poniedziałek, 16 marca 2026

Sześciu braci, czterech z Liverpoolu i wiatr w dwunastu strunach, czyli płyty styczniowe


W styczniu osłuchiwałem płyty, które zostały mi jeszcze z zeszłego roku, ale przypadkiem tak się trafiło, że jeszcze dokupiłem parę nowych.

 

The Stooges, Fun House, 1970

Pierwszy w tym roku album z udziałem braci – Scotta i Rona Ashetonów. Postacią pierwszoplanową w The Stooges był jednak oczywiście Iggy Pop.

Fun House to drugi album Pachołów i podobnie jak dwa pozostałe, składa się z prostej, nieokrzesanej, hałaśliwej muzyki oraz obleśnie dyletanckiego wokalu Iggy’ego. Nie ma tu co prawda czadów tak klasycznych jak I Wanna Be Your Dog z debiutu czy Search & Destroy z płyty późniejszej, ale jest parę całkiem nośnych riffów, na przykład T.V. Eye, Loose i 1970. Największe wrażenie robi utwór najbardziej odbiegający od reszty, czyli Dirt – siedem minut niepokojącego quasi-bluesa o gęstniejącej atmosferze (należy wymienić Dave’a Alexandra, którego gitara basowa robi tu główną robotę). O pół minuty dłuższy jest tytułowy Fun House, znów szorstki, ale w średnim tempie i wzbogacony saksofonem, który wcale nie łagodzi ogólnego wrażenia. Finał stanowi L.A. Blues – kawał czystej kakofonii. Kojarzycie ten moment, kiedy na koncercie zespół, po zakończeniu właściwego utworu, wyładowuje nagromadzoną energię, nawalając jeszcze przez moment ze wszystkich sił w instrumenty? L.A. Blues to jest właśnie ten moment rozciągnięty do 4 minut. 

 

Kinks, Kinks, 1964

Z Faradaguła przyciągnąłem debiutancki album jednej z ważniejszych brytyjskich grup lat sześćdziesiątych. W późniejszym okresie bracia Ray i Dave Daviesowie oraz Pete Quaife i Mick Avory zasłynęli z łączenia rocka z tradycją starszej muzyki popularnej, a także nagrywania albumów koncepcyjnych poświęconych duszy brytyjskiej. Na debiucie szybowali jednak na dominujących prądach, prezentując energicznego, ognistego rhythm’n’bluesa. Czasem śpiewał lider Ray, czasem jego młodszy brat i zarazem gitarzysta prowadzący. Solówki też już były w modzie.

W repertuarze znalazły się zatem uznane już przeboje Chucka Berry (Beautiful Delilah, Too Much Monkey Business), Bo Diddleya (Cadillac) czy Slima Harpo (Got Love If You Want It), dwa standardy zaaranżował producent płyty Shel Talmy, ale Ray Davies pokazał się też już jako kompozytor. Jego dziełem jest pięć i pół utworu na czternaście – wydaje się maławo, ale takie były ówczesne standardy, od kapel młodzieżowych nie oczekiwano, że same sobie będą pisać repertuar. Zresztą, jak stwierdził sam lider w swojej autobiografii, po prostu nie spodziewał się mieć więcej materiału, kiedy producent oznajmił, że studio już zarezerwowane.

W porównaniu ze standardami, piosenki Daviesa wydają się bardziej ugrzecznione, beatlesowate, jakby wymierzone w żeńską część audytorium: sentymentalne ballady Just Can’t Go to Sleep i Stop Your Sobbin’ czy krotochwilne I Took My Baby Home z harmonijką. Ale jest wyjątek: You Really Got Me. Davies wzniósł się na szczyty rockandrollowej łobuzerii, proponując archetypiczny riff gitarowy, który później wielu naśladowało (a i sama piosenka szybko stała się standardem, patrz niżej). Jest nawet krótka, lecz zadziorna solówka. Legenda głosi, że wykonał ją sam Jimmy Page, później założyciel Led Zeppelin – on jednak twierdził, że grał w tej piosence tylko na gitarze rytmicznej. Artykuł o płycie na Wikipedii wymienia Page’a grającego w trzech innych utworach, a książeczka reedycji z 2004 cytuje Raya, według którego muzyk ten udzielał się tylko w przeróbce standardu bluesowego Bald Headed Woman, razem z organistą Jonem Lordem (później Deep Purple).

You Really Got Me był jedynym singlem z albumu, bo w tamtych czasach wielu piosenek przeznaczonych do promocji nie umieszczano na longplayach. Nie dziwota, że do oryginalnych 14 utworów dodano w tej reedycji jeszcze 12 bonusów. Są to właśnie piosenki z singli oraz z czwórki Kinksize. O dziwo, większość z nich, odwrotnie niż na zasadniczym albumie, stanowią autorskie utwory Daviesa. Przede wszystkim drugi klasyczny riffowiec Kinksów – All Day and All of the Night (po latach z udanym skutkiem skowerowany przez The Stranglers). Poza tym zespół opracował Long Tall Sally Little Richarda (Beatlesi też mieli swoją wersję) oraz Louie Louie, słynny przebój The Kingsmen, nad którym FBI biedziło się dwa i pół roku, żeby stwierdzić, czy aby nie jest nieprzyzwoity. Całości dopełnia wersja alternatywna Too Much Monkey Business oraz niepublikowana dawniej piosenka I Don’t Need You Any More.

Szata graficzna obejmuje artykuł Petera Doggetta, reprodukcje okładek singli i artykułów w gazetach oraz tekst z tylnej strony koperty pierwotnego wydania, z krótkimi charakterystykami członków zespołu. Na temat Dave’a Daviesa czytamy: „nie ma takiej dziewczyny, za którą by się nie obejrzał” – akurat musieli tak napisać o tym, który był biseksualny. 

 

Van Halen, For Unlawful Carnal Knowledge, 1991

Trzecia z rzędu płyta z udziałem braci! I to jeszcze takich, którzy na debiutancką płytę nagrali własną wersję You Really Got Me.

Muszę przyznać, że wczesny „Iwan Charin” należał do wykonawców przeze mnie niedocenianych: utwory z kilku pierwszych płyt wydawały mi się mało porywające. Co innego okres, gdy miejsce Davida Lee Rotha przy mikrofonie zajął Sammy Hagar: ten repertuar bardziej już przypominał piosenki z prawdziwego zdarzenia niż ćwiczenia teoretyczne. Płyta pod tytułem o nieprzyzwoitym skrócie, z imitacją skóry na okładce, była kulminacją kariery zespołu. Najsłynniejsi indonezyjscy (po kądzieli) rockmani zakończyli tym samym klasyczny okres twórczości – późniejsze płyty były mniej udane i znalazły mniejszy oddźwięk.

Jak to u Van Halen, mamy do czynienia z dawką mocnego hard rocka na wysokim poziomie wykonawczym. Jak zwykle Eddie nie szczędzi solówek, a chociaż nie jestem specem od perkusji, to jego brat pewnie też zaiwania z nieskazitelną techniką. Poundcake, jak i całą płytę, rozpoczyna numer z kostkowaniem za pomocą wiertarki, który parę miesięcy wcześniej wykorzystali już panowie Gilbert i Sheehan z zespołu Mr. Big. Raz jest bardzo szybko (Judgment Day), raz w umiarkowanym tempie (Spanked), przeważnie ciężko (Pleasure Dome). Tylko szkoda, że atrakcyjnych refrenów brakuje, czasem rozczarowują po bardziej efektownej zwrotce.

Najlepsza jest sama końcówka, bardziej podniosła, melodyjna i podnosząca na duchu: Right Now z udziałem rytmicznego fortepianu a la Toto oraz finałowy Top of the World. Rozdziela je akustyczna miniatura 316, którą Eddie zadedykował swojemu synowi, urodzonemu 16 marca. Dziś Wolfgang Van Halen jest basistą, współpracował z ojcem i stryjem na ich ostatniej płycie studyjnej, a od jakiegoś czasu stoi na czele grupy Mammoth (nie mylić z formacją metalowców z nadwagą, funkcjonującą w latach 80.) 

 

Genesis, Wind & Wuthering, 1977

Na kiermaszu płytowym kupiłem album, który miałem dawniej na kasecie. Wind & Wuthering to druga płyta Genesis po odejściu Petera Gabriela, z Philem Collinsem jako głównym wokalistą, a ostatni materiał studyjny z udziałem Steve’a Hacketta na gitarze prowadzącej.

Słuchając tego w liceum z kasety, byłem dość zdezorientowany, nie wiedząc, gdzie jeden utwór się kończy, a następny zaczyna. Za to teraz, po co najmniej kilkunastu latach przerwy, poczułem się, jakbym ostatnio słyszał tę płytę wczoraj. Od początkowego Eleven Earl of Mar, epickiej opowieści z czasów jakobickich, po melancholijny finał Afterglow, wszystko tu jest na swoim miejscu i bez wątpienia stanowi ciągle jeszcze kwintesencję stylu Genesis.

Tony Banks rządzi! Moje ulubione fragmenty są te, które sam napisał. Jeden to nastrojowy One for the Vine – przy tym fortepianie i syntetycznych smyczkach kłania się Mad Man Moon, a potem następuje instrumentalne przyspieszenie i repryza. Drugim jest mysio-kocia mini-opera All in a Mouse’s Night. Był też współautorem większości pozostałych. Mike Rutherford wyłożył Your Own Special Way – balladę nieco może zbyt ckliwą dla niektórych, dla mnie może być, w każdym razie dominują tu gitary 12-strunowe, a syntezator schowany jest w tle. Collins z Hackettem napisali Blood on the Rooftops – piosenkę o facecie oglądającym telewizor, z kontrastem dynamicznym między zwrotką a refrenem.

Są też instrumentale. Pierwszą stronę kończy dość krótkie Wot Gorilla? o jazzrockowym posmaku (w głębi słychać nawet kongi). Na drugiej stronie znalazł się dwuczęściowy Unquiet Slumbers for the Sleepers… / …In That Quiet Earth (tytuł zainspirowany ostatnim zdaniem Wichrowych wzgórz). Pierwsza część, napisana przez obu gitarzystów, i tak zawiera partię syntezatora ulotną jak powiew wiatru w lesie, a druga – już dzieło całego zespołu – to znów dawka jazzrocka, przywołująca ducha pamiętnego Los Endos.


 

 

The Beatles, A Hard Day’s Night, 1964

Braki w dyskografii Bitelsów mam dość zasadnicze, więc przy nadarzającej się okazji zdobyłem wreszcie kolejną pozycję. Trzeci album Czwórki z Liverpoolu był pierwszym, na którym zaprezentowali wyłącznie utwory autorskie, nie podpierając się cudzym repertuarem. Strona A zawiera piosenki, które napisali do swojego pierwszego filmu, zatytułowanego właśnie A Hard Day’s Night, a w PRL wyświetlanego pod jakże kreatywnym tytułem The Beatles.

Pierwsza połowa to jeden gol za drugim. Płytę rozpoczyna dynamicznie Lennon utworem tytułowym oraz I Should Have Known Better, w którym po raz ostatni pojawia się harmonijkowy motyw wiodący, tak charakterystyczny dla wczesnego etapu Beatlesów. John napisał też swoją pierwszą sentymentalną balladę If I Fell. W tej kategorii jednak prześcignął go Macca ze swoim And I Love Her. Od Paula pochodzi też Can’t Buy Me Love, chyba najbardziej przebojowy na tej stronie płyty (albo to ja po prostu jestem bardziej fanem McCartneya). George Harrison nic nie skomponował, za to zaśpiewał I’m Happy Just to Dance with You. Ringo Starr nawet nie miał żadnej pierwszoplanowej partii, ale to od niego pochodzi sam tytuł płyty. Natomiast słynne beatlesowskie harmonie z najlepszej strony pokazują się w Tell Me Why, poniekąd pastiszu amerykańskich żeńskich grup wokalnych.

Strona B zawiera piosenki, które nie zmieściły się w filmie. Nie są tak przebojowe jak pierwsza połowa – a może po prostu za mało się wryły w kolektywną pamięć – ale nie ustępują jakościowo. Może tylko I’ll Cry Instead można wskazać jako najmniej ciekawy w zestawie,  ale też jest on najkrótszy. Z tej połowy najbardziej podoba mi się Things We Said Today, nastrojowy i w średnim tempie, znowu śpiewany przez Paula. No i jeszcze finałowy I’ll Be Back w podobnej atmosferze, niech i Lennon coś ma.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz