środa, 1 listopada 2017

Rockowe Zaduszki 2017


Pod względem umieralności sławnych ludzi rok 2017 wydawał się mniej okrutny od 2016 (z zastrzeżeniem, że jeszcze się, rzecz jasna, nie skończył), mimo wszystko jednak utraciliśmy ich pewną liczbę. Spośród muzyków rockowych, których mam tutaj do wymienienia, niektórzy do nieba szli parami.

7 grudnia 2016, trzy kwartały po samobójstwie Keitha Emersona, zmarł Greg Lake, drugi z członków Emerson, Lake & Palmer. O ile Emerson był twarzą tria, to Lake był jego głosem. Grał też na basie i gitarze oraz miał istotny udział w komponowaniu: do największych hitów ELP należała jego młodzieńcza kompozycja Lucky Man. Zanim połączył siły z Emersonem i Palmerem, grał i śpiewał na słynnej debiutanckiej płycie King Crimson, tej z groteskową przerażoną gębą, takie klasyki jak Epitaph czy 21st Century Schizoid Man.


Kolejny po Gregu Lake’u były głos King Crimson zmarł, też na raka, 31 stycznia. John Wetton, podobnie jak jego poprzednicy – Lake, Gordon Haskell i zmarły w 2006 Boz Burrell – był śpiewającym basistą. Do King Crimson wstąpił w 1972, gdy Robert Fripp reaktywował grupę po okresie zawieszenia, po czym pobił dotychczasowy rekord, utrzymując się jako wokalista/basista na trzech kolejnych albumach studyjnych i jednym koncertowym (Lake wytrwał tylko dwa). Po rozpadzie King Crimson grał na basie w Roxy Music, Uriah Heep i Wishbone Ash, choć nie czuł się z tymi zespołami szczególnie związany i przyznał kiedyś w wywiadzie, że grał w nich wyłącznie dla kasy. Występował też często jako muzyk sesyjny. Bardziej zaangażowany był w działalność supergrupy UK i pop-progresywnego zespołu Asia, a zwłaszcza od lat 90. wypuszczał płyty solowe (do Polski dotarł, zdaje się, w 1998). Miał też na koncie sporo występów gościnnych, np. ze Steve’em Hackettem na jego koncercie w Tokio.



22 stycznia 2017 r. zmarł Jaki Liebezeit, perkusista słynnej niemieckiej grupy Can, która zaliczała się do nurtu krautrocka lat 60./70., lecz zamiast psychodelicznych odlotów postawiła na minimalizm i transowy rytm, wpływając na całe mnóstwo późniejszej muzyki. Liebezeit zaczynał od grania jazzu, ale w Can celowo wyrzekł się skomplikowanych partii i przejść. W zamian zaczął grać prosto i niestrudzenie: nazywano go “człowiekiem-metronomem”. W takim Mother Sky bez zmęczenia nabijał ten sam rytm przez dobre 14 minut! 6 września natomiast zmarł basista i de facto lider grupy, Holger Czukay, urodzony w Wolnym Mieście Gdańsku. Przed założeniem Can był studentem samego Karlheinza Stockhausena i ogromnie interesował się techniką nagraniową oraz tworzeniem efektów dźwiękowych, m.in. z zastosowaniem krótkofalówki. Po odejściu z zespołu rozwijał działalność solową, stając się jednym z pionierów samplingu. Na dzień dzisiejszy z klasycznego składu Can pozostali przy życiu już tylko klawiszowiec Irmin Schmidt oraz wokaliści: wcześniejszy Malcolm Mooney (obecnie artysta plastyk) i późniejszy Damo Suzuki (obecnie świadek Jehowy).


Dwa dni po Liebezeicie zmarł tragicznie inny perkusista – Butch Trucks z The Allman Brothers Band. Grupa była klasykiem southern rocka i podobnie jak w przypadku Lynyrd Skynyrd, miała historię zawiłą i pełną tragicznych zdarzeń, choć wyróżniała się nie tyle imażem prowincjonalnych zabijaków, co wirtuozerią instrumentalną i skłonnością do długich koncertowych improwizacji. Trucks był jednym z dwóch równoczesnych perkusistów zespołu, a także jednym z dwóch muzyków, którzy grali w zespole od jego początków w 1969 aż do rozwiązania w 2014 (z kilkoma przerwami) – ten drugi to Gregg Allman. Drugi z braci Allmanów w sensie dosłownym, wybitny gitarzysta Duane Allman, i basista Berry Oakley na początku lat 70. w odstępie roku zginęli w wypadkach motocyklowych. Kiedy zaś z reaktywowanego po latach zespołu odszedł drugi z oryginalnych gitarzystów, Dickey Betts, jego następcą stał się bratanek Butcha, Derek Trucks. 
Sam Gregg Allman zmarł na raka 27 maja. W The Allman Brothers Band pełnił funkcję wokalisty i organisty, ale sięgał też czasem po gitarę. Poza tym tworzył solo, a przez parę lat był nawet mężem Cher i nagrali razem płytę, która nie przypadła do gustu ani jego, ani jej fanom. Po ostatecznym rozwiązaniu Allman Brothers skupił się na karierze solowej: ostatni album ukazał się już pośmiertnie.



18 maja, w wieku zaledwie 52 lat, zmarł w rezultacie depresji Chris Cornell, najbardziej znany jako wokalista słynnej grupy Soundgarden, będącej jednym z filarów grunge’u. Charakteryzował się szczególną barwą głosu i całkiem sporą skalą, pozwalającymi mu doskonale przekazywać różne weltszmerce. Nie jestem pewien, czy spośród czterech wokalistów największych grup grunge rocka (Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden, Alice in Chains – dziś tylko Eddie Vedder z Pearl Jamu pozostał żywy) nie był właśnie on najlepszy technicznie. Tony Iommi uważał Soundgarden i Cornella za najbardziej udanych kontynuatorów tradycji Black Sabbath. Grupa zaczynała w późnych latach 80. w undergroundzie, ale potem osiągnęła sukces komercyjny, ugruntowany balladą Black Hole Sun. Po rozpadzie Soundgarden pod koniec lat 90. Cornell połączył siły z byłymi instrumentalistami Rage Against The Machine, tworząc zespół Audioslave. Nagrywał też płyty solowe, z których najbardziej kontrowersyjna była Scream, utrzymana w konwencji R&B i niemal powszechnie uznana za zdradę artystyczną.


Skoro padła nazwa Black Sabbath, to 28 stycznia zmarł Geoff Nicholls, klawiszowiec związany z tą grupą przez wiele lat – czasem jako stały współpracownik, a czasem jako pełnoprawny członek. Muzyka Sabbathów oparta była głównie na ciężkich gitarach, lecz czasem brzmienie wzbogacały brzmienia klawiszowe. Nicholls, na koncertach nierzadko grający zza kotary, podjął współpracę z grupą w czasach, kiedy wokalistą został Ronnie Dio, a później był świadkiem występów w niej Iana Gillana, Glenna Hughesa, Tony’ego Martina i powrotu Ozzy’ego Osbourne’a. Pierwszym moim kontaktem z postosbourne’owskim Sabbathem była kompilacja The Sabbath Stones na 90-minutowej kasecie, która cięgiem się psuła, zawierająca utwory z lat 1983-95. Na okładce wymienieni byli prawie wszyscy muzycy biorący udział w tych nagraniach, a Nichollsa spostponowano, zapisując jego imię jako “Jeff”.
  Nichollsa nie widać, ale go słychać.

Zazwyczaj przy okazji “zaduszek rockowych” nie wymieniam tych muzyków, których twórczości nie mam w płytotece, ale w tym roku musiałem zrobić kilka wyjątków.

7 listopada 2016 zmarł Leonard Cohen, pieśniarz folkowy słynny z poetyckich ballad wykonywanych charakterystycznym, głębokim głosem. U nas spopularyzował je, we własnych przekładach i swoim własnym głębokim głosem, Maciej Zembaty. Cohen, kanadyjski Żyd, który swego czasu został mnichem buddyjskim, kilka razy powracał do obiegu. Pierwsza fala jego popularności miała miejsce w latach 60., potem w 80. za sprawą płyty I’m Your Man, a w XXI wieku znowu powrócił na szczyty list przebojów dzięki hitowemu In My Secret Life z płyty nagranej przy współudziale Sharon Robinson. Wiele jego utworów zostało standardami, żeby wymienić choćby Hallelujah, Suzanne czy First We Take Manhattan, i wykonywała je cała mynga artystów. Ballada Chelsea Hotel #2 nawiązywała do przelotnego związku Cohena z pewną słynną, młodo zmarłą wokalistką, Avalanche został nagrany przez Nicka Cave’a na pierwszej płycie The Bad Seeds, zaś utwór Sisters of Mercy nadał nazwę brytyjskiemu zespołowi rocka gotyckiego (posługującemu się zresztą automatem perkusyjnym o imieniu Doktor Avalanche).



13 listopada zmarł Leon Russell, amerykański artysta aktywny od lat 50., u nas, jak to często bywa z Amerykanami sprzed ery MTV, stosunkowo mało znany. Tworzył na pograniczu rocka, bluesa, country, soulu i innych gatunków. Współpracował z całym mnóstwem muzyków, m.in. George’em Harrisonem, Joe Cockrem czy Eltonem Johnem. Był też autorem wielu utworów wziętych na warsztat przez kogoś innego – np. grupa Nazareth wykonywała Alcatraz.



20 lipca (w rocznicę urodzin Chrisa Cornella, którego zresztą był on kumem) odebrał sobie życie Chester Bennington, jeden z wokalistów grupy Linkin Park, ten śpiewający – bo miała ona i rapera, Mike’a Shinodę. W moich czasach licealnych “Park Linkolna” wdarł się szturmem na listy przebojów z takimi przebojami jak Papercut, One Step Closer czy In the End. Prezentował bardziej przystępną odmianę nu metalu i w takim np. “Tylko/Teraz Rocku” z początku traktowany był per noga, jako komercyjny produkt (no weś, album z remiksami i koncertówka zaraz po debiutanckiej płycie?), ale na kolejnych albumach udowodnił, że ma więcej do powiedzenia, niż się wydawało u zarania kariery.


2 października, wkrótce po zakończeniu trasy koncertowej, zmarł na zawał Tom Petty, lider zespołu Tom Petty & The Heartbreakers. Kolejny przypadek wykonawcy znanego znacznie lepiej w Ameryce niż u nas, choć Pidżama Porno zawarła jego nazwisko w tytule jednego ze swych singli. Bo też był Petty przedstawicielem rocka niezbyt czadowego, za to na wskroś amerykańskiego. Do największych hitów artysty należał Into the Great Wide Open ze słynnym teledyskiem, który często widywałem w dzieciństwie: w młodego gwiazdora, “buntownika bez pojęcia”, wcielił się tam młody Johnny Depp. Poza Heartbreakers Petty’emu zdarzały się płyty solowe, w XXI w. efemerycznie reaktywował swój stary zespół Mudcrutch, ale najbardziej znanym przedsięwzięciem pobocznym była supergrupa Travelling Wilburys, którą, pod pseudonimem, współtworzył z Bobem Dylanem, Royem Orbisonem, George’em Harrisonem i Jeffem Lynne’em.



22 października zmarł George Young, emigrant ze Szkocji do Australii, znany przede wszystkim jako starszy brat i mentor Angusa i Malcolma. W początkach kariery AC/DC wspierał braci jako producent płytowy i miał ogromny wpływ na brzmienie ich zespołu (m.in. produkował słynną koncertówkę If You Want Blood, You’ve Got It). Wcześniej, w latach 60., razem z Harrym Vandą, imigrantem z Holandii, współtworzył zespół The Easybeats, którego największym przebojem był Friday on My Mind, kowerowany później m.in. przez Davida Bowiego czy Gary’ego Moore’a. Pod koniec lat 70. Vanda i Young założyli nowofalowo-elektroniczną grupę Flash and the Pan, którą poznałem w czasach studenckich dzięki audycjom w Radiu Kraków. Tworzyli również spółkę kompozytorsko-producencką, wspierając wielu innych artystów.

czwartek, 5 października 2017

Muł, dudziarz, trzy rozstania i kilka jaboli

Kolejne cztery płyty zostały uzyskane wiosną i wszystkie oprócz jednej wysyłkowo, co nie zdarza mi się często.

Gov’t Mule, Live… With a Little Help from Our Friends, 1999

Od wczesnego liceum do moich absolutnie ulubionych amerykańskich zespołów należy The Allman Brothers Band. Grupa, założona pod koniec lat 60. przez braci Duane’a i Gregga Allmanów, szybko zasłynęła jako mistrzowie blues rocka z Południa, z domieszką jazzu i country, a także spece od zespołowych improwizacji na koncertach. Gdy jednak w 1971 r. Duane zginął w wypadku motocyklowym, a rok później ten sam los spotkał basistę Berry’ego Oakleya, zespół zaczął stopniowo gubić się życiowo, aż się wreszcie rozpadł. Odrodzenie przyniósł mu koniec lat 80., kiedy Allman Brothers (już tylko z jednym bratem w sensie dosłownym – Greggiem, który zmarł w maju 2017) reaktywowali się z dobrym skutkiem. Była to zasługa nowych członków: gitarzysty Warrena Haynesa i basisty Allena Woody’ego (nie mylić z Woody Allenem), którzy okazali się godnymi następcami tragicznie zmarłych muzyków.
Z czasem jednak Haynes i Woody postanowili coś zrobić na własny rachunek. Dokooptowali więc perkusistę Matta Abtsa i tak powstał Gov’t Mule, pod względem poziomu wykonawczego równie ceniony jak Allmanowie, ale często krytykowany, że to lepsi instrumentaliści niż kompozytorzy. Za to kiedy już zaczną grać… Gitara Haynesa po prostu snuje opowieści, momentami słucham tego z większym zanurzeniem niźli koncertowego jamowania samych Allmanów.
Płyta Live… With a Little Help from Our Friends to zapis występu w klubie Roxy w Atlancie w Sylwestra 1998 r. Pełna wersja liczy sobie aż cztery płyty, w moje zaś ręce wpadło wydanie okrojone. Zawiera tylko 12 utworów, a jednak jest to album dwupłytowy. Zwłaszcza fakt, że na drugim dysku znajdują się tylko cztery kawałki, może coś podpowiedzieć na temat ich długości.
Tytuł jest nieprzypadkowy, bo trio Haynes-Woody-Abts wspierają tu muzycy występujący gościnnie. “How you doin’ this evening?” – zagaja lider, po czym od niepokojącego basowego motywu zaczyna się autorski utwór Haynesa, Thorazine Shuffle. Po nim rolę przerywnika pełni niespełna dwuminutowy, jazzowaty Dolphineus – poza tym jednym, żaden utwór na albumie nie schodzi poniżej sześciu minut, a większość wręcz przekracza osiem.
Muł nie prezentuje wyłącznie twórczości własnej – kowery stanowią wręcz większość materiału. Z War Pigs Black Sabbath wydobyty zostaje pierwiastek bluesowy, a Haynes najeża ten utwór frapującymi solówkami, odmiennymi stylistycznie od oryginału. Za to w kilku miejscach mylą mu się słowa, albo nie pamięta i markuje lekkim bełkotem. Są też rozbudowane wersje Mr. Big Free oraz 30 Days in a Hole grupy Humble Pie – w obu zresztą pojawia się pierwszy gość, gitarzysta Mark Ford (ex-The Black Crowes). Oryginalną wersję 30 Days in a Hole usłyszałem dopiero później, rozbijając się autem po Los Santos w GTA V, i muszę przyznać, że kower Muła jest dużo lepszy: mniej łobuzerski, a bardziej ubluesowiony.
Jak widać, amerykańska grupa sięga głównie do brytyjskiej klasyki Dla odmiany jednak pokazuje też przykład klasycznego bluesa – Look on Yonder Wall Jamesa Clarka i Elmore’a Jamesa, piosenkę z 1945 r. o inwalidzie zabawiającym mężatki, których chłopy poszły na wojnę. Jak przystało na kower Elmore’a Jamesa, odznacza się gęstym wykorzystaniem gitary slide, ale gra tu również pianista Chuck Leavell, uznana postać w tej branży: w latach 70. sam był przez jakiś czas członkiem The Allman Brothers Band, ja zaś doceniłem jego partie na koncertówce Erica Claptona Unplugged – i tu po raz kolejny potwierdza swoją klasę.
Później przychodzi chwila na kolejne utwory własne Gov’t Mule. Solenny Soulshine, napisany przez Haynesa pierwotnie z myślą o Allman Brothers, zaczyna się rozbudowanym pojedynkiem klawiszowców. Na fortepianie gra Leavell, a na organach – Bernie Worrell, współzałożyciel Parliament-Funkadelic i współpracownik Talking Heads, zmarły w zeszłym roku. Do tego dołącza kolejny gościnny gitarzysta, Derek Trucks (jeszcze jeden członek Allman Brothers i bratanek ich zmarłego w tym roku perkusisty). Dalej następuje jazzowo-funkujący Mule, bardzo rozimprowizowany: w pewnym momencie wybrzmiewa nawet zacytowany riff z hendrixowskiego Voodoo Chile, który nieoczekiwanie zmienia się w coś na kształt finału Don’t Want You No More, rozpoczynającego pierwszy album Allmanów – ale to nie finał, ta muzyczna rzeka płynie i płynie… Jazzowy klimat słychać też w Devil Likes It Slow z drugiej płyty.
Najlepszy moment tej koncertówki to rozpoczynający drugą płytę Sad and Deep as You z repertuaru Traffic (znowu Brytyjczycy!). W oryginale hipisowska ballada, zagrana głównie na gitarze akustycznej, tu zostaje zelektryfikowana i zyskuje na podniosłości, a od piątej minuty, gdy artyści dają po watach, nabiera intensywności wręcz apokaliptycznej. Ciężkie bębnienie Matta Abtsa, świetny Leavell na organach, Woody dudni imponująco, a do tego pojawia się saksofon, w który gościnnie dmie Randall Bramblett, były członek zespołu Sea Level, również powiązanego personalnie z Allman Brothers. Właściwie można by słuchać tych czternastu minut (w ostatnich czterech znów wyciszenie), za każdym razem zwracając uwagę na inny instrument.
Idąc za ciosem, Gov’t Mule prezentują jeszcze – tak samo czternastominutowy – Cortez the Killer Neila Younga. I tak sobie myślę: ech, gdyby tak kiedy nagrali własną wersję Ordinary People, dopiero byłby czad! Album wieńczy zagrany na bis jam na motywach Afro-Blue kubańskiego kompozytora Mongo Santamarii. Ze sporym zdumieniem rozpoznałem melodię tego standardu jako coś, co od lat kojarzyłem z koncertu The Doors Absolutely Live: koledzy Jima Morrisona przytoczyli ją w Universal Mind. Mułowa wersja jest jednak aż półgodzinna i mimo wszystko zdarzają sie w niej dłużyzny. Nie mąci to jednak nad wyraz pozytywnego wrażenia ze słuchania albumu, który gotów jestem postawić na równi z Lotusem Santany.
Wykonanie z innego koncertu, ale też jest Bernie Worrell.



Sexbomba, Ctrl+Alt+Delete, 2011

Nazwa tego punkowego zespołu z Legionowa to prawdziwa zmora internauty próbującego wyszukać o nim informacje (zwłaszcza, kiedy pisano ją jako “Sex Bomba” – sami muzycy podpowiadali, że przy łącznym pisaniu powinno być łatwiej). Po raz pierwszy usłyszałem o nich pod koniec lat 90., kiedy mieli wątpliwą sławę ulubionej kapeli legionowskich skinheadów. Wyróżniała ich także fascynacja muzyką lat 60., której przejawem stał się kower beatlesowskiego Please, Please Me, zatytułowany Piosenka o sklonowaniu Johna Lennona. Później grupie przydarzył się prawdziwy hicior w stylu bigbitowym – Hallo, to ja, za którego sprawą trafili do mediów głównego nurtu i ogólnie zaczęli grać bardziej komercyjnie. Wśród wykonywanych kawerów mieli nawet punkową wersję Malovaný džbánku Heleny Vondračkovej. Później Sexbomba wróciła na stare, punkowe tory, reliktem okresu “bigbitowego” pozostała beatlesowska fryzura wokalisty Roberta Szymańskiego. Ctrl+Alt+Delete jest właśnie kolejną z płyt, na której zespół trzyma się swojej ugruntowanej niszy.
Tematyka tekstów jest prosta i ogólnie zrozumiała: nonkonformizm, miłość, alkohol, polityka. Muzyka też prosta, ale melodyjna od “w miarę” do “bardzo”. Czasami melodie i aranżacje bywają banalne, jak w singlowym utworze Raz przeżyty dzień, gdzie gościnnie występuje kilku zasłużonych działaczy polskiej sceny punkowej, m.in. Siczka z KSU, Harcerz z Analogsów, Zygzak z TZN Xenny, Jaromir z WC i dziennikarz Marek Wiernik, ale czasem trafiają się kawałki prawdziwie przebojowe, na przykład Zostań księdzem albo Wódka, sex i rock’n’roll. Ogólnie rzecz biorąc, Sexbomba po swojemu podąża szlakiem przetartym przez braci Ramone’ów. Ciekawie się prezentuje drugi plan wokalny, na którym mamy zarówno dziarskie pohukiwania (Żmija), jak i kalifornijskie zaśpiewy (Zostań księdzem), a czasami refren bywa po prostu chóralny.
Za najbardziej przystępne należy uznać utwory w średnim tempie, bardziej refleksyjne: Zanim wszystko się obudzi, zawierający nawet solówkę, i zwłaszcza kolejny singiel – Lipiec ’86, wspomnienie punkowej młodości i starego Jarocina. Godna uwagi jest jeszcze Żmija, która jednak nie nadaje się do radia ze względu na brzydkie słowo w refrenie. Do ostrzejszych utworów, w których melodia jest mniej istotna od wściekłości przekazu, należy Seryjny morderca, potępiający konsumpcjonizm (Ś)mieć, Teraz płać, a także finałowy Ctrl+Alt+Delete.
Krótko mówiąc, na płycie tej jest prawie wszystko, czego szukam w punku, zwłaszcza polskim, unika zaś ona (na ogół) największego grzechu nie tylko punk rocka, ale i muzyki w ogóle: nudy.



Gary Moore, After the War, 1989

Zamawiając przez internet koszulkę z logiem Thin Lizzy, dokupiłem jeszcze dodatkowo płytę gitarzysty, który bywał a to współpracownikiem, a to nawet członkiem tego zespołu.
Z dzisiejszego punktu widzenia najbardziej znanym utworem Gary’ego Moore’a pozostaje Still Got the Blues. Słuchając tej bluesowej ballady z rozlewnymi solówkami gitarowymi, jak i późniejszych bluesowych produkcji wirtuoza z Belfastu, trudno uwierzyć, że w latach 80. wolał on zdrowo przyczadzić. Tamten etap swojej kariery aż do nagłej śmierci w 2011 Moore uważał za kompletnie i nieodwracalnie zamknięty, ja jednak wolę go bardziej od tego bluesowego.
After the War to ostatnia płyta Moore’a przed jego bluesowym nawróceniem. Towarzyszy mu zresztą prawdziwy dream team. Na poprzednim albumie, Wild Frontier, były świetne utwory, ale efekt osłabiało “plastikowe” brzmienie, któremu winien był przede wszystkim automat perkusyjny. After the War nie ma tego problemu: gra tu prawdziwy perkusista w osobie Cozy’ego Powella, weterana m.in. Rainbow czy Emerson, Lake & Powell, a później członka Black Sabbath. Powell zginął w wypadku samochodowym w Niedzielę Palmową 1998 r. (była to epoka internetu łupanego, więc dowiedziałem się z gazety dopiero w Wielki Piątek, kiedy także znalazłem kotkę pod drzwiami). Na basie gra zaś, jak poprzednio, inny zasłużony instrumentalista, Bob Daisley – współpracował z Powellem w Rainbow, grał w Uriah Heep i z Ozzym Osbourne’em. Składu dopełnia wcześniejszy współpracownik Moore’a, klawisznik Neil Carter (ex-UFO), choć nie w każdym utworze partie klawiszowe są jego. W kilku bowiem piosenkach pojawia się gościnnie Don Airey, wcześniej grający z Moore’em w Colosseum II, a dziś członek Deep Purple. Znajome nazwiska mamy nawet w backwokalu: Sam Brown i Miriam Stockley (po raz pierwszy zetknąłem się z nią na kasecie wideo z koncertu “The Freddie Mercury Tribute” w 1991). Oprócz nich słyszymy Chrisa Thompsona z Manfred Mann’s Earth Band i Eldritcha z Sisters of Mercy.
W porównaniu z dwoma wcześniejszymi albumami Moore’a After the War wypada najostrzej, pomimo instrumentalnej klamry Dunluce, w której artysta wciela się w gitarowego dudziarza. Utwór tytułowy to czad jak się patrzy, niejako następca sławnego Out in the Fields, również z dudniącym basem i antywojennym tekstem. W tej samej konwencji utrzymany jest Running fom the Storm, tyle że refren mniej porywający. Speak for Yourself wypada jednoznacznie heavymetalowo i klawiszowe tło nic tu nie zmienia. Nieco słabiej prezentuje się This Thing Called Love, średniak przywołujący skojarzenia z Rainbow epoki Joe Lynn Turnera. Za to Ready for Love, mimo ewidentnie komercyjnego charakteru (prosty rytm, żeńskie chórki w refrenie), wypada sympatycznie. O wiele lepszy skutek komercjalizacja brzmienia przyniosła w arcymelodyjnym Livin’ on Dreams. Warto też wspomnieć o Led Clones – drwinie z imitatorów Led Zeppelin, takich jak niemiecka grupa Kingdom Come. To już przypadek wolniejszego i cięższego hard rocka. W duecie z Moore’em śpiewa tu Ozzy i faktycznie kawałek ma nastrój jakby z jego ówczesnych przebojów, zaś zeppelinowy nastrój zapewniają orientalizujące smyczki, za które odpowiada Chris Thompson.
Spokojniejszy na tej płycie robi się Moore tylko raz. Nurt quasi-santanowskich ballad instrumentalnych z przeszywającym brzmieniem gitary, typu The Loner, reprezentuje The Messiah Will Come Again. W tym wyjątkowo za bas chwyta Laurence Cottle, który w tym samym okresie przewinął się przez Sabbath. A na finał, nie licząc repryzy Dunluce, pozostaje Blood of Emeralds. Tytuł mówi właściwie wszystko: to kolejna odsłona celtyckiego hard rocka, z tej samej półki co wcześniejszy hit Moore’a Over the Hills and Far Away, czy też utwory Thin Lizzy: Black Rose i Emerald. Tekst ma zresztą tematykę autobiograficzną i pojawia się w nim “the darkest son of Ireland”, czyli, rzecz jasna, Phil Lynott. A muzyka… Cóż, solówki oparte na motywach tradycyjnych melodii irlandzkich typu Danny Boy zawsze są dla mnie trafieniem bezpośrednim.
Na kompakcie nie zabrakło bonusów. Należy do nich studyjne wykonanie wspomnianego Emerald, dość wierne, ale oczywiście solówki Moore zrobił po swojemu. Trochę dziwnie po zakończeniu Emerald usłyszeć inny utwór niż Southbound – zamiast niego pojawiają się trzy nagrania koncertowe, w tym Wild Frontier: gorsze brzmienie niż w wersji studyjnej, za to wreszcie z prawdziwą perkusją.



Fleetwood Mac, Rumours, 1977

Kolejny powrót do wczesnego liceum, gdy chętnie słuchałem składanki hitów Fleetwood Mac z kasety z zieloną okładką.
Mowa o jednym z tych zespołów, które w swojej historii przechodziły silną metamorfozę. Założony przez wybitnego gitarzystę Petera Greena, w latach 60. Fleetwood Mac był jedną z czołowych grup brytyjskiego blues rocka. W następnej jednak dekadzie muzyka grupy stała się zamerykanizowana i całkiem komercyjna, co nie znaczy, że zła. Jedynym łącznikiem pomiędzy wszystkimi składami była nazwa zespołu i jej źródło – sekcja rytmiczna, czyli basista John McVie i dwumetrowy perkusista Mick Fleetwood, notabene weterani John Mayall’s Bluesbreakers.
Najsłynniejszy skład, to znaczy ten, który nas tu interesuje, współtworzyła (eks-)żona pierwszego z nich, Christine McVie, śpiewająca klawiszystka, która jeszcze w czasach bluesowych, jako Christine Perfect, wspierała zespół gościnnie na fortepianie. Do trojga Anglików dołączyło dwoje Amerykanów, mających już za sobą wspólną płytę: wokalistka Stevie Nicks i śpiewający gitarzysta Lindsey Buckingham. I tu dygresja: w późnych latach 90. wydawnictwo Selles zagospodarowało na polskim rynku lukę prawną pozwalającą wydawać bez tantiemów nagrania starsze niż 25 lat. Poza wszystkim innym, płyty takie charakteryzowały się zmienionymi okładkami i ogólnym dziadostwem edytorskim (np. tytuły utworów przepisane przez kogoś, kto nie znał angielskiego). Największą kompromitacją była właśnie składanka Fleetwood Mac. Zawierała ona utwory z czasów Petera Greena, ale na okładce i nadruku płyty widniał skład z obiema paniami i Buckinghamem. Szczyt ignorancji! Nawet jak na standardy Sellesa.
Wracając do Rumours – był to drugi i najsłynniejszy album tego składu. Choć w zespole były dwa związki damsko-męskie (państwo McVie i Buckingham/Nicks), to na etapie nagrywania płyty oba się rozleciały. Mick Fleetwood miał żonę poza zespołem, lecz w tym samym okresie też przeżył rozpad małżeństwa. Negatywną energię, która się wówczas wytworzyła, muzycy zdołali jednak przetworzyć z pozytywnym skutkiem.
Zespół przeszedł długą drogę od lat 60., więc starzy fani, pamiętający czasy Jeremy’ego Spencera grającego dzikie solówki z przyczepioną do gryfu prezerwatywą wypełnioną mlekiem, mogliby dostać herszlaku. Tutaj mamy w zasadzie pop rock ze sporymi wpływami country i amerykańskiego folku. Ponieważ w zespole było troje wokalistów, to nie brakuje harmonii wokalnych. Ogólnie rzecz biorąc, płyta jest po prostu sympatyczna, choć powstawała w mało sympatycznych warunkach.
Mój faworyt to dynamiczny Go Your Own Way, ze zwrotkami śpiewanymi przez Buckinghama i z chóralnym refrenem, a w aranżacji słychać i sporo przesteru, i podzwanianie gitar dwunastostrunowych. Oprócz niego na kompilacji, której słuchałem w liceum, znalazły się także Dreams, Don’t Stop oraz You Make Loving Fun. Pierwszy – śpiewany przez Nicks, ciepło brzmiący za sprawą fortepianu elektrycznego Fendera i partii basu – stał się numerem 1 w USA. Drugi – dzieło Christine McVie, ale śpiewany znów głównie przez Buckinghama, jest optymistyczny, w skocznym tempie podkreślanym fortepianem. Po latach sięgnął po niego Elton John, choć jego wersja akurat ma niepotrzebnie elektroniczny beat. You Make Loving Fun, śpiewany już przez samą Christine, jest natomiast funkujący, z wyraźnym brzmieniem klawinetu i z niezwykle melodyjnym refrenem.
A pozostałe? Jako pierwszoplanowy śpiewak dominuje Lindsey Buckingham. Płytę rozpoczyna niezwykle radosny, inspirowany folkiem Second Hand News, którego beztroska zmienia sie w ironię, kiedy się weźmie pod uwagę tekst: podmiot liryczny, podobnie jak w Go Your Own Way, użala się nad swoją niewdzięczną miłością. Jest to, rzecz jasna, reminiscencja rozpadu związku Buckinghama z Nicks. Never Going Back Again to właściwie Buckingham solo z gitarą akustyczną, inne głosy dołączają do niego w refrenie. Warto też wymienić mocny punkt albumu i jedyną na nim kompozycję wszystkich członków grupy – The Chain, ze spokojną zwrotką narastającą do dynamicznego refrenu i z motorycznym finałem napędzanym partią basu. Rozpoczynał on drugą połowę płyty analogowej, ale mnie się już chyba zawsze będzie kojarzyć jako otwieracz koncertówki The Dance z 1997 roku, nagranej po reaktywacji najsłynniejszego składu Fleetwood Mac.
Co do Christine McVie, to poza wyżej wymienionymi jej wkład w album obejmuje dwie ballady: fortepianową Songbird i folkową Oh Daddy, mój najmniej ulubiony utwór na płycie. Natomiast Stevie Nicks, oprócz Dreams, wrzuciła na płytę radosny, countryczny I Don’t Want to Know, pochodzący z czasów, kiedy występowała z Buckinghamem przed dołączeniem do Fleetwoodów, a także finałowy Gold Dust Woman, utrzymane w wolnym tempie wyznanie kobiety zmęczonej tym wszystkim i szukającej ucieczki w narkotykach, z wydatnym udziałem gitary dobro (takiej z metalowym rezonatorem).
Niezadawno o Rumours pisały “Wysokie Obcasy”. W numerze z 20 maja bieżącego roku Olga Wiechnik wspomniała o nich w artykule Miłość lepsza niż seks, twierdząc: “…zamknęli się w studiu, żeby oczyścić atmosferę, i nagrali Rumours, jeden z najlepiej sprzedających się albumów rockowych wszech czasów. Po czym się rozpadli”. To było bardzo spore “po czym”, bo po swej bezselerowej płycie, pomimo wszelkich zawirowań, Fleetwood Mac grał w tym samym składzie jeszcze 10 lat, wydając kolejnych kilka albumów, a wśród nich – Tango in the Night z 1987, jedną z moich ulubionych płyt wszechczasów, z takimi przebojami jak Little Lies czy Seven Wonders. 
Nie byłoby jednak Tango, gdyby nie Rumours.
Wykonanie dużo późniejsze, ale w formie.