Tematykę okołobizantyjską skontynuowałem Ormianami i Italią. Każda z
trzech pozycji jest tu z innej nieco parafii.
11. Monika Warneńska, Ścieżką na Ararat, Warszawa 1977 (z serii Światowid)
Na początek – coś bardzo popularnonaukowego w temacie Armenii. Autorka
urodzona w Myszkowie postanowiła przedstawić te górskie okolice szerokim kręgom
czytelników. Bywała tam od lat pięćdziesiątych i wiele się dowiedziała.
Książka napisana jest trochę jak przewodnik, prostym i zrozumiałym
językiem. Najkrócej mówiąc, Armenia składa się z pięknej przyrody, rozlicznych
bogactw, mnóstwa zabytków, koniaku i krwawej historii. Zaczynamy od Araratu
(leżącego w historycznej Armenii, ale poza terytorium republiki), potem wiedzie
nas autorka przez Erewan i okolice, zapuszczając się w dygresję a to o Urartu,
a to o architekcie Tamanianie i pisarzu Abowianie, a to o koniaku. Zwiedzamy wielką
bibliotekę Matenadaran (i tu dygresja o zabytkach literatury ormiańskiej, zabytkową
katedrę Zwartnoc, siedzibę patriarchów w Eczmiadzynie (i tu parę słów o
ormiańskim chrześcijaństwie).
Dalej następuje bardziej chronologiczna narracja o historii
Armenii: Urartu, starożytna Armenia Tigranesów i Arsakesów, czasy, kiedy kraj
był strefą rywalizacji między Persją a Rzymem i później Konstantynopolem, a
wreszcie wieki spędzone w niewoli. Epoki rozkwitu kultury, w których działali
tacy twórcy jak Mesrop Masztoc, Mojżesz z Chorenu, Sajat Nowa czy Chaczatur
Abowian, przeplatały się z wojnami, rzeziami oraz buntami wewnętrznymi, po
których aż dziw, że ktokolwiek jeszcze w tym kraju pozostał żywy. Autorka przytacza
obszerne fragmenty ormiańskich poetów z różnych epok, w przekładzie m.in.
Andrzeja Mandaliana.
Książka jest obciążona ideologicznie. Trudno się dziwić, skoro
autorka pisywała do „Polski Zbrojnej” i „Trybuny Ludu”, a twórczością literacką
parała się już w pierwszej połowie pięćdziesiątych. Cytuje m.in. dość często
Mariettę Szaginian, czołową przedstawicielkę radzieckiego socrealizmu. Idylliczny
obraz Armeńskiej ZSRR, zwłaszcza w zestawieniu z nędzą i brudem czasów
carskich, budzi skojarzenia z socrealistyczną manierą „lakierowania
rzeczywistości”. Kiedy zaś mowa o historii Armenii XX wieku, to oczywiście
dasznacy byli absolutnie be i topili we krwi lud pracujący, a dopiero władza
radziecka wprowadziła powszechny dobrobyt i elektryfikację. Ani słowem nie
został wspomniany antagonizm ormiańsko-azerski, a o Karabachu mowa tylko, że
mówi się tam dialektem „dosadnym i obrazowym”. Za to przynajmniej o
ludobójstwie Ormian w latach I wojny światowej można było mówić bez ogródek,
ponieważ dopuszczali się go Turcy. Autorka była jednak nadmierną optymistką,
sądząc, że dla narodu ormiańskiego czasy przemocy już minęły. Ostatni rozdział
zawiera historię o ormiańskim bojowniku komunistycznego ruchu oporu we Francji,
w którego oddziale było wielu Polaków.
Książkę wzbogaca nieco ilustracji. Są wśród nich zdjęcia Armenii
zabytkowej, nowoczesnej i starych lepianek, portrety twórców kultury, pomniki,
miniatury z rękopisów… Jest też zdjęcie podpisane „Ararat”, na którym Ararat
ledwie widać w tle, ale to już nie wina autorki, tylko polskiej poligrafii.
12. Dawid z Sasunu. Epos staroarmeński, przeł. Igor Sikirycki, Warszawa 1983
Przy
okazji Gruzji był już Szota Rustaweli, to teraz pora na epos heroiczny dawnej
Armenii. Literaturoznawcy nie są pewni, kiedy dokładnie powstał Dawid z
Sasunu, ale w każdym razie kształtował się przez całe wieki. Ogłoszony
drukiem został po raz pierwszy w 1874, a przekład Sikiryckiego jest pierwszy w
języku polskim. Właściwie to trzecia i najobszerniejsza spośród czterech części
eposu Śmiałkowie z Sasunu, poświęconego czterem pokoleniom herosów. Mowa
o czasach, gdy Armenia broniła się przed naporem Arabów, więc głównym
antagonistą Dawida jest jego przybrany brat Melik, król Egiptu, chociaż
występują też Persowie, a nawet papież („Pap Franków”).
![]() |
Tytułowy Dawid, syn Mhera (o którym
w jednym ze swoich poem wspomina Słowacki), już od wczesnego dzieciństwa odznacza
się nadludzką siłą, budząc konsternację w całym otoczeniu. Ma również
nadzwyczajnego konia, od czasu do czasu mówiącego, odziedziczonego po ojcu. Przygody
zdarzają mu się raz heroiczne, raz komiczne (jak wtedy, gdy zrobili z niego
pasterza). Nie jest wzorcem wszelkich cnót – bywa porywczy, czasem mało
kojarzy, ciągle pakuje się w kłopoty, zasypiając lub upijając się w kluczowym
momencie. Pojawia się wątek miłosny, na którego marginesie mamy też do
czynienia z walecznymi postaciami kobiecymi. Jedna z wybranek Dawida
przywdziewa zbroję, by szukać jego ciała na polu bitwy, a napotkawszy go, nie
rozpoznaje i dochodzi do walki. Druga, odtrącona, wyzywa go na pojedynek w
obronie swojego honoru.
Wszystko to napisane wierszem o rytmie wyraźnym, ale zmiennym. Na ogół jest on biały, ale pojawiają się też partie rymowane. W narrację wplecione są pieśni z powtórzeniami i paralelizmami.
Książka, w formacie wysokim a
wąskim, zawiera reprodukcje staroormiańskich miniatur, z grubsza jakoś tam
wiążących się z treścią. Każdy podrozdział ozdobiony został czarno-białym
stylizowanym inicjałem narysowanym przez Stanisława Toepfera.
13. Robert F. Barkowski, Crotone 982, Warszawa 2015 (z serii Historyczne bitwy)
Z przeciwnego końca Bizancjum miało Italię. W X wieku naszej ery
panował tam ruch jak na dworcu, co opisuje nam jeden z popularniejszych autorów
habełków. Południową część włoskiego buta trzymało jeszcze Cesarstwo, ale
zaangażowane w walki na wschodzie, nie mogło poświęcić Italii wystarczającej
uwagi. Na północy i w centrum półwyspu siedzieli Longobardowie, powiększając
swoje posiadłości kosztem Bizancjum. Od południa, z Sycylii, atakowali
nieustępliwie Saraceni podlegli egipskiemu kalifatowi Fatymidów. Tymczasem na
północnym zachodzie wyrosła nowa potęga w postaci reaktywowanego cesarstwa
zachodniego, najpierw pod berłem Karolingów, a potem ottońskich Ludolfingów.
Ważnym graczem był poza tym, rzecz jasna, papież, a gdzieś w tym całym miksie
znaleźli się w pewnym momencie nawet wikingowie.
Omówiwszy sytuację ogólną w Italii, autor przedstawia genezę
dynastii Ottonów, a szczególnie skupia się na polityce włoskiej Ottona I. Potem
na scenę wchodzi jego syn, Otto II. Natomiast sycylijskiemu emiratowi Kalbidów
poświęcone zostało zaledwie parę stron. Zgodnie z najlepszymi tradycjami serii,
osobny rozdział dotyczy organizacji i uzbrojenia walczących armii, chociaż i
tutaj większość miejsca zajmuje armia ottońska. Dalej następuje opis kampanii
Ottona II, który przybył do Italii interweniować w Rzymie, a skoro już tam był,
to postanowił zrobić porządek w ogarniętych chaosem księstwach longobardzkich.
Postawiło go to na kursie kolizyjnym z sycylijskim emirem Abu al-Kassimem,
czego efektem była tytułowa bitwa. Taktycznie była to obustronna klęska, a
strategicznie – pyrrusowe zwycięstwo Ottona, bo chociaż musiał uciekać wpław,
to Arabowie zawrócili i już nie podejmowali prób podboju kontynentalnej Italii.
Ostatni rozdział poświęcony jest dalszym wydarzeniom w cesarstwie i
Italii, a szczególnie chaosowi, jaki nastał po rychłej (rok później) śmierci
Ottona II. Zabrakło mi jednego dnia, żebym się urodził akurat w jej
tysiąclecie. W każdym razie R.F. Barkowski raz po raz wraca do swojego
słowiańskiego konika i przy każdej okazji przypomina o kontyngencie jazdy
obodryckiej, a w ostatnim rozdziale kładzie nacisk na powstanie połabskie.
Wszystkie historie opisane są przejrzyście i lekkim piórem. Jak już
kiedyś wspominałem, dobrze by sobie radził z beletrystyką historyczną –
zwłaszcza dla nie za starych czytelników – którą zresztą podobno też się para.
Co prawda tekstowi przydałaby się lepsza redakcja. Dowiadujemy się np., że emir
przerzucał wojska do Italii przez „przesmyk morski”. W takim razie koło Koryntu
znajduje się cieśnina lądowa. Zaś Jan Tzimiskes doprowadził Bizancjum „do
największego rozciągnięcia terytorialnego”. Najbardziej kuriozalne jest zdanie „Wszyscy
rycerze jak jeden mąż, ogarnięci strachem, stanęli niby-osiołki w miejscu i
oznajmili, że nie pójdą dalej” Potem pojawia się jeszcze jeden taki sam błąd:
łuski zbroi „zachodziły na siebie niby-dachówki”. Ktoś tam też coś „kontynuuje
dalej”, a jedna kulawa metafora z opisu bitwy trafiła nawet na tylną stronę
okładki: „Pierwsza linia atakującej jazdy (…) wdeptywała w ziemię szeregi wroga
jak pług świeżą ziemię”. Ja jestem co prawda miastowy, ale nie wydaje mi się, żeby
pług wdeptywał cokolwiek w ziemię, a już tym bardziej, żeby wdeptywał w ziemię
świeżą ziemię. Przychodzi tu na myśl fraza „Thanos zrównał wszechświat z
ziemią”.
Wkładka z ilustracjami jest jedna i zawiera głównie miniatury z
omawianego okresu, zarówno zachodnie, greckie, jak i arabskie. Są też ze dwa
wyobrażenia późniejsze, anachroniczne (obraz Rafaela i XIX-wieczna litografia).
Mapy – jak to zwykle w Bellonie, bardzo niskobudżetowe, ale słyszałem, że ostatnio
coś się zaczęło zmieniać na lepsze.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz