W maju na targu było biednie, bo padał deszcz i mało
kto przyjechał. U stałej handlarki płytowej także wybór okazał się taki sobie,
ale coś jednak wygrzebałem. W czerwcu była już lepsza sytuacja, ale za to ja
miałem ograniczony budżet. Tak więc wzbogaciłem się o 6 płyt w 2 miesiące.
Alanis
Morissette, Supposed Former Infatuation Junkie, 1998
Kanadyjska wokalistka zaczynała od mało ambitnej
muzyki dance, ale rozbiła bank dopiero kiedy weszła na drogę rocka
alternatywnego albumem Jagged Little Pill, jedną z najważniejszych płyt
„dziewczyńskiego rocka” lat 90. Przy okazji wylansowała pojęcie „friends with
benefits” i przyczyniła się do błędnego zrozumienia przez Amerykanów wyrazu
„ironia”.
Kolejnym jej albumem była –
jakby to zgrabnie przełożyć – „Rzekoma niegdysiejsza maniaczka zadurzeń”? W
składzie znalazł się basista Chris Chaney (później dołączy do reaktywowanego
Jane’s Addiction), na klawiszach grał Benmont Tench (znany przede wszystkim z
grupy Tom Petty and the Heartbreakers).
Główny problem ze SFIJ polega
na tym, że jest to płyta po prostu za długa: 17 utworów, 71 minut. Tym
bardziej, że wiele piosenek opiera się na podobnym patencie z perkusją
programowaną albo przynajmniej brzmiącą jak programowana, na tle których
Morissette wyrzuca z siebie treść. Jeszcze Front Row bym zostawił jako
wprowadzający w ogólny nastrój płyty, ale już np. Are You Still Mad i
szczególnie mało przystępny Sympathetic Character można sobie darować. The
Couch to utwór tekstowo istotny (spychoanaliza?), ale muzycznie – za dużo
elektronicznej mgły, przynajmniej zamiast loopów ktoś gra na kongach. Lepiej
wypada równie gęsty I Was Hoping, już całkiem elektroniczny i nerwowy.
Entuzjastom hałasu może
przypaść do gustu Baba z powolnym beatem perkusji i zgrzytliwym riffem. Natomiast
jeśli szukać czegoś przebojowego, to głównym singlem z płyty był Thank U,
promowany kontrowersyjnym teledyskiem, w którym Morissette chodzi po sagu po
mieście. Ze spokojniejszych ballad dobre wrażenie robi That I Would Be Good.
Natomiast UR to jakby próba wejścia drugi raz do tej samej rzeki po
pamiętnym Head Over Heels – jest podobna melodia, jest harmonijka, tylko
te loopy… Już bardziej stylowo wygląda partia harmonijki w Unsent, ale
pojawia się dopiero pod sam koniec. Sam utwór stanowi pierwszą emocjonalną
kulminację albumu. Po nim rozbrzmiewa So Pure – znowuż loopowy, ale
przynajmniej ze w miarę melodyjnym, „chóralnym” refrenem (tak naprawdę to sama
Morissette w nakładkach studyjnych). Druga kulminacja to Joining You, w
końcu jakiś względnie rockowy i znowu z refrenem. Sam koniec płyty – Your
Congratulations – to fortepianowa ballada z akompaniamentem skrzypiec. Na
koniec może być, jednakże po namyśle odchudziłbym tę płytę nawet o połowę.
Kaiser Chiefs, Employment,
2005
O drugiej płycie Kajzerów
już w tym roku było. Teraz przyszła pora na debiut i muszę przyznać, że jest on
ciekawszy. Innymi słowy, więcej jest interesujących melodii.
Najkrócej mówiąc, jest to
brytyjski rock niezależny, modny w pierwszej dekadzie XXI wieku. Wiele piosenek
ma dość ironiczną aurę. Zwykle bywają dynamiczne, jak na samym początku z Everyday
I Love You Less and Less oraz I Predict a Riot. Gitarowe brzmienie
wzbogaca, na zasadzie ornamentu, wintażowy syntezator, szczególnie słyszalny w
spokojniejszym You Can Have It All. Różne momenty wpadają w ucho, nawet
jeśli nie są zbyt oryginalne, vide prosty riff akcentowany cowbellem w Modern
Way. W Caroline, Yes (aluzja do Beach Boys) elementem wyróżniającym jest
kontrast w refrenie miedzy ostrą gitarą a falsetowym zaśpiewem.
Co do najatrakcyjniejszych
fragmentów albumu, to tytuł Na Na Na Na Naa mówi sam za siebie. Ten jest
dość szybki, natomiast drugi najciekawszy refren ma Oh My God w średnim
tempie. Born to be a Dancer też jest dość chwytliwy, ale, wbrew tytułowi,
nie bardzo nadaje się do tańca. Prędzej już Saturday Night, ale to
akurat mój najmniej ulubiony z uwagi na bliską skandowania partię wokalną.
Camel,
The Snow Goose, 1975
Trzeci album Wielbłąda,
uważany za klasyczny, miał być w założeniu muzyczną ilustracją jakiejś książki.
Po kilku podejściach do twórczości Hessego basista Doug Ferguson zaproponował ostatecznie
nowelę Paula Gallico o przyjaźni między artystą Rhayaderem, dziewczynką Frithą
i białą gęsią na tle mrocznego roku 1940 i ewakuacji z Dunkierki.
Płyta jest instrumentalna, nie
licząc okazjonalnych wokaliz bez słów. Składa się z szesnastu utworów, czasem dosyć
krótkich (poniżej 2 minut), w większości lekkich, nastrojowych i o baśniowym
charakterze, to z dominującym udziałem gitary Andy’ego Latimera (Sanctuary),
to znów klawiatur Petera Bardensa (Fritha). Co ciekawe, wśród
instrumentarium wymieniony jest wełniany płaszcz marynarski, którym machali
Ferguson i Latimer, imitując łopot skrzydeł.
Najbardziej pamiętny jest niewątpliwie
nawiązujący do baroku Rhayader z motywem zagranym na flecie, oczywiście
kojarzącym się z Jethro Tull. W pewnym momencie prowadzenie przejmuje długie
solo organowe. Utwór przechodzi płynnie w motoryczny Rhayader Goes to Town (oba
zresztą na koncertach zespół grywa razem), dla odmiany opowieść gitary. Także w
tytułowym The Snow Goose Latimer gra długie, melancholijne solo,
stawiające go obok Carlosa Santany czy Jana Akkermana. Friendship wyróżnia
się partią barokowych instrumentów dętych typu szałamaje, a w dość szybkim Migration
rozbrzmiewa jedna ze wspomnianych wokaliz. Motyw Rhayadera powraca w wersji
smutnej i bardziej oszczędnej w Rhayader Alone.
Kulminację rozpoczyna Flight
of the Snow Goose, melodyjny i rześki – ranna gęś wyzdrowiała i znów wzbija
się w powietrze. Potem jednak zbliża się Dunkierka i nastrój stopniowo
przechodzi z sielankowego w niepokojący (Preparation). Dramatyzm
sytuacji, w której flota rybaków płynie przez kanał, by z narażeniem życia
ewakuować żołnierzy, oddaje crescendo z udziałem sekcji dętej, na której tle
gitara Latimera snuje swoją opowieść. Tempo przyspiesza, dołącza perkusista,
partia gitary robi się coraz bardziej wściekła (z użyciem techniki slide…) Po
tragedii następuje smutek (Epitaph; Fritha Alone)… a potem wraca
gęś (La Princesse Perdue, z dynamicznym fragmentem a la Genesis i
kolejną rozmarzoną solówką).
Reedycja, którą mam, zawiera
kilka bonusów. Są to dwie singlowe wersje skrócone Flight of the Snow Goose
i alternatywna wersja Rhayadera przygotowana na stronę B singla. Do tego
dochodzą nagrania koncertowe: Rhayader Goes to Town oraz The Snow
Goose połączone z bardziej rockowym Freefall z poprzedniej płyty
studyjnej – ten ostatni to jedyny utwór na tym kompakcie, w którym słychać
śpiew ze słowami. Zarejestrowano je w londyńskim klubie Marquee w październiku
1974 r., a więc jeszcze na parę miesięcy przed studyjnym nagraniem Śnieżnej
gęsi.
Gallico chciał zaskarżyć
Camel o naruszenie praw autorskich (nie zaś – jak podaje artykuł w książeczce –
dlatego, że był niepalący, a logo zespołu kojarzyło mu się z papierosami). Na
okładce zmieniono więc tytuł na Music Inspired by The Snow Goose, ale i
tak wszyscy używają krótszej nazwy. W 2013 ówczesny skład Camel zarejestrował
nową wersję albumu.
Mägo
de Oz, Hechizos, Pócimas y Brujeria, 2012
Na giełdzie płytowej
szukałem Jerzego Harrisona, ale nie znalazłem. Zamiast tego padło na hiszpański
power metal z elementami celtyckimi.
Mägo de Oz istnieje od końca
lat 80., a od czasów debiutu jedynymi stałymi członkami są perkusista Txus di
Fellatio i skrzypek Carlos Prieto „Mohammed”. W dorobku miał m.in. concept
album na motywach Don Kichota. Wokalistą był kiedyś Juanma Lobón, ale
odszedł z zespołu i na omawianej płycie jego miejsce zajął niejaki Zeta.
Płyta trochę mnie
rozczarowała, ponieważ zawiera mniej celtyckich melodii niż to, co słyszałem
wcześniej, a gdy się pojawiają, to brzmią jakoś tak… mało integralnie, jak
ozdobniki. Ale rozczarowanie wielkie nie było, bo mimo wszystko jest to całkiem
przyjemna płyta powermetalowa z wszystkimi elementami stylu. Galopujące rytmy,
łatwo przyswajalne melodie, sporo klawiszy, śpiew niekiedy chóralny… A to, że w
składzie są skrzypek i flecista, to tylko dodatkowa atrakcja. Co prawda efekt wypada
chwilami dość cukierkowo, co dobrze koresponduje z kiczowatą grafiką
komputerową na okładce – no ale to również element konwencji.
Początek płyty jest
rozpędzony i dynamiczny. Wyróżnia się Sácale brillo a una pena, głównie
dzięki kiczowatemu brzmieniu syntezatora – nie ma tu już w ogóle elementów
celtyckich. Uczuleniu na syntezator zapobiega No pares (de oir Rock &
Roll), w którym pojawiają się organy Hammonda, a w dalszej części wcisnęli
nawet wokalizę sopranistki. Kobiecy głos odgrywa rolę pierwszoplanową w Brujas
– śpiewa chyba współpracująca z zespołem Patricia Tapia.
Bardziej nastrojowo zaczyna
się Satanael, lecz to tylko zmyłka, bo potem wjeżdża ciężki,
orientalizujący riff, po dwóch minutach następuje przyspieszenie, a koło
czwartej można wreszcie usłyszeć reela czy coś w tej podobie. Ballada z
prawdziwego zdarzenia to Quiero morirme en tí – z początku lekka
i akustyczna, potem odlatuje w nie za mocne crescendo.
Kilka razy pojawia się
akordeon (H2Oz), a w instrumentalnym A marcha
das meigas główną rolę odgrywają dudy. Drugi instrumental nosi tytuł Celtian
i on – jak się łatwo domyślić – odznacza się największą zawartością
celtyckiego cukru w cukrze. Natomiast kończący płytę utwór tytułowy trwa aż
osiem minut i niestety w swej powermetalowości jest ciut zbyt generyczny.
Halestorm, Halestorm,
2009
Przede wszystkim nie należy
mylić tego zespołu z Alestorm. Tamci to wesoła załoga szkockich piratów,
natomiast Halestorm – hardrockowa grupa amerykańska, na której czele stoi
rodzeństwo Hale: Lzzy (to nie literówka) i Arejay. Ona śpiewa, gra na gitarze i
emanuje atletycznym seksapilem, on wali w bębny. Poza tym skład uzupełniali Joe
Hottinger na gitarze prowadzącej i Josh Smith na basie.
Debiut zespołu utrzymany
jest w spójnej konwencji hard rocka z zadziornym kobiecym wokalem i sporą dawką
melodii – vide It’s Not You czy I Get Off. Czasami – jak w
pierwszym z nich – pojawia się interesujące solo gitarowe. Za to What Were
You Expecting? jak dla mnie za bardzo czadowy, wręcz zalatujący
industrialem – nic dziwnego, skoro przyłożył do niego rękę John5, grający ongiś
z Marilynem Mansonem czy Robem Zombie. Wśród innych zewnętrznych współautorów
pojawia się w Love/Hate Heartbreak Lukather, ale nie Steve (gitarzysta
Toto), tylko jego progenitura Trevor.
Moje ulubione są te
fragmenty albumu, w których Lzzy Hale pokazuje bardziej liryczne oblicze, ale
zespół nie przykręca wzmacniaczy – innymi słowy power-ballady. Bet U Wish U
Had Me Back kojarzy mi się z ostrzejszą, bardziej opancerzoną i oćwiekowaną
wersją rocka alternatywnego, gościnnie gra w nim Phil X (następca Richiego
Sambory w Bon Jovi). Druga w tej kategorii, a nawet lepsza, jest Better
Sorry Than Safe. Najbliżej typowej ballady lokuje się I’m Not an Angel z
sekcją smyczkową, ale i tam Lzzy zdziera gardło, zwłaszcza pod koniec.
Drugi utwór wzbogacony smyczkami, oparty na niepokojącym pasażu Taste of
Poison, sprawia wrażenie raczej przerywnika niż pełnowartościowej piosenki,
tym bardziej, że wciśnięto go między dwie lepsze ballady.
Alcatrazz, Dangerous
Games, 1986
Graham Bonnet, drugi z kolei
wokalista grupy Rainbow, śpiewał w niej krótko i nagrał tylko jedną płytę, w
dodatku Ritchie Blackmore nie wspominał go zbyt dobrze. Z jednej strony
niełatwo być kimś, kto obejmuje posadę zwolnioną przez Ronniego Jamesa Dio (nie
każdy weźmie po Bekwarku lutniej), a z drugiej – wolę jednak Bonneta niż do
bólu stereotypowego śpiewaka hardrockowego, jakim jest Joe Lynn Turner. W
każdym razie po wyrzuceniu z Rainbow nie spoczął Bonnet na laurach i w latach
80. widzimy go na czele grupy Alcatrazz, powołanej z udziałem byłych członków
zespołu New England.
Dangerous Games była to zespołu płyta trzecia
i ostatnia. Na poprzednich gitarę dzierżyli wirtuozi ze światowej ekstraklasy –
Yngwie Malmsteen i Steve Vai. Trzeci był wioślarz mniej znany – Danny Johnson. Na
płycie znalazła się dość łagodna i melodyjna wersja hard rocka, żeby nie
powiedzieć AOR. Bonnet stylowo zdziera gardło, ale muzyka jest uładzona, bez
szczególnego czadu; zadziorność, lecz ostrugana. Dość konserwatywna była choćby
decyzja, żeby na początek rzucić zaaranżowaną na hardrockowo It’s My Life Animalsów.
Charakterystyczne dla epoki szkliste klawisze (Jimmy Waldo) nieco rozmiękczają
brzmienie, co słychać zwłaszcza w Undercover; podobnie w Ohayo Tokyo,
z tym że tam jeszcze dochodzą smyczki z syntezatora. Dla odmiany w No
Imagination organy Hammonda ciut zaostrzają efekt, zabarwiając go lekko na
purpurowo.
Najciekawiej, czyli
najmelodyjniej, wypada utwór tytułowy z przebojowym refrenem i następujący
zaraz po nim Blue Boar. Za dyżurną słodką balladę robi walcująca Only
One Woman (przeróbka Bee Gees), podczas gdy Witchwood to ballada
bardziej refleksyjna. Repertuar kończy krótka Night of the Shooting Star w
doo-wopowej aranżacji (głos główny + akompaniament wokalny).
Reedycja została wzbogacona
o trzy utwory z koncertu w kalifornijskiej Resedzie. Hardrockowy Hiroshima
Mon Amour (zespół chyba w ogóle lubił Japonię, i to z wzajemnością) ze zmyłkową „pościelową” introdukcją i posępna rockowa ballada Suffer
Me pochodzą jeszcze z pontyfikatu Malmsteena, zaś rokendrolowy Somethin’
Else Eddiego Cochrana został nagrany w znacznie gorszej jakości niż tamte.