wtorek, 4 sierpnia 2026

Dwunastu jazzpostołów i taniec w gumowcach, czyli płyty lipcowe

 

Jak na miesiąc wakacyjny, lipiec dosyć obfitował w zdobycze. Większość z nich pochodziła z Poznania, ale przed i po wyjeździe także coś tam pozyskałem.

  

Miles Davis, Bitches Brew, 1970

Rok 1969 to były czasy bardzo rozwojowe dla muzyki. Wszyscy czerpali ze wszystkiego. Rock czerpał z jazzu, jazz czerpał z rocka, powstały więc formy pośrednie: jazz-rock i fusion. Miles Davis po dziesięciu latach od Kind of Blue nagrał kolejny wielki kamień milowy w sztuce dżezowej: dwupłytowy Bitches Brew (ale wydał dopiero w następnym roku).

Oprócz podstawowego kwintetu (Chick Corea na fortepianie elektrycznym, Wayne Shorter na saksie sopranowym, Dave Holland na kontrabasie, Jack DeJohnette na perkusji) na albumie pojawiają się takie postaci jak Joe Zawinul, John McLaughlin czy Lenny White – łącznie zagrało więc dwunastu muzyków. W pobliżu kręcił się ponoć nawet Herbie Hancock, ale nagrania z jego udziałem nie weszły na płytę.

Materiał, powstały w ciągu trzydniowej sesji latem 1969 r., był improwizowany, Davis wytyczył współpracownikom tylko bardzo ogólne szkielety kompozycji. Nie jest też tajemnicą, że poszczególne utwory poddano daleko idącej obróbce studyjnej, rozmaitemu montażowi, klejeniu i nakładkom (idea „studio jako instrument”). Bywało, że w jednym nagraniu brali udział trzej pianiści, dwaj perkusiści albo dwaj basiści.

Pierwsza płyta zawiera tylko dwa utwory, ale za to każdy po dwadzieścia minut z górą. Pharaoh’s Dance, kompozycja Zawinula, rozpoczyna się dosyć leniwie, ale potem się rozkręca. Książeczka zawiera wyszczególnienie zastosowanych w tym utworze 19 nakładek studyjnych. Pojawia się Bernie Maupin na klarnecie basowym (1969 to musiał być najlepszy rok w historii tego instrumentu), ale najbardziej rzucają się w uszy partie trąbki samego mistrza ceremonii. Tytułowy Bitches Brew ma nawet dwadzieścia sześć minut, a w przedostatniej części słychać mało dotąd się wyróżniającą gitarę.

Gitarzysta ma więcej do zagrania na drugiej płycie, a już szczególnie w utworze zatytułowanym po prostu John McLaughlin – najkrótszym, bo zaledwie czterominutowym, w którym z kolei nie grał sam Miles. Wcześniej jego partie zwracają uwagę w motorycznym Spanish Key, stosunkowo najbardziej przyswajalnym dla rockowego słuchacza; dzielnie dotrzymuje mu kroku Wayne Shorter na swoim saksopranie. Miles Runs the Voodoo Down utrzymane jest z kolei w średnim tempie, a końcowe Sanctuary Shortera – już spokojniejsze.

Reedycja kompaktowa zawiera bonus w postaci dwunastominutowego Feio, nagranego po kilku miesiącach od zasadniczej sesji, z udziałem dwóch legend perkusji – Billy’ego Cobhama i Airtona Moreiry. Utwór jest spokojny i dość amorficzny, oparty na trójdźwiękowym riffie basowym, na którego tle dzieją się różne rzeczy. Moreira wykorzystał tu cuicę, z której wydobywa to zgrzyty kojarzące się z rwaniem zębów, to coś w rodzaju psiego szczekania. 


 

Steve Vai, Passion and Warfare, 1990

Przed wakacjami była grupa Alcatrazz bez Steve’a Vaia, teraz będzie Vai bez Alcatrazz. Przez lata osiemdziesiąte wirtuoz wyrabiał sobie markę, grając z Frankiem Zappą, Davidem Lee Rothem, Whitesnake czy nawet Public Image Ltd., a u progu kolejnej dekady w pełni zaprezentował się światu jako solista. Co prawda jeszcze w 1984 r. wydał dwie płyty na własny rachunek, ale były to właściwie tylko wprawki i dopiero Passion and Warfare można uznać za pełną epifanię tego bożyszcza gitary.

Albumy „wymiataczy” kojarzą się z szybkimi kompozycjami, w których pan gitarzysta popisuje się techniką, grając solówki w zawrotnym tempie. Kilka utworów rzeczywiście pasuje do tego schematu. Należy przede wszystkim wymienić Erotic Nightmares (choć ten w średnim tempie) i zwłaszcza The Audience Is Listening. Raz rozbrzmiewają hardrockowe riffy (The Animal), innym razem refleksyjny skowyt na tle powolnego, klangowanego rytmu, przechodzący stopniowo w skomplikowaną, jazzującą partię zdradzającą wpływy Zappy (The Riddle), zaś I Would Love To nawiązuje do modnej jeszcze wtedy „lakierowanej” odmiany heavy metalu. Jest też trochę amorficznego hałasu (Alien Water Kiss) czy na sam koniec coś, co brzmi jak puszczone w przyspieszonym tempie (Love Secrets). Wyróżniają się podniosły otwieracz Liberty czy równie majestatyczny For the Love of God. Balladowy charakter ma Blue Powder, zaś leniwie refleksyjny nastrój przynosi efektowny utwór akustyczny Sisters.

