wtorek, 31 marca 2026

Od Ziemi Świętej do Slovenska, czyli płyty lutowe

  

W lutym trafiły mi się bardzo udane nabytki na Faradaguła, a do tego zamówiłem w internetach coś bardziej niszowego. Aż dwukrotnie, u dwojga różnych wykonawców, pojawiła się parafraza cytatu „Hell hath no fury like a woman scorned” ze sztuki Williama Congreve’a, błędnie przypisywanego Szekspirowi.

  

R.E.M., Up, 1998

Zaklajstrowałem dziurę w dyskografii R.E.M. Up był to pierwszy album, na którym grupa z Athens w Georgii (Aten w Gruzji) występowała jako trio: perkusista Bill Berry po operacji tętniaka mózgu musiał przejść w stan spoczynku. Koledzy postanowili jednak nie przyjmować na stałe nikogo na jego miejsce, tylko korzystać z bębniarzy sesyjnych. Na tej płycie byli nimi Barrett Martin (głównie Screaming Trees, ale grał już kiedyś z Peterem Buckiem w grupie Tuatara) i znany sesyjniak Joey Waronker.

 Zgodnie z modą końca wieku („drugi konformizm rockowy”), brzmienie zostało zelektronizowane. Otwieracz Airportman to wręcz murowany sposób, żeby zniechęcić słuchacza: cztery minuty elektronicznego przynudzania z szepczącym Michaelem Stipe’em; mój egzemplarz jest w tym miejscu uszkodzony i po odsłuchaniu utworu z YouTube uznałem, że nic nie straciłem.

Znajoma stylistyka R.E.M. powraca dopiero w drugim utworze, Lotus, chociaż i on ma „nowoczesną” aranżację, zdominowaną przez fortepian elektryczny i jakiś syntezator, ale gitara też się w końcu wyłania. Pomimo nowinek aranżacyjnych, szkielet pozostaje zwykły dla R.E.M.: nastrojowe piosenki, śpiewane głosem jakby skulonym. Gdzieniegdzie pojawia się sekcja smyczkowa. Trzeci z kolei Suspicion, powolny i nastrojowy, pokazuje, że z elektroniki można korzystać z umiarem. Hope opiera się na powtarzanym w kółko, zachrypniętym metalicznym motywie syntezatora albo jakichś dziwnych organów, który może potencjalnie irytować.

Nie ma tu utworów tak przebojowych jak na płytach zespołu z lat wczesnych dziewięćdziesiątych, a już zupełnie brakuje czegoś żwawszego, pogodniejszego (Lotus chyba jako jedyny mieści się najbliżej). Największy potencjał ma ballada At My Most Beautiful – przywołująca jakby atmosferę Nightswimming, oraz wybrany do promocji Daysleeper. 


 

Jamiroquai, A Funk Odyssey, 2001

Jeden z albumów „Żamiroke” całkiem mi się spodobał, więc czemu by nie spróbować kolejnego, zwłaszcza, że był dostępny za 2 złote.

Cóż powiedzieć… To w dalszym ciągu tzw. acid jazz, co w praktyce oznacza łączenie tradycyjnego funku/soulu ze zdobyczami elektroniki przełomu wieków. Już od początku, w Feels So Good i Little L, dominują tłuste, taneczne groovy basowe, jakie nie brzmiałyby dziwnie w dyskotece późnych lat siedemdziesiątych. Gdzie trzeba, wzbogacone są np. stylowymi smyczkami, gitarowym podcinaniem, efektem klaskania albo zagęszczonymi latynoskimi perkusjonaliami. Fajnie brzmi poza tym Love Foolosophy oraz mój ulubiony Stop Don’t Panic. Za to Twenty Zero One najbardziej zbliża się do muzyki klubowej – praktycznie sama elektronika. Z ogólnie tanecznego materiału wyróżniają się ballady: wonderowo-prince’owata Corner of the Earth i bardziej akustyczna Black Crow, a także Picture of My Life, niby kończąca cały zestaw, ale potem jeszcze pojawia się ukryty utwór z funkowej kategorii.

Album stoi na wysokim poziomie wykonawczym, ale jest na tyle jednorodny, że można mówić o monotonii, i ustępuje Travelling Without Moving (np. nie ma dzidziridu). 


 

Cyndi Lauper, Twelve Deadly Cyns… And Then Some, 1994

Najpopularniejsza płyta Cyndi Lauper, She’s So Unusual, ostatnio mi się wymyka, więc na razie zadowoliłem się składanką największych przebojów. Ponieważ artystka nagrała do tamtej pory cztery płyty, to można się było spodziewać dużej reprezentacji debiutu. Spora część tych hitów to przeróbki, ale mniejsza o to.

W latach osiemdziesiątych Lauper zwróciła na siebie uwagę drapieżną charyzmą i barwnym imażem, choć głos ma wysoki, co dla niektórych może być granicą nie do przejścia. Nie ona pierwsza śpiewała Girls Just Wanna Have Fun, ale to ona przekształciła tę piosenkę w sprężysty feministyczny hymn. Równie atrakcyjnie wypada zadziorny Money Changes Everything (przeróbka The Brains) oraz drugi największy przebój Lauper, spokojniejszy Time After Time. Produkcja jest oczywiście typowa dla muzyki pop tamtych czasów: bębny elektroniczne, syntezatory i temu podobne. W sesji wzięli udział gitarzysta Eric Bazilian, lider grupy The Hooters („gwiazdy jednego przeboju” pod tytułem Johnny B., chociaż na dobrą sprawę te przeboje były dwa, bo jeszcze All You Zombies), i afrykanerski perkusista Anton Fig (znany ze współpracy z Kiss).

Przeboje z kolejnych płyt są dość podobne. Tu zapadają w pamięć Change of Heart i I Drove All Night – kolejne przykłady wzorcowej osiemdziesiętnej produkcji muzycznej – oraz kolejny wielki hit, ballada True Colors, później przerobiona przez Phila Collinsa. Jest też kower What’s Going On, soulowego klasyka Marvina Gaye’a, w którym gra na gitarze Adrian Belew (znany m.in. z King Crimson), ale za bardzo nie pokazuje pazurów – inna sprawa, że to remisk z siedmiocalowego singla, a nie oryginał z płyty.  Do materiału z czterech regularnych albumów Cyndi Lauper dorzucone zostało The World Is Stone z kanadyjskiego musicalu Tycoon, z ciepło melancholijnym syntezatorem.

„Dwanaście grzechów głównych”, a co się kryje pod dopiskiem „And Then Some”? Świeże utwory to rozpoczynająca cały zestaw pościelówa ze skrzypcami I’m Gonna Be Strong, nowa, uregałowiona wersja Girls Just Wanna Have Fun oraz jeszcze jedno reggae Come On Home. 


 

Orphaned Land, Mabool. The Story of the Three Sons of Seven, 2004

Dla odmiany zespół izraelski. Gdyby to dla kogoś było kontrowersyjne, to należy dodać, że członkowie Orphaned Land są zwolennikami pokojowej koegzystencji żydowsko-arabskiej i ekumenizmu trójabrahamowego, czemu dają wyraz w swoich utworach. Mają też dużą fanbazę w krajach arabskich i współpracują z arabskimi artystami, kiedyś zagrali nawet wspólną trasę z palestyńską kapelą metalową Khalas.

Mabool to – jak wskazuje tytuł – reinterpretacja opowieści o biblijnym potopie. W libretto nie wczytywałem się specjalnie, ale śpiewają zarówno po angielsku, hebrajsku, jak i arabsku, a gdzieś tam nawet wyłania się recytacja po łacinie. Muzycznie materiał jest bardzo epicki – progresywny metal z elementami etnicznymi. Do elementów tych należą bliskowschodnie zaśpiewy męskie, żeńskie i chóralne, a także regionalne instrumenty strunowe, jak saz, buzuki czy oud (gra na nich gitarzysta Yossi Saharon). Podobnie różnorodną paletę ekspresji prezentuje lider i wokalista Kobi Farhi – od melodyjnego śpiewu, przez recytację, po ryki, które pojawiają się już w początkowym Birth of the Three, ale nie kłują za bardzo w uszy, jako osadzone w melodyjnej tkance muzycznej. Za wokal żeński odpowiada Shlomit Levi, Jemenitka, która pierwszoplanową partię odgrywa w akustycznym A’salk.

Album składa się z utworów na ogół bardzo długich (powyżej 6 minut) i wielowątkowych, pełnych melodyjnych momentów. Przy tym kompozycje są przemyślane i nie sprawiają wrażenia chaosu. Jazdę metalową przeplatają spokojniejsze utwory akustyczne, jak np. Building the Ark, gdzie sposób wykorzystania chóru kojarzy mi się z Therionem, tyle że, hm, wektor ideologiczny ciut odmienny. Do promocji wybrano faktycznie melodyjny Norra El Norra – zaśpiewany po hebrajsku, ale na bazie tradycyjnej melodii egipskiej. Zaczyna się akustycznie, a potem następuje mocniejsze przywalenie i do tego solo fortepianu. Nastrojowy instrumental The Calm Before the Flood poprzedza wielki epicki finał – wizję powodzi, w której zawiera się summa całego albumu. Najpierw Mabool (The Flood), oczywiście z szumem deszczu i biciem gromów. Smyczkowe preludium wprowadza ostrą, rozpędzoną część metalową. Przechodzi on płynnie  w część drugą – The Storm Still Rages Inside, wolniejszy i bardziej podniosły; gitarzysta gra tu sporo partii solowych, a na sam koniec odzywa się chór. Płytę wieńczy kolejny akustyczny instrumental gitarowy

Wydanie zostało wzbogacone o bonusowy dysk The Calm Before the Flood z zapisem akustycznego koncertu w Tel Awiwie (Wiosnowzgórzu) z sierpnia 2002. Zawiera on wybór utworów z dwóch pierwszych płyt zespołu, z czego trzy podane zostały w całości, a siedem – w postaci dziewięcioipółminutowej wiązanki The Orphaned’s Medley. Do tego jeszcze Mercy – przeróbka grupy Paradise Lost, zaaranżowana z orientalną lutnią. Publiczność reaguje dość entuzjastycznie. 


 

Fleetwood Mac, Live, 1980

Ta dwupłytowa koncertówka prezentuje trójgłowe oblicze Fleetwood Mac u szczytu formy, po wydaniu albumu Tusk. Nagrania pochodzą z różnych miast, głównie amerykańskich, w tym po trzy z Cleveland i Santa Monica (w tym drugim przypadku był to kameralny występ dla ekipy i przyjaciół). Poza USA reprezentowane są: Paryż i Londyn (po dwa razy) oraz Tokio. Książeczka zawiera wykaz wszystkich koncertów w tej trasie koncertowej od października 1979 do września 1980, z czego w czerwcu trafili do Europy – Zurych jest tu zaliczony do Niemiec! A właściwie nie było wtedy Niemiec, tylko RFN i NRD (w tym drugim oczywiście nie grali).

Nie bardzo jest się co rozpisywać: grupa po prostu zaprezentowała najlepsze utwory ze swoich trzech ostatnich płyt, w tym takie hity jak Rhiannon czy Go Your Own Way. W wersji na żywo są one nieco surowsze niż w studio, Lindsey Buckingham dokłada czasem do pieca na gitarze czy nawet się wydrze, nie zapomina o solówkach (Say You Love Me), a Not That Funny rozciągnął swoimi popisami do dziewięciu minut.

Materiał znany i sprawdzony uzupełnia parę ciekawostek. Dwie z nich to nowości: Fireflies Stevie Nicks i One More Night Christine McVie, jednak nie dorównują Fleetwoodowej klasyce. Dwie pozostałe to staroci wręcz prehistoryczne w tym kontekście: countrowaty Don’t Let Me Down Again z płyty nagranej przez Nicks i Buckinghama przed dołączeniem do zespołu oraz ukłon w stronę założyciela Fleetwood Mac, Petera Greena – skrócona, przyczadowiona wersja Oh Well.

Miałem już w kolekcji jeden koncert tego składu Fleetwoodów – The Dance, nagrany po reaktywacji w 1997. Dlatego kiedy tak samo jak na tamtym zagrali Go Your Own Way i przebrzmiały ostatnie dźwięki Don’t Stop, myślałem, że to już koniec. Ale byłem w błędzie: na finał trafiło świetnie narastające, ośmiominutowe I’m So Afraid Buckinghama, a na bis przeróba The Farmer’s Daughter Beach Boysów. 

Wykonanie nie z tej samej płyty, ale z tego samego okresu

 

Lita Ford, Dangerous Curves, 1991

W latach osiemdziesiątych, okresie największej popularności heavy metalu, również i artystki żeńskie wykazały się w tym stylu. Do popularniejszych należała Lita Ford, która wcześniej występowała w The Runaways razem z Joan Jett, a z początkiem dekady rozpoczęła działalność solową, wykorzystując imaż jasnowłosego wampa mocno bębniącego w gitarę. Zaliczyła nawet duet z Ozzym Osbourne’em, który stał się jej największym hitem.

Dangerous Curves, piąta płyta Ford, ukazała się w momencie, kiedy soft metal odchodził już do lamusa. Mimo wszystko jest całkiem przyzwoita, chociaż trudno mówić o oryginalności muzycznej. Najbardziej spodobały mi się dwa przeboje singlowe: melodramatyczna półballada One Shot of Poison (byłaby balladą, gdyby nie spora motoryka) oraz przede wszystkim bardzo melodyjny Playin’ With Fire. W tej samej kategorii mieści się Little Too Early z refrenem trochę a la zadziorniejsze Bon Jovi. Napisali go na spółkę znany gitarzysta Al Pitrelli (wówczas współpracownik Alice’a Coopera), wokalista Rainbow (i przejściowo Deep Purple) Joe Lynn Turner, a także niejaki Richie Blakemore. To nie pomyłka, Ritchie Blackmore nie miał z tym przedsięwzięciem nic wspólnego. Ze szkoły Bon Jovi pochodzi też refren Holy Man, z tekstem perwersyjnie wykorzystującym motywy religijne.

Typowa ballada, z wykorzystaniem fortepianu, nazywa się Bad Love. Z bardziej zadziornych rockersów mało który jest prawdziwie porywający, przypominają raczej solidne, rzemieślnicze walenie w żelazo. Cała płyta zaczyna się od tandemu Larger than Life i What Do Ya Know About Love. W połowie wypada sześciominutowy Hellbound Train – najdłuższy i najcięższy, ale też robi najmniejsze wrażenie. Lepiej wypada finał Tambourine Dream, w którym ciężkie riffy kontrastują z gitarami akustycznymi i chórkiem w refrenie. Lita Ford nawiązuje też do wykreowanego już na pierwszej płycie wizerunku drapieżnej pajęczycy. Najpierw w ostrym Black Widow z niby-orientalnym motywem klawiszowym, a potem w końcowym, posępnie patetycznym instrumentalu Little Black Spider. 


 

Pavol Hammel, Marián Varga, Radim Hladík, Na II. programe sna, 1977

Pod choinkę dostałem przewodnik płytowy Pawła Nawary Rock za żelazną kurtyną. Tom 1: Czechosłowacja 1964-1979. Wkrótce też zacząłem zgłębiać, a gdy tylko wydarzyła się okazja, zdobyłem na Allegro, i to dość tanio, album, który po wstępnym przesłuchaniu przypadł mi do gustu.

Mamy tu do czynienia z supergrupą czechosłowackiego, a głównie słowackiego rocka. Wokalista Pavol Hammel i organista Marián Varga współtworzyli w latach sześćdziesiątych czołowy na Słowaczyźnie zespół Prúdy. Potem Varga odszedł, aby realizować się we własnym Collegium Musicum. Rozstanie przebiegło jednak w dobrych stosunkach, skoro obaj muzycy kilkakrotnie jeszcze współpracowali. Za drugim razem na trzeciego dołączył gitarzysta Hladík, lider czeskiego Modrego Efektu. Akompaniowali basista Ivan Belák oraz trzej perkusiści (nie wszyscy naraz) – Dušan Hájek, Pavol Kozma i Peter Szapu. Wszyscy czterej także powiązani z Collegium Musicum.

Collegium słynęło z trudnego rocka progresywnego, nawiązującego do muzyki poważnej, opartego przede wszystkim na brzmieniu organów. Hammel dla odmiany grawitował w stronę popu, a jego największy hit Učiteľka tanca, wydany kiedyś na singlu Tonpressu, był już w ogóle całkiem estradowy. Wspólne płyty Hammla i Vargi wydają się stanowić złoty środek: „barokowy pop”, atrakcyjny melodycznie i bogato zaaranżowany, niekiedy z ostrzejszymi zagrywkami – porównywalny do naszych Skaldów. Hladík był najniższy z całego tria i płyty nie zdominował także muzycznie – rządzą organy Vargi i głos Hammla. Partie gitarowe doceniłem dopiero za którymś przesłuchaniem.

Do bardziej rockowej części repertuaru należy utwór tytułowy z nieco nerwowym riffem organowym. Utrzymany w średnim tempie S chodníkom na chrbte, rozpoczęty zagrywką gitarową a la Focus, przechodzi z melodyjnej piosenki do rozbudowanej części instrumentalnej z solówkami. Zanim ucichnie repryza, mija siedem minut. Stosunkowo ostre są też fragmenty piosenki Lodička z papiera, kontrastujące naprzemiennie z całkiem łagodnymi. Jakby santanowska gitara rzuca się w uszy w funkowo-soulującym V zelenej pamäti, chociaż tam zagrał również Tomáš Rédey z grupy GATTCH i trudno mi powiedzieć, czy to są partie jego, czy Hladíka. Warto poza tym wspomnieć niezbyt czadowy, ale szybki i zwariowany Letia husy.

Poza tym jest na płycie podniosła Ľalia poľna z kościelnym brzmieniem organów i chórem, nawiązujący otwarcie do Mozarta Papageno z Novej Vsi i swingujące Na schodoch gymnázia, gdzie Varga pokazuje się jako pianista. Bardzo dobre wrażenie robią nastrojowe piosenki zaaranżowane na fortepian i smyczki: Náhle i Voda. Szkoda tylko, że obie bardzo krótkie (1:36 i 1:03), ale z drugiej strony są dziełami skończonymi i bez sensu by było na siłę je rozciągać.

Autorowi wspomnianego przewodnika nie przypadły do gustu interwencje żeńskich chórków – dla mnie są w porządku, trochę w klimacie gościnnych występów Alibabek u Skaldów Co prawda Správne žiť faktycznie brzmi już bardziej estradowo, nie tylko z chórem, ale i z trąbami. Całości dopełnia dixielandowy Až túto moju pieseň dohrajú z udziałem Revival Jazz Band.

Reedycja zawiera co pomniejszony projekt oryginalnej okładki – w obwódce imitującej blaszaną powierzchnię. Nie lubię takich „okaleczonych” opracowań, ale co poradzić, skoro nie ma innego wydania. Na tejże obwódce, oprócz Hammla, Vargi i Hladíka, wymieniony został jeszcze Peteraj (Kamil, autor tekstów). Za to w środku przyzwoity artykuł i kilka zdjęć.

czwartek, 26 marca 2026

Opole, Doorsi, patolodzy, czyli krąży po kraju widmo Edypa (z frontu czytelniczego, 1/2026)

  

W pierwszych miesiącach nowego roku wszystkiego po trochu: nadal siedziałem w fantastyce, osuszyłem dozę postmoderny, zająłem się kulisami pewnego serialu, po czym wylądowałem na znajomym terytorium biografii muzycznych. Przewinął się także niejednokrotnie motyw Edypa.

 

1-2. George R.R. Martin, A Dance with Dragons,
t.1 Dreams and Dust, London 2012;
t.2 After the Feast, London 2014

Znowu zaczynam rok od Pieśni lodu i ognia i mam nadzieję, jakkolwiek płonną, że za rok będę mógł napisać to samo. Tymczasem na HBO zapremierował serial Rycerz Siedmiu Królestw, oparty na kilku opowiadaniach GRR Martina, których akcja rozgrywa się około stu lat wcześniej, ale przed napisaniem tej pararecenzji jeszcze się z nim nie zapoznałem.

Taniec ze smokami (byleby nie „Taniec smoków”, bo to zupełnie co innego – tak się w świecie przedstawionym nazywała wojna domowa między dwiema gałęziami rodu Targaryenów, o której opowiada serial Ród Smoka) ze względu na grubość podzielony został na dwie części. Toczy się z grubsza równolegle do tomu czwartego (Uczta dla wron), ale obejmuje wątki innych postaci. Spotykamy więc wreszcie Tyriona Lannistera, Dankę czy Jona Snowa. W przypadku Jona następstwo zdarzeń się trochę komplikuje, bo pierwsze rozdziały z jego punktu widzenia poprzedzają wątek Sama Tarly’ego z Uczty, Sam występuje w nich jako postać drugoplanowa i dopiero potem odjeżdża na południe. Druga część tomu nosi tytuł After the Feast, czyli Po uczcie, i faktycznie powracają tu już wątki niektórych postaci z Uczty dla wron.

Czy należy się cieszyć z powrotu dawnych ulubieńców? W zasadzie tak. Tyrionowi na wygnaniu za morzem nadal nie urwało od poczucia humoru, chociaż miotają nim wyrzuty sumienia po tym, co zrobił na końcu Nawałnicy mieczy. W szale samoupodlenia dokłada do tego jeszcze parę niefajnych czynów i generalnie ma deprechę, a tu, jak na złość, ludzie, w których ręce trafia, nie chcą go zabić, tylko wykorzystać do własnych celów. Z kolei zarówno królowa Daenerys w Meereen, jak i lord dowódca Jon na Murze zmagają się z nieznośnym ciężarem czapki Monomacha, zmuszeni balansować między interesami różnych grup i wydawać decyzje, od których na pewno ucierpią jak nie jedni, to drudzy. A kiedy się wydaje, że GRRM już nie jest w stanie przebić swojego dotychczasowego poziomu przygnębienia, pojawia się Fetor – nędzny ochłap człowieka, który kiedyś był kimś innym, a teraz stał się pupilem sadystycznego Ramsaya Boltona. Z drugiej strony istnieją oznaki, że może jeszcze nie wszystko stracone. Do ulubieńców wielu czytelników dołącza wobec tego Wyman Manderly, znany jako Lord Za Gruby, By Dosiąść Konia. Sprawia wrażenie spasionego bęcwała zainteresowanego tylko jedzeniem, ale kryje coś więcej.

Porównanie z Ucztą dla wron wypada na korzyść, po prostu dlatego, że więcej tu się dzieje. Mimo wszystko zdarzają się rozdziały mocno wywatowane, które niespecjalnie posuwają sprawy do przodu – wątki Davosa czy Jona można było bardziej skondensować, tylko wtedy stałyby się homeopatyczne, zaś wątek księcia Quentyna Martella niewiele wnosi. Wygląda też na to, że Martinowi zaczynają się powtarzać pomysły: tu podmienione niemowlę i tam podmienione niemowlę, tu sfingowana egzekucja i tam sfingowana egzekucja.

Największy problem sprawiał autorowi (i sprawia do dziś) tzw. węzeł meereeński. Danuta miała przecież wracać do Westeros i walczyć o tron, a tymczasem utknęła nad Zatoką Niewolniczą – w realiach bardziej przypominających Bliski Wschód w epoce brązu niż średniowieczną Europę – i nawet za bardzo nie chce się jej wracać, za to ciągną do niej różni zalotnicy. W ogóle mieszają mi się imiona postaci z tego regionu, zwykle z dużą ilością liter „z”, „k” i „h”. Nie jestem w tym odosobniony, a i sam autor w pewnym momencie każe Quentynowi stwierdzić w monologu wewnętrznym, że „połowa wydawała się mieć na imię Ghazdan, Grazdan, Mazdhan abo Ghaznak”. Na własny użytek nadaję im ksywki typu Rzeźnik, Skandal czy Grażyna.

Tradycyjnie połapanie się w gąszczu postaci ułatwia ich wykaz na końcu książki, aktualizowany z tomu na tom. Można policzyć, że stary Walder Frey miał 22 synów i 7 córek, licząc tylko z prawego łoża.

Drugą część zdobyłem w innym wydaniu niż pierwszą, z okładką nawiązującą już do serialu Gra o tron. Jako bonus dorzucono jeden z gotowych rozdziałów Wichrów zimy, z perspektywy Theona Greyjoya. Teraz ciekawe, czy się doczekam wydania całości. A tymczasem – przecież nie tylko Pieśń lodu i ognia GRR Martin napisał.

 

3. Krzysztof Bartnicki, Zespół Odepa, Łódź 2025

Zachęcony zostałem do zapoznania się z twórczością własną człowieka, którego kojarzyłem dotąd tylko jako tłumacza Finnegans Wake Jamesa Joycego. Okazało się jednak, że Krzysztof Bartnicki to istny byt równoległy, a czytanie jego powieści było doświadczeniem równie nieszablonowym jak oglądanie Miasteczka Twin Peaks.

O czem to w ogóle jest? O czymś, jak sądzę. O milicjantach w Opolu, najłatwiej powiedzieć. Tytułowy Odep to organizacja dość poufna w ramach komendy, jejże skrót każdy rozwija inaczej. Czym się ci milicjanci zajmują? Oto dobre pytanie. Wykonują jakieś czynności służbowe, palą papierosy i drżą nad złożonością wszechrzeczy. Czas wiruje, chronologia odstawia demoniczne piruety. Czytelnikowi kręci się w głowie. Od Wrocławia jedzie ospa. Organy grają w grę stołków, a dzielnicowy tańczy taniec dzielnicowego, a raczej tańczyłby, gdyby występował w tej książce. Somebody’s been murdered, ale czy na pewno?

Wygląda na to, że praca nad tłumaczeniem dublińskiego geniusza odcisnęła piętno na autorze. Ta narracja to jest jakaś trzynasta gęstość języka, posypywanie wyrazów wieloznacznością przez zniekształcenia, wszędy naćkane odniesień kulturowych, których pojedynczej ludzinie wychwycić niepodobna, ale gdyby przyszło tysiąc atletów, to może jakoś by to rozkminili. Do tego różne perspektywy – narracja towarzysząca bohaterom, strumień świadomości, osobisty dziennik postaci, przebieg egzaminu podporucznik, dokumenty służbowe. Rozmaite konstrukcje szkatułkowe oraz danym podobne. Odbiorca doznaje pomieszania. Czytam ja, dajmy na to, równoważnik zdania: „Prawie wszystko czerwone” i się zastanawiam, czy tu nie chodzi o Chmielewską. Albo notatka służbowa o wykonawcach z festiwalu  opolskiego, inkluding szokująca piosenka zespołu Gdański – toć nawiązanie do Last Caress Glenna Danziga. W tej całej zupie unosi się wielopłaszczyznowa tożsamość Śląska, fizyka teoretyczna (wieloznaczne słowo „osobliwość” bardzo tu pasuje), opodal delfinem pływa Edyp, a stylem grzbietowym Jean Gabin. Tu ktoś pełznie udręczon przez kanały, a tam znowu czterostronicowy opis dymienia papierosa. Można szukać sensów naddanych (jest ich cało ducka). A można nie. Wobec tego wszystkiego chyba trudno się zdziwić, że na kartach książki pojawia się nawet Krzysztof Bartnicki jako postać, i to prawdopodobnie niejeden.

Podsumowując: Ogromnie dziwna publikacja.

 

4. Jakub Jabłonka, Paweł Łęczuk, Świat według Kiepskich.
Zwariowana historia kultowego serialu Polsatu
,
Kraków 2022

Kiepscy nie całkiem rezonują z moim poczuciem humoru. Jest to jednak niewątpliwy fenomen popkulturowy. Jedni krytykują go za prymitywny humor i gloryfikację patologii, drudzy – za wyśmiewanie uboższej części narodu polskiego, trzeci chwalą jako jeden z najtrafniejszych popkulturowych portretów zbiorowej duszy polskiej.



Grudniowy pobyt w szpitalu oznaczał dla mnie konieczność obejrzenia wielu odcinków z rzędu, więc postanowiłem zapoznać się z serialem od kuchni. Sięgnąłem zatem po książkę z 2022. Ma ona dwóch autorów, ale zasadniczo stanowi zbiór relacji ustnych najważniejszych osób związanych z Kiepskimi, bogato ilustrowany fotosami. Są to zarówno główni aktorzy, jak reżyserzy, scenarzyści, producenci, czasem ekipa, a nawet Krzysztof Skiba. Zabrakło oczywiście tych, którzy już nie żyli, ale wypowiadają się wdowy po Dariuszu Gnatowskim i Ryszardzie Kotysie, a wspomnieniu o zmarłych aktorach poświęcony został osobny rozdział.

Kiepscy byli zasadniczo mózgodzieckiem Tomasza Kurzewskiego, prezesa spółki producenckiej, która w latach 90. zdążyła wyrobić sobie markę we Chrocławiu. Pod koniec tejże dekady pojawiła się idea wprowadzenia do Polski formatu sitcomu, gdy po emitowanym przez Canal+ 13. posterunku z Césarem Garrasem inne stacje także zgłosiły zapotrzebowanie na podobne seriale komediowe. Na konkurs Polsatu ekipa Kurzewskiego wysłała więc historię o patologach z wrocławskiego „Trójkąta Bermudzkiego”. Było to przedsięwzięcie dość wariackie: wszyscy pracowali pod presją czasu, scenarzyści ledwo ogarniali, co to w ogóle jest sitcom, reżyser prawie nie mówił po polsku, a autor wytypowany do roli Waldka w ostatniej chwili zrezygnował. Kiepski początkowo miał na imię Ludwik i to sam Andrzej Grabowski wymyślił Ferdynanda.

Omówiona została geneza serialu, kwestie obsady, dzień powszedni na planie, specyfika pracy z poszczególnymi aktorami. Produkcja Kiepskich świata była harówką niesamowitą, jeden ze scenarzystów przypłacił ją zdrowiem. Co nieco też wspomina się o recepcji serialu i jego popularności. Scenarzyści starali się, żeby oprócz nieskomplikowanego, rubasznego humoru było jeszcze drugie dno, jakieś intertekstualne historie. Niezależnie jednak od wszelkich zabaw treścią i formą, aluzji kulturalnych i podobnych, widzom i tak najbardziej się podobały motywy w rodzaju chłopa przebranego za babę. Należy dodać, że skutkiem popularności serialu było nadsyłanie z całej Polski mnóstwa potencjalnych scenariuszy, do których jednak zastosowanie miało w pełni, a nawet z nadwyżką, prawo Sturgeona („90% wszystkiego jest do bani”).

Ponieważ książka stanowi zbiór relacji samych twórców, nie należy się spodziewać pogłębionej krytyki. Co prawda jeden ze scenarzystów stwierdza, że z dzisiejszego punktu widzenia wstyd mu niektórych odcinków. Gdyby ktoś szukał spojrzenia bardziej zewnętrznego i bardziej meta, to przypuszczalnie znalazłby je w zbiorze esejów Nikt nikomu nie tłumaczy, na który też zamierzam się kiedyś zasadzić.

Swoją drogą, nie tylko Ferdynand Kiepski ma kulturową przeciwwagę w postaci Ferdynanda Wspaniałego, ale można to samo powiedzieć o Waldku – Waldemar Wspaniały to znany trener piłki siatkowej. Nic tylko pisać fanfik, w którym pojawi się turecki kuzyn Ferdka, Sulejman Kiepski.

 

5. Ray Manzarek, Rozpal we mnie ogień. Moje życie z The Doors,
przeł. Paweł Halski, Warszawa 1999

Pierwsza w tym roku biografia muzyczna – a raczej autobiografia – jest dziełem pianisty The Doors, najstarszego z członków tej grupy i jedynego w niej Polaka.

            Narracja zaczyna się od przysłowiowego trzęsienia ziemi, czyli od śmierci Jima Morrisona. Ray Manzarek nie snuje jednak przypuszczeń, co właściwie zaszło w Paryżu, tylko wspomina, w jakich okolicznościach widział Jima ostatnio i jak się dowiedział o jego śmierci. Dopiero potem zaczyna od początku, czyli od dzieciństwa w polskiej dzielnicy Chicago, pierwszych lekcji muzyki i fascynacji bluesem. Kolejną wielką fascynacją była sztuka filmowa, Manzarek pojechał więc do Kalifornii studiować na filmówce UCLA. I dobrze zrobił, bo Jim też tam przyjechał z bagien Florydy. Kumplowali się przez okres studiów, ale o założeniu zespołu pomyśleli dopiero jako absolwenci, nie mając lepszego pomysłu na przyszłość.

Większość miejsca zajmują początki działalności zespołu, jak obijali się z taśmą demo od jednej wytwórni do drugiej i koncertowali po barach. Mamy więc wgląd w życie wzlatującej kapeli rockowej, ze wszystkimi blaskami i cieniami, a także najsłynniejsze skandale: występ w „Ed Sullivan Show” i koncert w Miami, na którym Jim wmówił 15 tysiącom ludzi, że się obnażył, i miał za to sprawę sądową mimo braku dowodów. The Doors byli zespołem zdecydowanie kalifornijskim i źle się czuli w Nowym Jorku, w otoczeniu Andy’ego Warhola (odwrotnie niż Velvet Underground w Kalifornii). Robby Krieger sprawia wrażenie tego wyluzowanego i bezkonfliktowego, a perkusista John Densmore – dyżurnego choleryka i jęczyduszy. U samego Jima dostrzega Manzarek niepokojące rozdwojenie pomiędzy ujmującym, dionizyjskim człowiekiem kultury a „Jimbo” – mroczną i ordynarną stroną jego natury, nader często wyzwalaną przez alkohol, która go w końcu zgubiła.

Manzarek spisał wspomnienia najwyraźniej bez ghost writera i całkiem nieźle mu to wyszło, bo umie opowiadać w typowo amerykańskim, gawędziarskim stylu. Co prawda mógłby czasem powściągnąć skłonność do dygresji czy artystowskich odlotów. Odstręczać mogą także opisy życia seksualnego autora czy mnóstwo ezoterycznej gadki o czakrach, kundalini itp., momentami bywa rozwlekle (vide opis odczuć po zażyciu LSD) – ale generalnie nie jest źle. Autor ma natomiast bardzo krytyczny stosunek do filmu The Doors Olivera Stone’a, zarzucając reżyserowi zmyślenia i nieciekawe inklinacje potyliczne, czego przejawem było odtworzenie przez Stone’a zupełnie po swojemu rekonstrukcji etiudy zaliczeniowej Jima, która się nie zachowała, a o której Manzarek mu opowiadał.

Kończy się na sesji do L.A. Woman, łabędziego śpiewu Doorsów, dzięki czemu powstaje klamra narracyjna. Szkoda tylko, że autor nie poświęcił miejsca dwóm płytom nagranym już po śmierci Morrisona – czyżby było to dla niego wspomnienie nazbyt wstydliwe? Zresztą nie pierwszy to raz Manzarek i Krieger musieli wziąć na siebie obowiązki wokalne – już w czasie trasy europejskiej Jim tak się skuł w Amsterdamie haszyszem i procentami, że trzeba było wystąpić bez niego. Z drugiej strony, we wkładce z fotografiami są przecież dwa zdjęcia The Doors jako tria (w tym z małżonkami). Poza tym wkładka zawiera zarówno fotografie z dzieciństwa i młodości autora, z wieku dojrzałego (z żoną, dzieckiem i kotem), jak i z czasów The Doors.

Tłumacz poradził sobie nieźle. Przewijające się przez tekst cytaty z piosenek – mniej lub bardziej rymowane – zaczerpnął z wcześniej wydanych po polsku zbiorów. Co prawda korekta nie była w stu procentach chlujna, pojawiają się rozmaite literówki, z których najbardziej irytujące jest wielokrotne przekręcenie nazwy The Grateful Dead na „The Greatful Dead”. Zaliczenie brytyjskiego Procol Harum do zespołów z San Francisco obciąża już konto samego autora.

Choć jest to autobiografia Manzarka, wydawca na okładkę dał i tak Morrisona! Tak jakby nie istniały żadne ich wspólne zdjęcia… Co najmniej dwa są nawet w środku.

 

6. Ewa Pustoła-Kozłowska, Jacek Pustoła, Hotel Bristol, Warszawa 1985
(z serii Zabytki Warszawy)

Ponieważ przytrafił mi się wyjazd do stolicy, z przewidywalną wizytą na Krakowskim Przedmieściu, to postanowiłem na szybko przeczytać coś w temacie. Miałem akurat monografię jednego z najokazalszych warszawskich hoteli, która, w odróżnieniu od samego Bristolu, nieźle się mieściła do kieszeni.

Autorzy rozpoczynają od najwcześniejszych dziejów posesji na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Karowej – pierwotnie drogi, którą nad Wisłę zjeżdżały wozy („kary”) z nieczystościami. Do końca XIX w. stał tam pałac Tarnowskich. Sytuacja zmieniła się, kiedy posesję przejęła spółka z udziałem Ignacego Paderewskiego i postanowiła zbudować nowoczesny hotel. Po prawdzie to była inicjatywa innego wspólnika, Stanisława Roszkowskiego, a sam Paderewski miał sceptyczny stosunek, zwłaszcza że często na tym tracił. Tak czy inaczej, wszyscy powtarzają niezbity fakt, że Bristol powstał „z funduszy Ignacego Paderewskiego”, a popiersie słynnego pianisty do dziś stoi w holu.

Książka przedstawia więc dzieje budowy hotelu i zastosowane rozwiązania techniczne. Bristol, jako jeden z pierwszych w Warszawie, miał centralne ogrzewanie i samochody elektryczne, starał się też być samowystarczalny (własna elektrownia). Drobiazgowo opisana została architektura budynku w poszczególnych okresach, łącznie z rozmaitymi ornamentami i wyposażeniem użytkowym. Zmieniała się ona na przestrzeni czasu, np. pierwotne secesyjne ozdoby wnętrz zostały skute w późniejszym okresie, gdy secesja stała się niemodna.

Zarazem jest to nie tylko opis architektury, ale historia budynku, prowadząca go przez wszelkie zawirowania, kryzysy gospodarcze, zmiany właścicielstwa itp. Pojawiają się Mary Pickford (podpisana jako "Picford" - chyba na wodę) i Douglas Fairbanks, uczestnicy międzynarodowych zawodów jeździeckich, bankiet ku czci MC Skłodowskiej, Pablo Picasso i JFK. Przewijają się portierzy, kelnerzy, boye, najemcy lokali na parterze. Autorzy mieli okazję osobiście porozmawiać z sędziwym byłym dyrektorem i dotrzeć do wspomnień pracownika, który spędził w Bristolu z górą 60 lat, a nawet przytoczyć wpisy z restauracyjnej książki skarg i zażaleń. Z II wojny światowej hotel wyszedł stosunkowo mało poszkodowany jak na Warszawę, a wkrótce doprowadzono go jako tako do użytku. Praca kończy się jednak pesymistycznie: w 1981 r. zapuszczony Bristol został zamknięty. Dziś już wiemy, że zmartwychwstał i oferuje noclegi po 1200 zł.

Ikonografię tworzy około 80 zdjęć, zarówno z epoki, jak i wykonanych już pod koniec lat siedemdziesiątych; są wśród nich także reprodukcje projektów architektonicznych czy różnych dokumentów, jak menu z 1937 czy ogłoszenie o występie Mieczysława Fogga z 1940.

 

7. Patricia Butler, Taniec miłości, taniec śmierci. Pamela i Jim Morrison:
dzieje tragicznego romansu
, 
przeł. Katarzyna Malita, Kraków 1999

Temat The Doors skontynuowałem opracowaniem na temat związku Morrisona z Pamelą Courson. Nie była to para tak sławna jak John i Yoko, Kurt i Courtney czy, za przeproszeniem, Sid i Nancy, ale także ma swoje miejsce w historii rocka.

Książka powstała niejako z błogosławieństwem Jerry’ego Hopkinsa, współautora biografii Morrisona Nikt nie wyjdzie stąd żywy, który zdał sobie sprawę, że w jego pracy Pamela praktycznie nie występuje. Autorka przyjaźniła się też z producentem nagrań Doorsów, Paulem Rothchildem. Dla potrzeb książki skontaktowała się z szeregiem osób, w tym z rodzicami Jima, a także Manzarkiem i Kriegerem. Densmore’a pominęła, bo on niedługo wcześniej wydał własne wspomnienia. Podchodzi krytycznie do wszelkich pogłosek, zwracając uwagę, że Jim nieustannie kreował wokół siebie legendę. Podobnie jak Manzarek, nie ma też nic dobrego do powiedzenia o filmie Stone’a.

Autorka rozpoczyna od wczesnych lat życia obojga swoich bohaterów. Oboje od zawsze byli rogatymi duszami, mieli też wyraźne wąty do niektórych członków rodziny, chociaż niepodobna już dziś ustalić przyczyn. Sam romans Jima i Pameli nie był sprawą publiczną, więc nie został opisany jakoś bardzo szczegółowo, lecz umieszczony w kontekście ogólnej historii The Doors. Można by pomyśleć, że w związku z Morrisonem, alkoholikiem skłonnym do napadów agresji, kobieta drobnej budowy będzie naturalną ofiarą, Pamela jednak też umiała się zrobić gwałtowna. Mimo pewnej toksyczności, wyglądało na to, że wyjątkowo do siebie pasowali. Nie byli też stricte monogamiczni, ale do zdrowej poliamorii trochę im brakowało.

Jeśli chodzi o koniec życia Morrisona – można domniemywać, że gdyby nawet nie umarł, to i tak byłby to już koniec jego udziału w The Doors. Mieszkając z Pam w Paryżu, pozbył się chyba swoich demonów i zmierzał do poświęcenia się literaturze. Rozdział dotyczący śmierci Jima zawiera przytoczone informacje prasowe z epoki, a także oficjalne raporty służb francuskich. Przy okazji: często spotykany pogląd, że Morrison zmarł z powodu przedawkowania narkotyków, wynika ze skojarzenia go z nieco wcześniejszymi zgonami Jimiego Hendrixa i Janis Joplin. Nic nie wskazuje, żeby artysta w ogóle brał mocne narkotyki, natomiast ponad wszelką wątpliwość był alkoholikiem i od dzieciństwa zmagał się z astmą. Ostatni okres życia Pameli – zmarłej przedwcześnie w 1973 – poznajemy m.in. z perspektywy jej późniejszego przyjaciela. 

Tekst uzupełnia trochę zdjęć czarno-białych oraz wklejka z kolorowymi portretami pary, wykonanymi w butiku Pameli przez fotografkę Reanne Rubenstein w ramach sesji dla magazynu „Show”.

Jednakże tłumaczko, „awans z komandora na kapitana”?! (chodzi o ojca Jima, który ostatecznie został admirałem). I jeszcze Pam mówi do policjantów „panowie oficerowie”, dobrze, że nie w ogóle „gospoda oficery”.

poniedziałek, 16 marca 2026

Sześciu braci, czterech z Liverpoolu i wiatr w dwunastu strunach, czyli płyty styczniowe


W styczniu osłuchiwałem płyty, które zostały mi jeszcze z zeszłego roku, ale przypadkiem tak się trafiło, że jeszcze dokupiłem parę nowych.

 

The Stooges, Fun House, 1970

Pierwszy w tym roku album z udziałem braci – Scotta i Rona Ashetonów. Postacią pierwszoplanową w The Stooges był jednak oczywiście Iggy Pop.

Fun House to drugi album Pachołów i podobnie jak dwa pozostałe, składa się z prostej, nieokrzesanej, hałaśliwej muzyki oraz obleśnie dyletanckiego wokalu Iggy’ego. Nie ma tu co prawda czadów tak klasycznych jak I Wanna Be Your Dog z debiutu czy Search & Destroy z płyty późniejszej, ale jest parę całkiem nośnych riffów, na przykład T.V. Eye, Loose i 1970. Największe wrażenie robi utwór najbardziej odbiegający od reszty, czyli Dirt – siedem minut niepokojącego quasi-bluesa o gęstniejącej atmosferze (należy wymienić Dave’a Alexandra, którego gitara basowa robi tu główną robotę). O pół minuty dłuższy jest tytułowy Fun House, znów szorstki, ale w średnim tempie i wzbogacony saksofonem, który wcale nie łagodzi ogólnego wrażenia. Finał stanowi L.A. Blues – kawał czystej kakofonii. Kojarzycie ten moment, kiedy na koncercie zespół, po zakończeniu właściwego utworu, wyładowuje nagromadzoną energię, nawalając jeszcze przez moment ze wszystkich sił w instrumenty? L.A. Blues to jest właśnie ten moment rozciągnięty do 4 minut. 

 

Kinks, Kinks, 1964

Z Faradaguła przyciągnąłem debiutancki album jednej z ważniejszych brytyjskich grup lat sześćdziesiątych. W późniejszym okresie bracia Ray i Dave Daviesowie oraz Pete Quaife i Mick Avory zasłynęli z łączenia rocka z tradycją starszej muzyki popularnej, a także nagrywania albumów koncepcyjnych poświęconych duszy brytyjskiej. Na debiucie szybowali jednak na dominujących prądach, prezentując energicznego, ognistego rhythm’n’bluesa. Czasem śpiewał lider Ray, czasem jego młodszy brat i zarazem gitarzysta prowadzący. Solówki też już były w modzie.

W repertuarze znalazły się zatem uznane już przeboje Chucka Berry (Beautiful Delilah, Too Much Monkey Business), Bo Diddleya (Cadillac) czy Slima Harpo (Got Love If You Want It), dwa standardy zaaranżował producent płyty Shel Talmy, ale Ray Davies pokazał się też już jako kompozytor. Jego dziełem jest pięć i pół utworu na czternaście – wydaje się maławo, ale takie były ówczesne standardy, od kapel młodzieżowych nie oczekiwano, że same sobie będą pisać repertuar. Zresztą, jak stwierdził sam lider w swojej autobiografii, po prostu nie spodziewał się mieć więcej materiału, kiedy producent oznajmił, że studio już zarezerwowane.

W porównaniu ze standardami, piosenki Daviesa wydają się bardziej ugrzecznione, beatlesowate, jakby wymierzone w żeńską część audytorium: sentymentalne ballady Just Can’t Go to Sleep i Stop Your Sobbin’ czy krotochwilne I Took My Baby Home z harmonijką. Ale jest wyjątek: You Really Got Me. Davies wzniósł się na szczyty rockandrollowej łobuzerii, proponując archetypiczny riff gitarowy, który później wielu naśladowało (a i sama piosenka szybko stała się standardem, patrz niżej). Jest nawet krótka, lecz zadziorna solówka. Legenda głosi, że wykonał ją sam Jimmy Page, później założyciel Led Zeppelin – on jednak twierdził, że grał w tej piosence tylko na gitarze rytmicznej. Artykuł o płycie na Wikipedii wymienia Page’a grającego w trzech innych utworach, a książeczka reedycji z 2004 cytuje Raya, według którego muzyk ten udzielał się tylko w przeróbce standardu bluesowego Bald Headed Woman, razem z organistą Jonem Lordem (później Deep Purple).

You Really Got Me był jedynym singlem z albumu, bo w tamtych czasach wielu piosenek przeznaczonych do promocji nie umieszczano na longplayach. Nie dziwota, że do oryginalnych 14 utworów dodano w tej reedycji jeszcze 12 bonusów. Są to właśnie piosenki z singli oraz z czwórki Kinksize. O dziwo, większość z nich, odwrotnie niż na zasadniczym albumie, stanowią autorskie utwory Daviesa. Przede wszystkim drugi klasyczny riffowiec Kinksów – All Day and All of the Night (po latach z udanym skutkiem skowerowany przez The Stranglers). Poza tym zespół opracował Long Tall Sally Little Richarda (Beatlesi też mieli swoją wersję) oraz Louie Louie, słynny przebój The Kingsmen, nad którym FBI biedziło się dwa i pół roku, żeby stwierdzić, czy aby nie jest nieprzyzwoity. Całości dopełnia wersja alternatywna Too Much Monkey Business oraz niepublikowana dawniej piosenka I Don’t Need You Any More.

Szata graficzna obejmuje artykuł Petera Doggetta, reprodukcje okładek singli i artykułów w gazetach oraz tekst z tylnej strony koperty pierwotnego wydania, z krótkimi charakterystykami członków zespołu. Na temat Dave’a Daviesa czytamy: „nie ma takiej dziewczyny, za którą by się nie obejrzał” – akurat musieli tak napisać o tym, który był biseksualny. 

 

Van Halen, For Unlawful Carnal Knowledge, 1991

Trzecia z rzędu płyta z udziałem braci! I to jeszcze takich, którzy na debiutancką płytę nagrali własną wersję You Really Got Me.

Muszę przyznać, że wczesny „Iwan Charin” należał do wykonawców przeze mnie niedocenianych: utwory z kilku pierwszych płyt wydawały mi się mało porywające. Co innego okres, gdy miejsce Davida Lee Rotha przy mikrofonie zajął Sammy Hagar: ten repertuar bardziej już przypominał piosenki z prawdziwego zdarzenia niż ćwiczenia teoretyczne. Płyta pod tytułem o nieprzyzwoitym skrócie, z imitacją skóry na okładce, była kulminacją kariery zespołu. Najsłynniejsi indonezyjscy (po kądzieli) rockmani zakończyli tym samym klasyczny okres twórczości – późniejsze płyty były mniej udane i znalazły mniejszy oddźwięk.

Jak to u Van Halen, mamy do czynienia z dawką mocnego hard rocka na wysokim poziomie wykonawczym. Jak zwykle Eddie nie szczędzi solówek, a chociaż nie jestem specem od perkusji, to jego brat pewnie też zaiwania z nieskazitelną techniką. Poundcake, jak i całą płytę, rozpoczyna numer z kostkowaniem za pomocą wiertarki, który parę miesięcy wcześniej wykorzystali już panowie Gilbert i Sheehan z zespołu Mr. Big. Raz jest bardzo szybko (Judgment Day), raz w umiarkowanym tempie (Spanked), przeważnie ciężko (Pleasure Dome). Tylko szkoda, że atrakcyjnych refrenów brakuje, czasem rozczarowują po bardziej efektownej zwrotce.

Najlepsza jest sama końcówka, bardziej podniosła, melodyjna i podnosząca na duchu: Right Now z udziałem rytmicznego fortepianu a la Toto oraz finałowy Top of the World. Rozdziela je akustyczna miniatura 316, którą Eddie zadedykował swojemu synowi, urodzonemu 16 marca. Dziś Wolfgang Van Halen jest basistą, współpracował z ojcem i stryjem na ich ostatniej płycie studyjnej, a od jakiegoś czasu stoi na czele grupy Mammoth (nie mylić z formacją metalowców z nadwagą, funkcjonującą w latach 80.) 

 

Genesis, Wind & Wuthering, 1977

Na kiermaszu płytowym kupiłem album, który miałem dawniej na kasecie. Wind & Wuthering to druga płyta Genesis po odejściu Petera Gabriela, z Philem Collinsem jako głównym wokalistą, a ostatni materiał studyjny z udziałem Steve’a Hacketta na gitarze prowadzącej.

Słuchając tego w liceum z kasety, byłem dość zdezorientowany, nie wiedząc, gdzie jeden utwór się kończy, a następny zaczyna. Za to teraz, po co najmniej kilkunastu latach przerwy, poczułem się, jakbym ostatnio słyszał tę płytę wczoraj. Od początkowego Eleven Earl of Mar, epickiej opowieści z czasów jakobickich, po melancholijny finał Afterglow, wszystko tu jest na swoim miejscu i bez wątpienia stanowi ciągle jeszcze kwintesencję stylu Genesis.

Tony Banks rządzi! Moje ulubione fragmenty są te, które sam napisał. Jeden to nastrojowy One for the Vine – przy tym fortepianie i syntetycznych smyczkach kłania się Mad Man Moon, a potem następuje instrumentalne przyspieszenie i repryza. Drugim jest mysio-kocia mini-opera All in a Mouse’s Night. Był też współautorem większości pozostałych. Mike Rutherford wyłożył Your Own Special Way – balladę nieco może zbyt ckliwą dla niektórych, dla mnie może być, w każdym razie dominują tu gitary 12-strunowe, a syntezator schowany jest w tle. Collins z Hackettem napisali Blood on the Rooftops – piosenkę o facecie oglądającym telewizor, z kontrastem dynamicznym między zwrotką a refrenem.

Są też instrumentale. Pierwszą stronę kończy dość krótkie Wot Gorilla? o jazzrockowym posmaku (w głębi słychać nawet kongi). Na drugiej stronie znalazł się dwuczęściowy Unquiet Slumbers for the Sleepers… / …In That Quiet Earth (tytuł zainspirowany ostatnim zdaniem Wichrowych wzgórz). Pierwsza część, napisana przez obu gitarzystów, i tak zawiera partię syntezatora ulotną jak powiew wiatru w lesie, a druga – już dzieło całego zespołu – to znów dawka jazzrocka, przywołująca ducha pamiętnego Los Endos.


 

 

The Beatles, A Hard Day’s Night, 1964

Braki w dyskografii Bitelsów mam dość zasadnicze, więc przy nadarzającej się okazji zdobyłem wreszcie kolejną pozycję. Trzeci album Czwórki z Liverpoolu był pierwszym, na którym zaprezentowali wyłącznie utwory autorskie, nie podpierając się cudzym repertuarem. Strona A zawiera piosenki, które napisali do swojego pierwszego filmu, zatytułowanego właśnie A Hard Day’s Night, a w PRL wyświetlanego pod jakże kreatywnym tytułem The Beatles.

Pierwsza połowa to jeden gol za drugim. Płytę rozpoczyna dynamicznie Lennon utworem tytułowym oraz I Should Have Known Better, w którym po raz ostatni pojawia się harmonijkowy motyw wiodący, tak charakterystyczny dla wczesnego etapu Beatlesów. John napisał też swoją pierwszą sentymentalną balladę If I Fell. W tej kategorii jednak prześcignął go Macca ze swoim And I Love Her. Od Paula pochodzi też Can’t Buy Me Love, chyba najbardziej przebojowy na tej stronie płyty (albo to ja po prostu jestem bardziej fanem McCartneya). George Harrison nic nie skomponował, za to zaśpiewał I’m Happy Just to Dance with You. Ringo Starr nawet nie miał żadnej pierwszoplanowej partii, ale to od niego pochodzi sam tytuł płyty. Natomiast słynne beatlesowskie harmonie z najlepszej strony pokazują się w Tell Me Why, poniekąd pastiszu amerykańskich żeńskich grup wokalnych.

Strona B zawiera piosenki, które nie zmieściły się w filmie. Nie są tak przebojowe jak pierwsza połowa – a może po prostu za mało się wryły w kolektywną pamięć – ale nie ustępują jakościowo. Może tylko I’ll Cry Instead można wskazać jako najmniej ciekawy w zestawie,  ale też jest on najkrótszy. Z tej połowy najbardziej podoba mi się Things We Said Today, nastrojowy i w średnim tempie, znowu śpiewany przez Paula. No i jeszcze finałowy I’ll Be Back w podobnej atmosferze, niech i Lennon coś ma.



poniedziałek, 9 marca 2026

Anarchy in the Cz-wa, czyli święte miasto bezprawia

 

Można ostatnio zaobserwować nostalgię za latami 90. Cóż to były za piękne czasy, gdy nam grali Nirvana, Wilki i Guns N’Roses, ludzie nosili dresy w obciachowych kombinacjach kolorów, wszyscy byliśmy milionerami i nie istniał jeszcze PiS (ani PO).

            Ale nie było tak różowo, jak się dzisiaj wydaje. Kto z dziś żyjących nas Polaków miałby ochotę jeść mięso sprzedawane pod gołym niebem prosto z samochodu na jednym z mnożących się jak grzyby po deszczu targowisk?

Były to również czasy wybujałej przestępczości. Oczywiście, w dużych ośrodkach, takich jak Warszawa, wszystkiego było więcej – zarówno nowoczesnych rozwiązań typu automatyczne drzwi, jak i bandziorów. Częstochowę też jednak trudno było nazywać całkiem spokojnym miastem. Może o tym przekonać lektura „24 Godzin – Dziennika Częstochowskiego” z lat 1990-1992. Była to pierwsza po 1989 r. niezależna gazeta w mieście, choć sama w sobie była mutacją lokalną „24 Godzin – Gazety Kieleckiej” i zwłaszcza w pierwszych kilku miesiącach istnienia podawała także informacje z Kielecczyzny. Dział ogłoszeń w ogóle jeszcze dłużej był wspólny dla obu wariantów, a dział muzyczny chyba w ogóle powstawał w Kielcach. Ale o tym kiedy indziej.

            Nie jest tak, że dopiero w latach 90. do miasta zawitała przestępczość. Głośna była przecież jeszcze przed I wojną światową sprawa Damazego Macocha, zakonnika z chramu Yasunagura, który zamordował kuzyna siekierą i kazał wywieźć za miasto otomanę z ukrytymi zwłokami, które następnie odnaleźli przypadkowi chłopi. W toku procesu nie udowodniono mu natomiast głośnego wcześniejszego obrabunku kaplicy jasnogórskiej.

Rysunki z sali sądowej, "Tygodnik Illustrowany" 1912


O rozmaitych sprawach kryminalnych mówiła też międzywojenna prasa. Weźmy dla przykładu samego tylko „Gońca Częstochowskiego” z samego tylko roku 1936.

Przed wojną Częstochowa była miastem pogranicznym, co stwarzało duże możliwości rozwoju zawodowego dla przemytników.

"Jeśli nie mają suchego chleba..."

Nie brakowało i złodziei.

Kradzież jesionki. Kasprzyk Wincenty zam. w Ostrowach, gminy Medźno [właściwie Miedźno – przyp. BW] zameldował w policji, że z furmanki na Starym Rynku skradziono mu jesionkę, wart. 2 zł. 50 gr. Jak ustalono, to kradzieży tej dokonał Juszczyk Jan, zam. w domu noclegowym przy Magistracie.

Ogólnie rzecz biorąc, rozsądnie było pilnować wozu, zwłaszcza na rynku, bo straty mogły wynieść więcej niż 2,50 zł:

Ukradł kiełbasę i słoninę. Zatrzymany został Sztekler Edward, zam. przy ul. Olsztyńskiej nr. 57-59, za kradzież z wozu 2 kg. kiełbasy i 175 kg. słoniny na szkodę Jana Biskupa, zam. w Biskupicach, gm. Olsztyn.

Rzuca się w oczy zarówno dysproporcja między kiełbasą a słoniną, jak i fakt, że w tamtych czasach nie było mowy o RODO ani nawet o wcześniejszych regulacjach prywatności. Ani sprawca, ani ofiara nie mogli więc się cieszyć anonimowością.

Awanturnik z Kiedrzyna. Za wywołanie awantury na Rynku Wieluńskim zatrzymany został Jan Dziwiński, zam. w Kiedrzynie.

Jak widać, każdy rynek, czy to Stary, czy Wieluński, przyciągał rozmaity element. Zaś w ścisłym centrum miasta można było się nadziać na prekursora dzisiejszych duchologów.

Nocny rabuś szyldów. W nocy z niedzieli na poniedziałek w III Alei grasował rabuś szyldów czy też może jakiś pijany awanturnik, który zerwał kilka szyldzików i tabliczek na domach. M. in. oderwał i porzucił o kilka domów dalej tabliczkę jednego z lekarzy, również i z przed bramy domu, mieszczącego zakłady graficzne „Gońca Częstochowskiego", zrabował tabliczkę emaljowaną z napisem, że firma jest członkiem Stow. Kupców Polskich.

Ktoby znalazł tę tabliczkę, proszony jest o zwrot do administracji naszego pisma.

Swoją drogą, „Nocny Rabuś Szyldów” to niezła nazwa dla zespołu.

  

A co miała do przekazania prasa lat dziewięćdziesiątych? Lektura "24 Godzin" potwierdza, że były to brutalne czasy.


            Wolno już było pisać o ekscesach poprzedniej władzy, nawet takich, które kończyły się na izbie wytrzeźwień przy Sikorskiego.

Pewnego razu przywieźli do nas kapitana SB z Łodzi. Miał przy sobie broń i cztery dowody osobiste, z tym samym zdjęciem i na cztery różne nazwiska. Milicjantów, którzy go dowieźli, straszył zwolnieniem z pracy.

W chramie Yasunagura najbardziej dramatycznym zdarzeniem był pożar w nocy z 6 na 7 sierpnia 1990 r. Nikt nie zginął, ale dwóch kleryków ratujących archiwa doznało zaczadzenia, a straty materialne były ogromne. Poważnie uszkodzony został najstarszy budynek, znany jako „Stary Świat”. Woda gaśnicza zalała część zbiorów archiwalnych, zniszczeniu uległ też dorobek mieszkającego podówczas w klasztorze fotografika i operatora Zdzisława Sowińskiego. Natychmiast zaczęto zbierać fundusze na odbudowę – m.in. Anatolij Kaszpirowski podarował 4 kilodolary.

Początkowo chodziły słuchy, że przyczyną była awaria instalacji elektrycznej. Pożar okazał się jednak skutkiem podpalenia. Sprawcą był jeden z postulantów do zakonu, pochodzący z Łap pod Białymstokiem. Pragnął wkraść się w łaski ojców paulinów, że niby jako pierwszy zobaczył ogień i podniósł alarm.

Na podejściach do chramu grasowali tzw. przypinacze. Byli to jegomoście, którzy, jak sama nazwa wskazuje, przypinali niczego się niespodziewającym pielgrzymom rozmaite medaliki i inne symbole religijne, a potem namolnie domagali się zapłaty. Z czasem proceder ten uległ osłabieniu, ale w internetach można znaleźć doniesienia o nim jeszcze z zeszłego roku – najwyraźniej przypinacze ujawniają się dopiero w sezonie pielgrzymkowym.

Rynki wciąż pozostawały dosyć niebezpiecznym miejscem. Sprzedaż mięsa bez urządzeń chłodniczych szybko ukrócono, za to pojawił się niekoniecznie korzystny akcent kulturowy w postaci gości ze Wspólnoty Niepodległych Państw. Na targowisku przy Faradaguła można było ponoć kupić kałasznikowa i trzy magazynki za 2,5 mln ówczesnych złotych od ludzi mówiących „z wyraźnym miękkim akcentem”. W razie odmowy proponowali także „coś tańszego” (AKSU-74? Makarow?). Policja nie zainteresowała się sprawą. Jeśli za punkt odniesienia wziąć reklamy sprzedaży wysyłkowej, publikowane w 1992 r. na łamach „Kobiety i Życia”, to kałasznikow z amunicją byłby około 10 razy droższy niż kurtka amerykańskich pilotów bombowców lub ustrojstwo do trenowania mięśni brzucha.

Wschodni kryminalitet przybierał nieraz brutalne formy. Na przykład w lutym 1992 na korytarzu hotelu „Mały” znaleziono zamordowanego Siergieja P. ze Smoleńska. Okazał się on ofiarą porachunków między handlarzami. Częstszym zjawiskiem były haracze. W tym samym roku ujęto na Faradaguła dwóch enforsjerów, a białoruski „rakieter” (tak w artykule) wymuszał od turystów z WNP okup na bazarze w Pajęcznie. Ponadto podejrzewano, że przez Częstochowę biegnie trasa przerzutu na Wschód kradzionych samochodów.

Czasem to miejscowi próbowali potraktować nieuczciwie turystę ze Wschodu. Przy ul. Katedralnej funkcjonował „hotel o ustalonej sławie” (mój kolega miał wątpliwą przyjemność tam nocować). W marcu 1992 r. 30-letni Jegor B. z Sankt Petersburga próbował tam sprzedać dwóm Polakom 300 paczek tanich papierosów, ale, jak pisze (zab)…

Polacy poprosili Jegora, by towarzyszył im na ulicę Warszawską, gdzie w jednej z bram miała się odbyć wymiana towaru na pieniądze według zasady „z rączki do rączki". Niestety, „rączki" Polaków okazały się lepkie i wziąwszy papierosy rzucili się do ucieczki— nie płacąc ani grosza.

Rosjanin nie dał jednak za wygraną i ścigał złodziei aż na ulicę Berka Joselewicza. Tam przyłączył się do niego przechodzący właśnie patrol policji. Już po chwili policjanci schwytali 24-letniego Artura G., mieszkańca jednej z podczęstochowskich wsi. Drugi amator taniej tabaki zbiegł.

Jegor B. może mówić o szczęściu. Nie tylko odzyskał towar, ale wyszedł ze sprawy bez uszczerbku. Co nie jest pewne przy „lewych” interesach.

Za biznes haraczowy zabrali się także rodzimi opryszkowie, o czym świadczy notatka z października 1991:

Terroryści  od cukrowej waty

We wtorek na ulicy Drożniaka w Częstochowie dwóch nietrzeźwych mężczyzn udawało— skutecznie — terrorystów. Zaczepili oni Ryszarda P. (48), grożąc spaleniem jego „trabanta” i zniszczeniem ulicznego warsztatu pracy (urządzenie do produkcji waty cukrowej). Napadnięty został zmuszony do wydania utargu — 40 tys. złotych. Zawiadomiony o napaści VI Komisariat Policji przy ul. Michałowskiego podjął rutynowe działania. Funkcjonariusze ustalili i zatrzymali podejrzanych: Henryka G. (lat 42) i Szczepana P. (27). Obu panów umieszczono w izbie wytrzeźwień, w której koszt pobytu powinien wpędzić ich w dokuczliwe długi. (mp)

Dzielnica Północ w ogóle miała nie najlepszą sławę.

A Trzech Wieszczów nie lepszą, o czym świadczy artykuł z grudnia 1992 r. pod jednoznacznym tytułem Wieszcze na bani:

O każdej porze dnia i nocy można wśród bloków między ulicami Słowackiego. Mickiewicza i Krasińskiego napotkać chwiejących się na nogach brudnych facetów. A czasem i panie (…)

  Spytałam mieszkańców, gdzie się zaopatrują owi pijaczkowie.

– Nie ma problemu. tu w każdym bloku jest melina. Nie trzeba więc chodzić do nocników.

Jest więc zaplecze. A to dla pijaczka rzecz naczelna. Może nie są to napoje najwyższej jakości, ale zawsze. Na cóż bowiem majloszkowi „walentine".

Na zaplecze składa się także miejsce. w którym można spożyć trunek. Poza tym można oddać urynę i takie tam kałowe sprawy, Tak więc bramy i klatki schodowe to idealne miejsce.
(ada)

Nawet w ścisłym centrum miasta, na tyłach sławnego Bieganiaka, było nie za ciekawie.

A może chociaż na prowincji dało się znaleźć spokój? Na przykład w Herbach?

Przy stacji benzynowej w Herbach miała miejsce wczoraj ok. godz. 13 strzelanina. Jak dowiadujemy się ze źródeł zbliżonych do policji w jej wyniku śmierć poniósł jeden z najgroźniejszych częstochowskich przestępców, poszukiwany listami gończymi w kilku województwach, znany złodziej samochodów.

Oskarżony był o liczne przestępstwa na terenie między innymi Myszkowa, Olesna, Częstochowy i nazywany „biznesmenem wśród złodziei”. Pochodził zresztą ze słynnej przestępczej rodziny...

Okoliczności zajścia nie są dotychczas znane. Dyżurny w Komendzie Wojewódzkiej Policji potwierdził fakt, ale „dla dobra śledztwa” odmówił podania jakichkolwiek szczegółów. Wiadomo tylko, że uciekający „polonezem” przestępca został zatrzymany i wówczas rozpoczęła się wymiana strzałów. Ranny został w jej wyniku także jeden z funkcjonariuszy. W chwili zsyłania materiałów do drukarni trwały na miejscu zdarzenia czynności wyjaśniające. (jn)

Na prowincji szerzyły się też kradzieże.

W nocy z 9 na 10 włamano się w Pradłach, k. Kroczyc do baru „Pod Borowikiem", z którego skradziono 180 butelek wódki, ponad 200 butelek piwa, 35 kg schabu i inne towary. Straty 23 mln zł na szkodę GS Kroczyce. Dochodzenie prowadzi Komis. Policji w Żarkach.

Dobór asortymentu pozwala sądzić, że ktoś w Pradłach urządzał wesele. Albo po prostu naród był w październiku 1991 r. wyjątkowo głodny. Wszakże „14 bm. tuż po północy w okolicy kina „Wolność” w Częstochowie dwaj mężczyźni pobili, a następnie okradli z przenoszonej torby gospodarczej (z wędlinami) Zenona L. (l. 52). Jak nieco później ustalono, zarówno pokrzywdzony, jak i napastnicy byli w stanie nietrzeźwym”. I zziębnięty – w Tylinie koło Mykanowa „włamano się przez właz dachowy do pokoiku na poddaszu. skąd skradziono 4 kożuchy i buty na szkodę Joanny O. (4 mln zł)”. A w Woźnikach…

Złodziej spragniony i głodny

Przed kilkoma dniami włamano się do pijalni piwa w Woźnikach. Złodziej ukradł cztery skrzynki piwa, papierosy, a także wieżę stereo. W ostatni poniedziałek miejscowi policjanci ustalili spragnionego alkoholu sprawcę, Jerzego B. (lat 21 ). Okazało się, że tej samej nocy włamał się on także do sklepu spożywczego. kradnąc wartości 6 mln zł— pewnie na zagrychę. Część łupu udało się odzyskać. Niestety, dobra konsumpcyjne w znacznej części przepadły (mp).

Czy zdarzenia te należy wiązać z powołaniem do życia w tym samym miesiącu Polskiej Partii Głodujących Nauczycieli, pozostaje do ustalenia.

Po zaspokojeniu potrzeb spożywczych należało się wystroić, zwłaszcza gdy nadchodził sylwester. Tak więc…

3 suknie sylwestrowe, kożuch męski. futro z lisów i inne artykuły odzieżowe łącznej wartości 80 mln zł skradli nieznani sprawcy z zaparkowanego przed zajazdem w Kruszynie „poloneza”.

W owym zaś Miedźnie, którego mieszkaniec w roku 1937 został okradziony z jesionki wartej 2,50 zł, w roku 1992 ktoś ukradł 100 paczek prezerwatyw. Huczna musiała być impreza. 

Zgodnie jednak z przysłowiem, że „okazja czyni złodzieja”, niektórzy okradacze nie byli specjalnie wybredni.

Nocny złodziej ukradł z piwnicy Włodzimierza M. w Praszce 10 słoików z przetworami i… pompkę rowerową. Połakomił się też na samochodową gaśnicę.

W nocy z 2 na 3 września włamano się do sklepu w Dąbiu, k. Secemina. Po wyrwaniu krat oraz wybiciu szyb sprawcy dostali Się do sklepu. z którego zabrali papierosy. herbatę. konserwy, piwo. buty męskie i damskie. Straty oceniono na ok 30 mln zł.  

Prowincja była też ośrodkiem produkcji substancji zabronionych. W rejonie Gidel policjanci zamknęli punkt nielegalnego wyrobu spirytusu, a w ich ręce wpadło 15 litrów zacieru. W Rzekach Wielkich zlikwidowano natomiast wielką wytwórnię heroiny, rekwirując 93 worki makowin i 20 litrów półproduktu. „Zatrzymany zapas »zabezpieczał front robót« na dwa miesiące”, donosił dziennikarz „24 Godzin”. Nadmienił ponadto, że w województwie częstochowskim ujawniono ponad setkę poletek makowych, co świadczyło o zainstalowaniu się w regionie poważnego producenta.

            W podczęstochowskim interiorze dochodziło ponadto do aktów zaostrzonej walki klasowej.

Zwolniony z pracy Mirosław W. „wprawił się w stan nietrzeźwy", po czym 13 lutego o 23 w swym do niedawna macierzystym zakładzie pracy wybił 6 szyb w oknach, zaś odłamki szkła wpadły do kadzi z ciastem przygotowanym do pieczenia chleba. Swojej niedawnej pracodawczyni wyrządził szkody ocenione na 5 mln zł. Działo się to w Kłobucku.

            Przestępcy z miasta Kłobucka dbali też o rozwój intelektualny.


            A o Kościelcu to już w ogóle strach mówić…

Proca może być duża. Wkopana do ziemi. Duże rozwidlenie dużych gałęzi. Naciąg musi robić dwóch mężczyzn. Z takiej procy można porazić stodołę wroga.

Miasto Częstochowa samo nie było wolne od kradzieży pospolitych, ale i praktycznych.

W nocy 14/15 lutego w Częstochowie włamano się do hurtowni Janusza S., skąd skradziono m.in. 25 wiertarek udarowych produkcji niemieckiej, dezodoranty, lakiery do włosów, pasty do zębów różnych gatunków łącznej wartości ok. 80 mln zł. Dochodzenie prowadzi Komisariat I Policji.

13 listopada dokonano włamania do piwnicy bloku przy ulicy Wojska Polskiego. Złodzieje zabrali kamienie szlifierskie, piłę, heblarkę, piły tarczowe, noże heblarskie. Wartość skradzionych przedmiotów oceniono na ok. 3 mln złotych. Sprawą zajmuje się IV Komisariat Policji.

 

            Lata dziewięćdziesiąte kojarzą się z jeszcze jednym rodzajem przestępczości. Zmorę wielu dużych miast stanowili rozwydrzeni skinheadzi. Rozbijanie koncertów i demonstracji było na porządku dziennym. W takim np. Krakowie nocą z 2 na 3 października 1992 doszło do „prawdziwej bitwy” w rejonie placu Matejki. Fejborzy tamowali ruch w okolicach Barbakanu i kopali przejeżdżające samochody, a także usiłowali zaatakować grupę kibiców Wisły jadących do Szczecina. Po przybyciu policji setka skinów, uzbrojonych „w pałki, kamienie, deski z ławek parkowych”, stanęła naprzeciw 46 funkcjonariuszy. 12 łysych zostało zatrzymanych, 1 policjant odniósł poważne obrażenia.

Częstochowa to mniejsze miasto, a więc i skinów mniej. Na początku 1991 r. było tu ich około czterdziestu (w sam raz dla jakiegoś Ali Baby). Upodobali sobie dyskotekę „Wakans” na Racławickiej (przy owym kościelnym placu Pigalle) oraz bar „Złoty Róg” koło Megasamu. Chadzali tam dziennikarze, żeby się dowiedzieć, co takim dżentelmętom chodzi po łysych głowach. („24” publikowały także wywiady z przedstawicielami innych subkultur, jako to punków, rockersów, hipisów i policjantów.) Przepytywany skinhead twierdził: „Sami nie zaczynamy z innymi, dopiero gdy nas zaczepią”, ale z innych wypowiedzi wynikało, że zaczepia ich dosłownie wszystko. O narkomanach np. mówili: „Nie mamy czasu czekać, aż się wyleczą, metodami pacyfistycznymi nie wyleczy się ich”. Albo: „Ja jestem ateistą, ale jeżeli ktoś obraża papieża, a on jest Polakiem, to mnie także obraża”.

Tak więc skini rzucali się w oczy, rzucali także kamieniami. A to pobili kogoś, a to zakłócili uroczystość odsłonięcia tablicy pamiątkowej na gmachu Fisharmonii Częstochowskiej z udziałem ambasadora Izraela. W 1991 pokazali, co potrafią, na Nordzie, o czym spisała M. Gołąbek.

…przedwczoraj (niedziela) w godzinach południowych w dzielnicy Północ, niedaleko pętli tramwajowej, doszło do regularnej bitwy między pracownikami „wesołego miasteczka” a skinami.

Opowiada jedna z matek:

– Posadziłam dziecko na karuzeli, nagle zobaczyłam, że pan z obsługi zamiast uruchomić karuzelę złapał łańcuch i pobiegł w kierunku przejścia podziemnego. Stała tam grupa takich „wystrzyżonych” z długimi, prawie metrowymi, pałami (było ich chyba z dziesięciu). Z drugiej strony obsługa miasteczka z metalowymi prętami i łańcuchami. Walka była wyrównana, dopóki ktoś z obsługi nie krzyknął: „Lecę po pistolet gazowy”. Wtedy skini wystraszyli się i uciekli. Na szczęście na terenie miasteczka w czasie zajścia było mało ludzi: parę matek z dziećmi i kilka osób ż obsługi. Na przystanku tramwajowym stał spory tłum, kilku mężczyzn, ale tylko patrzyli. Nikt nie reagował.

Kierowniczka „wesołego miasteczka”: — Byli tu już dwa dni temu. Prowokowali pracownika strzelnicy: „Daj zajarać, bo cię podpalę!”. Pracownik, nie ułomek, wyszedł ze strzelnicy i spokojnie powiedział: „Odejdź, bo cię spotka przykrość”. Na to młodzian: „Uważaj, do kogo mówisz!”. Pracownik go uderzył, skin zaczął uciekać. Był pijany, przewrócił się. Wczoraj, gdy przyszedł z kolegami, całą twarz miał poharataną Na atak wybrali moment, gdy mąż z psem, z czterema pracownikami poszli się wykąpać (był upał, ruch niewielki, a pies wilczur uwielbia się kapać). Zostały 4 osoby: ja, kasjerka i dwóch pracowników. Najpierw zaatakowali pracownika gabinetu śmiechu, kopnęli go, szwagrowi puścili w twarz gaz. Małolaty stojące obok zaczęły rzucać w nas kamieniami. Krzyknęłam: „Idę po pistolet!” Zaczęli tak wiać, że aż się przewracali. Mieli najwyżej po 17—20 lat. Ci, co rzucali kamieniami, najwyżej 15.

Swoją drogą – po jednej stronie wilczur, po drugiej oskórowani, miejsce akcji – Północ… Starkowie kontra Boltonowie?

Można się było spodziewać, że tytuł „Łysi atakują” też dotyczy skinów, ale on się akurat pojawił w kolumnie muzycznej i dotyczył grupy Slade. Laik co prawda nie jest w stanie wywnioskować, dlaczego autor nazywa Slade „Łysymi”, skoro na zdjęciu wszyscy byli długowłosi.

Po pierwsze, nie Les, tylko Lea, a po drugie, autor pomylił Quireboys z Quiet Riot

A jaka przyczyna tego upadku obyczajów? Na to pytanie odpowiedział w swoim fejletonie  Andrzej Kalinin, najsłynniejszy pisarz z Kusiąt: „Nastąpiła ogólna polaryzacja dotychczasowych wartości moralnych, obyczajowych do poziomu nieetycznej normalności”. Młodzież jest „z zacięciem do przedwczesnej dorosłości”, a „Zamiast wychowywać – dzieci się po prostu »chowie«”.

 

W obliczu tylu niebezpieczeństw częstochowiacy musieli pokładać nadzieje w służbach porządkowych. Wyglądało jednak na to, że policja nie spełnia standardów nowej epoki…

…zatrzymywała czasem nieoczekiwanych winowajców…

…a czasem wręcz powiększała ich grono.

Skoro policji nie można ufać, to może straż miejska? Była to nowość w Polsce lat 90. Nowa formacja zdradzała początkowo wpływy copów ze Stanów Zjednoczonych USA. W Częstochowie chyba nie, ale gdzieś tam, może w Warszawie, strażnicy nosili charakterystyczne ośmiokątne czapki podobne do tych, w których chodzili policjanci w amerykańskich filmach. U stóp chramu Yasunagura amerykańskie wpływy ewidentnie zdradzały dystynkcje na rękawach.

Straż miejska w roku 1992 odnosiła pewne sukcesy w walce z pobieraniem haraczów.

(…) na ulicy Jagiellońskiej (d. Janikowskiego) podeszli ludzie z targowiska, którzy widzieli, jak dwaj Rosjanie wymuszali opłatę od współrodaków. W zamian — pozwalali handlować w spokoju.

Strażnicy zainterweniowali— i Rosjanie mogą co najwyżej pokombinować, jakie interesy można robić na policji. Gdzie się znaleźli. (pw)

Wydawało się nawet, że w niektórych sytuacjach radzi sobie lepiej od policji.

Niestety, dystynkcje nie były jedynym wzorcem, jaki Straż Miejska zaczerpnęła z Ameryki. Strażnicy mieli bowiem zwyczaj traktować obywateli z buta. Dosłownie.

BDSM - Brutalność Dzienna Straży Miejskiej

Za kopiącymi strażnikami ujął się sam prezydent miasta.

W starciu z bardziej zdeterminowanym przeciwnikiem straż miejska radziła sobie już gorzej. Dorota Steinhagen opisała sytuację po napaści skinów na demonstrację anarchistów pod Megasamem w listopadzie 1990:

Poszturchiwanego i bitego broni jednak (…) pracownik Straży Miejskiej, gdy nie daje rady inaczej – wyjmuje pistolet gazowy i strzela… część skinów, tych młodszych trzynasto-, piętnastolatków znika. Ci bardziej agresywni rzucają się na strażnika. Ten ucieka. Za nim goni około dwudziestka gotowych już na wszystko skinów. Za skinami – protestujący – trzeba pomóc strażnikowi.

Biegną aleją. Strażnik, w jednej ręce legitymacja, w drugiej „spluwa” wola do przechodniów: „jestem policjantem. Wezwijcie policję”. Nikt nie reaguje (…). Strażnik wbiega w bramę przy Banku Śląskim. Barykaduje się. Nadal nikt nie chce mu pomóc. Dopiero młoda kobieta w ciąży wybiega na balkon i przegania skinów spod swojej klatki. Grozi, że zaraz zacznie w nich rzucać doniczkami.

W każdym razie cudzoziemcy handlujący na naszych bazarach, nawet pochodzący ze stron tak dalekich jak Wietnam, woleli mieć się na baczności, o czym przekonał się znany częstochowski poeta Waldemar M. Gaiński, pełniący od czasu do czasu funkcję reportera.

Pod DH „Centrum” zauważyłem Wietnamczyka, oferującego zapalniczki, chińskie wieczne pióra, ładne długopisy i mazaki, a także oryginalne azjatyckie ozdóbki. Spytałem, czy mówi po polsku, na co usłyszałem niewyraźną odpowiedź po rosyjsku. Wyjaśniłem mu więc w tym języku, że jestem dziennikarzem i chcę z nim chwilę porozmawiać, Mówiąc to, okazałem legitymację. Sympatyczny Azjata zbladł nagle, sięgnął w zanadrze i ciągle kłaniając się — wręczył mi swój paszport. Domyśliłem się, że wziąć mnie za funkcjonariusza jednej z licznych służb porządku publicznego. Szybko zwróciłem mu paszport i na migi pokazałem, że zajmuję się pisaniem. Wówczas gość znad Mekongu chwycił garść piór i długopisów, usiłując mi je wszystkie wetknąć. Pomyślał najprawdopodobniej, że stróż porządku publicznego żąda tego rodzaju haraczu w zamian za odstąpienie od czynności służbowych, mówiąc językiem tychże służb.

Co zatem robić, skoro nie można liczyć na enforsjerów prawa i porządku? Prywatne agencje ochrony już istniały, ale jeszcze nie rozwinęły skrzydeł.

Trzeba było liczyć na siebie. „24 Godziny” publikowały np. artykuły o tym, że obywatel ma prawo do obrony koniecznej. Co prawda mieć prawo a umieć z niego korzystać to dwie różne rzeczy, o czym przekonali się ojciec z synem, których w grudniu 1992 napadła grupa wyrostków na ul. Niepodległości i zrabowała pistolet gazowy. Dlatego redakcja dysponowała opcją dla każdego, kto dysponował wolnymi trzema tysiącami złotych (w tamtych czasach to były drobniaki).


       Trudno się dziwić, że w tak dzikich czasach nawet redakcja „24 Godzin” uprawiała dziennikarstwo dość bezkompromisowe. Dziennikarze a to stawiali tezę, że chyba tylko groźbami przemocy da się skłonić personel kina „Wolność” do świadczenia usług na należytym poziomie (za co naczelny i dwaj autorzy wozili się z dyrekcją kina pięć lat po sądach), a to marzyli o rozwiązywaniu problemu chamskich kierowców MPK i leniwych urzędniczek metodą Terminatora. Nakłaniali też częstochowian, by w odwecie za odjeżdżające zbyt wcześnie pekaesy ostentacyjnie jeździli na gapę, a nawet do stalkowania prezydenta na wakacjach.


Doprawdy, było za czym nostalgnąć!