Wakacje rzuciły mnie do Poznania i jeszcze dalej na zachód, w tym
na Śląsk Lubuski. Zgodnie z tym dobrałem listę lektur, a wrzuciłem do niej
także i książkę kupioną na wyjeździe.
19. E.M. Ryś, Kwestia interpretacji, Rzeszów 2026
Na wakacje zabrałem ze sobą tegoroczny debiut polskiej autorki
fantastycznej, a ponieważ mieszka ona w Poznaniu, było to poniekąd wożenie
drzewa do lasu.
W dramatycznych okolicznościach, a ściślej – bitewnych, dochodzi do
spotkania piątki byłych awanturników, których przed laty połączyły wspólne
przygody. Ale jeden z tej piątki stoi teraz po przeciwnej stronie. Renhild
Svartblad, członkini zakonu rycerskiego, z zaskoczeniem uświadamia sobie, że
jej dawny kochanek, Xue’xiang’shu, nie jest tym samym elfem co dawniej. Szybko
też staje się jasne, że to jego dotyczy przepowiednia, na którą kiedyś
natrafili – Xue stał się bowiem wyznawcą mrocznego bóstwa (i wampirem na dokładkę),
ma też na uwadze plan o konsekwencjach potencjalnie katastrofalnych. W efekcie
dochodzi do tego, że Renhild tkwi między młotem swego niegdysiejszego gacha a kowadłem
powinności, podczas gdy jej towarzysze – rycerz Gottlieb, barbarzyńca Einar i
mędrzec Górski (co za zestawienie, prawie jak Gediminas, Mindaugas i Paweł!) radzą
wspólnymi siłami, co dalej z tym fantem.
Mamy do czynienia z fantastyką
kameralną: przez większość czasu Ren i Xue siedzą w jaskini i zmagają się
ciałem i umysłem, a reszta siedzi w oddalonej o wiele mil rezydencji i zastanawia
się. Nie znaczy to, że mamy do czynienia wyłącznie z gadającymi głowami. Są
przecież sceny walk, są Momenty™, a nawet jedna bardzo brutalna scena, wręcz
bolesna dla czytelnika, chociaż pozbawiona szczegółów i operująca
niedopowiedzeniem.
W budowie świata przedstawionego łatwo wykryć inspirację pewnym
systemem gier fabularnych z młotkiem w herbie, przy czym charakterystycznym
rysem własnym jest nadanie elfom sznytu wyraźnie chińskiego. Sednem sprawy nie
jest jednak światotwórstwo, lecz relacje między postaciami. Prawie każdy z
głównych bohaterów jest pełnokrwisty i niejednowymiarowy, a w dodatku, wbrew
stereotypowi, rycerz jest prostakiem, a barbarzyńca inteligentem. Tylko niziołek
Dirk van der Neer odgrywa rolę dość marginalną. Mam nadzieję, że zarówno on,
jak i cały świat przedstawiony (zwłaszcza te chińskie elfy) doczeka się
rozbudowy w zapowiadanym już prekwelu.
Jedyną dostrzeżoną przeze mnie wadą
książki jest okładka: nie dość, że generyczna i niedająca większego pojęcia o
treści, to jeszcze o ohydnej zamszowatej fakturze, na której odciski palców
łatwo pozostają, a trudno je wytrzeć.
20. Paweł Skworoda, Warka-Gniezno 1656, Warszawa 2003 (z serii Historyczne bitwy)
Chwyciłem pierwszego lepszego habełka, jaki dotyczył regionu Wielkopolski.
Ostrzegano mnie co prawda, że książki Pawła Skworody, historyka wojskowości
Rzeczypospolitej XVII w., ledwo się nadają do czytania, z uwagi na dygresyjność
bliską strumienia świadomości. Przyjąłem jednak, że wydane ponad dwadzieścia
lat temu Warka-Gniezno pochodzi z czasów, kiedy jeszcze styl mu się nie
rozregulował.
Kampania wielkopolska Stefana Czarnieckiego i Jerzego Lubomirskiego
trochę niknie w cieniu innych zdarzeń potopu szwedzkiego. W hymnie Polskiej RP
mowa wprawdzie o „Czarnieckim do Poznania”, ale ta zwrotka dotyczy zdarzenia
późniejszego, kiedy kasztelan kijowski
wracał z gościnnych występów w Danii. Trochę szkoda, że wspomniana kampania
niknie także i w książce p. Skworody – z 213 stron (nie licząc aneksu) zaczyna
się dopiero na 145, a tytułowej bitwie pod Warką poświęcono zaledwie kilka
stron przed tym. Warka-Gniezno jest jednym z tych habełków, w których
autor kreśli szerokie tło, co w sumie nie musi być wadą – może to być niezłe
wprowadzenie dla laika do początkowego okresu potopu szwedzkiego.
Autor zaczyna od genezy najazdu Karola Gustawa na Polskę. Wobec
klęsk w walkach z Kozakami i Moskwą nastał w Rzplitej tak potężny kryzys
potyliczny, że niektórzy członkowie opozycji otwarcie przymierzali się do
detronizacji Jana Kazimierza. Szwedzi mieli z kolei kilka różnych powodów ataku
na Polskę, między innymi taki, że istniejącą już armię trzeba było jakoś
utrzymać, a najlepiej kosztem obcego kraju. Autor zwraca uwagę, że kapitulacja
pospolitego ruszenia pod Ujściem czy przejście Janusza Radziwiłła na stronę
szwedzką były decyzjami poniekąd zrozumiałymi w sytuacji zupełnego kolapsu
państwa (i niezadowolenia z Wazy). Jednakże rabunkowa eksploatacja Korony i
przemoc szwedzkich żołnierzy wobec ludności sprawiły, że Karolus szybko stracił
na popularności. Po stronie polskiej na czołową pozycję wysunął się Czarniecki
jako jedyny kompetentny wyższy dowódca u boku Jana Kazimierza, chociaż z
różnych powodów nie otrzymał godności hetmana.
Omówiony został przebieg kampanii 1655 r., a organizacji i
liczebności sił zarówno polskich, jak i szwedzkich poświęcono po rozdziale. I
jedni, i drudzy mieli poważne problemy z finansowaniem, co rodziło kolejne
kłopoty, husarii było ogółem tylko około tysiąca. Wraz z początkiem 1656 walki
przeniosły się w rejon Sandomierza i Przemyśla, dokąd pociągnął król szwedzki z
zamiarem eliminacji głównych sił polskich pode Lwowem. To właśnie kampanii
zimowej poświęcony jest jeden z dwóch najobszerniejszych rozdziałów. Po klęsce
taktycznej pod Gołębiem Czarniecki postanowił przyjąć taktykę partyzancką i unikał
walnej bitwy ze Szwedami, jako że jego armia wyraźnie im ustępowała w piechocie
i artylerii. Punkt zwrotny w wojnie stanowiło zablokowanie Karolusa w widłach
Wisły i Sanu, z których się jednak wymknął.
Pod Warką siły polskie rozbiły idące z posiłkami dla Szwedów
zgrupowanie margrabiego von Baden-Durlach. Było to pierwsze w czasie „potopu”
zwycięstwo polskie w otwartym polu, ale autor poświęca mu tylko parę stron. Następnie
Czarniecki, mimo niechęci Lubomirskiego, zdecydował się pójść do Wielkopolski, gdzie
Szwedzi akurat byli słabsi. Autor nie ukrywa, że w czasie działań w tamtych
stronach żołnierze polscy dopuszczali się grabieży i mordów, co usprawiedliwiali
faktem, że Wielkopolanie pierwsi poddali się Szwedom. Chociaż w tytule książki
stoi Gniezno, to do konfrontacji między panem kasztelanem kijowskim i panem
marszałkiem a księciem Adolfem Janem, bracholem króla szwedzkiego, doszło pod Kłeckiem,
parę kilometrów stamtąd. Tym razem Polacy przegrali – plan Czarnieckiego był
dobry, ale wykonanie zostało położone. Podobnie stało się w ostatnim większym
starciu tej kampanii, pod Kcynią, kiedy na kasztelana ruszył sam Karol Gustaw.
Epilog doprowadza narrację do powrotu Czarnieckiego i Lubomirskiego pod
Warszawę i tamtejszej bitwy, omówionej już przed laty w osobnym habełku.
Opisowi każdej z większych bitew towarzyszy podsumowanie z próbą analizy.
Autor stara się pisać przejrzyście, ale lekkiego pióra to on nie ma
i lektura była dla mnie dość wyboista. Co prawda raczej też nie popełnił
rażących błędów, poza „wracaniem z powrotem” i wzmianką o klasztorze
„Reformatorów” (to jakiś odłam kanoników luterańskich?). Sytuacja ożywia się
nieco, gdy pojawiają się obszerne fragmenty tekstów źródłowych, ale tu znowu
trzeba uważać na korbiastą XVII-wieczną składnię. Bardziej miłosierne pod tym
względem są cytaty z Wespazjana Kochowskiego – może dlatego, że tłumaczone
współcześnie z łaciny – jak i z kronikarzy szwedzkich.
Pod względem ikonograficznym jest to największy odwal, jaki
widziałem w tej serii: jedna wkładka, kilka portretów najważniejszych dowódców,
kilka rycin z pracy Gembarzewskiego, z której korzysta trzy czwarte autorów
habełków o wojnach Rzeczypospolitej – i eta wsio. Podczas gdy inni sięgają do
rozmaitych źródeł i opracowań, zamawiają rysunki u artystów albo sami jeżdżą i
fotografują, p. Skworoda ściągnął po prostu ilustracje z innej książki z tej
samej serii, mianowicie z Warszawy 1656 Mirosława Nagielskiego. Co
prawda podał źródło, ale i tak trudno nie uważać tego za lenistwo.
21. Lucyna Sieciechowiczowa, Życie codzienne w renesansowym
Poznaniu, Warszawa 1974
Tej książki, ze względu na format, nie mogłem zabrać do Poznania i czytałem po powrocie. Serię Życie codzienne pochłaniałem w dzieciństwie i szkoda, że wtedy nie było w domu akurat tej pozycji, bo z pewnością bym ją docenił.
Autorka – urodzona pod Poznaniem, a osiadła w Zakopanem – była raczej pisarką dla dzieci i młodzieży niż historyczką, ale do Życia codziennego zabrała się naukowo, podpierając swój tekst całym szeregiem literatury przedmiotu, od XVI-wiecznych ksiąg miejskich po rozmaite opracowania. Tekst zdradza spory talent literacki, jest łatwy w czytaniu i obrazowy, umiejętnie balansuje pomiędzy ukazywaniem typowych tendencji i indywidualnych – także nietypowych – przykładów.
Obserwujemy więc życie w renesansowym Poznaniu w różnych jego przejawach – od najbogatszych patrycjuszy, przez pospólstwo zorganizowane w cechy kupieckie i rzemieślnicze, po biedotę miejską i chłopów z podległych wsi (np. Jeżyc). Mowa o funkcjonowaniu cechów, o władzach miejskich i ich zatargach z reprezentującym króla starostą generalnym, o budynkach z wewnątrz i z zewnątrz, życiu rodzinnym i małżeńskim. Wyłączona z ogólnej tkanki miejskiej pozostawała szlachta, która zjeżdżała do Poznania z różnych okazji i posiadała w mieście nieruchomości, a przeważnie sprawiała mieszczanom kłopoty. Byli też Żydzi i to dla odmiany im sprawiali kłopoty mieszczanie, a wśród cudzoziemców swego czasu dali się zauważyć Szkoci.
Sporo miejsca poświęcono religii: zarówno dominującemu
katolicyzmowi (chociaż miasto zachowywało sporą niezależność od biskupa i
kapituły z Ostrowu Tumskiego), jak i burzliwym dziejom poznańskiej reformacji.
Z religią ściśle związana była kwestia oświaty – Kolegium Lubrańskiego i
późniejszego kolegium jezuitów. W jeszcze innych rozdziałach autorka wspomina o
ochronie zdrowia i higieny, o pożarach i powodziach, uroczystościach i zamieszkach.
Pomiędzy sprawami ogólnymi przemykają przykłady jednostkowe: pijackie awantury,
oskarżenia o czarostwo…
Książkę wzbogacają 44 ilustracje czarno-białe i 8 kolorowych na 6
wkładkach, w większości zdjęcia zabytków architektury i kultury materialnej.
22. 250 rocznica bitwy pod Kijami. Materiały z konferencji
naukowej zorganizowanej 20 listopada 2009 roku w Sulechowie, red. Marek Nowacki,
Sulechów-Świebodzin 2009
Ze Świebodzina przywiozłem pamiątkę w postaci kolejnej publikacji o
wojnie siedmioletniej. Tym razem jest to praca zbiorowa wydana przez gminę
Sulechów i Muzeum Regionalne w Świebodzinie, poświęcona bitwie, która rozegrała
się właśnie niedaleko Sulechowa.
Bitwa pod Kijami (Kay), zwana też pod Pałckiem (Paltzig) albo
Sulechowem (Züllichau), należy do mniej znanych starć armii Fryderyka Wielkiego.
Głównie dlatego, że sam Fryc nie brał w niej udziału, a zresztą po trzech
tygodniach przyćmiła ją największa klęska króla pod Kunowicami vel
Kunersdorfem. Pod Kijami gen. Piotr Sałtykow pobił pruskiego generała Karola Henryka
von Wedla, który dopiero parę dni wcześniej objął dowodzenie w zamian za zdymisjonowanego
Krzysztofa von Dohna. Obie strony straciły zresztą po generale (u Prusaków –
von Wobersnowa, u Rosjan – Demiku, to był chyba Szwajcar).
Głównym magnesem było dla mnie nazwisko Roberta Kisiela, autora
omawianych już tu kiedyś habełków o wojnie siedmioletniej. Jego referat w
omawianej pracy nosi tytuł Bitwa pod Kijami na tle innych batalii prusko-rosyjskich
wojny siedmioletniej – wojska i mechanizmy taktyczne. Przedstawia dość statystyczne,
ilościowo-jakościowe porównanie Kijów z pozostałymi trzema bitwami należącymi
do tej kategorii (Sarbinów, Kunowice i Gross-Jägersdorf), a także omówienie jakości materiału
żołnierskiego i zastosowanych rozwiązań taktycznych. Kawaleria rosyjska tego
okresu stała na niezwykle niskim poziomie – w odróżnieniu od pruskiej,
najlepszej na świecie – ale nadrabiała ilością, jak to zwykle u nich. W tekście
Kisiela brakuje mi natomiast przejrzystego opisu bitwy i prowadzących do niej
zdarzeń. Zapewnia go artykuł Jerzego Piotra Majchrzaka, ale tylko na kilku
stronach i bez tak lekkiego pióra.
Wcześniejszą część kampanii 1759 r. opisał Grzegorz Przeździecki. Nie
mam 100% pewności, czy jest on tożsamy z Mirosławem G. Przeździeckim, autorem Kunersdorfu
1759, ale wszystko na to wskazuje – i korzystanie wyłącznie ze źródeł
rosyjskich, a nie niemieckich, i używanie nazwy „Kunersdorf”, gdy reszta
autorów pisze o „Kunowicach”, i wreszcie przedruk jednej z map ze wspomnianego
habełka. A także – niestety – dość ciężkie pióro. Swoją drogą, znacznie lepiej
byłoby umieścić teksty w kolejności Przeździecki – Majchrzak – Kisiel, wtedy
zachowana zostałaby chronologia i większa przejrzystość. Po fakcie mogę jedynie
poradzić innym czytelnikom, aby właśnie w takiej kolejności czytali.
Zbiór zawiera też teksty niedotyczące bezpośrednio samej bitwy.
Pierwszy dłuższy tekst – Sztuka wojenna wojny siedmioletniej na tle epoki
Tadeusza Rawskiego – ma treść zgodną z tytułem, ale został niezbyt przejrzyście
napisany, a nawet sprawia momentami wrażenie spisanego z wypowiedzi ustnej. Z
tematem sztuki wojennej wiąże się artykuł znanego bronioznawcy Włodzimierza
Kwaśniewicza o XVIII-wiecznej broni palnej. Jest też coś pod tytułem Wpływ
wojny siedmioletniej na modernizację pogranicza polsko-łużyckiego, a
szczególnie Dolnych Łużyc (Tomasz Jaworski), lecz więcej miejsca zajmuje tu
opis działań wojennych i spowodowanych przez nie zniszczeń niż samej
modernizacji.
Najciekawszy jest artykuł Kamila Szpotkowskiego Pożywienie
wojenne ludności cywilnej i wojsk w okresie wojny siedmioletniej: autor
charakteryzuje XVIII-wieczną kuchnię i wykorzystywane w niej produkty ogólnie,
po czym przechodzi do wyżywienia walczących armii oraz do opisu roślin dziko
rosnących, którymi żywiła się ludność w czasach głodu. Uzupełnienie stanowi
tekst Adama Gonciarza, charakteryzujący plany bitwy pod Kijami znajdujące się w
zbiorach świebodzińskiego muzeum.
Każdemu artykułowi towarzyszy streszczenie w języku niemieckim, a
na początku znajdują się jeszcze dwa krótkie teksty po niemiecku (bez
streszczenia po polsku): Hans Joachim Wagnick opisuje pokrótce bitwę i jej
znaczenie dla mieszkańców Sulechowa, a Werner Vogel promuje Dom Brandenburgii,
placówkę kulturalną w Fürstenwalde.
Praca została wydana lokalnie i co za tym idzie, dość
niskobudżetowo. Dotyczy to również korekty. W artykule Rawskiego pojawia się zmiana
frontu przez cara Piotra II, który w czasie opisywanych wydarzeń nie żył już od
jakich 30 lat – powinien być Piotr III. Gdzieś tam jeszcze pojawia się „kontynuować
dalej”, a największym winowajcą jest tu Szpotkowski. Nie dość, że już na
drugiej stronie przekręca (parafrazuje?) powiedzenie „jesteś tym, co jesz” na
niezgrabne „jesz to, kim jesteś”, to jeszcze wymyśla „Wielkie Księstwo
Warszawskie”, a kilka razy pojawia się u niego „ważenie piwa”.
Ikonografia zrobiona została także niskobudżetowo. Zassano
ilustracje z Wikipedii i paru innych stron internetowych, sięgnięto po Ospreye.
Kwaśniewicz i Przeździecki przedrukowali mapy i ryciny z własnych prac. Oprócz
tego zdarzają się przypadki korzystania z opracowań wydanych drukiem, a także,
oczywiście, ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Świebodzinie. Na pochwałę zasługują
Jaworski sięgający po zasoby żarskiej gazety „Sorauer Heimatblatt” oraz
Szpotkowski, który osobiście sfotografował rośliny, o których pisze.
Na okładce widnieje armata oraz dwa orły – pruski i rosyjski.
Projekt dość czytelny, tyle że armata wydaje się zaśnieżona, co średnio pasuje
do bitwy stoczonej w lipcu, natomiast godło rosyjskie jest anachroniczne, w
wersji z XIX wieku – ma na skrzydłach herby m.in. Królestwa Polskiego i
Wielkiego Księstwa Finlandzkiego. Z tyłu są sylwetki żołnierzy wzięte z
Ospreyów – w stopce podano tylko nazwę serii „Men-at-Arms”, a nie konkretne
tytuły.
23. Karl-Markus Gauß, Umierający Europejczycy. Podróże do sefardyjskich Żydów z
Sarajewa, Niemców z Gottschee, Arboreszów, Łużyczan i Aromunów. Ze zdjęciami Kurta Kaindla, przeł. Alicja Rosenau, Wołowiec
2006
W czasie zeszłorocznej fazy na lektury okołołużyckie zapomniałem o
tej książce z Czarnego. Przypomniałem sobie przy okazji kolejnej wizyty na
dalekim zachodzie Polskiej RP. Autor – pisarz i publicysta ze Salzburga – wybrał
się odwiedzić pięć mniejszości etnicznych Europy Środkowej. Jeździł przez
pustkowia, odwiedzał ruiny, rozmawiał z emerytami.
Spośród tej piątki najbardziej znani byli mi dotąd Łużyczanie. Gauß wybrał się więc do Budziszyna i okolic; zastał tam Serbów
coraz mniej licznych, ale wciąż kultywujących język i niektóre dawne tradycje.
Paradoksalnie, chociaż ich tożsamość pomimo wszelkich prześladowań trzymała się
mocno, to od kiedy wreszcie zyskali swobodę ekspresji, właśnie przyspieszyło ich
wymieranie. Autor zauważa też motyw „cepelizacji” kultury Łużyczan (nie mylić z
kulturą łużycką). Przy okazji poruszony został mało znany temat zniszczeń
ekologicznych na Łużycach z powodu enerdowskich kopalni odkrywkowych (i
związanych z tym przesiedleń).
Temat Żydów bośniackich kojarzyłem już co nieco z przeczytanego
przed laty zbioru opowiadań Isaka Samokovlii Kadisz. W oczach Gaußa, wspinającego się po wzgórzach Sarajewa, ich losy
są nierozerwalnie związane z wielokulturowym charakterem Bośni jako takiej, w
tym z jej historycznymi tragediami. Nie da się pojechać do Sarajewa w
poszukiwaniu Sefardyjczyków, nie natrafiając na zniszczenia wojenne. Szczególny
zaś, niemal symbiotyczny związek mieli tamtejsi Żydzi z muzułmanami.
Właściwie nie da się opowiadać o wymierających
narodach z pominięciem tych liczniejszych, wśród których żyją. Wydawałoby się,
że Słoweńcy to taki mały naród – niecałe 1,8 miliona – a jednak Gottscheerzy,
czyli Niemcy z okręgu Kočevje (nie mylić z Kociewiem), niknęli w „słoweńskim
morzu” (Gauß
napisał zresztą i książkę o mniejszościach niemieckich w różnych krajach Europy).
Temat nieistniejących niemieckich wsi, niknących wśród gęstego lasu, skojarzył
mi się z Mazurami. Tyle że Prusy Wschodnie były mimo wszystko biedną, lecz
prestiżową częścią państwa niemieckiego, a Gottschee – odciętą żywiołem
słoweńskim od Niemiec i Austrii enklawą, gdzie mówiono akcentem mało
zrozumiałym, a nazizm też specjalnie się nie przyjął. Paradoksalnie, Niemców
koczewskich wysiedlili nie przedstawiciele władzy narodu otaczającego, jak tych
z Polski czy Czech, tylko hitlerowcy, gdyż w ramach rozbioru Jugosławii region
ten miał przypaść Włochom.
Skoro o Włochach mowa, na stopie italskiego buta żyje kolejna z
opisywanych grup: Arboresze, czyli włoscy Albańczycy. Nie są to potomkowie
imigrantów z czasów panowania włoskiego w Albanii – ich przodkowie przepłynęli
Adriatyk jeszcze w XV w., po śmierci Skanderbega. W przypadku Arboreszów rzuca
się w oczy podwójny patriotyzm – albański i włoski – oraz przywiązanie do
małych miasteczek, w których absolutnie nic się nie dzieje, a do których
wracali na starość, spędziwszy wiele lat na pracy z dala od domu. Widać też
cechę wspólną np. z wieloma Polonusami – żyjąc od dawna w oderwaniu od starej ojczyzny,
czują pewną wyższość czy nawet pogardę wobec swoich „skażonych niewolą”
rodaków.
Pozostali jeszcze Aromuni lub Arumuni, względnie Kucowołosi. Naród
ten, posługujący się językiem podobnym do rumuńskiego, rozproszony jest po
południowej części Półwyspu Bałkańskiego, autor natomiast odwiedził go w
Macedonii (dziś Północnej). W tym przypadku jako strategie przetrwania zauważamy
nie tylko kultywowanie języka, folkloru i wszelkich drobnych różnic, ale
również megalomanię podobną do naszego turbosłowiaństwa, zjawisko zresztą
niezbyt unikatowe na Bałkanach. No to kim był w końcu Aleksander Wielki?
Do tłumaczenia nie mam większych zastrzeżeń, chociaż nazwisko
Jurija Brězana występuje dwukrotnie jako
„Brežan”. Skąd wiadomo, że to nie wina autora? Bo dał on rękopis łużyckiej
poetce do przejrzenia.
Tekst uzupełnia kilka zdjęć wykonanych przez Kurta
Kaindla, z którym autor wspólnie podróżował. Na okładkę trafiła grupa Arumunów z
Bitoli na schodach swojej dawnej szkoły.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz