czwartek, 26 marca 2026

Opole, Doorsi, patolodzy, czyli krąży po kraju widmo Edypa (z frontu czytelniczego, 1/2026)

  

W pierwszych miesiącach nowego roku wszystkiego po trochu: nadal siedziałem w fantastyce, osuszyłem dozę postmoderny, zająłem się kulisami pewnego serialu, po czym wylądowałem na znajomym terytorium biografii muzycznych. Przewinął się także niejednokrotnie motyw Edypa.

 

1-2. George R.R. Martin, A Dance with Dragons,
t.1 Dreams and Dust, London 2012;
t.2 After the Feast, London 2014

Znowu zaczynam rok od Pieśni lodu i ognia i mam nadzieję, jakkolwiek płonną, że za rok będę mógł napisać to samo. Tymczasem na HBO zapremierował serial Rycerz Siedmiu Królestw, oparty na kilku opowiadaniach GRR Martina, których akcja rozgrywa się około stu lat wcześniej, ale przed napisaniem tej pararecenzji jeszcze się z nim nie zapoznałem.

Taniec ze smokami (byleby nie „Taniec smoków”, bo to zupełnie co innego – tak się w świecie przedstawionym nazywała wojna domowa między dwiema gałęziami rodu Targaryenów, o której opowiada serial Ród Smoka) ze względu na grubość podzielony został na dwie części. Toczy się z grubsza równolegle do tomu czwartego (Uczta dla wron), ale obejmuje wątki innych postaci. Spotykamy więc wreszcie Tyriona Lannistera, Dankę czy Jona Snowa. W przypadku Jona następstwo zdarzeń się trochę komplikuje, bo pierwsze rozdziały z jego punktu widzenia poprzedzają wątek Sama Tarly’ego z Uczty, Sam występuje w nich jako postać drugoplanowa i dopiero potem odjeżdża na południe. Druga część tomu nosi tytuł After the Feast, czyli Po uczcie, i faktycznie powracają tu już wątki niektórych postaci z Uczty dla wron.

Czy należy się cieszyć z powrotu dawnych ulubieńców? W zasadzie tak. Tyrionowi na wygnaniu za morzem nadal nie urwało od poczucia humoru, chociaż miotają nim wyrzuty sumienia po tym, co zrobił na końcu Nawałnicy mieczy. W szale samoupodlenia dokłada do tego jeszcze parę niefajnych czynów i generalnie ma deprechę, a tu, jak na złość, ludzie, w których ręce trafia, nie chcą go zabić, tylko wykorzystać do własnych celów. Z kolei zarówno królowa Daenerys w Meereen, jak i lord dowódca Jon na Murze zmagają się z nieznośnym ciężarem czapki Monomacha, zmuszeni balansować między interesami różnych grup i wydawać decyzje, od których na pewno ucierpią jak nie jedni, to drudzy. A kiedy się wydaje, że GRRM już nie jest w stanie przebić swojego dotychczasowego poziomu przygnębienia, pojawia się Fetor – nędzny ochłap człowieka, który kiedyś był kimś innym, a teraz stał się pupilem sadystycznego Ramsaya Boltona. Z drugiej strony istnieją oznaki, że może jeszcze nie wszystko stracone. Do ulubieńców wielu czytelników dołącza wobec tego Wyman Manderly, znany jako Lord Za Gruby, By Dosiąść Konia. Sprawia wrażenie spasionego bęcwała zainteresowanego tylko jedzeniem, ale kryje coś więcej.

Porównanie z Ucztą dla wron wypada na korzyść, po prostu dlatego, że więcej tu się dzieje. Mimo wszystko zdarzają się rozdziały mocno wywatowane, które niespecjalnie posuwają sprawy do przodu – wątki Davosa czy Jona można było bardziej skondensować, tylko wtedy stałyby się homeopatyczne, zaś wątek księcia Quentyna Martella niewiele wnosi. Wygląda też na to, że Martinowi zaczynają się powtarzać pomysły: tu podmienione niemowlę i tam podmienione niemowlę, tu sfingowana egzekucja i tam sfingowana egzekucja.

Największy problem sprawiał autorowi (i sprawia do dziś) tzw. węzeł meereeński. Danuta miała przecież wracać do Westeros i walczyć o tron, a tymczasem utknęła nad Zatoką Niewolniczą – w realiach bardziej przypominających Bliski Wschód w epoce brązu niż średniowieczną Europę – i nawet za bardzo nie chce się jej wracać, za to ciągną do niej różni zalotnicy. W ogóle mieszają mi się imiona postaci z tego regionu, zwykle z dużą ilością liter „z”, „k” i „h”. Nie jestem w tym odosobniony, a i sam autor w pewnym momencie każe Quentynowi stwierdzić w monologu wewnętrznym, że „połowa wydawała się mieć na imię Ghazdan, Grazdan, Mazdhan abo Ghaznak”. Na własny użytek nadaję im ksywki typu Rzeźnik, Skandal czy Grażyna.

Tradycyjnie połapanie się w gąszczu postaci ułatwia ich wykaz na końcu książki, aktualizowany z tomu na tom. Można policzyć, że stary Walder Frey miał 22 synów i 7 córek, licząc tylko z prawego łoża.

Drugą część zdobyłem w innym wydaniu niż pierwszą, z okładką nawiązującą już do serialu Gra o tron. Jako bonus dorzucono jeden z gotowych rozdziałów Wichrów zimy, z perspektywy Theona Greyjoya. Teraz ciekawe, czy się doczekam wydania całości. A tymczasem – przecież nie tylko Pieśń lodu i ognia GRR Martin napisał.

 

3. Krzysztof Bartnicki, Zespół Odepa, Łódź 2025

Zachęcony zostałem do zapoznania się z twórczością własną człowieka, którego kojarzyłem dotąd tylko jako tłumacza Finnegans Wake Jamesa Joycego. Okazało się jednak, że Krzysztof Bartnicki to istny byt równoległy, a czytanie jego powieści było doświadczeniem równie nieszablonowym jak oglądanie Miasteczka Twin Peaks.

O czem to w ogóle jest? O czymś, jak sądzę. O milicjantach w Opolu, najłatwiej powiedzieć. Tytułowy Odep to organizacja dość poufna w ramach komendy, jejże skrót każdy rozwija inaczej. Czym się ci milicjanci zajmują? Oto dobre pytanie. Wykonują jakieś czynności służbowe, palą papierosy i drżą nad złożonością wszechrzeczy. Czas wiruje, chronologia odstawia demoniczne piruety. Czytelnikowi kręci się w głowie. Od Wrocławia jedzie ospa. Organy grają w grę stołków, a dzielnicowy tańczy taniec dzielnicowego, a raczej tańczyłby, gdyby występował w tej książce. Somebody’s been murdered, ale czy na pewno?

Wygląda na to, że praca nad tłumaczeniem dublińskiego geniusza odcisnęła piętno na autorze. Ta narracja to jest jakaś trzynasta gęstość języka, posypywanie wyrazów wieloznacznością przez zniekształcenia, wszędy naćkane odniesień kulturowych, których pojedynczej ludzinie wychwycić niepodobna, ale gdyby przyszło tysiąc atletów, to może jakoś by to rozkminili. Do tego różne perspektywy – narracja towarzysząca bohaterom, strumień świadomości, osobisty dziennik postaci, przebieg egzaminu podporucznik, dokumenty służbowe. Rozmaite konstrukcje szkatułkowe oraz danym podobne. Odbiorca doznaje pomieszania. Czytam ja, dajmy na to, równoważnik zdania: „Prawie wszystko czerwone” i się zastanawiam, czy tu nie chodzi o Chmielewską. Albo notatka służbowa o wykonawcach z festiwalu  opolskiego, inkluding szokująca piosenka zespołu Gdański – toć nawiązanie do Last Caress Glenna Danziga. W tej całej zupie unosi się wielopłaszczyznowa tożsamość Śląska, fizyka teoretyczna (wieloznaczne słowo „osobliwość” bardzo tu pasuje), opodal delfinem pływa Edyp, a stylem grzbietowym Jean Gabin. Tu ktoś pełznie udręczon przez kanały, a tam znowu czterostronicowy opis dymienia papierosa. Można szukać sensów naddanych (jest ich cało ducka). A można nie. Wobec tego wszystkiego chyba trudno się zdziwić, że na kartach książki pojawia się nawet Krzysztof Bartnicki jako postać, i to prawdopodobnie niejeden.

Podsumowując: Ogromnie dziwna publikacja.

 

4. Jakub Jabłonka, Paweł Łęczuk, Świat według Kiepskich.
Zwariowana historia kultowego serialu Polsatu
,
Kraków 2022

Kiepscy nie całkiem rezonują z moim poczuciem humoru. Jest to jednak niewątpliwy fenomen popkulturowy. Jedni krytykują go za prymitywny humor i gloryfikację patologii, drudzy – za wyśmiewanie uboższej części narodu polskiego, trzeci chwalą jako jeden z najtrafniejszych popkulturowych portretów zbiorowej duszy polskiej.



Grudniowy pobyt w szpitalu oznaczał dla mnie konieczność obejrzenia wielu odcinków z rzędu, więc postanowiłem zapoznać się z serialem od kuchni. Sięgnąłem zatem po książkę z 2022. Ma ona dwóch autorów, ale zasadniczo stanowi zbiór relacji ustnych najważniejszych osób związanych z Kiepskimi, bogato ilustrowany fotosami. Są to zarówno główni aktorzy, jak reżyserzy, scenarzyści, producenci, czasem ekipa, a nawet Krzysztof Skiba. Zabrakło oczywiście tych, którzy już nie żyli, ale wypowiadają się wdowy po Dariuszu Gnatowskim i Ryszardzie Kotysie, a wspomnieniu o zmarłych aktorach poświęcony został osobny rozdział.

Kiepscy byli zasadniczo mózgodzieckiem Tomasza Kurzewskiego, prezesa spółki producenckiej, która w latach 90. zdążyła wyrobić sobie markę we Chrocławiu. Pod koniec tejże dekady pojawiła się idea wprowadzenia do Polski formatu sitcomu, gdy po emitowanym przez Canal+ 13. posterunku z Césarem Garrasem inne stacje także zgłosiły zapotrzebowanie na podobne seriale komediowe. Na konkurs Polsatu ekipa Kurzewskiego wysłała więc historię o patologach z wrocławskiego „Trójkąta Bermudzkiego”. Było to przedsięwzięcie dość wariackie: wszyscy pracowali pod presją czasu, scenarzyści ledwo ogarniali, co to w ogóle jest sitcom, reżyser prawie nie mówił po polsku, a autor wytypowany do roli Waldka w ostatniej chwili zrezygnował. Kiepski początkowo miał na imię Ludwik i to sam Andrzej Grabowski wymyślił Ferdynanda.

Omówiona została geneza serialu, kwestie obsady, dzień powszedni na planie, specyfika pracy z poszczególnymi aktorami. Produkcja Kiepskich świata była harówką niesamowitą, jeden ze scenarzystów przypłacił ją zdrowiem. Co nieco też wspomina się o recepcji serialu i jego popularności. Scenarzyści starali się, żeby oprócz nieskomplikowanego, rubasznego humoru było jeszcze drugie dno, jakieś intertekstualne historie. Niezależnie jednak od wszelkich zabaw treścią i formą, aluzji kulturalnych i podobnych, widzom i tak najbardziej się podobały motywy w rodzaju chłopa przebranego za babę. Należy dodać, że skutkiem popularności serialu było nadsyłanie z całej Polski mnóstwa potencjalnych scenariuszy, do których jednak zastosowanie miało w pełni, a nawet z nadwyżką, prawo Sturgeona („90% wszystkiego jest do bani”).

Ponieważ książka stanowi zbiór relacji samych twórców, nie należy się spodziewać pogłębionej krytyki. Co prawda jeden ze scenarzystów stwierdza, że z dzisiejszego punktu widzenia wstyd mu niektórych odcinków. Gdyby ktoś szukał spojrzenia bardziej zewnętrznego i bardziej meta, to przypuszczalnie znalazłby je w zbiorze esejów Nikt nikomu nie tłumaczy, na który też zamierzam się kiedyś zasadzić.

Swoją drogą, nie tylko Ferdynand Kiepski ma kulturową przeciwwagę w postaci Ferdynanda Wspaniałego, ale można to samo powiedzieć o Waldku – Waldemar Wspaniały to znany trener piłki siatkowej. Nic tylko pisać fanfik, w którym pojawi się turecki kuzyn Ferdka, Sulejman Kiepski.

 

5. Ray Manzarek, Rozpal we mnie ogień. Moje życie z The Doors,
przeł. Paweł Halski, Warszawa 1999

Pierwsza w tym roku biografia muzyczna – a raczej autobiografia – jest dziełem pianisty The Doors, najstarszego z członków tej grupy i jedynego w niej Polaka.

            Narracja zaczyna się od przysłowiowego trzęsienia ziemi, czyli od śmierci Jima Morrisona. Ray Manzarek nie snuje jednak przypuszczeń, co właściwie zaszło w Paryżu, tylko wspomina, w jakich okolicznościach widział Jima ostatnio i jak się dowiedział o jego śmierci. Dopiero potem zaczyna od początku, czyli od dzieciństwa w polskiej dzielnicy Chicago, pierwszych lekcji muzyki i fascynacji bluesem. Kolejną wielką fascynacją była sztuka filmowa, Manzarek pojechał więc do Kalifornii studiować na filmówce UCLA. I dobrze zrobił, bo Jim też tam przyjechał z bagien Florydy. Kumplowali się przez okres studiów, ale o założeniu zespołu pomyśleli dopiero jako absolwenci, nie mając lepszego pomysłu na przyszłość.

Większość miejsca zajmują początki działalności zespołu, jak obijali się z taśmą demo od jednej wytwórni do drugiej i koncertowali po barach. Mamy więc wgląd w życie wzlatującej kapeli rockowej, ze wszystkimi blaskami i cieniami, a także najsłynniejsze skandale: występ w „Ed Sullivan Show” i koncert w Miami, na którym Jim wmówił 15 tysiącom ludzi, że się obnażył, i miał za to sprawę sądową mimo braku dowodów. The Doors byli zespołem zdecydowanie kalifornijskim i źle się czuli w Nowym Jorku, w otoczeniu Andy’ego Warhola (odwrotnie niż Velvet Underground w Kalifornii). Robby Krieger sprawia wrażenie tego wyluzowanego i bezkonfliktowego, a perkusista John Densmore – dyżurnego choleryka i jęczyduszy. U samego Jima dostrzega Manzarek niepokojące rozdwojenie pomiędzy ujmującym, dionizyjskim człowiekiem kultury a „Jimbo” – mroczną i ordynarną stroną jego natury, nader często wyzwalaną przez alkohol, która go w końcu zgubiła.

Manzarek spisał wspomnienia najwyraźniej bez ghost writera i całkiem nieźle mu to wyszło, bo umie opowiadać w typowo amerykańskim, gawędziarskim stylu. Co prawda mógłby czasem powściągnąć skłonność do dygresji czy artystowskich odlotów. Odstręczać mogą także opisy życia seksualnego autora czy mnóstwo ezoterycznej gadki o czakrach, kundalini itp., momentami bywa rozwlekle (vide opis odczuć po zażyciu LSD) – ale generalnie nie jest źle. Autor ma natomiast bardzo krytyczny stosunek do filmu The Doors Olivera Stone’a, zarzucając reżyserowi zmyślenia i nieciekawe inklinacje potyliczne, czego przejawem było odtworzenie przez Stone’a zupełnie po swojemu rekonstrukcji etiudy zaliczeniowej Jima, która się nie zachowała, a o której Manzarek mu opowiadał.

Kończy się na sesji do L.A. Woman, łabędziego śpiewu Doorsów, dzięki czemu powstaje klamra narracyjna. Szkoda tylko, że autor nie poświęcił miejsca dwóm płytom nagranym już po śmierci Morrisona – czyżby było to dla niego wspomnienie nazbyt wstydliwe? Zresztą nie pierwszy to raz Manzarek i Krieger musieli wziąć na siebie obowiązki wokalne – już w czasie trasy europejskiej Jim tak się skuł w Amsterdamie haszyszem i procentami, że trzeba było wystąpić bez niego. Z drugiej strony, we wkładce z fotografiami są przecież dwa zdjęcia The Doors jako tria (w tym z małżonkami). Poza tym wkładka zawiera zarówno fotografie z dzieciństwa i młodości autora, z wieku dojrzałego (z żoną, dzieckiem i kotem), jak i z czasów The Doors.

Tłumacz poradził sobie nieźle. Przewijające się przez tekst cytaty z piosenek – mniej lub bardziej rymowane – zaczerpnął z wcześniej wydanych po polsku zbiorów. Co prawda korekta nie była w stu procentach chlujna, pojawiają się rozmaite literówki, z których najbardziej irytujące jest wielokrotne przekręcenie nazwy The Grateful Dead na „The Greatful Dead”. Zaliczenie brytyjskiego Procol Harum do zespołów z San Francisco obciąża już konto samego autora.

Choć jest to autobiografia Manzarka, wydawca na okładkę dał i tak Morrisona! Tak jakby nie istniały żadne ich wspólne zdjęcia… Co najmniej dwa są nawet w środku.

 

6. Ewa Pustoła-Kozłowska, Jacek Pustoła, Hotel Bristol, Warszawa 1985
(z serii Zabytki Warszawy)

Ponieważ przytrafił mi się wyjazd do stolicy, z przewidywalną wizytą na Krakowskim Przedmieściu, to postanowiłem na szybko przeczytać coś w temacie. Miałem akurat monografię jednego z najokazalszych warszawskich hoteli, która, w odróżnieniu od samego Bristolu, nieźle się mieściła do kieszeni.

Autorzy rozpoczynają od najwcześniejszych dziejów posesji na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Karowej – pierwotnie drogi, którą nad Wisłę zjeżdżały wozy („kary”) z nieczystościami. Do końca XIX w. stał tam pałac Tarnowskich. Sytuacja zmieniła się, kiedy posesję przejęła spółka z udziałem Ignacego Paderewskiego i postanowiła zbudować nowoczesny hotel. Po prawdzie to była inicjatywa innego wspólnika, Stanisława Roszkowskiego, a sam Paderewski miał sceptyczny stosunek, zwłaszcza że często na tym tracił. Tak czy inaczej, wszyscy powtarzają niezbity fakt, że Bristol powstał „z funduszy Ignacego Paderewskiego”, a popiersie słynnego pianisty do dziś stoi w holu.

Książka przedstawia więc dzieje budowy hotelu i zastosowane rozwiązania techniczne. Bristol, jako jeden z pierwszych w Warszawie, miał centralne ogrzewanie i samochody elektryczne, starał się też być samowystarczalny (własna elektrownia). Drobiazgowo opisana została architektura budynku w poszczególnych okresach, łącznie z rozmaitymi ornamentami i wyposażeniem użytkowym. Zmieniała się ona na przestrzeni czasu, np. pierwotne secesyjne ozdoby wnętrz zostały skute w późniejszym okresie, gdy secesja stała się niemodna.

Zarazem jest to nie tylko opis architektury, ale historia budynku, prowadząca go przez wszelkie zawirowania, kryzysy gospodarcze, zmiany właścicielstwa itp. Pojawiają się Mary Pickford (podpisana jako "Picford" - chyba na wodę) i Douglas Fairbanks, uczestnicy międzynarodowych zawodów jeździeckich, bankiet ku czci MC Skłodowskiej, Pablo Picasso i JFK. Przewijają się portierzy, kelnerzy, boye, najemcy lokali na parterze. Autorzy mieli okazję osobiście porozmawiać z sędziwym byłym dyrektorem i dotrzeć do wspomnień pracownika, który spędził w Bristolu z górą 60 lat, a nawet przytoczyć wpisy z restauracyjnej książki skarg i zażaleń. Z II wojny światowej hotel wyszedł stosunkowo mało poszkodowany jak na Warszawę, a wkrótce doprowadzono go jako tako do użytku. Praca kończy się jednak pesymistycznie: w 1981 r. zapuszczony Bristol został zamknięty. Dziś już wiemy, że zmartwychwstał i oferuje noclegi po 1200 zł.

Ikonografię tworzy około 80 zdjęć, zarówno z epoki, jak i wykonanych już pod koniec lat siedemdziesiątych; są wśród nich także reprodukcje projektów architektonicznych czy różnych dokumentów, jak menu z 1937 czy ogłoszenie o występie Mieczysława Fogga z 1940.

 

7. Patricia Butler, Taniec miłości, taniec śmierci. Pamela i Jim Morrison:
dzieje tragicznego romansu
, 
przeł. Katarzyna Malita, Kraków 1999

Temat The Doors skontynuowałem opracowaniem na temat związku Morrisona z Pamelą Courson. Nie była to para tak sławna jak John i Yoko, Kurt i Courtney czy, za przeproszeniem, Sid i Nancy, ale także ma swoje miejsce w historii rocka.

Książka powstała niejako z błogosławieństwem Jerry’ego Hopkinsa, współautora biografii Morrisona Nikt nie wyjdzie stąd żywy, który zdał sobie sprawę, że w jego pracy Pamela praktycznie nie występuje. Autorka przyjaźniła się też z producentem nagrań Doorsów, Paulem Rothchildem. Dla potrzeb książki skontaktowała się z szeregiem osób, w tym z rodzicami Jima, a także Manzarkiem i Kriegerem. Densmore’a pominęła, bo on niedługo wcześniej wydał własne wspomnienia. Podchodzi krytycznie do wszelkich pogłosek, zwracając uwagę, że Jim nieustannie kreował wokół siebie legendę. Podobnie jak Manzarek, nie ma też nic dobrego do powiedzenia o filmie Stone’a.

Autorka rozpoczyna od wczesnych lat życia obojga swoich bohaterów. Oboje od zawsze byli rogatymi duszami, mieli też wyraźne wąty do niektórych członków rodziny, chociaż niepodobna już dziś ustalić przyczyn. Sam romans Jima i Pameli nie był sprawą publiczną, więc nie został opisany jakoś bardzo szczegółowo, lecz umieszczony w kontekście ogólnej historii The Doors. Można by pomyśleć, że w związku z Morrisonem, alkoholikiem skłonnym do napadów agresji, kobieta drobnej budowy będzie naturalną ofiarą, Pamela jednak też umiała się zrobić gwałtowna. Mimo pewnej toksyczności, wyglądało na to, że wyjątkowo do siebie pasowali. Nie byli też stricte monogamiczni, ale do zdrowej poliamorii trochę im brakowało.

Jeśli chodzi o koniec życia Morrisona – można domniemywać, że gdyby nawet nie umarł, to i tak byłby to już koniec jego udziału w The Doors. Mieszkając z Pam w Paryżu, pozbył się chyba swoich demonów i zmierzał do poświęcenia się literaturze. Rozdział dotyczący śmierci Jima zawiera przytoczone informacje prasowe z epoki, a także oficjalne raporty służb francuskich. Przy okazji: często spotykany pogląd, że Morrison zmarł z powodu przedawkowania narkotyków, wynika ze skojarzenia go z nieco wcześniejszymi zgonami Jimiego Hendrixa i Janis Joplin. Nic nie wskazuje, żeby artysta w ogóle brał mocne narkotyki, natomiast ponad wszelką wątpliwość był alkoholikiem i od dzieciństwa zmagał się z astmą. Ostatni okres życia Pameli – zmarłej przedwcześnie w 1973 – poznajemy m.in. z perspektywy jej późniejszego przyjaciela. 

Tekst uzupełnia trochę zdjęć czarno-białych oraz wklejka z kolorowymi portretami pary, wykonanymi w butiku Pameli przez fotografkę Reanne Rubenstein w ramach sesji dla magazynu „Show”.

Jednakże tłumaczko, „awans z komandora na kapitana”?! (chodzi o ojca Jima, który ostatecznie został admirałem). I jeszcze Pam mówi do policjantów „panowie oficerowie”, dobrze, że nie w ogóle „gospoda oficery”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz