami ściągają
maski… i okazuje się, że pod spodem mają dokładnie takie same
makijaże. Stanley, Simmons i spółka zaprezentowali własne facjaty
sauté dopiero po kilku latach, w okresie albumu Lick
It Up.
Mimo
wszystko Unmasked był
jednak jakimś przełomem, a to dlatego, że posypał się wreszcie
klasyczny skład Kiss. W okładkowym komiksie występuje „Kocur”
Peter Criss, nie słychać go jednak na płycie. Jego „rockandrollowy
tryb życia” tak bardzo dawał się we znaki kolegom, że
ostatecznie wywalili go z zespołu i na Unmasked
bębni południowoafrykański muzyk sesyjny
Anton Fig (formalnie niebędący członkiem zespołu). Grał on
zresztą już na poprzedniej płycie, Dynasty,
gdzie Criss ograniczył się do śpiewania.
A co z
muzyką? Na Dynasty nastąpiło
złagodzenie brzmienia i wycieczka w stronę disco, której owocem
stał się superhit I Was Made For Loving You.
Tutaj trend zostaje utrzymany i wpływy taneczne z epoki pojawiają
się co najmniej w połowie utworów. Wstydu nie ma, buja to całkiem
fajnie, Paul Stanley chętnie sięga po falset, ale rozumiem, że
jeśli ktoś się przyzwyczaił do kawałków typu God
of Thunder czy Love
Gun, to może być skłonny oskarżać zespół
o zdradę. Wyróżnia się Naked City jako
stylowy „gitarowy dyskohicior” Kiss w nurcie Sure Know
Something (ten bas! - no wiadomo, ja to tylko
o jednym), a najbardziej gitarowy w zestawie jest mój ulubiony
Tomorrow. W She's
So European słychać klawisze budzące
skojarzenia z The Stranglers (European Female,
anyone? I mniejsza o to, że w tamtym utworze akurat brak takiego
brzmienia klawiszy oraz że powstał on dopiero dwa lata później).
Rozczarowujący jest za to finał w postaci dwóch ostatnich utworów.
Od hard rocka odeszli dość daleko, ale bez obawy, w przyszłości
mieli jeszcze wrócić.
Scorpions,
Sting in the Tail,
2010
Jestem chyba jedyną ze znanych mi osób, która
u Scorpionsów bardziej lubi dynamiczne utwory niż ballady, zupełnie
odwrotnie niż w przypadku Lynyrd Skynyrd. Dlatego nie zgadzam się z
obiegową opinią kwalifikującą niemieckich hardrockowców jako
smęcicieli.
Sting
in the Tail to dość świeża płyta, sprzed
pięciu lat. Dziś Skorupiony, ciesząc się statusem weteranów, nie
muszą już nikomu niczego udowadniać, po prostu robią swoje, nie
oglądając się na mody (jak to czynili na albumie Eye
II Eye – ale taka już była końcówka
dziewięćdziesiątych). Znajdywujemy tu więc wszystkie elementy
układanki: charakterystyczny głos i akcent Klausa Meinego,
charakterystyczną melodykę, przebojowe refreny bez silenia się na
zdobywanie list przebojów, trochę czadu i trochę nastrojowości.
Jest to zarazem kolejny już album, na którym w składzie
Scorpionsów gra Paweł Mąciwoda z Krakowa.
Co
do ballad, to muszę przyznać, że tym razem jedna szczególnie im
się udała, Lorelei.
Natomiast początek SLY brzmi
znajomo – jest to swego rodzaju reminiscencja Still
Loving You. Na tym nie koniec nawiązań do
starych hitów. Otwierający płytę Raised on
Rock napędzany jest skocznym riffem jako
żywo przypominającym Rock You Like a
Hurricane, a żeby nikt nie myślał, że to
przypadkowy autoplagiat, pierwszy wers brzmi: I
was born in a hurricane…
Z
refrenów najbardziej wpada mi w ucho Turn You
On, mocnym punktem jest też „power ballada”The
Good Die Young z gościnnym udziałem –
wprawdzie schowanej w tle – Tarji Turunen. I choć od jakiejś
dekady zespół regularnie ogłasza koniec działalności i tym razem
naprawdę już ostatnią płytę, a jego premierowy materiał niesie
w sobie pewien pierwiastek refleksji nad przeszłością – album
kończy się rzewnym, acz optymistycznym w wymowie The
Best Is Yet To Come. Ogólnie rzecz biorąc –
jest solidnie.
The Jimi
Hendrix Experience, Electric Ladyland,
1968
Ten album miałem na kasecie jeszcze
od czasów licealnych, a teraz zaopatrzyłem się w kompakt.
James Marshall Hendrix żył zaledwie 27 lat, z
czego jego kariera przypadła na ostatnie cztery, ża życia wydał
trzy płyty studyjne i jedną koncertową, ale jego wpływu na muzykę
rockową nie da się przecenić, nie tylko dlatego, że był jedną z
najjaśniejszych gwiazd Monterey i Woodstocku. Przede wszystkim był
w pierwszym rzędzie tych, którzy zrewolucjonizowali myślenie o
gitarze elektrycznej; podniósł hałas do rangi sztuki i zdefiniował
solówkę w dzisiejszym rozumieniu; wszystko to zaś osiągnął, będąc leworęcznym, a mimo to grając na gitarze nastrojonej standardowo. Nie był przy tym „wymiataczem”
w rodzaju jakiegoś Malmsteena: popisy techniczne nie stanowiły u
niego wartości samej dla siebie, lecz mieściły się w kontekście
fajnego utworu. Numery w stylu grania zębami czy trzymania gitary za
głową są tylko showmańskim marginesem w stosunku do samej muzyki.
Z drugiej strony, uważał się Hendrix za beznadziejnego wokalistę,
z pewnością więc nie był muzycznym Garym Stu, jednak z
perspektywy czasu jego śpiew nie bywa oceniany tak surowo. Przy
okazji należy się wyjaśnienie, że po śmierci artysty okazało
się, że zarejestrował o wiele więcej, niż wydał, i
niepublikowane nagrania jeszcze do dziś wychodzą na światło
dzienne.
Electric
Ladyland, trzeci i ostatni regularny album
Jimi Hendrix Experience, został pierwotnie wydany jako podwójny,
ale ponieważ czas trwania obu płyt łącznie nie przekracza 79
minut, w wersji kompaktowej (i kasetowej) występuje już jako
pojedynczy. Również brytyjską okładkę ze zdjęciem sporego grona
rozebranych kobiet, i to w dodatku mieszanego rasowo, w późniejszych
wydaniach zastąpiono okładką amerykańską, na której widnieje po
prostu pełna uniesienia twarz gitarzysty, jak należy przypuszczać
– w trakcie grania solówki. Jimi był zresztą bardzo
niezadowolony z projektu, wprowadzonego przez wytwórnię wbrew jego
woli.
Oprócz Hendrixa zespół
tworzyli dwaj brytyjscy muzycy, Noel Redding (bas) i Mitch Mitchell
(perkusja) – obaj już także nie żyją. Gościnnie w pojedynczych utworach na płycie wystąpili m.in. perkusista Buddy Miles, który później z Jimim założył
Band of Gypsys, koryfeusz amerykańskiego bluesrocka Al Kooper oraz członkowie Traffic - gitarzysta Dave Mason i flecista Chris Wood.
Początek
płyty nie zapowiada dzieła klasycznego, bo …And
The Gods Made Love to po prostu jedno wielkie
sprzężenie, a Have You Ever Been to Electric
Ladyland? – soulowata pioseneczka bez
większych fajerwerków. Za to potem wchodzi jeden z hitów Hendrixa,
Crosstown Traffic, z
riffem granym na grzebieniu, i tak zaczyna się istne kompendium
psychodelii ery hipisowskiej. Dalej występują elementy soulowe,
jest sporo bluesa, i to zarówno w wersji szybkiej, jak Come
On (Let The Good Times Roll), kawerze Earla
Kinga, jak i długiej, psychodelicznej, rozimprowizowanej, jaką
reprezentuje Voodoo Child,
gdzie gościnnie grają Steve Winwood na organach i basista Jack
Casady z Jefferson Airplane. Są też oczywiście utwory zwiastujące
królestwo hard rocka, jest trochę funku i całkiem odlotowe odloty
bliskie kakofonii. Ze spokojniejszych wyróżnia się oparty na
brzmieniu klawesynu Burning of the Midnight
Lamp. Noel Redding daje głos w Little
Miss Strange.
Na finał
wyciągnięto ciężką artylerię: najpierw jeden z najbardziej
transcendentalnych hitów Jimiego, apokaliptyczna wersja All
Along The Watchtower Dylana, a później
hardrockowo-psychodeliczny Voodoo Chile
(Slight Return) z kaczkowanym riffem.
Co do
oprawy graficznej wydania – gdy wyjmiemy płytę z pudełka, okaże
się, że za jej „wyściółkę” robi fotografia zespołu
siedzącego wraz z grupą dzieci na rzeźbie w Central Parku. To
właśnie zdjęcie, wykonane przez Lindę McCartney, Jimi chciał
mieć na okładce, ale wytwórnia zadecydowała inaczej. Natomiast
książeczka, podobnie jak dawniej wkładka kasety, zawiera krótki
tekst autorstwa samego Hendrixa, zatytułowany A
Letter to a Room Full of Mirrors. Jego treść
od zawsze mnie zastanawiała; prawdopodobnie jest to okazały
przypadek sałaty słownej.
Bank,
Jestem panem świata,
1982
Bank, grupa ze Środy Śląskiej, założona w
1980 r., należała, podobnie jak Kombi, Krzak, Mech czy Exodus, do
sceny znanej jako Muzyka Młodej Generacji, która okazała się
zwiastunem polskiego boomu rockowego lat osiemdziesiątych i
pozostała przezeń przyćmiona.
Z perspektywy lat
prasa muzyczna raczej Banku nie rozpieszcza, wyrzucając mu choćby
wspólną trasę koncertową z Goombay Dance Band, więc przynajmniej
ja się ciepło wypowiem o tej dość zapomnianej kapeli. W
niektórych przypadkach jawi sie ona silnie zainspirowana zespołem
Boston – a ja lubię Boston. Co prawda wokalista Mirosław
Bielawski brzmi za mało rockowo, a za bardzo piosenkarsko – ale
taki to był urok Muzyki Młodej Generacji, że była ona jakby „w
pół drogi”.
Co można
powiedzieć o jedynym regularnym albumie Banku? Zaczyna się całkiem
zadziornym riffem w utworze Rozbij bank.
Jest więc gitarowo, jest riffowo, ale klawisze też mają sporo do
powiedzenia – gra na nich Marek Biliński, późniejszy klasyk
muzyki elektronicznej. Obok niego kompozytorami byli bracia
Iskrowiczowie, Roman (bas) i Piotr (gitara). Prasa w epoce
porównywała Bank nie tylko do Bostonu, ale też do Genesis czy
Eagles. Faktycznie, początek Wielkiego wozu
może się kojarzyć z Hotel
California. Dodałbym jeszcze hardrockowego
klasyka o wiele bardziej cenionego w Europie Środkowo-Wschodniej niż
w rodzimej Brytanii – Uriah Heep. No i pewnie Budki Suflera musieli
dużo słuchać.
Do
spokojniejszych momentów należy patetyczna ballada Powiedz
mi coś o sobie, której współautorem był
R. Riedel – oparta na fortepianie, z solówką gitary brzmiącą
ewidentnie pod Boston. A w zasadniczo hardrockowym utworze Lustrzany
świat pojawia się nawet wstawka w rytmie
reggae! Bank trudno by nazywać bezdyskusyjnym klasykiem, ale kapela
była zeń reprezentatywna dla epoki.
Całkiem
klimatycznie wypada okładka według projektu Marka Pągowskiego, na
odwrocie zawierająca zdjęcia muzyków en face i z profilu, jakby z
listów gończych czy milicyjnej kartoteki – na taki sam pomysł
wpadł Perfect na płycie UNU.
Reedycja
kompaktowa wydana przez Metal Mind zawiera spory bonus w postaci
sześciu nagrań z opolskiego festiwalu z 1981 (4 miesiące przed
nagraniem albumu). Większość stanowią powtórki utworów z
zasadniczego albumu, ale jest też instrumental Opowieści
kosmiczne (głównie popis Bilińskiego) i
całkiem niezła Ulica dobrych dni.
Bank,
Ciągle ktoś mówi coś,
2007
W XXI wieku Bank reaktywował się i nagrał
płytę z premierowym materiałem. Ale mnie ona nie interesuje.
Zamiast tego – parę słów o albumie zarejestrowanym jeszcze w
1982 roku (z nowym perkusistą, Przemysławem Niemcem). Wówczas
ukazał się zaledwie na kasecie, a edycji płytowej doczekał się
dopiero po tym, jak same płyty zmieniły się z czarnych w
srebrzyste. Był to już łabędzi śpiew formacji: w następnym roku
odeszli Bielawski i Biliński, a reszta próbowała jeszcze ciągnąć
zespół, ale bez powodzenia. Dodajmy, że Ciągle ktoś mówi coś
udało mi się dorwać w dwupaku z Jestem panem świata.
Cóż mamy na tej płycie? Jakieś gonitwy, jak
Nie ma takiego numeru, który można by nazywać hardrockowym,
gdyby produkcja była na wyższym poziomie, czy dynamiczny zgodnie z
tytułem Jadę, albo kawałki w średnim tempie. Psychonerwica
nie wyglądałaby obco przy utworach Budki Suflera z kadencji
Romualda Czystawa. Jest też lejący się Mija czas i nic.
Generalnie – repertuar jest mniej urozmaicony i wpadający w ucho
niż na pierwszej płycie, ale z drugiej strony… To właśnie ten
album rozpoczyna największy hit Banku, bardzo „bostoński”
Ciągle ktoś mówi coś, który jest także i moim ulubionym.
Drugi mocny punkt to patetyczny Czas wiruje, z balladową
zwrotką i doładowaniem w refrenie.
W ramach bonusu dorzucono dwa pierwsze nagrania
radiowe zespołu, jeszcze z 1980 roku – Z wielkiej podróży
i Wielkie łowy, gdzie Biliński wyżywa się na
syntezatorach.
Judas
Priest, Defenders of the Faith,
1984
Zespół, o którym
mowa, wydaje się wręcz idealnym wrogiem publicznym dla
konserwatywnych rodziców, zwłaszcza amerykańskich. Nazwę wzięli
panowie od jednego z utworów Boba Dylana, ale i tak przez tego
„Judasa” są regularnie wyzywani od satanistów, nawet gdy
materia tekstowa niekoniecznie potwierdza te zarzuty. W latach
osiemdziesiątych stanęli przed sądem, oskarżeni o spowodowanie
samobójstwa dwóch młodych ludzi za pomocą podprogowych przekazów
nagranych od końca. Muzycy zostali uniewinnieni – ostatecznie,
gdyby rzeczywiście mieli zamiary eksterminować słuchaczy, nie
zostałby nikt, kto by kupował ich płyty. Jakby tego było mało,
wprowadzili do muzyki metalicznej modę na skórę i ćwieki.
Mało kto się za to
czepiał, że wokalista Rob Halford jest gejem. I bardzo słusznie,
bo nie jego orientacja ma znaczenie, a fakt, że wali na trzy oktawy,
co czyni go niedoścignionym wzorem wokalistyki metalowej. Kiedy
słucham takiego Kinga Diamonda, to zawsze mam wrażenie, że próbuje
naśladować Halforda, ale nie wyrabia głosowo. Prócz niego
heavymetalowy paradygmat wykuwali dwaj równorzędni gitarzyści
solowi, Glenn Tipton i Kenneth K. Downing (obecnie już nie w
zespole). Basista od 40 lat zwie się Ian Hill i nosi brodę,
natomiast perkusiści różni byli – w roku 1984 bębnił ten
najbardziej znany, Dave Holland (niestety, ten naprawdę został
później oskarżon o deprawowanie nieletnich).
Defenders of the
Faith to album chyba najcięższy w dotychczasowej dyskografii
Dżudasów. Niektóre utwory znałem już od czasów licealnych z
koncertówki Priest… Live, w tym mój judasowy hit
wszechczasów, złowróżbny i zarazem bardzo chwytliwy Some Heads
Are Gonna Roll, rozpędzony Freewheel Burning z
niespodziewanie melodyjną solówką wyłaniającą się z galopady,
oraz żeliwnie majestatyczny Love Bites (żadnych związków z
Def Leppard). W wersji studyjnej brzmią ostrzej niż na tamtym
albumie, nagranym w najbardziej komercyjnym okresie działalności
grupy, co nie zmienia faktu, że w swojej kategorii zasługują na
miano przebojów. Z pozostałych zwłaszcza robi wrażenie utrzymany
w średnim tempie i obdarzony wpadającym w ucho refrenem Rock
Hard, Ride Free. Szczyptę perwersji zapewnia Eat Me Alive,
poświęcony, eee… adoracji doustnej. Perwersja polega na tym, że
zwrotka jest melodyjna, a refren już brutalniejszy. Mimo jednak
faktu, że pozytywne utwory stanowią większość, płyta z jakiegoś
powodu wydaje się nieco męcząca. Czyżby za sprawą
przytłaczającego brzmienia?
Za bonus w wydaniu
kompaktowym dołączono balladę Turn On Your Light oraz
koncertowe wykonanie dwóch ostatnich kawałków (opartych na tym
samym rytmie perkusji i przez to połączonych). Szkoda, że nie
załapał się Heart of a Lion, stworzony w czasie sesji
nagraniowej, ale niewykorzystany – zamiast Judasów zrobiła zeń
pożytek grupa Racer X (której dwumetrowy perkusista, Scott Travis,
dziś sam bębni w Judas Priest), a w latach dwutysięcznych był
wykonywany na żywo przez Halforda z jego własnym zespołem.
To już nagranie z ery "Turbo", ale niech ta bedzie.
Dio,
Dream Evil,
1987
O atencji, jaką darzę Ronniego Jamesa Dio,
można już było tu przeczytać – czy to przy okazji Rainbow, czy
Black Sabbath. Od początku lat osiemdziesiątych Mały Rycerz stał
też na czele własnego zespołu, zdecydowanie heavymetalowego.
Pierwszy album, Holy Diver, to bezwzględna klasyka ciężkiego
rocka, a jego następca, The Last in Line, był jedną z
najważniejszych płyt moich lat studenckich i do dziś przywołuje
wspomnienia podróży pociągiem przyspieszonym ze stacji
Kraków-Łobzów…
W me ręce wpadła
ostatnio Dream Evil, czwarta płyta Dio.Już okładka
– jak to w metalu lat osiemdziesiątych, obraz, a nie żadne
zdjęcia czy, nie daj B-że, grafika komputerowa: dziecię śpi
spokojnie z kciukiem w ustach, gdy tymczasem spod łóżka wyłażą
węże, pająki, macki i inne baboki, a przez okno zagląda
demoniczny Murray, maskotka zespołu. Skład był w większości ten
sam, co na Last in Line, czyli Vinny Appice na bębnach, Jimmy
Bain na basie i Claude Schnell na klawiszach, tylko gitarzystę
Viviana Campbella (dziś Def Leppard) zastąpił Craig Goldy, co go
parę lat temu widziałem w nieistniejącym już częstochowskim
klubie Tramwaj w składzie grupy Budgie. Zachęcon, włączyłem
odtwarzacz…
…i przeżyłem rozczarowanie. Dream Evil
po pierwszych kilku przesłuchaniach nie porwała mnie tak jak inne
płyty Dio. W grę wchodził tu po części „syndrom Megadeth”,
czyli utwory zaczęły się podobać dopiero po jakimś czasie, nie
zmienia to jednak faktu, że repertuar z tego albumu mniej chwyta niż
poprzednie. Jedno nie ulega wątpliwości: to JEST Dio. Melodyka,
brzmienie, riffy, teksty – wszystko równie charakterystyczne jak
głos głównego bohatera, tylko brak czegoś naprawdę porywającego
– z jednym wyjątkiem. Perłą albumu pozostaje All The Fools
Sailed Away, czyli coś, co u Ronniego lubię najbardziej: długi,
podniosły utwór w średnim tempie, ze złowrogo kroczącym riffem i
zmyłkową, balladową introdukcją. Na dodatek w refrenie wspiera
wokalistę chór dziecięcy. Szkoda za to, że I Could Have Been a
Dreamer, ewidentnie krojony pod radiowy hit, ma zbyt łagodny
refren, psujący wrażenie po niezłej zwrotce (też z tych
kroczących, choć już nie tak złowrogo). Wpada też w ucho Naked
in the Rain, nie mający nic wspólnego z późniejszym o cztery
lata kawałkiem Chili Peppers, oraz Sunset Superman. Z kolei
ostre galopady, tu reprezentowane przez Night People czy
Overlove, u Dio zawsze mnie raczej męczyły i tak samo jest
tym razem.