Vaiowi towarzyszą basista Stu Hamm (później grał także z Joe Satrianim) i perkusista Chris Frazier. Od czasu do czasu pojawiają się osoby dodatkowe, głównie klawiszowiec David Rosenthal, a w Answers słychać też na klawiszach Pię Vai, żonę gitarzysty. Płyta jest praktycznie w całości instrumentalna, nie licząc rozmaitych gadek poprzedzających niektóre utwory. Pod koniec The Riddle słychać recytowaną przez różne głosy przysięgę wierności fladze USA, a w The Audience Is Listening Nancy Fagan wygłasza monolog nauczycielki, która zaprasza małego Steve’a do zagrania czegoś przed klasą, po czym popada w coraz większą konsternację, a nawet oburzenie, od wydobywanych przezeń dźwięków.


  

Paul Simon, Graceland, 1986

Zapewne najlepsza rzecz, jaką nagrał Simon od czasu występów z Garfunklem, ściągnęła mu na głowę krytykę na tle politycznym. Artysta nawiązał bowiem współpracę z muzykami z RPA, łamiąc bojkot kulturalny tego kraju, wymierzony w apartheid. Problem w tym, że Simon współpracował z czarnymi artystami.

Na początku wpadła Simonowi w ręce kaseta z mbaqanga, muzyką popularną południowoafrykańskich townshipów, co stało się początkiem szerszego zainteresowania tamtejszą twórczością. W rezultacie nie tylko postanowił nagrać kilka własnych wersji zasłyszanych utworów (w połączeniu z piosenkami autorskimi), ale wręcz nawiązać współpracę z tamtejszymi wykonawcami.

Już pierwszy utwór na płycie, The Boy in the Bubble z repertuaru lesotyjskiej grupy Tao Ea Matsekha, daje pojęcie o fuzji, jaką osiągnął Simon. Profesjonalne brzmienie lat osiemdziesiątych, ze spogłosowanymi bębnami i soczystym brzmieniem basu, łączy się z typowo południowoafrykańskimi partiami akordeonu czy chóralnym śpiewem. I tak na całej płycie: basowe ostinata, krótkie i powtarzalne motywy instrumentalne, skoczne rytmy budzące bardzo odległe skojarzenia z reggae, Afryka spotyka Zachód. Bardziej gitarową aranżację ma I Know What I Know, z udziałem zespołu General M.D. Shirinda and the Gaza Sisters, w którego refrenie głos Simona napotyka kontrapunkt szybkiego żeńskiego chórku w wysokiej tonacji – w tym przypadku jest to reprezentacja Shangaanów, jednego z plemion ludu Tsonga. Gumboots to z kolei wzbogacony solówkami saksofonów tradycyjny „taniec w gumowcach”, popularny wśród południowoafrykańskich robotników – Simon zaadaptował tu utwór zespołu The Boyoyo Boys (z udziałem samych autorów).

Płytę można zaliczyć do nagranych z udziałem rodzeństwa. Pojawiają się co prawda nie bracia, ale kuzyni o tym samym nazwisku: basista Bakithi Kumalo (zapisany jako Baghiti) i perkusista Vusi Kumalo. Drugi zagrał tylko w dwóch pierwszych utworach, ale za to pierwszego bardzo dobrze słychać zwłaszcza w Diamonds on the Soles of Her Shoes i You Can Call Me Al (w tym pierwszym w dodatku na perkusyjnych pojawia się senegalski wokalista Youssou N’Dour, znany ze współpracy z Peterem Gabrielem). Światową zaś popularność dała płyta chórowi Ladysmith Black Mambazo – także przedsięwzięciu rodzinnemu, na którego czele stał Joseph Shabalala i jego bracia. Czarne Siekiery z Ladysmith wykonują akompaniament wokalny we wstępie do Diamonds…, a potem trwają w tle. Drugi utwór z ich udziałem to Homeless, już całkiem a cappella w koronkowej aranżacji wielogłosowej.

Spośród autorskich utworów Paula Simona tytułowy Graceland brzmi stosunkowo najmniej afrykańsko i nie bez przyczyny: mówi o amerykańskim Południu, rodzinnych stronach Elvisa. Pojawia się tu fraza „shining like a National guitar”, którą potem zatytułowano jedną ze składanek artysty. W nagraniu zaśpiewali w tle The Everly Brothers (gwiazdorzy wczesnego rock and rolla, jeden z nich był w dodatku efemerycznym teściem Axla Rose’a), a na gitarze pedałowo-stalowej zagrał Nigeryjczyk Demola Adepoju. Wyraźnie afrykański charakter ma najbardziej przebojowy na płycie You Can Call Me Al, choć połączony już wyraźnie z zachodnim sznytem – w nagraniu udział wzięli m.in. trębacz Lew Soloff i puzonista David Bargeron, byli członkowie Blood, Sweat & Tears. Jest to też jedna z piosenek, w których zagrał drugi już w niniejszej notce gitarzysta mający za sobą współpracę z Zappą – Adrian Belew. Bardziej wyciszony jest duet z Lindą Ronstadt w Under African Skies, zaś Crazy Love, Vol. II brzmi pogodnie.

Płytę kończą dwa utwory o charakterze bardziej amerykańskim niż afrykańskim. That Was Your Mother z udziałem grupy Good Rockin’ Dopsie and the Twisters reprezentuje luizjańską muzykę zydeco. Istotną rolę znów tu odgrywa akordeon, ale potraktowany (z naszego punktu widzenia) bardziej tradycyjnie. Podobnie w All Around the World, or The Myth of Fingerprints, najbardziej prostolinijnie rockandrollowym, w którym grają Kalifornijczycy z Los Lobos. Całą tę różnorodność spina oczywiście charakterystyczny głos Simona. 


 

Ruination, Visionary Breed, 1998

W sklepie z używanymi płytami przy ul. Święty Marcin zanabyłem album zespołu z Wilna, chociaż śpiewającego po angielsku. Płytę wyprodukował Szwed Peter Tägtgren, znana postać w świecie ciężkiego grania (np. członek Hypocrisy), a wydała wytwórnia hiszpańska.

Na czele Ruination stał gitarzysta, wokalista i klawiszowiec Ainius Staneika. O ile można przeczytać w internetach, późniejsze nagrania zespołu ewoluowały w stronę coraz bardziej komercyjną i w ostatnim okresie przed rozwiązaniem miał on nawet wokalistkę. Tymczasem Visionary Breed prezentuje grupę pod bardzo silnym wpływem Paradise Lost, mamy wręcz do czynienia z klonowaniem. Gotycko-metalowy entourage, minorowe harmonie, posępny nastrój… Oprócz Staneiki jako główny wokalista wymieniony jest Donatas Abrutis, ale nie podejmuję się rozstrzygania, który śpiewa w którym utworze, bo gardłowy, zachrypnięty wokal i tak brzmi jak podróba Nicka Holmesa. W każdym razie w Back of Dreams czy Autumn’s Blaze słychać dwa głosy, jeden wścieklejszy, drugi mniej. Groźne ryki zdarzają się jedynie okazjonalnie.

Przy tym wszystkim muzyka jest dość melodyjna, zwłaszcza w partiach gitarowych, i ogólnie naśladownictwo całkiem sprawnie tym Wilniukom wychodzi. Że nie rozróżniam poszczególnych utworów, to mi za bardzo nie przeszkadza, bo z oryginalnym Paradise Lost mam tak samo. Gotycko-doommetalowe aranżacje wzbogaca często niby-orkiestrowy syntezator (My Souls Enchantment), a czasem nawet pojawia się partia fletów prostych. Never można uznać za balladę, nastrojowy charakter ma też niespełna dwuminutowy The Key, w większości instrumentalny i także z udziałem fletu.

Album kończy Meškos dykumoj, chóralna przyśpiewka biesiadna po litewsku do gitary akustycznej – finał dość głupawy, odbiegający od ogólnego tonu.

  

Hey, Ho!, 1994

Grupa Hey była jedną z największych krajowych gwiazd lat dziewięćdziesiątych. Debiut Fire okazał się być może najlepszą próbą polskiego podejścia do grunge, a Katarzyna Nosowska ze swoim charakterystycznym głosem nawiedzonej dziewczynki dołączyła do czołowych wokalistek nadwiślańskich (chociaż pochodziła znad Odry).

Druga płyta w dalszym ciągu ma w sobie jeszcze dużo z grundżu – opiera się na ciężkim i przybrudzonym brzmieniu gitar. Wciąż jeszcze Nosowska śpiewa po angielsku – aż 6 z 14 utworów. Atmosfera wciąż jest mroczna, a teksty eksplorują niezdrowe relacje międzyludzkie. Za centralny punkt albumu uważam Misie, studium nieszczęśliwości dzieci w rozpadających się rodzinach. Brakuje co prawda (i dobrze) ogniskowego szlagieru, jakim poprzednio był Teksański, za to dużą popularnością cieszyła się Ja sowa, przykład ponurej metalowej ballady (nawet z solówką w odpowiednim klimacie). Mniej znany, a też jeden z najlepszych na płycie, jest oparty na bluesrockowym riffie Maliny się kończą – tytuł nie sugeruje, że podmiot liryczny wadzi się z B-giem. Bluesowy fundament ma również Between, ale mniej zapada w pamięć.  Niekoniecznie o mężczyźnie to znów Hey w swoim bardziej groteskowym obliczu – rytm jakby reggae, niepoważny śpiew, karykaturalny tekst.

Finałem płyty jest nastrojowy Ho. Pomysł z wykorzystaniem „wionczeli” w ostatnim utworze zajeżdża Nirvaną. Ale czy Kurdt Kobain zakończyłby płytę słowami „Lubię chleb, więc sobie zjem / I po brzuchu się poklepię”?