piątek, 3 lipca 2026

Gęś z wielbłąda i czarnoksiężnik z Madrytu, czyli płyty majowo-czerwcowe

  

W maju na targu było biednie, bo padał deszcz i mało kto przyjechał. U stałej handlarki płytowej także wybór okazał się taki sobie, ale coś jednak wygrzebałem. W czerwcu była już lepsza sytuacja, ale za to ja miałem ograniczony budżet. Tak więc wzbogaciłem się o 6 płyt w 2 miesiące.

  

Alanis Morissette, Supposed Former Infatuation Junkie, 1998

Kanadyjska wokalistka zaczynała od mało ambitnej muzyki dance, ale rozbiła bank dopiero kiedy weszła na drogę rocka alternatywnego albumem Jagged Little Pill, jedną z najważniejszych płyt „dziewczyńskiego rocka” lat 90. Przy okazji wylansowała pojęcie „friends with benefits” i przyczyniła się do błędnego zrozumienia przez Amerykanów wyrazu „ironia”.

Kolejnym jej albumem była – jakby to zgrabnie przełożyć – „Rzekoma niegdysiejsza maniaczka zadurzeń”? W składzie znalazł się basista Chris Chaney (później dołączy do reaktywowanego Jane’s Addiction), na klawiszach grał Benmont Tench (znany przede wszystkim z grupy Tom Petty and the Heartbreakers).

Główny problem ze SFIJ polega na tym, że jest to płyta po prostu za długa: 17 utworów, 71 minut. Tym bardziej, że wiele piosenek opiera się na podobnym patencie z perkusją programowaną albo przynajmniej brzmiącą jak programowana, na tle których Morissette wyrzuca z siebie treść. Jeszcze Front Row bym zostawił jako wprowadzający w ogólny nastrój płyty, ale już np. Are You Still Mad i szczególnie mało przystępny Sympathetic Character można sobie darować. The Couch to utwór tekstowo istotny (spychoanaliza?), ale muzycznie – za dużo elektronicznej mgły, przynajmniej zamiast loopów ktoś gra na kongach. Lepiej wypada równie gęsty I Was Hoping, już całkiem elektroniczny i nerwowy.

Entuzjastom hałasu może przypaść do gustu Baba z powolnym beatem perkusji i zgrzytliwym riffem. Natomiast jeśli szukać czegoś przebojowego, to głównym singlem z płyty był Thank U, promowany kontrowersyjnym teledyskiem, w którym Morissette chodzi po sagu po mieście. Ze spokojniejszych ballad dobre wrażenie robi That I Would Be Good. Natomiast UR to jakby próba wejścia drugi raz do tej samej rzeki po pamiętnym Head Over Heels – jest podobna melodia, jest harmonijka, tylko te loopy… Już bardziej stylowo wygląda partia harmonijki w Unsent, ale pojawia się dopiero pod sam koniec. Sam utwór stanowi pierwszą emocjonalną kulminację albumu. Po nim rozbrzmiewa So Pure – znowuż loopowy, ale przynajmniej ze w miarę melodyjnym, „chóralnym” refrenem (tak naprawdę to sama Morissette w nakładkach studyjnych). Druga kulminacja to Joining You, w końcu jakiś względnie rockowy i znowu z refrenem. Sam koniec płyty – Your Congratulations – to fortepianowa ballada z akompaniamentem skrzypiec. Na koniec może być, jednakże po namyśle odchudziłbym tę płytę nawet o połowę.  



Kaiser Chiefs, Employment, 2005

O drugiej płycie Kajzerów już w tym roku było. Teraz przyszła pora na debiut i muszę przyznać, że jest on ciekawszy. Innymi słowy, więcej jest interesujących melodii.

Najkrócej mówiąc, jest to brytyjski rock niezależny, modny w pierwszej dekadzie XXI wieku. Wiele piosenek ma dość ironiczną aurę. Zwykle bywają dynamiczne, jak na samym początku z Everyday I Love You Less and Less oraz I Predict a Riot. Gitarowe brzmienie wzbogaca, na zasadzie ornamentu, wintażowy syntezator, szczególnie słyszalny w spokojniejszym You Can Have It All. Różne momenty wpadają w ucho, nawet jeśli nie są zbyt oryginalne, vide prosty riff akcentowany cowbellem w Modern Way. W Caroline, Yes (aluzja do Beach Boys) elementem wyróżniającym jest kontrast w refrenie miedzy ostrą gitarą a falsetowym zaśpiewem.

Co do najatrakcyjniejszych fragmentów albumu, to tytuł Na Na Na Na Naa mówi sam za siebie. Ten jest dość szybki, natomiast drugi najciekawszy refren ma Oh My God w średnim tempie. Born to be a Dancer też jest dość chwytliwy, ale, wbrew tytułowi, nie bardzo nadaje się do tańca. Prędzej już Saturday Night, ale to akurat mój najmniej ulubiony z uwagi na bliską skandowania partię wokalną.


  

                                                  Camel, The Snow Goose, 1975

Trzeci album Wielbłąda, uważany za klasyczny, miał być w założeniu muzyczną ilustracją jakiejś książki. Po kilku podejściach do twórczości Hessego basista Doug Ferguson zaproponował ostatecznie nowelę Paula Gallico o przyjaźni między artystą Rhayaderem, dziewczynką Frithą i białą gęsią na tle mrocznego roku 1940 i ewakuacji z Dunkierki.

Płyta jest instrumentalna, nie licząc okazjonalnych wokaliz bez słów. Składa się z szesnastu utworów, czasem dosyć krótkich (poniżej 2 minut), w większości lekkich, nastrojowych i o baśniowym charakterze, to z dominującym udziałem gitary Andy’ego Latimera (Sanctuary), to znów klawiatur Petera Bardensa (Fritha). Co ciekawe, wśród instrumentarium wymieniony jest wełniany płaszcz marynarski, którym machali Ferguson i Latimer, imitując łopot skrzydeł.

Najbardziej pamiętny jest niewątpliwie nawiązujący do baroku Rhayader z motywem zagranym na flecie, oczywiście kojarzącym się z Jethro Tull. W pewnym momencie prowadzenie przejmuje długie solo organowe. Utwór przechodzi płynnie w motoryczny Rhayader Goes to Town (oba zresztą na koncertach zespół grywa razem), dla odmiany opowieść gitary. Także w tytułowym The Snow Goose Latimer gra długie, melancholijne solo, stawiające go obok Carlosa Santany czy Jana Akkermana. Friendship wyróżnia się partią barokowych instrumentów dętych typu szałamaje, a w dość szybkim Migration rozbrzmiewa jedna ze wspomnianych wokaliz. Motyw Rhayadera powraca w wersji smutnej i bardziej oszczędnej w Rhayader Alone.

Kulminację rozpoczyna Flight of the Snow Goose, melodyjny i rześki – ranna gęś wyzdrowiała i znów wzbija się w powietrze. Potem jednak zbliża się Dunkierka i nastrój stopniowo przechodzi z sielankowego w niepokojący (Preparation). Dramatyzm sytuacji, w której flota rybaków płynie przez kanał, by z narażeniem życia ewakuować żołnierzy, oddaje crescendo z udziałem sekcji dętej, na której tle gitara Latimera snuje swoją opowieść. Tempo przyspiesza, dołącza perkusista, partia gitary robi się coraz bardziej wściekła (z użyciem techniki slide…) Po tragedii następuje smutek (Epitaph; Fritha Alone)… a potem wraca gęś (La Princesse Perdue, z dynamicznym fragmentem a la Genesis i kolejną rozmarzoną solówką).

Reedycja, którą mam, zawiera kilka bonusów. Są to dwie singlowe wersje skrócone Flight of the Snow Goose i alternatywna wersja Rhayadera przygotowana na stronę B singla. Do tego dochodzą nagrania koncertowe: Rhayader Goes to Town oraz The Snow Goose połączone z bardziej rockowym Freefall z poprzedniej płyty studyjnej – ten ostatni to jedyny utwór na tym kompakcie, w którym słychać śpiew ze słowami. Zarejestrowano je w londyńskim klubie Marquee w październiku 1974 r., a więc jeszcze na parę miesięcy przed studyjnym nagraniem Śnieżnej gęsi.

Gallico chciał zaskarżyć Camel o naruszenie praw autorskich (nie zaś – jak podaje artykuł w książeczce – dlatego, że był niepalący, a logo zespołu kojarzyło mu się z papierosami). Na okładce zmieniono więc tytuł na Music Inspired by The Snow Goose, ale i tak wszyscy używają krótszej nazwy. W 2013 ówczesny skład Camel zarejestrował nową wersję albumu.

  

                                   Mägo de Oz, Hechizos, Pócimas y Brujeria, 2012

Na giełdzie płytowej szukałem Jerzego Harrisona, ale nie znalazłem. Zamiast tego padło na hiszpański power metal z elementami celtyckimi.

Mägo de Oz istnieje od końca lat 80., a od czasów debiutu jedynymi stałymi członkami są perkusista Txus di Fellatio i skrzypek Carlos Prieto „Mohammed”. W dorobku miał m.in. concept album na motywach Don Kichota. Wokalistą był kiedyś Juanma Lobón, ale odszedł z zespołu i na omawianej płycie jego miejsce zajął niejaki Zeta.

Płyta trochę mnie rozczarowała, ponieważ zawiera mniej celtyckich melodii niż to, co słyszałem wcześniej, a gdy się pojawiają, to brzmią jakoś tak… mało integralnie, jak ozdobniki. Ale rozczarowanie wielkie nie było, bo mimo wszystko jest to całkiem przyjemna płyta powermetalowa z wszystkimi elementami stylu. Galopujące rytmy, łatwo przyswajalne melodie, sporo klawiszy, śpiew niekiedy chóralny… A to, że w składzie są skrzypek i flecista, to tylko dodatkowa atrakcja. Co prawda efekt wypada chwilami dość cukierkowo, co dobrze koresponduje z kiczowatą grafiką komputerową na okładce – no ale to również element konwencji.

Początek płyty jest rozpędzony i dynamiczny. Wyróżnia się Sácale brillo a una pena, głównie dzięki kiczowatemu brzmieniu syntezatora – nie ma tu już w ogóle elementów celtyckich. Uczuleniu na syntezator zapobiega No pares (de oir Rock & Roll), w którym pojawiają się organy Hammonda, a w dalszej części wcisnęli nawet wokalizę sopranistki. Kobiecy głos odgrywa rolę pierwszoplanową w Brujas – śpiewa chyba współpracująca z zespołem Patricia Tapia. 

Bardziej nastrojowo zaczyna się Satanael, lecz to tylko zmyłka, bo potem wjeżdża ciężki, orientalizujący riff, po dwóch minutach następuje przyspieszenie, a koło czwartej można wreszcie usłyszeć reela czy coś w tej podobie. Ballada z prawdziwego zdarzenia to Quiero morirme en tí – z początku lekka i akustyczna, potem odlatuje w nie za mocne crescendo.

Kilka razy pojawia się akordeon (H2Oz), a w instrumentalnym A marcha das meigas główną rolę odgrywają dudy. Drugi instrumental nosi tytuł Celtian i on – jak się łatwo domyślić – odznacza się największą zawartością celtyckiego cukru w cukrze. Natomiast kończący płytę utwór tytułowy trwa aż osiem minut i niestety w swej powermetalowości jest ciut zbyt generyczny.


  

Halestorm, Halestorm, 2009

Przede wszystkim nie należy mylić tego zespołu z Alestorm. Tamci to wesoła załoga szkockich piratów, natomiast Halestorm – hardrockowa grupa amerykańska, na której czele stoi rodzeństwo Hale: Lzzy (to nie literówka) i Arejay. Ona śpiewa, gra na gitarze i emanuje atletycznym seksapilem, on wali w bębny. Poza tym skład uzupełniali Joe Hottinger na gitarze prowadzącej i Josh Smith na basie.

Debiut zespołu utrzymany jest w spójnej konwencji hard rocka z zadziornym kobiecym wokalem i sporą dawką melodii – vide It’s Not You czy I Get Off. Czasami – jak w pierwszym z nich – pojawia się interesujące solo gitarowe. Za to What Were You Expecting? jak dla mnie za bardzo czadowy, wręcz zalatujący industrialem – nic dziwnego, skoro przyłożył do niego rękę John5, grający ongiś z Marilynem Mansonem czy Robem Zombie. Wśród innych zewnętrznych współautorów pojawia się w Love/Hate Heartbreak Lukather, ale nie Steve (gitarzysta Toto), tylko jego progenitura Trevor.

Moje ulubione są te fragmenty albumu, w których Lzzy Hale pokazuje bardziej liryczne oblicze, ale zespół nie przykręca wzmacniaczy – innymi słowy power-ballady. Bet U Wish U Had Me Back kojarzy mi się z ostrzejszą, bardziej opancerzoną i oćwiekowaną wersją rocka alternatywnego, gościnnie gra w nim Phil X (następca Richiego Sambory w Bon Jovi). Druga w tej kategorii, a nawet lepsza, jest Better Sorry Than Safe. Najbliżej typowej ballady lokuje się I’m Not an Angel z sekcją smyczkową, ale i tam Lzzy zdziera gardło, zwłaszcza pod koniec. Drugi utwór wzbogacony smyczkami, oparty na niepokojącym pasażu Taste of Poison, sprawia wrażenie raczej przerywnika niż pełnowartościowej piosenki, tym bardziej, że wciśnięto go między dwie lepsze ballady.


  

Alcatrazz, Dangerous Games, 1986

Graham Bonnet, drugi z kolei wokalista grupy Rainbow, śpiewał w niej krótko i nagrał tylko jedną płytę, w dodatku Ritchie Blackmore nie wspominał go zbyt dobrze. Z jednej strony niełatwo być kimś, kto obejmuje posadę zwolnioną przez Ronniego Jamesa Dio (nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej), a z drugiej – wolę jednak Bonneta niż do bólu stereotypowego śpiewaka hardrockowego, jakim jest Joe Lynn Turner. W każdym razie po wyrzuceniu z Rainbow nie spoczął Bonnet na laurach i w latach 80. widzimy go na czele grupy Alcatrazz, powołanej z udziałem byłych członków zespołu New England.

Dangerous Games była to zespołu płyta trzecia i ostatnia. Na poprzednich gitarę dzierżyli wirtuozi ze światowej ekstraklasy – Yngwie Malmsteen i Steve Vai. Trzeci był wioślarz mniej znany – Danny Johnson. Na płycie znalazła się dość łagodna i melodyjna wersja hard rocka, żeby nie powiedzieć AOR. Bonnet stylowo zdziera gardło, ale muzyka jest uładzona, bez szczególnego czadu; zadziorność, lecz ostrugana. Dość konserwatywna była choćby decyzja, żeby na początek rzucić zaaranżowaną na hardrockowo It’s My Life Animalsów. Charakterystyczne dla epoki szkliste klawisze (Jimmy Waldo) nieco rozmiękczają brzmienie, co słychać zwłaszcza w Undercover; podobnie w Ohayo Tokyo, z tym że tam jeszcze dochodzą smyczki z syntezatora. Dla odmiany w No Imagination organy Hammonda ciut zaostrzają efekt, zabarwiając go lekko na purpurowo.

Najciekawiej, czyli najmelodyjniej, wypada utwór tytułowy z przebojowym refrenem i następujący zaraz po nim Blue Boar. Za dyżurną słodką balladę robi walcująca Only One Woman (przeróbka Bee Gees), podczas gdy Witchwood to ballada bardziej refleksyjna. Repertuar kończy krótka Night of the Shooting Star w doo-wopowej aranżacji (głos główny + akompaniament wokalny).

Reedycja została wzbogacona o trzy utwory z koncertu w kalifornijskiej Resedzie. Hardrockowy Hiroshima Mon Amour (zespół chyba w ogóle lubił Japonię, i to z wzajemnością) ze zmyłkową „pościelową” introdukcją i posępna rockowa ballada Suffer Me pochodzą jeszcze z pontyfikatu Malmsteena, zaś rokendrolowy Somethin’ Else Eddiego Cochrana został nagrany w znacznie gorszej jakości niż tamte.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz