Kolejna, przedwakacyjna porcja lektur obejmuje dwie pozycje z
szeroko pojętej biografistyki muzycznej, jedną powieść romantyczną i bonusowego
Ospreya.
16. Eric Clapton, Clapton. Autobiografia, przeł. Jarosław Rybski, Wrocław 2009
I znów biografia muzyczna, tym razem jednego z najbardziej
wpływowych gitarzystów Wielkiej Brytanii. Blurp z tyłu okładki podaje:
„Nagrywał i koncertował z najwybitniejszymi twórcami, m.in.: The Beatles, The
Rolling Stones, Jimim Hendriksem, Bobem Dylanem, Arethą Franklin, Philem
Collinsem”. Akurat współpraca z Collinsem to dla Claptona średni powód do dumy,
a z Jimim i Arethą były jeno epizody, ale mniejsza o to.
Niektórzy podają, że prawdziwe nazwisko „boga gitary” brzmi Eric
Patrick Clapp. Wygląda na to, że nie do końca. Artysta był nieślubnym
dzieckiem, wychowywanym przez dziadków, którzy nazywali się Clapp, ale jego
matka nosiła nazwisko Clapton po pierwszym, przedwcześnie zmarłym mężu babci. W
autobiografii gitarzysta nie stwierdza, czy kiedykolwiek w życiu w ogóle używał
nazwiska Clapp, ale na zreprodukowanej legitymacji studenckiej za rok 1961/62
wyraźnie widnieje Clapton.
Trzeba przyznać, że Clapton w zajmujący sposób opowiada o swoim
życiu. Dzieciństwo i dorastanie na prowincjonalnej angielskiej wsi (vide
Pratchett), szkoła plastyczna, pierwsze fascynacje muzyczne, pierwsze gitary…
Mam co prawda mieszane uczucia co do opisywania przez artystów swojego życia
seksualnego (vide Manzarek). W końcu wejście w środowisko bluesowe Londynu:
Clapton poznał Paula „Manfreda” Jonesa, kręcił się przy Rolling Stonesach, poznał
w końcu i Beatlesów, a chociaż z początku uważał ich za komerchę, to zawiązała
się przecież przyjaźń na całe życie (choć wyboista) z George’em Harrisonem. Pierwszym
muzycznym przedsięwzięciem z prawdziwego zdarzenia byli The Yardbirds, których Clapton
porzucił, bo uznał, że się sprzedali. Potem współpraca z Johnem Mayallem,
Cream, Blind Faith… Odnosi się wrażenie, że na każdym z tych etapów czegoś mu
brakowało i szybko się zniechęcał. Wreszcie kariera solowa, lecz artysta nie
rozpisuje się jakoś szczególnie o swoich płytach, nawet tych najsłynniejszych.
W związkach z kobietami towarzyszyło mu ciągle poczucie odrzucenia,
co wynikało z wczesnych przeżyć. Przez całe lata sześćdziesiąte spotykamy go w
towarzystwie coraz to nowych partnerek, ale naprawdę pierun Amora walnął w
niego dopiero za sprawą Patti Boyd, żony Harrisona. Doprowadziło go to do
nagrania jednej z najlepszych płyt w karierze – Layli pod szyldem Derek
and the Dominos – ale kiedy w końcu po długich bolach zszedł się z Patti, to
ich wspólne życie było usłane nie tyle różami, co tłuczonym szkłem.
Ostrzegano mnie, że Clapton jest bucem, więc miałem na to baczenie
w trakcie lektury. Wykazuje jednak sporą dawkę samokrytyki, np. wobec młodzieńczego
puryzmu bluesowego; zauważa też, że miał tendencję do zrzucania winy za
wszystko na innych. Nie rzuciło mi się w oczy, żeby o kimkolwiek wypowiadał się
ze szczególną antypatią. Dużo pisze o swoich nałogach: najpierw przez parę lat
brał heroinę, a terapia miała taki skutek, że przerzucił się na ankohol i ten
pozostał z nim już na dłużej.
Ostatnie parę rozdziałów wypada mniej interesująco, bo od kiedy
Clapton wyzwolił się z nałogów, wszedł w stabilny związek i odnalazł życie
rodzinne, to dalej jest już prawie idylla: rejsy wokół Korsyki, łowienie ryb,
spędzanie czasu z córkami i niestety także polowania, od czasu do czasu
przerywane smutniejszym akcentem w postaci ostatniego pożegnania z którymś ze
starych przyjaciół.
Jarosław Rybski, tłumacz, miał kiedyś w „Teraz Rocku” rubrykę poświęconą
tekstom piosenek z różnych płyt. Z autobiografią Claptona porządnie sobie
poradził, dodał od siebie przypisy wyjaśniające konteksty nieoczywiste dla
polskiego odbiorcy, ale zdarzyło mu się parę drobnych potknięć – wmawia nam
np., że Keith Relf, wokalista Yardbirdsów, grywał na harfie, jakby nie
wiedział, że w slangu bluesowym „harp” oznacza harmonijkę.
17. Kurt Cobain, Dzienniki, przeł. Dagmara Chojnacka, Poznań 2002
Trudno
powiedzieć, jaki stosunek miałby lider Nirvany do pośmiertnego wydawania
własnych intymnych zapisków. Możliwe, że skomentowałby je w krótkich
żołnierskich słowach, tak jak skomentował fakt, że jeszcze za jego życia ktoś
ukradł kilka jego brulionów. W każdym razie stało się: od śmierci Cobaina nie
minęło dziesięć lat, a jego dzienniki ukazały się także na rynku polskim. Widocznie
Courtney potrzebowała piniędzow.
Sytuacja zmienia się radykalnie po
sukcesie komercyjnym Nevermind – pojawiają się złorzeczenia wobec branży
nagraniowej, dziennikarzy muzycznych i bezmyślnych fanów. Przy różnych okazjach
Kurdt Kobain (bo i tak się podpisywał – tłumaczka nie wyjaśnia dlaczego, ale miał
tak zostać nazwany w jednym z przewodników płytowych) wyraża lewicowe i
feministyczne poglądy, niekiedy nadając im formę wypowiedzi programowej. Z tego
typu tekstami sąsiadują szkice piosenek (np. Smells Like Teen Spirit w
dwóch wersjach roboczych), okładek płyt, a nawet rysunki poglądowe modelu
gitary dla leworęcznych, którego produkcję artysta chciał zaproponować firmie
lutniczej. Ostatnim opublikowanym tekstem – niepełnym – jest parę gorzkich słów
na temat Jeana-Claude’a Van Damme’a, zapisanych na papeterii rzymskiego hotelu
Excelsior. Pozwala to datować notatkę na ostatnią trasę Nirvany z zimy/wiosny
1994 r.
Jeśli chodzi o seattle’owską scenę rockową, przez dzienniki często
przewija się zespół Melvins. Soundgarden i Alice in Chains jakby w ogóle nie
istnieli, a o Pearl Jam są tylko dwie wzmianki, obie lekceważące. Uderzająca
jest też prawie zupełna nieobecność w tych zapiskach Dave’a Grohla, bądź co
bądź perkusisty Nirvany – podczas gdy Chris vel Krist Novoselic jak najbardziej
się pojawia.
Aby jak najpełniej odtworzyć
charakter dzienników, wydawca zreprodukował strony (nie wszystkie), aby każdy
mógł zobaczyć przyjęty przez Kurta układ graficzny, a pod spodem podano transkrypcję.
Tłumaczka zrobiła dobrą robotę, podobnie jak Rybski wyjaśniając konteksty w
przypisach (np. właśnie dlaczego Novoselic ma dwa warianty imienia), chociaż
niekiedy zdarza jej przepuścić jakieś słowo albo przetłumaczyć coś inaczej, niż
ja bym zrobił („obviously” jako „obleśnie” to jednak trochę zbytnia licentia
poetica).
17,5. Ed Gilbert, Raffaele Ruggieri, Native
American Code Talker in World War II,
Oxforf 2008 (Osprey Warrior
nr 127)
Zaległość z lektur pacyficznych. Udział w II wojnie światowej
amerykańskich szyfrantów z narodów korzennych przez długi czas był ściśle tajny
i armia ujawniła go dopiero w 1969 roku. Ed Gilbert, historyk wojsk pancernych
US Marine Corps, podjął się przedstawienia warunków służby owych „code
talkerów”.
Osprey wykorzystuje konwencję czasem spotykaną w serii „Warrior”:
oparcie narracji na fabularyzowanej historii paru fikcyjnych żołnierzy, którzy
mają być reprezentatywnymi przedstawicielami swojej grupy. Obok tego jednak
przywoływane są wspomnienia prawdziwych weteranów. Najsłynniejsi są Nawaho służący
w szeregach marines, nie tylko ze względu na film Szyfry wojny z
Nicolasem Cage’em (bynajmniej nie w roli Indianina), skądinąd słabo się trzymający
prawdy historycznej. Książka wspomina i o przedstawicielach innych ludów
amerykańskich. Armia lądowa wysłała do Europy Komanczów, którzy lądowali w
Normandii. O udziale Siuksów, Hopi czy Cree wiadomo zupełnie niewiele. Wszystko
zaczęło się zaś od dwóch Czoktawów-radiooperatorów, którzy jesienią 1918 r.
spontanicznie wykorzystywali w łączności własny język. Opracowanie skupia się
jednak na Nawaho, bo o nich najwięcej wiadomo.
Szyfr nie polegał wyłącznie na tym, że łącznościowcy nawijali przez
radio czy telefon w swoim języku – był dużo bardziej skomplikowany, o czym
świadczy fakt, że Nawaj wzięty do niewoli na Filipinach, którego Japończycy
próbowali zmusić do tłumaczenia, miał wrażenie, że słucha jednego wielkiego
bełkotu. Praca szyfrantów umieszczona została w kontekście ogólnych problemów
łączności pola walki, przedstawiono więc najważniejsze typy radiostacji (określenie
„walkie-talkie” początkowo odnosiło się do radia plecakowego, a nie ręcznego).
Omówione jest szkolenie, umundurowanie, a przede wszystkim warunki służby – na
froncie i w czasie wypoczynku na tyłach. Na końcu pojawia się ciekawy rozdział
o tradycyjnych ceremoniach, jakim poddawali się Nawajowie po powrocie do swoich,
a także wykaz niektórych tematycznych muzeów.
Warstwa ilustracyjna to zarówno zdjęcia samych korzennych
łącznościowców (w pewnym momencie wojny nie ukrywano już, że Nawaho i
Komanczowie służą na froncie, ale nie precyzowano, w jakiej roli), jak ogólnie
żołnierzy i sprzętu łączności na pacyficznym teatrze działań. Tablice barwne
(sztuk 7) wykonał Ruggieri, do którego mam stosunek umiarkowany – ludzie są u
niego jakoś dziwnie obli i nadmiernie się błyszczą. Dwie przedstawiają broń i
sprzęt łączności, a reszta to sceny ze służby, także Czoktawów i Komanczów.
18. James Fenimore Cooper, Ostatni Mohikanin, przeł. Tadeusz Evert, Warszawa 1969
Po Quebecu zachciało mi się spontanicznie przeczytać
najsłynniejszą powieść osadzoną w tych samych realiach. J.F. Cooper wydał Mohikanina
w roku 1826, a więc niecałe siedemdziesiąt lat po opisywanych wydarzeniach.
Była to druga część Pięcioksięgu Skórzanej Pończochy i zdecydowanie
najsłynniejsza – doczekała się szeregu ekranizacji, z czego najsłynniejsza, z
1992, z Danielem Day-Lewisem w roli Sokolego Oka, sporo odbiegała od oryginału
(choćby w kwestii tego, kto z głównych bohaterów zginął i w jaki sposób). W
moje ręce wpadło wydanie skrócone z 1969 roku.
Trwa trzecia wojna śląska, a wojska markiza de Montcalma idą
przeciw Anglikom. Major Heyward wyrusza z fortu Edwarda do fortu William Henry,
eskortując Alicję i Korę, córki dowodzącego tym ostatnim pułkownika Munro. Nie
wiedzą, że wiodący ich przez puszczę Amerykanin Magua nie z dobrego serca zgłosił
się na przewodnika. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, w lasach natrafiają na
pomocną dłoń Sokolego Oka i jego mohikańskich przyjaciół: wodza Chingachgooka i
jego syna Unkasa. Następuje akcja o charakterze przygodowym: przemierzanie
lasów, ukrywanie się przed pościgiem, strzelaniny, walka wręcz. Jest coś w
rodzaju wątku miłosnego, ale ledwo zarysowane i mało przekonujące.
Za głównego bohatera należy zdecydowanie uznać Nataniela vel Sokole
Oko vel Długą Strzelbę – zwiadowcę, człowieka puszczy, obeznanego z przyrodą i zwyczajami
Indian, wygadanego i praszczura wszystkich westernowych strzelców wyborowych.
Na drugim miejscu znajduje się Heyward, jako człowiek z zewnątrz,
niedoświadczony w sprawach puszczańskich. Z perspektywy tych dwóch najczęściej
obserwujemy zdarzenia, chociaż narrator jest wszechwiedzący i chętnie o tym
przypomina. Unkas to wprawdzie bohater tytułowy, ale ma dużo mniej czasu
antenowego niż tamci dwaj i znacznie mniej dialogów. Z dwóch sióstr Alicja jest
egzaltowaną i nieco infantylną blondynką, a kruczowłosa Kora – starsza i
poważniejsza – to przykład silnej charakterem, niewalecznej postaci kobiecej.
Jest jeszcze wędrowny psalmista – trochę element komiczny, a trochę piąte koło
u wozu, na przebieg fabuły wpływa dopiero w ostatniej jednej trzeciej powieści.
Pod względem ideologicznym występuje tu motyw „szlachetnego
dzikusa” w stanie czystym; autor często nazywa Indian „dzikimi”, ale w
zestawieniu z nimi ludzie tzw. cywilizowani przeważnie wypadają niekorzystnie.
Wielokrotnie mowa o tym, że to zachłanność Anglików winna jest upadkowi Indian,
a przedtem ich nadmiernej nerwowości. Incydentalnie pojawia się potępienie
niewolnictwa czarnych – matka Kory pochodziła z Karaibów i pułkownik Munro
podejrzewa, że Wirgińczyk Heyward właśnie z powodu uprzedzeń rasowych nie chce prosić
go o rękę tej córki, tylko drugiej. Magua, czarny charakter, jest postacią dość
złożoną – ucieka się do podstępów i przemocy, charakterystyczną i wielokrotnie
wspominaną cechę jego wyglądu stanowi okrutny wyraz twarzy, ale też wykazuje
się zdolnościami krasomówczymi z pogranicza dyplomacji i demagogii, a kieruje
nim zemsta za hańbę, jaką ściągnęli na niego biali. Sam Sokole Oko wielokrotnie
podkreśla, że jest czystej krwi białym, choć wychowanym wśród Mohikanów, i tak
jak oni, żywi hurtową niechęć do Huronów i Irokezów; narrator otwarcie jednak stwierdza,
że przemawiają przez niego uprzedzenia.
Swego czasu Mark Twain niemiłosiernie się natrząsał z pisarstwa
Coopera, jednakże powieść powstała w epoce romantyzmu i trudno się dziwić, że napisana
została takim, a nie innym językiem: długie zdania, opisy przyrody, dialogi tak
rozwlekłe, jakich trudno się spodziewać po żywych ludziach… Jest sporo patosu,
jest i nieco ironii, zwłaszcza w wypowiedziach Sokolego Oka.
Ciekawostka: blurp z tyłu okładki stwierdza, że Cooper urodził się
„w New Jersey w stanie Nowy Jork”.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz