W sierpniu, ze względu na napięty budżet, nabytki muzyczne były oszczędne.
Hey, Karma, 1997
W Nowym Sączu zdobyłem
kolejną płytę Heya – czwartą z kolei (pomijając minialbum i koncertówkę), a
najnowszą w czasach, kiedy zaczynałem interesować się rockiem.
Grupa odchodziła już wtedy
od ścisłego trzymania się grundżu. Okładka z pacyfką i psychodelicznym
liternictwem sugeruje zwrot w kierunku rocka lat 70. i recenzenci też go
dostrzegali, ale bez przesady. Oprócz okładki najbardziej retro jest Saskia’s
Life z riffem trochę przypominającym Jethro Tull. Hey w dalszym ciągu gra rocka
alternatywnego i nie próbuje udawać, że powstał ćwierć wieku wcześniej. Wciąż
posługuje się ciężkimi riffami (Zakochani), kiedy indziej gra nastrojowo
z doładowaniem w refrenie (Wodolanki). Można odnieść wrażenie, że z
inspiracji gdzieś tam w tle przemyka Jane’s Addiction.
Nowoczesność przejawia się głównie
w partiach rytmicznych. Gęsty, nerwowy podkład perkusyjny w Dosyć poważnie
ma w sobie coś z elektroniki typu drum’n’bass. Zresztą nawet w utworach o
ewidentnie rockowym charakterze perkusja brzmi jakoś zimno. W finałowym Sio i
w wybranym na singiel Że, choć niewątpliwie zagrana przez Roberta
Ligiewicza, sprawia mechaniczne wrażenie, trochę jakby wzięta z trip hopu. Z Że,
oprócz krótkiego tytułu i utrzymanego w stylistyce typowej dla lat 90.
teledysku, zapamiętać można szamański zaśpiew Nosowskiej. Wolniejsze, za to
bulgotliwe, są bębny w To trzeba lubić…
Rok wcześniej wokalistka wydała
pierwszą płytę solową o zdecydowanie elektronicznym obliczu, rok później miała
wydać kolejną, na której głównym współpracownikiem był Andrzej Smolik –
najgorętszy polski producent muzyczny przełomu tysiącleci. Pojawia się on i na Karmie
jako klawiszowiec, a zapewne to z jego inicjatywy pojawiły się owe
niby-klubowe elementy.
Nastrojową część repertuaru
tworzy m.in. dość leniwe O podglądaniu. Tytuł Czy czy czy kojarzy
mi się z tikiem słownym jednego z pracowników krakowskiego oddziału IPN, ale to
utwór o rozpadzie związku, z kolejnym wykorzystaniem patentu z doładowaniem
decybeli w refrenie. Moim ulubionym utworem z całej płyty jest Katasza –
w wolnym tempie, śpiewna, nastrojowa i jadąca na crescendach od zwrotki do
refrenu, przy tym Nosowskiej nawet w najspokojniejszych momentach towarzyszy chrzęszcząca,
sfuzzowana gitara.
Spośród tekstów już tylko dwa były po angielsku – Irish i Saskia’s Life. Ten pierwszy niespecjalnie irlandzki, z aranżacją opartą na pochodzie gitary basowej i stylowymi organami; drugi natomiast z pewnością nie mówi o żonie Rembrandta. Pod względem słownym Nosowska obraca się w charakterystycznej dla siebie poetyce: opis emocji z pewną dawką groteski, atrybuty gospodarstwa domowego jako metafora egzystencji i relacji (pożółkłe firanki, szczotka do butelek, suszone grzyby). Zwracają uwagę Zakochani (o towarzyszącej euforii – „Toaleta jest miejscem, do którego nie chadzamy”), Katasza – portret dziewczyny, która, mówiąc oględnie, nie wygrała na loterii genetycznej, oraz kolejny po Ja sowa motyw ornitologiczny w Sio.
ZZ
Top, Rio Grande Mud, 1972
Kilka dni przed moją wizytą
na targu staroci zmarł Frank Beard, perkusista ZZ Top i wbrew nazwisku, jedyny
członek zespołu, który nie nosił długiej brody (a przeważnie wystarczały mu
wąsy). Wobec tego widząc drugi album teksańskiego tria za jedynie 15 zł,
chwyciłem ją bez większego zastanowienia.
Rio Grande Mud jest płytą okresu
przejściowego pomiędzy surowym blues rockiem z debiutu a bardziej hardrockowym
brzmieniem z Tres Hombres. Brodę, swoją drogą, miał wtedy tylko Dusty
Hill. To on zaśpiewał witalny, pompujący ostro do przodu otwieracz Francine.
Główny wokalista, Billy Gibbons, idzie za ciosem w peanie na cześć wypłaty –
Just Got Paid (w chwili pisania i publikacji tej notki niestety nie
podzielałem stanu podmiotu lirycznego). Ogólnie rzecz biorąc, materiał jest dynamiczny:
albo szybki (Ko Ko Blue), albo w średnim tempie (Chevrolet, drugi
z zaśpiewanych przez Hilla). Uspokojenie przynosi blues bardziej tradycyjny – Mushmouth
Shoutin’, znowu z udziałem harmonijki, a przede wszystkim
southern-rockowa ballada Sure Got Cold After the Rain Fell.
Gibbons jest lepszym
gitarzystą, niż się sądzi (eksperymentował z techniką tappingu, zanim Eddie Van
Halen opracował jej dojrzałą formę). Jego broda przysłania odbiorcom umiejętności,
o których świadczą dzikie solówki w Bar-B-Q czy instrumentalny Apologies to Pearly z
wykorzystaniem techniki slide. W Ko Ko Blue też jest niezłe solo, ale
dla odmiany na harmonijce.
Locomotiv GT, Bummm!,
1973
Lokomotywa to jeden z dwóch
węgierskich zespołów, które kojarzą Polacy. Drugi to Omega, z której zresztą
pochodziła połowa „Loksi” – klawiszowiec Gábor Presser i perkusista József
Laux. Debiutancki album tej supergrupy z 1971 jest dla mnie jedną z płyt
wszechczasów. Drugi na razie jakoś mi umknął, ale kiedy zobaczyłem na targu
trzeci, wziąłem bez wahania – węgierskie płyty nie trafiają się u nas
codziennie.
Co się zmieniło od czasu debiutu?
Przede wszystkim jedna z czterech twarzy na okładce. Poprzednio na basie – a
także saksofonach i flecie – grał Károly Frenreisz. Tutaj jego funkcje (z
wyjątkiem fletu) przejął Tamás Somló, także były członek Omegi. Można jednak zetknąć
się z informacją, że w okresie nagrywania Bummm! dopiero się uczył
gitary basowej, więc partie basu wykonał gitarzysta Tamás Barta. Mimo wszystko
Somló zagrał na saksofonie (i w tej dziedzinie sporo pracował), a także
zaśpiewał w dwóch utworach, również tytułowym.
Kolejne różnice widać na
rewersie okładki: po drugie, skoro zabrakło Frenreisza, Presser i Barta
podzielili się równo kompozycjami – na dziesięć utworów każdy napisał po
cztery, plus dwie wspólne. Po trzecie,
wśród instrumentów Pressera widnieje tylko fortepian zwykły i elektryczny. Obywa
się bez organów, lecz fortepiany są na tyle wszechobecne, że nie odczuwa się braku.
Album brzmi lżej niż debiut,
z większym przechyłem w stronę jazzu i elementami funku. Otwiera go utwór,
który… był już na poprzedniej płycie, i to jako tytułowy – Ringasd el magad;
tam jednak zaprezentowano tylko nieco ponad minutę, a tu jest pełna wersja. Dęte
riffy i saksofonowe solówki nadają mu nieco cyrkową atmosferę, a fakturę
rytmiczną zagęszcza gościnny muzyk grający na kongach. Bas – ktokolwiek na nim
gra – też dudni należycie, jak to u Węgrów. Podobną jazzującą jazdę z wyraźnym
udziałem dęciaków i śpiewnym, chóralnym refrenem zawiera Szabadíts meg. Kierunek
funkowy reprezentuje natomiast Visszamegyek a falumba.
Nie ma tu właściwie
większych czadów poza siarczyście rockandrollowym Gyere, gyere ki a
hegyoldalba, a i w nim brzmienie łagodzi fortepian. Bárzene to ponad
cztery minuty wywijania przez gitarzystę na tle motorycznego podkładu. Z kolei
podstawą do popisywania się techniką slide jest Ő még csak tizennégy.
Grupa nie zawodzi w dziedzinie
nastrojowych ballad – w pierwszej kolejności Kék asszony z rozbudowanymi
solówkami gitary. W Vallomás nastrój kreuje gitara akustyczna i „pływający”
fortepian elektryczny, a w refrenach dołącza nawet orkiestra. Wreszcie płytę
kończy Miénk itt a tér z tęskną zagrywką harmonijki – jakby pieśń
triumfu po ciężkim dniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz