wtorek, 28 kwietnia 2026

Elektryfikacja niby-osiołków, czyli na peryferiach Drugiego Rzymu (z frontu czytelniczego, 3/2026)


Tematykę okołobizantyjską skontynuowałem Ormianami i Italią. Każda z trzech pozycji jest tu z innej nieco parafii.

 

11. Monika Warneńska, Ścieżką na Ararat, Warszawa 1977 (z serii Światowid)

Na początek – coś bardzo popularnonaukowego w temacie Armenii. Autorka urodzona w Myszkowie postanowiła przedstawić te górskie okolice szerokim kręgom czytelników. Bywała tam od lat pięćdziesiątych i wiele się dowiedziała.

Książka napisana jest trochę jak przewodnik, prostym i zrozumiałym językiem. Najkrócej mówiąc, Armenia składa się z pięknej przyrody, rozlicznych bogactw, mnóstwa zabytków, koniaku i krwawej historii. Zaczynamy od Araratu (leżącego w historycznej Armenii, ale poza terytorium republiki), potem wiedzie nas autorka przez Erewan i okolice, zapuszczając się w dygresję a to o Urartu, a to o architekcie Tamanianie i pisarzu Abowianie, a to o koniaku. Zwiedzamy wielką bibliotekę Matenadaran (i tu dygresja o zabytkach literatury ormiańskiej, zabytkową katedrę Zwartnoc, siedzibę patriarchów w Eczmiadzynie (i tu parę słów o ormiańskim chrześcijaństwie).

Dalej następuje bardziej chronologiczna narracja o historii Armenii: Urartu, starożytna Armenia Tigranesów i Arsakesów, czasy, kiedy kraj był strefą rywalizacji między Persją a Rzymem i później Konstantynopolem, a wreszcie wieki spędzone w niewoli. Epoki rozkwitu kultury, w których działali tacy twórcy jak Mesrop Masztoc, Mojżesz z Chorenu, Sajat Nowa czy Chaczatur Abowian, przeplatały się z wojnami, rzeziami oraz buntami wewnętrznymi, po których aż dziw, że ktokolwiek jeszcze w tym kraju pozostał żywy. Autorka przytacza obszerne fragmenty ormiańskich poetów z różnych epok, w przekładzie m.in. Andrzeja Mandaliana.

Książka jest obciążona ideologicznie. Trudno się dziwić, skoro autorka pisywała do „Polski Zbrojnej” i „Trybuny Ludu”, a twórczością literacką parała się już w pierwszej połowie pięćdziesiątych. Cytuje m.in. dość często Mariettę Szaginian, czołową przedstawicielkę radzieckiego socrealizmu. Idylliczny obraz Armeńskiej ZSRR, zwłaszcza w zestawieniu z nędzą i brudem czasów carskich, budzi skojarzenia z socrealistyczną manierą „lakierowania rzeczywistości”. Kiedy zaś mowa o historii Armenii XX wieku, to oczywiście dasznacy byli absolutnie be i topili we krwi lud pracujący, a dopiero władza radziecka wprowadziła powszechny dobrobyt i elektryfikację. Ani słowem nie został wspomniany antagonizm ormiańsko-azerski, a o Karabachu mowa tylko, że mówi się tam dialektem „dosadnym i obrazowym”. Za to przynajmniej o ludobójstwie Ormian w latach I wojny światowej można było mówić bez ogródek, ponieważ dopuszczali się go Turcy. Autorka była jednak nadmierną optymistką, sądząc, że dla narodu ormiańskiego czasy przemocy już minęły. Ostatni rozdział zawiera historię o ormiańskim bojowniku komunistycznego ruchu oporu we Francji, w którego oddziale było wielu Polaków.



Książkę wzbogaca nieco ilustracji. Są wśród nich zdjęcia Armenii zabytkowej, nowoczesnej i starych lepianek, portrety twórców kultury, pomniki, miniatury z rękopisów… Jest też zdjęcie podpisane „Ararat”, na którym Ararat ledwie widać w tle, ale to już nie wina autorki, tylko polskiej poligrafii.

 

12. Dawid z Sasunu. Epos staroarmeński, przeł. Igor Sikirycki, Warszawa 1983

Przy okazji Gruzji był już Szota Rustaweli, to teraz pora na epos heroiczny dawnej Armenii. Literaturoznawcy nie są pewni, kiedy dokładnie powstał Dawid z Sasunu, ale w każdym razie kształtował się przez całe wieki. Ogłoszony drukiem został po raz pierwszy w 1874, a przekład Sikiryckiego jest pierwszy w języku polskim. Właściwie to trzecia i najobszerniejsza spośród czterech części eposu Śmiałkowie z Sasunu, poświęconego czterem pokoleniom herosów. Mowa o czasach, gdy Armenia broniła się przed naporem Arabów, więc głównym antagonistą Dawida jest jego przybrany brat Melik, król Egiptu, chociaż występują też Persowie, a nawet papież („Pap Franków”).

            Tytułowy Dawid, syn Mhera (o którym w jednym ze swoich poem wspomina Słowacki), już od wczesnego dzieciństwa odznacza się nadludzką siłą, budząc konsternację w całym otoczeniu. Ma również nadzwyczajnego konia, od czasu do czasu mówiącego, odziedziczonego po ojcu. Przygody zdarzają mu się raz heroiczne, raz komiczne (jak wtedy, gdy zrobili z niego pasterza). Nie jest wzorcem wszelkich cnót – bywa porywczy, czasem mało kojarzy, ciągle pakuje się w kłopoty, zasypiając lub upijając się w kluczowym momencie. Pojawia się wątek miłosny, na którego marginesie mamy też do czynienia z walecznymi postaciami kobiecymi. Jedna z wybranek Dawida przywdziewa zbroję, by szukać jego ciała na polu bitwy, a napotkawszy go, nie rozpoznaje i dochodzi do walki. Druga, odtrącona, wyzywa go na pojedynek w obronie swojego honoru.

            Wszystko to napisane wierszem o rytmie wyraźnym, ale zmiennym. Na ogół jest on biały, ale pojawiają się też partie rymowane. W narrację wplecione są pieśni z powtórzeniami i paralelizmami.

            Książka, w formacie wysokim a wąskim, zawiera reprodukcje staroormiańskich miniatur, z grubsza jakoś tam wiążących się z treścią. Każdy podrozdział ozdobiony został czarno-białym stylizowanym inicjałem narysowanym przez Stanisława Toepfera.


 

13. Robert F. Barkowski, Crotone 982, Warszawa 2015 (z serii Historyczne bitwy)

Z przeciwnego końca Bizancjum miało Italię. W X wieku naszej ery panował tam ruch jak na dworcu, co opisuje nam jeden z popularniejszych autorów habełków. Południową część włoskiego buta trzymało jeszcze Cesarstwo, ale zaangażowane w walki na wschodzie, nie mogło poświęcić Italii wystarczającej uwagi. Na północy i w centrum półwyspu siedzieli Longobardowie, powiększając swoje posiadłości kosztem Bizancjum. Od południa, z Sycylii, atakowali nieustępliwie Saraceni podlegli egipskiemu kalifatowi Fatymidów. Tymczasem na północnym zachodzie wyrosła nowa potęga w postaci reaktywowanego cesarstwa zachodniego, najpierw pod berłem Karolingów, a potem ottońskich Ludolfingów. Ważnym graczem był poza tym, rzecz jasna, papież, a gdzieś w tym całym miksie znaleźli się w pewnym momencie nawet wikingowie.

Omówiwszy sytuację ogólną w Italii, autor przedstawia genezę dynastii Ottonów, a szczególnie skupia się na polityce włoskiej Ottona I. Potem na scenę wchodzi jego syn, Otto II. Natomiast sycylijskiemu emiratowi Kalbidów poświęcone zostało zaledwie parę stron. Zgodnie z najlepszymi tradycjami serii, osobny rozdział dotyczy organizacji i uzbrojenia walczących armii, chociaż i tutaj większość miejsca zajmuje armia ottońska. Dalej następuje opis kampanii Ottona II, który przybył do Italii interweniować w Rzymie, a skoro już tam był, to postanowił zrobić porządek w ogarniętych chaosem księstwach longobardzkich. Postawiło go to na kursie kolizyjnym z sycylijskim emirem Abu al-Kassimem, czego efektem była tytułowa bitwa. Taktycznie była to obustronna klęska, a strategicznie – pyrrusowe zwycięstwo Ottona, bo chociaż musiał uciekać wpław, to Arabowie zawrócili i już nie podejmowali prób podboju kontynentalnej Italii.

Ostatni rozdział poświęcony jest dalszym wydarzeniom w cesarstwie i Italii, a szczególnie chaosowi, jaki nastał po rychłej (rok później) śmierci Ottona II. Zabrakło mi jednego dnia, żebym się urodził akurat w jej tysiąclecie. W każdym razie R.F. Barkowski raz po raz wraca do swojego słowiańskiego konika i przy każdej okazji przypomina o kontyngencie jazdy obodryckiej, a w ostatnim rozdziale kładzie nacisk na powstanie połabskie.

Wszystkie historie opisane są przejrzyście i lekkim piórem. Jak już kiedyś wspominałem, dobrze by sobie radził z beletrystyką historyczną – zwłaszcza dla nie za starych czytelników – którą zresztą podobno też się para. Co prawda tekstowi przydałaby się lepsza redakcja. Dowiadujemy się np., że emir przerzucał wojska do Italii przez „przesmyk morski”. W takim razie koło Koryntu znajduje się cieśnina lądowa. Zaś Jan Tzimiskes doprowadził Bizancjum „do największego rozciągnięcia terytorialnego”. Najbardziej kuriozalne jest zdanie „Wszyscy rycerze jak jeden mąż, ogarnięci strachem, stanęli niby-osiołki w miejscu i oznajmili, że nie pójdą dalej” Potem pojawia się jeszcze jeden taki sam błąd: łuski zbroi „zachodziły na siebie niby-dachówki”. Ktoś tam też coś „kontynuuje dalej”, a jedna kulawa metafora z opisu bitwy trafiła nawet na tylną stronę okładki: „Pierwsza linia atakującej jazdy (…) wdeptywała w ziemię szeregi wroga jak pług świeżą ziemię”. Ja jestem co prawda miastowy, ale nie wydaje mi się, żeby pług wdeptywał cokolwiek w ziemię, a już tym bardziej, żeby wdeptywał w ziemię świeżą ziemię. Przychodzi tu na myśl fraza „Thanos zrównał wszechświat z ziemią”.

Wkładka z ilustracjami jest jedna i zawiera głównie miniatury z omawianego okresu, zarówno zachodnie, greckie, jak i arabskie. Są też ze dwa wyobrażenia późniejsze, anachroniczne (obraz Rafaela i XIX-wieczna litografia). Mapy – jak to zwykle w Bellonie, bardzo niskobudżetowe, ale słyszałem, że ostatnio coś się zaczęło zmieniać na lepsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz