poniedziałek, 26 września 2016

Gorsze i lepsze towarzystwo, czyli czego słuchałem od maja

Zagadka: co to za zespół? Amerykański kwartet, jego siłą napędową od lat są wokalista i charakterystyczny basista urodzony poza USA i występujący nie pod własnym nazwiskiem rodowym, natomiast gitarzyści i perkusiści się zmieniali, a jeden z nich zmarł na przełomie lat 80. i 90. Grupa słynie z ogólnie hedonistycznej atmosfery, ekscentryzmu i skłonności do tematyki erotycznej, zaś jeden z członków urodził się w Hajfie…
- Jasne, że Kiss – powie ktoś.
A właśnie że nie.

Red Hot Chili Peppers, The Uplift Mofo Party Plan, 1987

…tym się różnią od Kiss, że są z Los Angeles i zamiast grubych makijaży preferowali dawniej występowanie ze skarpetką na honorze, ale nie za to ich kochamy. Chili Peppers byli dla mnie jedną z ważniejszych grup w czasach, za przeproszeniem, formacji, a cały okres od Mother’s Milk do Californication traktuję jako czystą klasykę (choć i By the Way z czasem doceniłem). Teraz przyszła pora na epokę jeszcze wcześniejszą – koniec „okresu młodzieńczego” w dziejach grupy.
The Uplift Mofo Party Plan to ostatni album, na którym grał przedwcześnie zmarły Hillel Slovak. Za bębnami zasiadł zaś Jack Irons, na poprzednich albumach zastępowany ze względów kontraktowych przez Cliffa Martineza. W ten sposób trzecia płyta Red Hotów okazała się jedyną, na której wystąpił oryginalny skład.
Otrzymujemy dawkę funk rocka o pierwszoplanowej roli basu. Najlepszy kawałek pojawia się na początku – obdarzony zamaszystym riffem i zdecydowanie przebojowy Fight Like A Brave. Później, niestety, robi się monotonnie. Flea popisuje się klangiem i tym podobnymi technikami, od czego odszedł w latach 90., Anthony Kiedis wyrzuca z siebie kolejne partie tekstu, Slovak przycina funkowo, by po chwili przywalić riffem albo wykręcić hendrixowską solówkę. Raz funkują w średnim tempie (Funky Crime, Special Secret Song Inside), innym razem wręcz galopują (Skinny Sweaty Man z wariackim rapowaniem Anthony’ego, No Chump Love Sucker), ale brzmi to dość jednostajnie, po części ze względu na nieurozmaicony flow Kiedisa. Nie wyłamuje się utrzymana w identycznej konwencji wersja Subterranean Homesick Blues Boba Dylana. Za to odbiega od reszty łagodniejsza, soulowo-psychodeliczna Behind the Sun. Refren Organic Anti-Beat Box Band kojarzy mi się uparcie z pochodzącym z późniejszej płyty Johnny, Kick a Hole in the Sky, a i nietrudno poznać, że 12 lat później nawiązali do niego w Purple Stain. Cóż, chłopcy dopiero musieli się wyszaleć.
Mam do czynienia z reedycją pod hasłem „Definitive Remaster”. Oprócz lepszego brzmienia oznacza to atrakcje wydawnicze. Jeden z utworów, powstały pod wpływem buzujących hormonów, opisany był dawniej jako Special Secret Song Inside, zaś jego tekstu, jako jedynego, nie wydrukowano we wkładce. W tym wydaniu ma on już swój właściwy tytuł: Party on Your P***Y, a niewątpliwie sprośne słowa zostały opublikowane. Poza tym książeczka – tak gruba, że mam trudności z jej wyjęciem – zawiera kilka zdjęć zespołu (m.in. w skarpetkach) oraz wspomnieniowy tekst, którego autorem jest Flea. Dla RHCP nagrywanie tej płyty było przedsionkiem przyszłej sławy, o czym świadczył fakt, że w czasie sesji nagraniowej Jack Irons, udawszy się do łazienki, urynował tuż obok Davida Lee Rotha, będącego wówczas u szczytu popularności.




Bad Company, Bad Company, 1974

Jakkolwiek oceniać współpracę Paula Rodgersa z Brianem Mayem i Rogerem Taylorem pod szyldem „Queen+”, nie umniejsza ona jednak wcześniejszych zasług tego wokalisty. Na przełomie lat 60. i 70. szefował jednemu z najważniejszych brytyjskich zespołów bluesrockowych – Free, który wywarł ogromny wpływ chociażby na nasz Breakout. Jako inspirację wymieniał też Rodgersa Krzysztof Cugowski, co może być trochę mylące, bo wcale nie ma podobnego głosu – chodziło raczej o emisję i sposób interpretacji niż o barwę.
Lubię Free, mam dwie płyty, ale tym razem postanowiłem sprawdzić, jak radził sobie Rodgers po odejściu z zespołu. Do kolejnego projektu ściągnął perkusistę Simona Kirke’a, a więc obie grupy były w 50% tożsame. Reszta Bad Company też nie wzięła się z łapanki: gitarzysta Mick Ralphs przedtem grał w Mott The Hoople, a basista Boz Burrell (zmarły w 2006) przewinął się przez King Crimson, gdzie wystąpił na cenionej przeze mnie płycie Islands. Co ciekawe, wtedy Boz, zasadniczo wokalista, prawie nie umiał grać na basie i zdobywał kwalifikacje w trakcie roboty, a już trzy lata później, u boku Rodgersa, wyłącznie grał na basie. Można więc nazywać Bad Co. supergrupą (nawet taką klasy B). Wydawcą płyty stała się początkująca wytwórnia Swan Song, założona przez muzyków Led Zeppelin.
Porównań z Free nie da się uniknąć, mam jednak wrażenie, że muzyka jest bardziej wygładzona i bliższa southern rocka. O ile Free w swoich bluesach i soulujących balladach mimo wszystko zachowywało specyficzny brytyjski klimat, to Bad Company brzmi zupełnie jak Amerykanie. Potrzebowałem kilku przesłuchań, żeby docenić płytę i zacząć wychwytywać szczegóły. Zaczyna się od dość wyluzowanego Can’t Get Enough, który ukazał się na singlu. Kawałek przyozdabia solówka techniką slide – nie jest to jedyny na tej płycie przypadek jeżdżenia po strunach szyjką od butelki – a przez moment słychać też unisono kojarzące się z Allman Brothers. Drugi egzemplarz podobnego stylu to przedostatni Movin’ On, przy czym ten jest jeszcze żwawszy. Nurt balladowy z kolei reprezentują iście southernowy Ready for Love oraz chyba najlepszy w tym zestawie, tytułowy (zarówno dla płyty, jak i dla zespołu) Bad Company (przyśpieszający w refrenie), godnie kontynuujący tradycje Free. Jest jeszcze Rock Steady, najbardziej mi się kojarzący ze starym Free w tym bardziej motorycznym wydaniu. Całkiem wpada w ucho countryczny The Way I Choose, w którym gościnnie gra saksofonista Mel Collins, inny były kingcrimsonowiec. Finałowa, akustyczna ballada Seagull, zagrana w całości przez samego Rodgersa, ma charakter bardziej folkowy (w sensie brytyjskim). Za słabszy punkt uważam Don’t Let Me Down, nieco przysmętnawy kawałek, który ze względu na tytuł skojarzył mi się z utworem Beatlesów, a potem okazało się, że refren rzeczywiście brzmi uderzająco podobnie.
Generalnie – debiut Bad Company wypada przyzwoicie, jednak z dorobku Rodgersa wciąż preferuję Free, a z southern rocka jako gatunku – Lynyrd Skynyrd.




Iggy and the Stooges, Raw Power, 1973

I znowu Mr. Pop. Tym razem w postaci najbardziej archetypicznej. Miała to być jego pierwsza solowa płyta po odejściu z The Stooges, ale ostatecznie tak się jakoś złożyło, że artysta, współpracujący z Jamesem Williamsonem, ściągnął sobie do pomocy Rona i Scotta Ashetonów, choć pierwszy z nich zamienił gitarę na bas.
W miksowaniu albumu brał udział David Bowie, jednak Raw Power w niczym nie przypomina późniejszego The Idiot, na którym Człowiek z Gwiazd był również autorem repertuaru. Nie ma tu elektroniki, jest za to ordynarny, zgrzytliwy zgiełk zwiastujący królestwo punk rocka. Krótko mówiąc, garaż. Dudniący bas, świdrujące motywy gitarowe, brak biegłości technicznej rekompensowany żarliwością. No i jest, rzecz jasna, Iggy Pop. Śpiewa swoją charakterystyczną, obleśnie dyletancką manierą, pokrzykuje, czasem rzęzi (Penetration), czasem leci przychrypniętym falsetem (Shake Appeal).
Search and Destroy to wzorcowy czad, później wielokrotnie kowerowany, przy tym stosunkowo melodyjny; idealny soundtrack do zamieszek, takich z rzucaniem płytami chodnikowymi (razem ze Street Fighting Man Stonesów). Za tytułowy Raw Power brali się później Guns N’Roses. Nieźle można skanalizować frustracje przy Gimme Danger, gdzie motyw wiodący, zamiast topornego riffu, stanowi złowieszczy pasaż (brzmi to trochę jakby The Doors). W Penetration zaś frazę po głównym riffie dokańcza fortepian elektryczny. Chwilę wytchnienia, a zarazem mój ulubiony kawałek płyty, stanowi przesycone erotycznym napięciem nieokrzesane bluesiszcze I Need Somebody. Album jest dość jednorodny, ale – pomijając może dwa ostatnie utwory – na tyle zróżnicowany, że nie nudzi.



BiFF, Attenzione Bambino, 2013

Do współczesnego polskiego rocka jestem nastawiony dość sceptycznie, ale czasami postanawiam dać komuś szansę. Całkiem niezłe miałem skojarzenia z grupą BiFF, więc gdy pewnego dnia w supermarkecie zobaczyłem wysoko ocenianą drugą płytę za jedyne dziesięć złotych polskich, nie wahałem się ani chwili.
Cóż to takiego, skoro nie chodzi o wokalistę Saxon? BiFF = Brachaczek i Fochmann, znani wcześniej ze współpracy z grupą Pogodno. Reszta zespołu – z wyjątkiem klawiszowca „Bojkota” – również wywodzi się z tego ekscentrycznego składu. Kto zna Pogodno, może mieć materiał do porównań. Ja nie znam (poza pojedynczymi utworami), więc biorę BiFF at face value.
Przyznaję, że oprócz niskiej ceny i faktu, że zespół wyrobił se u mnie już wcześniej markę, do zakupu nakłoniła mnie przede wszystkim okładka. Widnieje na niej wytatuowana panna w wielkich okularach, żująca gumę balonową – utrzymana w stylistyce będącej osobliwym połączeniem okładek czy plakatów projektowanych przez polskich plastyków w latach 70. z kolorowanką antystresową. Po otwarciu okładki widać, że postać jest w ciąży, co koresponduje z tytułem albumu. Może tu chodzić ogólnie o macierzyństwo Ani Brachaczek, ona jednak zaszła w ciążę już po nagraniu płyty, choć przed wydaniem (odstęp wynosił dwa lata!), o ile więc okładka czy tytuł ma związek, to teksty już niekoniecznie.
Z czym mamy do czynienia? Ze zwiewnym rockiem alternatywnym. Momentami jazzującym: w Na pomoc słychać fortepian elektryczny i solo na czymś dętym (chyba że to syntezator). W ogóle sporo tu klawiszów. Choć tylko jeden muzyk jest za nie odpowiedzialny, to nierzadko słyszymy fortepian równolegle z organami czy staromodnym syntezatorem. Głos ma Brachaczek dość wysoki, dla niektórych przeto może być trudna do strawienia, zwłaszcza we wstępie do Niepoważnej, gdzie śpiewa w chórze sama ze sobą. Hrabia Fochmann charakteryzuje się mniej charakterystyczną barwą głosu, mniej też piosenek sam prowadzi; natomiast oboje często wymieniają się rolami (wokal prowadzący/chórek) lub śpiewają w duecie. Mnóstwo tu rozmaitych nakładek wokalnych, chórków, harmonii i innych takich.
Do mocnych punktów należy nieco beatlesowski Bojkot, oparty na fortepianie i podbity dęciakami, z wpadającym w ucho tekstem („Chciałam go zabrać w kosmos / Ale dopiero wiosną”). Terapeuta wykorzystuje patent znany z przebojów Pogodna: tekst sprowadzający się do powtarzanego w kółko jednego zdania („Terapeutą twoim mógłbym być, ale muszę lecieć”), tyle że tą razą w kilku językach. Utwór jest dynamiczny i dość fajny, tylko Fochmann za pierona nie umie śpiewać pa rasiejsku! „Tieriapewt”, surjozna?! Jakiś pogubiony ten terapeuta… Chłopak opiera się na riffie i potężnym beacie perkusji, z którym kontrastuje zalotny śpiew wokalistki, ale nie jest przez cały czas hardrockowy – skręca też w stronę jazzawą. Bębni niejaki Ślimak, powszechnie znany jako perkusista Acid Drinkers. Były członek tej zasłużonej kapely metalowej, Perła, też wziął udział w nagraniu płyty, jako gitarzysta i realizator.
Bardziej oniryczne oblicze zespołu prezentują Lepiej cieplej (ewokujący atmosferę leżenia w łóżku o szóstej rano, czy o której tam dla kogo jest już po przebudzeniu, a jeszcze przed wstawaniem). Wake Up, zgodnie z tytułem, rozpoczyna się leniwie, a potem dostaje doładowania; drugą połowę stanowi rozbudowana koda z wokalizą, w której Brachaczek cytuje Hey Jude.
Innymi twórcami BiFF posiłkuje się również otwarcie. Zwraca uwagę przeróbka Starszych Panów: Jeżeli kochać, to nie indywidualnie – trochę, mam wrażenie, zbyt zabiegana. Oprócz Ani Brachaczek głos daje tutaj przez moment Ślimak. Na finał zaprezentowano zaś Żeńskie rymy nocy lipcowej do wiersza Rafała Wojaczka, z Fochmannem w roli głównej (i wokalnym kryptoautocytatem z Orkiestry Pogodna).
To raczej było dobrze ulokowane dziesięć złotych polskich.

PS. Ciekawostka przyrodnicza: na paragonie płyta jest sklasyfikowana jako „metal”. Dlaczego?
a) bo komuś grupa BiFF się pomyliła z Biffem Byfordem;
b) bo Ślimak i Perła biorą udział;
c) bo wydawcą jest Mystic Production?


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Morświny, pancerniki i dekolty (z frontu czytelniczego, cz. 4)



6. Bogusław Brodecki, Dien Bien Phu 1954, Warszawa 1989 
(z serii Historyczne bitwy)

Dien Bien Phu 1954 to pierwszy habek poświęcony okresowi po 1945 r. i jeden z ostatnich, jakie wypuściło Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, zanim przekształciło się w Bellonę. Był to również mój pierwszy w życiu kontakt z tematem Wietnamu w ogóle – teraz przypominam go sobie, bogatszy o kilkanaście książek przeczytanych, a jedną nawet przetłumaczoną.
Przed wojną wietnamską, która, poza wszystkim innym, przeorała społeczeństwo i kulturę USA, była jeszcze wcześniejsza, zwana dla odróżnienia wojną indochińską (albo I indochińską), w której wyniku Wietnamczycy przepędzili z kraju dawnych kolonialnych panów, Francuzów. Dodajmy, że w skład Indochin Francuskich wchodziły jeszcze Laos i Kawodrza Kambodża, jednak to, co się tam działo, miało drugorzędne znaczenie w porównaniu. No i sam Wietnam dzielił się wtedy na trzy kolonie: Tonkin, Annam i Kochinchinę (dawniej teren sporny wietnamsko-khmerski).
Komuniści wietnamscy, znani podówczas pod nazwą Ligi na rzecz Niepodległości Wietnamu, w skrócie Viet Minh (autor używa pisowni łącznej), urośli w siłę w czasie japońskiej okupacji Indochin. Japończykom na rękę było wspieranie ruchów antykolonialnych na terytoriach okupowanych – na podobnej zasadzie, a nawet jeszcze aktywniej, w Holenderskich Indiach Wschodnich rozwinął się indonezyjski ruch niepodległościowy. Kiedy zaś okazało się, że Wielka Wschodnioazjatycka Strefa Wspólnego Dobrobytu będzie trwać mniej więcej tyle co Tysiącletnia Rzesza, Ho Chi Minh i jego towarzysze wykorzystali próżnię władzy, by proklamować Demokratyczną Republikę Wietnamu (DRW). Powracającym Prancuzom się to nie spodobało i po pewnych starciach w 1946 r. odzyskali władzę na części terytorium. Ani jedna, ani druga strona nie miała zamiaru ustąpić, zaczęła się wojna partyzancka. Z początku Vietminh walczył o przeżycie, konstruując w dżungli niedostępne schronienia. Sytuację poprawiło w 1949 r. powstanie ChRL, przez którą płynęło zaopatrzenie dla „wujka Ho” (a więc mamy tu i wątek chiński przez miedzę). W tym samym roku Francuzi proklamowali półsuwerenne (w ramach Unii Francuskiej, średnio udanej próby przekształcenia imperium kolonialnego w odpowiednik Commonwealthu) Państwo Wietnamskie z cesarzem Bao Daiem, zalążek późniejszego Wietnamu Południowego.
W tej wojnie front był wszędzie i nigdzie. Wietnam dzielił się na terytoria opanowane przez DRW, obszary pod kontrolą Francuzów oraz strefy walk, przemieszane w najrozmaitszy sposób. Wymuszało to podział wojsk Vietminhu na siły regularne, regionalne i lokalne. Przetrwał on – o czym można przeczytać gdzie indziej – również w Vietcongu w latach 60. i weteran tamtej wojny, Gordon L. Rottmann, twierdził, że siły regularne (Chủ Lực) to nie była partyzantka, jeno wcale porządna armia, tylko bez sprzętu ciężkiego. Wietnamska Armia Ludowa lat 50. była mniej doświadczona, ale wyposażenia, a zwłaszcza ducha bojowego jej nie brakowało. Frencuzi przeciwstawiali jej oddziały o różnej wartości bojowej: od bitnych spadochroniarzy i Legii Cudzoziemskiej, przez wojska kolonialne (marsouins) i strzelców algierskich, po formacje kontrpartyzantów z niewietnamskich mniejszości etnicznych, dobrze się sprawdzające w obronie lokalnej, ale całkiem nieodpowiednie do działań regularnych.
Książka Bogusława „Bogdana” Brodeckiego, obecnego naczelnego Bellony, wprowadziwszy czytelnika w temat, opowiada o przełomowej bitwie w północno-zachodnim Tonkinie, na terenie zamieszkanym przede wszystkim przez mniejszości: Tajów i Meo. U jej źródeł stała kontrowersyjna decyzja dowódcy Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego na Dalekim Wschodzie (CEFEO). Gen. Henri Navarre przeczuwał, że Vietminh zamierza zaatakować, tylko nie wiedział, na Deltę Rzeki Czerwonej czy na Laos. Doszedł do wniosku, że Delta jakoś sama się obroni, ale Laosu trzeba przypilnować, bo partyzanci mogą tamtędy obejść cały Wietnam. Wobec tego już 20 listopada 1953 r., w ramach operacji „Castor”, elitarne bataliony spadochronowe (w tym 6. kolonialny pod dowództwem mjr. Marcela Bigearda, wynalazcy czapki polowej używanej do dziś przez armię francuską) zajęły dolinę Dien Bien Phu, strategiczny węzeł drogowy przy granicy z Laosem, i przygotowały teren do budowy wielkiego obozu warownego.
Stricte Francuzów było w załodze ze 20% – resztę garnizonu stanowiły „morświny” z Indochin i Senegalu, nieregularni Tajowie, oddziały północnoafrykańskie i Legia Cudzoziemska. Do dyspozycji mieli szpital, dwa burdele (jeden z Tajkami, drugi z Algierkami), 10 czołgów, a przede wszystkim lotnisko, zaopatrzenie i posiłki miały bowiem nadchodzić z powietrza. Udało się wcześniej z bazą Na San, dlaczego by się miało nie udać w Dien Bien Phu? A jednak… W następnej dekadzie Amerykanie i Australijczycy z powodzeniem wykorzystywali koncepcję „bazy ogniowej”, ale po pierwsze, obozy takie były znacznie mniejsze, a po drugie – technika śmigłowców i taktyka ich wykorzystania o wiele bardziej się rozwinęły.
Navarre dobrze obstawił kierunek natarcia, ale w swoich kalkulacjach nie przewidział jednego: nie wziął pod uwagę, że Vietminh może rzeczywiście zaatakować obóz. Wydawało mu się, że sama obecność takiej masy wojsk zniechęci partyzantów do łażenia, gdzie nie trzeba. Tymczasem dowódca Wietnamskiej Armii Ludowej, słynny Vo Nguyen Giap (zmarły trzy lata temu w wieku 102 lat), doszedł do wniosku, że skoro już tylu Francuzów zgromadziło się w jednym miejscu, to szkoda by było zmarnować taką okazję nakopania im do rzyci. Rozpoczęła się szeroko zakrojona koncentracja wojsk…
Zaopatrzenie oddziałów wietnamskich było nie lada wyzwaniem, zwłaszcza że Wietnamczycy wszędzie przemieszczali się pieszo, względnie na rowerach, a ze zdobycznych samochodów wykorzystywali tylko opony – do produkcji sandałów. Przewagę techniczną Francuzów niwelowali, psując drogi dojazdowe do terenów wyzwolonych. Dowództwo francuskie liczyło, że nadejście pory deszczowej utrudni partyzantom robotę, tymczasem przy ich trybie działania niewiele już pozostało do utrudnienia, za to deszcze znacząco uniemożliwiły wsparcie powietrzne dla obleganych.
Jak się później okazało, katastrofalnym pomysłem było umieszczenie obozu w kotlinie bez uchwycenia okolicznych wzniesień, z których działa WAL mogły bez przeszkód razić „kolonialistów”. Czyniły to tak skutecznie, że ppłk Piroth, jednoręki dowódca artylerii francuskiej w Dien Bien Phu, popełnił samobójstwo, załamany własną bezradnością.
Generał Giap podchodził do obozu warownego systematycznie. Jego oddziały, niestrudzenie kopiąc transzeje, zaciskały pętlę wokół Francuzów, po czym odcinały pojedyncze sektory obrony (nazwane imionami kobiecymi: „Béatrice”, „Gabrielle”, „Dominique”, „Isabelle” itp.) w generalnych szturmach. Ponosiły przy tym ciężkie straty, ale Francuzi ponosili je również, a mieli znacznie mniejsze możliwości uzupełnień, bo od kiedy artyleria WAL wstrzelała się w lotnisko, możliwe były już tylko zrzuty, i to w dodatku nocne.
Wewnątrz obozu szybko zaczęły się rozgrywać dantońskie sceny. Komendant, płk Christian de Castries, ponoć nie wytrzymał nerwowo i został odsunięty od rzeczywistego dowodzenia przez dowódcę oddziałów spadochronowych, ppłk. Langlaisa, wspólnie z Bigeardem. Zdarzenie to, zwane „puczem spadochroniarzy”, niektórzy autorzy kwestionują, podobnie jak nie jest pewne, czy pielęgniarka Geneviève de Galard, jedyna Europejka w dolinie, została nazwana „Aniołem z Dien Bien Phu” przez załogę, czy dopiero przez prasę (Brodecki obstaje przy tej drugiej wersji).
Opracowanie czyta się dość sprawnie, nie miałem poczucia przytłoczenia kaskadą numerów jednostek i nazwisk dowódców, orientowałem się w nich całkiem nieźle. Notabene fakt, że dywizje (a i często pułki) Wietnamskiej Armii Ludowej nosiły trzycyfrowe numery, nie musi koniecznie znaczyć, że było ich tak dużo – wynika to zwyczajnie z przyjętego przez Wietnamczyków systemu numeracji.
Książkę oddano do składania w grudniu 1988, z drukarni wyszła w październiku roku następnego. W 1989 roku system drżał już w posadach, a jednak środowisko obronne odznaczało się sporym konserwatyzmem. Na używanie słowa „kolonizatorzy” jako synonimu Francuzów czy patetyczne wstawki o tym, jak większość narodu popierała Vietminh, mogę ewentualnie przymknąć oko (zwłaszcza że w tamtej części świata komunizm nie budził wówczas negatywnych skojarzeń, jakie wyrobił sobie w Europie, więc poparcie mogło być istotnie duże), ale już nazwanie proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej „ze wszech miar pozytywnym wydarzeniem” w roku Tiananmen, kilkanaście lat po rewolucji kulturalnej i ze 30 po zerwaniu Pekinu z Moskwą, które pozwalało w pewnym stopniu krytykować reżim Mao i jego następców, to już pewna przesada.
Biorąc jednak pod uwagę bazę źródłową, nie jest tak źle. Co prawda spory procent bibliografii zajmują polskie, a nawet radzieckie pozycje z lat 50. i 60., które siłą rzeczy muszą być zideologizowane. Trudno też spodziewać się obiektywizmu po publikacjach wydanych w Hanoi. Z drugiej strony nie brakuje książek francuskich z tegoż okresu – oraz oczywiście nowszych. Są opracowania Bernarda Falla, wybitnego specjalisty od wojny indochińskiej, który zginął na minie podczas Tej Drugiej Wojny. Co do świadectw uczestników zdarzeń – w bibliografii znalazły się dwie prace gen. Giapa, wspomnienia płk. Langlaisa i jednego z młodszych oficerów, a także publikacje kilku Polaków, którzy byli tam i wszystko oglądali własnymi oczami – w tym wykorzystane we wkładkach z ilustracjami rysunki Aleksandra Kobzdeja. Dzikie banany Arkadego Fiedlera to relacja z czasów nieco późniejszych (patrz niżej), z okresu samej wojny pochodzi Dom bez ścian Wojciecha Żukrowskiego. Brodecki sięga też po Opowiadania z Dalekiego Wschodu tegoż autora – nie upierałbym się traktować tego jako źródła, ale z pewnością dodaje całej pracy plastycznych opisów, nawet jeśli są one utrzymane w tonacyi „c” pięciokreślnego z kilometrowymi fermatami.
Nie chce mi się zbytnio czepiać, bo prócz ideolo nic mi w narracji szczególnie nie przeszkadzało, poza sporadycznymi zmianami czasu z przeszłego na teraźniejszy. Czasem też się zdarzały przeskoki chronologiczne, ale dały się znieść, bo były zwykle związane ze zmianą perspektywy. No i jeszcze na jednym ze zdjęć Bigeard jest podpisany jako podpułkownik, a ma dystynkcje majora, ale mniejsza o to, bo awansowali go w trakcie bitwy i może nie miał skąd wziąć właściwych (de Castries dostał awans na generała, ale zrzucone mu naramienniki, razem z butelką szampana, wpadły w ręce Wietnamczyków).
Dodajmy, że kilka lat później niektórzy z weteranów Dien Bien Phu stanęli po przeciwnych stronach: Bigeard dowodził w Algierii, a wśród służących w załodze obozu strzelców algierskich znalazł się sierż. Bensalem Abderrahman, późniejszy prominentny członek Frontu Wyzwolenia Narodowego.



8. Zbigniew Flisowski, Bitwa jutlandzka 1916, Warszawa 1994
(z serii Historyczne bitwy)

Bitwę jutlandzką czytałem jeszcze w podstawówce i zrobiła na mnie ogromne wrażenie swoim literackim, „fabularyzowanym” stylem opartym na wspomnieniach uczestników tej największej – do 1944 r. – bitwy morskiej w historii. W szczególności wstrząsające były niezwykle plastyczne opisy zniszczeń na ostrzeliwujących się nawzajem okrętach brytyjskich i niemieckich. Teraz postanowiłem ją sobie przypomnieć w ramach inspiracji, bo działania wojenne w 1916 r., głównie morskie, od jakiegoś czasu szczególnie mnie interesują.
Na przełomie maja i czerwca tegoż roku rozegrała się bitwa jutlandzka, zwana przez Niemców, z dużą dozą przybliżenia, bitwą w cieśninie Skagerrak. Nie należy jej natomiast nazywać, koledzy tłumocze, „bitwą o Jutlandię” – to kolejna anglosaska kal(e)ka językowa mówić „bitwa o” zamiast „bitwa pod”, z wyjątkiem uzasadnionych przypadków, jak „bitwa o Moskwę” – bo los Jutlandii, należącej do państwa neutralnego, w żaden sposób od wyniku tej bitwy nie zależał.
Autor rozpoczyna od przełomowego wydarzenia w dziejach wojskowości morskiej, jakim było wodowanie pancernika HMS „Dreadnought” w roku 1906; od tej pory literatura przedmiotu dzieli pancerniki na „drednoty” i „predrednoty”. Nakreślona jest też ogólnie sytuacja przed wybuchem wojny i gwałtowny wzrost potęgi Kaiserliche Marine do stopnia, w którym mogła ona zagrozić samej Brytanii. Władczyca mórz miała powody do niepokoju – jej potęga od czasu Trafalgaru pozostawała niekwestionowana, ale z drugiej strony przez ostatnie sto lat Royal Navy nie miała okazji zmierzyć się z przeciwnikiem o zbliżonym potencjale. Teraz właśnie miało dojść do starcia morskich gigantów.
Wspomniane są też wcześniejsze bitwy pomiędzy głównymi uczestnikami zdarzeń – pod Helgolandem i na ławicy Dogger, gdzie admirał Franz von Hipper wybrał się tylko pognębić brytyjskie kutry (rybacy z tego akwenu mieli ciężkie życie – 11 lat wcześniej ostrzelali ich spanikowani Rosjanie, przekonani, że mają do czynienia z japońskimi torpedowcami). W rezultacie dostał takie baty od wiceadm. Davida Beatty’ego, że kajzer zabronił Hochseeflotte wychodzić w morze bez wyraźnego rozkazu. Nie zajmuje to wszystko w sumie więcej niż 20% książki, dalej jest już samo gęste, czyli wyjście w morze i sama bitwa. Dziś już takich habeków nie robią.
Jak doszło do bitwy? Niemcy próbowali wykonać rajd ku brzegom Anglii, aby zbombardować Sunderland, Brytyjczycy natomiast, dowiedziawszy się o ich wymarszu, postanowili z nimi zatańczyć. Ze Szkocji i Orkadów wyszła więc flota liniowa Grand Fleet pod dowództwem admirała Jellicoe’a (okręt flagowy – „Iron Duke”) i eskadra krążowników liniowych Beatty’ego („Lion”), podczas gdy z Wilhelmshaven – siły główne Hochseeflotte pod wodzą admirała Scheera („Friedrich der Grosse”) i krążowniki liniowe Hippera („Lützow”). Paradoks polegał na tym, że zarówno jedni, jak i drudzy byli początkowo przekonani, że przeciwnik nadciąga wyłącznie formacją krążowników, i przeżyli lekkie zdziwienie, mając do czynienia z całą armadą. Na dodatek oba ugrupowania zetknęły się w momencie, gdy zarówno po niemieckiej, jak i po brytyjskiej stronie podjęto decyzję, aby sprawdzić, co to za duński frachtowiec szwenda się po morzu.
Rzeczywiście, dobrze zapamiętałem – opisy chaosu i zniszczeń bitwy morskiej są wyjątkowo plastyczne, gdyż autor chętnie sięga do materiałów wspomnieniowych. W ogóle często obserwujemy zdarzenia z punktu widzenia bezpośrednich uczestników walk, dzięki czemu książka nie jest jedynie suchy opis bezdusznego sztabowca, jak, nie przymierzając, u Lecha Wyszczelskiego. Zawdzięcza to autor przebogatej literaturze przedmiotu, jaka na temat jedynej wielkiej bitwy pomiędzy drednotami ukazała się zarówno w Niemcach, jak i w UK. Spośród czterech dowódców tylko admirał Hipper nie spisał wspomnień. Jeżeli zaś chodzi o niższe rangi, to bitwę widzimy oczami m.in. oficera artyleryjskiego na krążowniku „Derfflinger”, zastępcy dowódcy pancernika „Warspite”, niemieckiego lekarza okrętowego, a także jednego z zaledwie czterech ludzi, którzy przeżyli eksplozję krążownika „Queen Mary”.
Wspomniany jest por. mar. Frederick Rutland, który z pokładu HMS “Engadine” wykonał jedyny w czasie tej bitwy lot rozpoznawczy, a po bitwie, wbrew rozkazom i z narażeniem życia, uratował tonącego – i od tej pory stał się znany jako “Rutland of Jutland”. Spotykamy też znajomych z II wojny światowej: przyszły dowódca Kriegsmarine, Erich Raeder, był szefem sztabu Hippera. W bitwie uczestniczył również osławiony pancernik „Schleswig-Holstein”, konstrukcja już wówczas uchodząca za przestarzałą. Nie został natomiast wspomniany fakt, że dowódcą jednej z wież na HMS „Collingwood” był – oh, Bertie! – książę Albert, przyszły Jerzy VI.
A skutek? Jak to w 1916: ciężkie straty po obu stronach, a niewiele, jeśli chodzi o zmianę sytuacji strategicznej. Główny skutek był taki, że choć Niemcy odtrąbili zwycięstwo, to ich flota nawodna doszła do wniosku, że być może pozostawanie w porcie w charakterze fleet in being to nie najgorszy pomysł. W Wielkiej Brytanii natomiast najpierw uznano bitwę za klęskę, potem jednak za sukces, a później przez całe dziesięciolecia wyrzucano dowódcy Grand Fleet, że zmarnował szansę na nowy Trafalgar.
Ciekawostka: książka, w chwili wydania kosztująca 52 tysiące złotych polskich (po denominacji 5,20 PLN, choć jeśli patrzeć na siłę nabywczą, to w tamtym momencie jednak więcej), na rynku wtórnym sięga nawet 160 zł (ostatnio widziałem ją za 65). Reedycji ani widu, ani słychu, za to w latach dwutysięcznych w serii Historyczne bitwy wydano pracę Geoffreya Bennetta z lat 60., stanowiącą jedno z głównych źródeł Flisowskiego. Tym samym po raz pierwszy w dziejach serii ukazała się druga książka o tej samej bitwie.
Wątek chiński: zanim Jellicoe został admirałem, raniono go w płuco podczas powstania bokserów.

Cytat: „Zdaje się, Chatfield, że coś się źle dzieje dzisiaj z naszymi cholernymi okrętami.” (wiceadm. Beatty do dowódcy okrętu flagowego po eksplozji drugiego krążownika w ciągu pół godziny)


9. Arkady Fiedler, Dzikie banany. U bujnych Tajów i mężnych Meo, Warszawa 1967


Ciągle nie mogę wrócić do Chin, bo ledwie na pierwszych stronach Dzikich bananów znalazłem się wraz ze sławnym podróżnikiem w pociągu z Pekinu na południe – już po kilku stronach pociąg ten, pospieszny zresztą, dotarł na miejsce, czyli do Wietnamu (wówczas Północnego). Arkady Fiedler odwiedził DRW w roku 1956, czyli na początku wietnamskiego międzywojnia, książka zaś ukazała się najpierw w 1960 r., a po raz drugi już w czasach, gdy wojna z udziałem USA była w swym szczytowym momencie.
Nie za wiele czasu spędził też podróżnik w Hanoi, pragnąc wypuścić się w północno-zachodnią część kraju, zamieszkaną głównie przez mniejszości narodowe. Rząd socjalistycznego Wietnamu udzielił mu wszelkiej pomocy, to znaczy przydzielił ekipę wraz z ciężarówką, kucharzem, uzbrojonymi wartownikami i felczerem, wprawiając Fiedlera w lekkie zażenowanie. Wszędzie też po drodze traktowano go jak dostojnego gościa z bratniego kraju. Wietnamczycy jednak w czasie podróży nieco się rozluźnili, a pod sam koniec wyprawy, dotarłszy do Lai Chau (nie tak daleko od Dien Bien Phu), autor wypuścił się z dwoma miejscowymi na konną wycieczkę do kraju Meów, na wesołą ucztę pogrzebową.
Tytuł wziął się od zachwytu, jaki w autorze wzbudził widok bananów, swoich dobrych znajomych, w ich naturalnym środowisku – do tej pory widywał je jedynie posadzone ręką ludzką, ewentualnie zdziczałe. Poza tym Fiedler zachwycał się także tropikalnymi motylami, ptactwem i inną fauną.
Autor nie byłby sobą, gdyby w swoich peregrynacjach dezystował w kaptowaniu sobie benewolencji omniformnego i omnijudycznego seksu feminalnego. Nic więc dziwnego, że na wkładkach z fotografiami nader często pojawiają się wizerunki nadobnych tubylczyń. Jedna z uwiecznionych niewiast miała dekolt tak głęboki, że któryś z poprzednich czytelników mego egzemplarza (dawniej należącego do biblioteki publicznej) ordynarnie wyciął ją sobie scyzorykiem, ewentualnie uczynił to bibliotekarz, żeby młodzieży nie gorszyć. Romansu jednak nie udało się autorowi rozkręcić, w dużej mierze za sprawą wietnamskich mężczyzn, zazdrośnie strzegących płci żeńskiej swego narodu. Fiedler ubolewa nad patriarchalizmem tubylców, zauważając, że o ile za ustroju feudalnego i kolonializmu Wietnamka miała zasadniczo wybór między ogniskiem domowym a prostytucją, to władza ludowa owszem, wzięła się ostro za zwalczanie nierządu, ale zapewnienie kobietom innych możliwości wyjścia do ludzi nie było już dla niej tak ważnym priorytetem. Kiedy więc Fiedler próbował choćby zamienić parę słów z jakąkolwiek dziewczyną, zaraz pojawiał się samozwańczy obrońca czci niewieściej i przerywał rozmowę; i to w dodatku wcale nie jakiś krewny, tylko zupełnie obcy facet! Trudno też autorowi wyjść ze zdziwienia na widok tego, jak ostentacyjny brak zainteresowania płcią przeciwną przejawiali jego znacznie przecież młodsi towarzysze. Do czasu.
O wiele więcej nadziei żywił autor w związku z przedstawicielkami narodu Tajów, których urodę fizyczną i umysłową od dawna sławili między innymi Francuzi (a było to jeszcze przed Emmanuelle). W dodatku Tajowie w swej rozrywkowości słynęli jako krańcowe przeciwieństwo pruderyjnych Wietnamczyków. Istotnie, kiedy Fiedler z obstawą wkręcili się na pewną imprezę, jeden z zawianych tubylców sugerował, że według starego zwyczaju gość ma prawo zażyczyć sobie od gospodarza jego córki na noc. Autor z okazji nie skorzystał, za to później testował prawdomówność różnych oficjeli, pytając, czy słyszeli kiedy o takim starym zwyczaju.
Wśród Tajów – zarówno Czarnych, jak i Białych (tumblr alert: chodzi o kolor tradycyjnych strojów, nie skóry) – Fiedler spędził dużo czasu, co stało się asumptem do licznych zderzeń cywilizacyjnych, nie tylko na styku Europy i Azji, ale też przepełnionych rewolucyjnym zapałem Wietnamczyków Kinh i mniejszości etnicznych, na które tamci patrzyli trochę z pobłażaniem, jak na dzikusów. Największe wrażenie zrobili na autorze jednak Meowie (Meosi, jak woli część naszych autorów, po chińsku Miao, znani też jako Hmongowie) o wyjątkowej prostolinijności, uczciwości, a zarazem pogodzie ducha mimo bytowania w trudnych górskich warunkach (Tajowie siedzą po dolinach, Meo na szczytach). Poza nimi pojawiają się jeszcze inne plemiona, jak Sa (w pisowni wietnamskiej Xa, krewniacy ludu Rade, czyli „Radejców” znanych z Okrążmy świat raz jeszcze Tadeusza Perkitnego), od niepamiętnych czasów wykorzystywani przez Tajów jako tania siła robocza i dopiero po zwycięstwie Viet Minhu żmudnie prowadzeni ku cywilizacji, czy jeszcze prymitywniejsi Puokowie, grupa żyjąca wciąż jeszcze na etapie myśliwsko-zbierackim, przez tajskich sąsiadów nie tylko traktowana jako niewolnicy, ale nawet zabijana na lecznicze jakoby sadło.
A propos zwycięstw władzy ludowej w Wietnamie Północnym – autor często rozpływa się nad walecznością narodu wietnamskiego i nad wszechstronnym pożytkiem, jaki przyniosło mu zwycięstwo socjalizmu. Nie dostrzega ciemnych stron i nie może ich zresztą dostrzegać, skoro w składzie jego drużyny znalazł się „duch opiekuńczy” Chung, który przez (prawie) całą wyprawę wszędzie za Fiedlerem łaził z nieodłączną teczką pod pachą i nie spuszczał go z oczu ani w czasie przerwy na przydrożny wysik, ani też podczas łapania motyli. Wtręty bliskie propagandy równoważy łagodne naśmiewanie się przez autora z napuszenia przedstawicieli nowej władzy, z ich purytańskiej wstydliwości i rozczarowania, jakie zdradzali, dowiadując się, że gościa z bratniej republiki ludowej nie interesują imponujące dane o realizacji planów.
W międzyczasie dowiadujemy się wielu ciekawostek: na przykład, że na jednej z równin wojsko trudniło się hodowlą bydła otrzymanego z bratniej Mongolii. Czasem autor odlatuje w dygresję, zajmująco szkicując czytelnikowi np. dzieje Stefana Kubiaka, dezertera z Legii Cudzoziemskiej, który został bohaterem Wietnamu i przybranym synem Ho Chi Minha, czy też opowieść o złoczynach arystokratycznego rodu Deo,
Pomijając okazjonalny patos, potoczysty i kwiecisty styl Fiedlera był dla mnie prawdziwą ucztą po tych wszystkich opracowaniach historycznych i popularnonaukowych. Stęskniłem się za sformułowaniami w rodzaju „powiewne ochlapusy” (to o tropikalnych motylach) czy „dziewczęcofobowa drużyna” (chodzi o towarzyszy autora). Wypada też wspomnieć, jak obrazowo opisał autor swoje krótkotrwałe doświadczenia z opium: “Jak łajno bawole smażone z cukrem i z cholerą!”

Cytat: „Jaką religię mieli Tajowie? Przyznam się, że najchętniej odpowiedziałbym: bogowie wiedzą.”