W pierwszych miesiącach nowego roku wszystkiego po trochu: nadal
siedziałem w fantastyce, osuszyłem dozę postmoderny, zająłem się kulisami
pewnego serialu, po czym wylądowałem na znajomym terytorium biografii
muzycznych. Przewinął
się także niejednokrotnie motyw Edypa.
1-2. George R.R. Martin, A Dance with
Dragons,
t.1 Dreams and
Dust, London 2012;
t.2 After the Feast, London 2014
Znowu zaczynam rok od Pieśni lodu i ognia i mam nadzieję,
jakkolwiek płonną, że za rok będę mógł napisać to samo. Tymczasem na HBO zapremierował
serial Rycerz Siedmiu Królestw, oparty na kilku opowiadaniach GRR
Martina, których akcja rozgrywa się około stu lat wcześniej, ale przed
napisaniem tej pararecenzji jeszcze się z nim nie zapoznałem.
Taniec ze smokami (byleby
nie „Taniec smoków”, bo to zupełnie co innego – tak się w świecie
przedstawionym nazywała wojna domowa między dwiema gałęziami rodu Targaryenów,
o której opowiada serial Ród Smoka) ze względu na grubość podzielony został
na dwie części. Toczy się z grubsza równolegle do tomu czwartego (Uczta dla
wron), ale obejmuje wątki innych postaci. Spotykamy więc wreszcie Tyriona
Lannistera, Dankę czy Jona Snowa. W przypadku Jona następstwo zdarzeń się
trochę komplikuje, bo pierwsze rozdziały z jego punktu widzenia poprzedzają
wątek Sama Tarly’ego z Uczty, Sam występuje w nich jako postać
drugoplanowa i dopiero potem odjeżdża na południe. Druga część tomu nosi tytuł After
the Feast, czyli Po uczcie, i faktycznie powracają tu już
wątki niektórych postaci z Uczty dla wron.
Czy należy się cieszyć z powrotu dawnych ulubieńców? W zasadzie
tak. Tyrionowi na wygnaniu za morzem nadal nie urwało od poczucia humoru,
chociaż miotają nim wyrzuty sumienia po tym, co zrobił na końcu Nawałnicy
mieczy. W szale samoupodlenia dokłada do tego jeszcze parę niefajnych
czynów i generalnie ma deprechę, a tu, jak na złość, ludzie, w których ręce
trafia, nie chcą go zabić, tylko wykorzystać do własnych celów. Z kolei zarówno
królowa Daenerys w Meereen, jak i lord dowódca Jon na Murze zmagają się z
nieznośnym ciężarem czapki Monomacha, zmuszeni balansować między interesami
różnych grup i wydawać decyzje, od których na pewno ucierpią jak nie jedni, to
drudzy. A kiedy się wydaje, że GRRM już nie jest w stanie przebić swojego
dotychczasowego poziomu przygnębienia, pojawia się Fetor – nędzny ochłap
człowieka, który kiedyś był kimś innym, a teraz stał się pupilem sadystycznego
Ramsaya Boltona. Z drugiej strony istnieją oznaki, że może jeszcze nie wszystko
stracone. Do ulubieńców wielu czytelników dołącza wobec tego Wyman Manderly,
znany jako Lord Za Gruby, By Dosiąść Konia. Sprawia wrażenie spasionego bęcwała
zainteresowanego tylko jedzeniem, ale kryje coś więcej.
Porównanie z Ucztą dla wron wypada na korzyść, po prostu
dlatego, że więcej tu się dzieje. Mimo wszystko zdarzają się rozdziały mocno
wywatowane, które niespecjalnie posuwają sprawy do przodu – wątki Davosa czy
Jona można było bardziej skondensować, tylko wtedy stałyby się homeopatyczne,
zaś wątek księcia Quentyna Martella niewiele wnosi. Wygląda też na to, że
Martinowi zaczynają się powtarzać pomysły: tu podmienione niemowlę i tam
podmienione niemowlę, tu sfingowana egzekucja i tam sfingowana egzekucja.
Największy problem sprawiał autorowi (i sprawia do dziś) tzw. węzeł
meereeński. Danuta miała przecież wracać do Westeros i walczyć o tron, a
tymczasem utknęła nad Zatoką Niewolniczą – w realiach bardziej przypominających
Bliski Wschód w epoce brązu niż średniowieczną Europę – i nawet za bardzo nie
chce się jej wracać, za to ciągną do niej różni zalotnicy. W ogóle mieszają mi
się imiona postaci z tego regionu, zwykle z dużą ilością liter „z”, „k” i „h”.
Nie jestem w tym odosobniony, a i sam autor w pewnym momencie każe Quentynowi stwierdzić
w monologu wewnętrznym, że „połowa wydawała się mieć na imię Ghazdan, Grazdan,
Mazdhan abo Ghaznak”. Na własny użytek nadaję im ksywki typu Rzeźnik, Skandal
czy Grażyna.
Tradycyjnie połapanie się w gąszczu postaci ułatwia ich wykaz na
końcu książki, aktualizowany z tomu na tom. Można policzyć, że stary Walder
Frey miał 22 synów i 7 córek, licząc tylko z prawego łoża.
Drugą część zdobyłem w innym wydaniu niż pierwszą, z okładką
nawiązującą już do serialu Gra o tron. Jako bonus dorzucono jeden z
gotowych rozdziałów Wichrów zimy, z perspektywy Theona Greyjoya. Teraz
ciekawe, czy się doczekam wydania całości. A tymczasem – przecież nie tylko Pieśń
lodu i ognia GRR Martin napisał.
3. Krzysztof Bartnicki, Zespół Odepa, Łódź 2025
Zachęcony zostałem do zapoznania się z twórczością własną
człowieka, którego kojarzyłem dotąd tylko jako tłumacza Finnegans Wake Jamesa
Joycego. Okazało się jednak, że Krzysztof Bartnicki to istny byt
równoległy, a czytanie jego powieści było doświadczeniem równie nieszablonowym
jak oglądanie Miasteczka Twin Peaks.
O czem to w ogóle jest? O czymś, jak sądzę. O milicjantach w Opolu,
najłatwiej powiedzieć. Tytułowy Odep to organizacja dość poufna w ramach
komendy, jejże skrót każdy rozwija inaczej. Czym się ci milicjanci zajmują? Oto
dobre pytanie. Wykonują jakieś czynności służbowe, palą papierosy i drżą nad
złożonością wszechrzeczy. Czas wiruje, chronologia odstawia demoniczne piruety.
Czytelnikowi kręci się w głowie. Od Wrocławia jedzie ospa. Organy grają w grę
stołków, a dzielnicowy tańczy taniec dzielnicowego, a raczej tańczyłby, gdyby
występował w tej książce. Somebody’s been murdered, ale czy na pewno?
Wygląda na to, że praca nad tłumaczeniem dublińskiego geniusza odcisnęła
piętno na autorze. Ta narracja to jest jakaś trzynasta gęstość języka, posypywanie
wyrazów wieloznacznością przez zniekształcenia, wszędy naćkane odniesień
kulturowych, których pojedynczej ludzinie wychwycić niepodobna, ale gdyby
przyszło tysiąc atletów, to może jakoś by to rozkminili. Do tego różne
perspektywy – narracja towarzysząca bohaterom, strumień świadomości, osobisty
dziennik postaci, przebieg egzaminu podporucznik, dokumenty służbowe. Rozmaite
konstrukcje szkatułkowe oraz danym podobne. Odbiorca doznaje pomieszania. Czytam
ja, dajmy na to, równoważnik zdania: „Prawie wszystko czerwone” i się
zastanawiam, czy tu nie chodzi o Chmielewską. Albo notatka służbowa o
wykonawcach z festiwalu opolskiego, inkluding
szokująca piosenka zespołu Gdański – toć nawiązanie do Last Caress Glenna
Danziga. W tej całej zupie unosi się wielopłaszczyznowa tożsamość
Śląska, fizyka teoretyczna (wieloznaczne słowo „osobliwość” bardzo tu pasuje), opodal
delfinem pływa Edyp, a stylem grzbietowym Jean Gabin. Tu ktoś pełznie udręczon
przez kanały, a tam znowu czterostronicowy opis dymienia papierosa. Można
szukać sensów naddanych (jest ich cało ducka). A można nie. Wobec tego
wszystkiego chyba trudno się zdziwić, że na kartach książki pojawia się nawet
Krzysztof Bartnicki jako postać, i to prawdopodobnie niejeden.
Podsumowując: Ogromnie dziwna publikacja.
4. Jakub Jabłonka, Paweł Łęczuk, Świat według Kiepskich.
Zwariowana historia kultowego serialu Polsatu, Kraków 2022
Kiepscy nie całkiem rezonują z moim
poczuciem humoru. Jest to jednak niewątpliwy fenomen popkulturowy. Jedni
krytykują go za prymitywny humor i gloryfikację patologii, drudzy – za
wyśmiewanie uboższej części narodu polskiego, trzeci chwalą jako jeden z
najtrafniejszych popkulturowych portretów zbiorowej duszy polskiej.
Grudniowy pobyt w szpitalu oznaczał dla mnie konieczność obejrzenia
wielu odcinków z rzędu, więc postanowiłem zapoznać się z serialem od kuchni. Sięgnąłem
zatem po książkę z 2022. Ma ona dwóch autorów, ale zasadniczo stanowi zbiór
relacji ustnych najważniejszych osób związanych z Kiepskimi, bogato
ilustrowany fotosami. Są to zarówno główni aktorzy, jak reżyserzy, scenarzyści,
producenci, czasem ekipa, a nawet Krzysztof Skiba. Zabrakło oczywiście tych,
którzy już nie żyli, ale wypowiadają się wdowy po Dariuszu Gnatowskim i
Ryszardzie Kotysie, a wspomnieniu o zmarłych aktorach poświęcony został osobny
rozdział.
Kiepscy byli zasadniczo
mózgodzieckiem Tomasza Kurzewskiego, prezesa spółki producenckiej, która w
latach 90. zdążyła wyrobić sobie markę we Chrocławiu. Pod koniec tejże dekady
pojawiła się idea wprowadzenia do Polski formatu sitcomu, gdy po emitowanym
przez Canal+ 13. posterunku z Césarem Garrasem inne stacje także zgłosiły zapotrzebowanie na podobne
seriale komediowe. Na konkurs Polsatu ekipa Kurzewskiego wysłała więc historię
o patologach z wrocławskiego „Trójkąta Bermudzkiego”. Było to przedsięwzięcie
dość wariackie: wszyscy pracowali pod presją czasu, scenarzyści ledwo
ogarniali, co to w ogóle jest sitcom, reżyser prawie nie mówił po polsku, a
autor wytypowany do roli Waldka w ostatniej chwili zrezygnował. Kiepski
początkowo miał na imię Ludwik i to sam Andrzej Grabowski wymyślił Ferdynanda.
Omówiona została geneza serialu, kwestie obsady, dzień powszedni na
planie, specyfika pracy z poszczególnymi aktorami. Produkcja Kiepskich
świata była harówką niesamowitą, jeden ze scenarzystów przypłacił ją
zdrowiem. Co nieco też wspomina się o recepcji serialu i jego popularności.
Scenarzyści starali się, żeby oprócz nieskomplikowanego, rubasznego humoru było
jeszcze drugie dno, jakieś intertekstualne historie. Niezależnie jednak od
wszelkich zabaw treścią i formą, aluzji kulturalnych i podobnych, widzom i tak
najbardziej się podobały motywy w rodzaju chłopa przebranego za babę. Należy
dodać, że skutkiem popularności serialu było nadsyłanie z całej Polski mnóstwa
potencjalnych scenariuszy, do których jednak zastosowanie miało w pełni, a
nawet z nadwyżką, prawo Sturgeona („90% wszystkiego jest do bani”).
Ponieważ książka stanowi zbiór relacji samych twórców, nie należy
się spodziewać pogłębionej krytyki. Co prawda jeden ze scenarzystów stwierdza,
że z dzisiejszego punktu widzenia wstyd mu niektórych odcinków. Gdyby ktoś
szukał spojrzenia bardziej zewnętrznego i bardziej meta, to przypuszczalnie
znalazłby je w zbiorze esejów Nikt nikomu nie tłumaczy, na który też
zamierzam się kiedyś zasadzić.
Swoją drogą, nie tylko Ferdynand Kiepski ma kulturową przeciwwagę w
postaci Ferdynanda Wspaniałego, ale można to samo powiedzieć o Waldku – Waldemar
Wspaniały to znany trener piłki siatkowej. Nic tylko pisać fanfik, w którym
pojawi się turecki kuzyn Ferdka, Sulejman Kiepski.
5. Ray Manzarek, Rozpal we mnie ogień. Moje życie z The Doors,
przeł. Paweł Halski, Warszawa 1999
Pierwsza w tym roku biografia muzyczna – a raczej autobiografia – jest
dziełem pianisty The Doors, najstarszego z członków tej grupy i jedynego w niej
Polaka.
Narracja zaczyna się od
przysłowiowego trzęsienia ziemi, czyli od śmierci Jima Morrisona. Ray Manzarek
nie snuje jednak przypuszczeń, co właściwie zaszło w Paryżu, tylko wspomina, w
jakich okolicznościach widział Jima ostatnio i jak się dowiedział o jego
śmierci. Dopiero potem zaczyna od początku, czyli od dzieciństwa w polskiej
dzielnicy Chicago, pierwszych lekcji muzyki i fascynacji bluesem. Kolejną
wielką fascynacją była sztuka filmowa, Manzarek pojechał więc do Kalifornii
studiować na filmówce UCLA. I dobrze zrobił, bo Jim też tam przyjechał z bagien
Florydy. Kumplowali się przez okres studiów, ale o założeniu zespołu pomyśleli
dopiero jako absolwenci, nie mając lepszego pomysłu na przyszłość.
Większość miejsca zajmują początki działalności zespołu, jak
obijali się z taśmą demo od jednej wytwórni do drugiej i koncertowali po
barach. Mamy więc wgląd w życie wzlatującej kapeli rockowej, ze wszystkimi
blaskami i cieniami, a także najsłynniejsze skandale: występ w „Ed Sullivan
Show” i koncert w Miami, na którym Jim wmówił 15 tysiącom ludzi, że się obnażył,
i miał za to sprawę sądową mimo braku dowodów. The Doors byli zespołem
zdecydowanie kalifornijskim i źle się czuli w Nowym Jorku, w otoczeniu Andy’ego
Warhola (odwrotnie niż Velvet Underground w Kalifornii). Robby Krieger sprawia
wrażenie tego wyluzowanego i bezkonfliktowego, a perkusista John Densmore –
dyżurnego choleryka i jęczyduszy. U samego Jima dostrzega Manzarek niepokojące
rozdwojenie pomiędzy ujmującym, dionizyjskim człowiekiem kultury a „Jimbo” – mroczną
i ordynarną stroną jego natury, nader często wyzwalaną przez alkohol, która go
w końcu zgubiła.
Manzarek spisał wspomnienia najwyraźniej bez ghost writera i
całkiem nieźle mu to wyszło, bo umie opowiadać w typowo amerykańskim,
gawędziarskim stylu. Co prawda mógłby czasem powściągnąć skłonność do dygresji
czy artystowskich odlotów. Odstręczać mogą także opisy życia seksualnego autora
czy mnóstwo ezoterycznej gadki o czakrach, kundalini itp., momentami bywa
rozwlekle (vide opis odczuć po zażyciu LSD) – ale generalnie nie jest źle.
Autor ma natomiast bardzo krytyczny stosunek do filmu The Doors Olivera Stone’a,
zarzucając reżyserowi zmyślenia i nieciekawe inklinacje potyliczne, czego
przejawem było odtworzenie przez Stone’a zupełnie po swojemu rekonstrukcji
etiudy zaliczeniowej Jima, która się nie zachowała, a o której Manzarek mu
opowiadał.
Kończy się na sesji do L.A. Woman, łabędziego śpiewu Doorsów,
dzięki czemu powstaje klamra narracyjna. Szkoda tylko, że autor nie poświęcił
miejsca dwóm płytom nagranym już po śmierci Morrisona – czyżby było to dla
niego wspomnienie nazbyt wstydliwe? Zresztą nie pierwszy to raz Manzarek i
Krieger musieli wziąć na siebie obowiązki wokalne – już w czasie trasy
europejskiej Jim tak się skuł w Amsterdamie haszyszem i procentami, że trzeba
było wystąpić bez niego. Z drugiej strony, we wkładce z fotografiami są przecież
dwa zdjęcia The Doors jako tria (w tym z małżonkami). Poza tym wkładka zawiera
zarówno fotografie z dzieciństwa i młodości autora, z wieku dojrzałego (z żoną,
dzieckiem i kotem), jak i z czasów The Doors.
Tłumacz poradził sobie nieźle. Przewijające się przez tekst cytaty
z piosenek – mniej lub bardziej rymowane – zaczerpnął z wcześniej wydanych po
polsku zbiorów. Co prawda korekta nie była w stu procentach chlujna, pojawiają
się rozmaite literówki, z których najbardziej irytujące jest wielokrotne
przekręcenie nazwy The Grateful Dead na „The Greatful Dead”. Zaliczenie
brytyjskiego Procol Harum do zespołów z San Francisco obciąża już konto samego
autora.
Choć jest to autobiografia Manzarka, wydawca na okładkę dał i tak Morrisona!
Tak jakby nie istniały żadne ich wspólne zdjęcia… Co najmniej dwa są nawet w
środku.
6. Ewa Pustoła-Kozłowska, Jacek Pustoła, Hotel Bristol, Warszawa 1985
(z serii Zabytki Warszawy)
Ponieważ przytrafił mi się wyjazd do stolicy, z przewidywalną
wizytą na Krakowskim Przedmieściu, to postanowiłem na szybko przeczytać coś w
temacie. Miałem akurat monografię jednego z najokazalszych warszawskich hoteli,
która, w odróżnieniu od samego Bristolu, nieźle się mieściła do kieszeni.
Autorzy rozpoczynają od najwcześniejszych dziejów posesji na rogu
Krakowskiego Przedmieścia i Karowej – pierwotnie drogi, którą nad Wisłę
zjeżdżały wozy („kary”) z nieczystościami. Do końca XIX w. stał tam pałac Tarnowskich.
Sytuacja zmieniła się, kiedy posesję przejęła spółka z udziałem Ignacego
Paderewskiego i postanowiła zbudować nowoczesny hotel. Po prawdzie to była
inicjatywa innego wspólnika, Stanisława Roszkowskiego, a sam Paderewski miał sceptyczny
stosunek, zwłaszcza że często na tym tracił. Tak czy inaczej, wszyscy
powtarzają niezbity fakt, że Bristol powstał „z funduszy Ignacego
Paderewskiego”, a popiersie słynnego pianisty do dziś stoi w holu.
Książka przedstawia więc dzieje budowy hotelu i zastosowane
rozwiązania techniczne. Bristol, jako jeden z pierwszych w Warszawie, miał
centralne ogrzewanie i samochody elektryczne, starał się też być
samowystarczalny (własna elektrownia). Drobiazgowo opisana została architektura
budynku w poszczególnych okresach, łącznie z rozmaitymi ornamentami i
wyposażeniem użytkowym. Zmieniała się ona na przestrzeni czasu, np. pierwotne
secesyjne ozdoby wnętrz zostały skute w późniejszym okresie, gdy secesja stała
się niemodna.
Zarazem jest to nie tylko opis architektury, ale historia budynku,
prowadząca go przez wszelkie zawirowania, kryzysy gospodarcze, zmiany
właścicielstwa itp. Pojawiają się Mary Pickford (podpisana jako "Picford" - chyba na wodę) i Douglas Fairbanks, uczestnicy
międzynarodowych zawodów jeździeckich, bankiet ku czci MC Skłodowskiej, Pablo
Picasso i JFK. Przewijają się portierzy, kelnerzy, boye, najemcy lokali na
parterze. Autorzy mieli okazję osobiście porozmawiać z sędziwym byłym
dyrektorem i dotrzeć do wspomnień pracownika, który spędził w Bristolu z górą
60 lat, a nawet przytoczyć wpisy z restauracyjnej książki skarg i zażaleń. Z II
wojny światowej hotel wyszedł stosunkowo mało poszkodowany jak na Warszawę, a
wkrótce doprowadzono go jako tako do użytku. Praca kończy się jednak
pesymistycznie: w 1981 r. zapuszczony Bristol został zamknięty. Dziś już wiemy,
że zmartwychwstał i oferuje noclegi po 1200 zł.
Ikonografię tworzy około 80 zdjęć, zarówno z epoki, jak i
wykonanych już pod koniec lat siedemdziesiątych; są wśród nich także
reprodukcje projektów architektonicznych czy różnych dokumentów, jak menu z
1937 czy ogłoszenie o występie Mieczysława Fogga z 1940.
7. Patricia Butler, Taniec miłości, taniec śmierci. Pamela i Jim
Morrison:
dzieje tragicznego romansu, przeł. Katarzyna Malita, Kraków 1999
Temat The Doors skontynuowałem opracowaniem na temat związku
Morrisona z Pamelą Courson. Nie była to para tak sławna jak John i Yoko, Kurt i
Courtney czy, za przeproszeniem, Sid i Nancy, ale także ma swoje miejsce w
historii rocka.
Książka powstała niejako z błogosławieństwem Jerry’ego Hopkinsa,
współautora biografii Morrisona Nikt nie wyjdzie stąd żywy, który zdał
sobie sprawę, że w jego pracy Pamela praktycznie nie występuje. Autorka przyjaźniła
się też z producentem nagrań Doorsów, Paulem Rothchildem. Dla potrzeb książki skontaktowała
się z szeregiem osób, w tym z rodzicami Jima, a także Manzarkiem i Kriegerem.
Densmore’a pominęła, bo on niedługo wcześniej wydał własne wspomnienia. Podchodzi
krytycznie do wszelkich pogłosek, zwracając uwagę, że Jim nieustannie kreował
wokół siebie legendę. Podobnie jak Manzarek, nie ma też nic dobrego do
powiedzenia o filmie Stone’a.
Autorka rozpoczyna od wczesnych lat życia obojga swoich bohaterów. Oboje
od zawsze byli rogatymi duszami, mieli też wyraźne wąty do niektórych członków
rodziny, chociaż niepodobna już dziś ustalić przyczyn. Sam romans Jima i Pameli
nie był sprawą publiczną, więc nie został opisany jakoś bardzo szczegółowo,
lecz umieszczony w kontekście ogólnej historii The Doors. Można by pomyśleć, że
w związku z Morrisonem, alkoholikiem skłonnym do napadów agresji, kobieta drobnej
budowy będzie naturalną ofiarą, Pamela jednak też umiała się zrobić gwałtowna.
Mimo pewnej toksyczności, wyglądało na to, że wyjątkowo do siebie pasowali. Nie
byli też stricte monogamiczni, ale do zdrowej poliamorii trochę im brakowało.
Jeśli chodzi o koniec życia Morrisona – można domniemywać, że gdyby
nawet nie umarł, to i tak byłby to już koniec jego udziału w The Doors. Mieszkając
z Pam w Paryżu, pozbył się chyba swoich demonów i zmierzał do poświęcenia się
literaturze. Rozdział dotyczący śmierci Jima zawiera przytoczone informacje
prasowe z epoki, a także oficjalne raporty służb francuskich. Przy okazji:
często spotykany pogląd, że Morrison zmarł z powodu przedawkowania narkotyków, wynika
ze skojarzenia go z nieco wcześniejszymi zgonami Jimiego Hendrixa i Janis
Joplin. Nic nie wskazuje, żeby artysta w ogóle brał mocne narkotyki, natomiast ponad
wszelką wątpliwość był alkoholikiem i od dzieciństwa zmagał się z astmą. Ostatni
okres życia Pameli – zmarłej przedwcześnie w 1973 – poznajemy m.in. z
perspektywy jej późniejszego przyjaciela.
Tekst uzupełnia trochę zdjęć czarno-białych oraz wklejka z
kolorowymi portretami pary, wykonanymi w butiku Pameli przez fotografkę Reanne
Rubenstein w ramach sesji dla magazynu „Show”.
Jednakże tłumaczko, „awans z komandora na kapitana”?! (chodzi o
ojca Jima, który ostatecznie został admirałem). I jeszcze Pam mówi do
policjantów „panowie oficerowie”, dobrze, że nie w ogóle „gospoda oficery”.











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz