wtorek, 1 listopada 2016

Rockowe Zaduszki 2016



W tym roku odeszło od nas wiele postaci wielkiego formatu, takich jak – że wymienię tylko niektórych spoza obszaru muzycznego – Andrzej Wajda, Muhammad Ali, prof. Tazbir czy Bhumibol Adulyadej. Czas więc na kolejne wspomnienie po artystach rockowych zmarłych od zeszłego listopada. Uwzględniłem, jak zwykle, tylko tych, których płyty mam w swoich zbiorach.


W grudniu 2015 r. z fanpejdżu grupy Heart dowiedziałem się o śmierci Scotta Weilanda, amerykańskiego wokalisty kojarzonego głównie ze Stone Temple Pilots. Zespół należał do szeroko pojętej sceny grunżowej, sam zaś Weiland obdarzony był od natury głosem przypominającym Eddiego Veddera. Z tej przyczyny STP nie cieszyli się łaską recenzentów, zarzucających im zrzynanie z Perłowego Dżemu. Mimo to grupa wyrobiła sobie markę, stając się ważną częścią sceny grunge, nawet jeśli drugoligową; wylansowała parę przebojów, zdobyła kilka platynowych płyt. Sukcesy znalazły się jednak w cieniu problemów muzyków z narkotykami i z prawem – Weiland trafił nawet do więzienia. Pod koniec lat 90. artysta spróbował swoich sił w działalności solowej i poszło mu lepiej niż kolegom bez niego. Ponownie w spotlajcie znalazł się na początku wieku, kiedy z byłymi członkami Guns N’Roses założył supergrupę Velvet Revolver, traktowaną jako swoisty “tańszy zamiennik” Gunsów wobec przeciągających się ponad dekadę prac Axla Rose’a nad nowym albumem. Po dwóch albumach z niej odszedł, trafił znów do składu reaktywowanych Stone Temple Pilots, nagrywał też z takimi zespołami jak The Wildabouts czy Art of Anarchy. Przyczyną jego śmierci były narkotyki – z uzależnieniem zmagał się od początku kariery.




26 grudnia zmarł Lemmy Kilmister, lider grupy Motörhead. Urodzony w 1945 roku w Stoke-on-Trent, mieście, które dwadzieścia lat później miało wydać innego sławnego rockmana, jakim był Slash, Ian Kilmister stał się symbolem bezkompromisowości i tak zwanego rockandrollowego stylu życia. Powszechnie wiedziano, że seksu, narkotyków i alkoholu sobie nie żałował… Ale czy naprawdę? Okładka płyty Another Perfect Day zawiera krótki komiks, w którym nowy gitarzysta, Brian “Robbo” Robertson (ex-Thin Lizzy), jest zaszokowany ostrym tankowaniem, jakie prezentują koledzy. W rzeczywistości to on po jednej płycie wyleciał z Motörhead za pijaństwo. Możliwe więc, że legenda Motörhead była celowo wyolbrzymiona. Zarzuca się też Lemmy’emu przedmiotowy stosunek do kobiet, jednak współpracował on chętnie z różnymi artystkami, a poza tym znany jest przypadek, kiedy w programie telewizyjnym ostro przywołał do porządku gospodarza sypiącego seksistowskimi żartami. Inne źródło kontrowersji to zamiłowanie artysty do militariów, zwłaszcza tych z III Rzeszy. Był ich zapalonym kolekcjonerem, a czasem nawet występował z imitacją Krzyża Żelaznego na szyi – nie był jednak żadnego rodzaju nazistą. Zresztą jego image korzystał z symboliki różnych sił zbrojnych: ostatnio Lemmy nosił na kapeluszu emblemat stanowiący kombinację skrzyżowanych szabel kawalerii USA i trupiej czaszki brytyjskiego 17. Pułku Lansjerów, przy czym to nie była regulaminowa czaszka, tylko Snaggletooth, maskotka zespołu.
Pod względem muzycznym Motörhead miał styl dość charakterystyczny, który przez lata ulegał nieznacznym zmianom. Podstawę stanowił bezlitosny pęd do przodu (ballady zaczęły się pojawiać dopiero pod koniec lat 80.) i zachrypnięty śpiew Lemmy’ego. Dlatego też wiele zespołowi zawdzięcza scena metaliczna (jak też punkowa – vide wzajemne wymiany uprzejmości z Ramones). Mimo wszystko Lemmy uparcie twierdził, że to, co gra, to jest rock and roll, ni mniej, ni więcej. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o jednej rzeczy: był basistą, choć traktował bas w zasadzie jak gitarę rytmiczną. Grał zawsze na mocno przesterowanych gitarach basowych firmy Rickenbacker, które cenił nie tylko za walory brzmieniowe, ale i za jakość wykonania czy wręcz wzornictwo.

Półtora miesiąca wcześniej, 11 listopada, zmarł członek najklasyczniejszego składu Motörhead, Phil “Philthy Animal” Taylor. Ten były skin i futbolowy chuligan doszedł w pewnym momencie do wniosku, że znacznie bardziej konstruktywnie będzie bezlitośnie okładać nie kibiców przeciwnej drużyny, a bębny. W Motörhead szło mu to doskonale – był perkusistą grupy przez wiele lat, z jednoalbumową przerwą, w czasie której zastępował go Pete Gill z Saxon. Nie zrażały go nawet kontuzje: krótko po legendarnej płycie Ace of Spades zrobił sobie poważne kuku w kręgi szyjne i przez jakiś czas grał w kołnierzu ortopedycznym. Innym razem, dając komuś w twarz, uszkodził sobie dłoń i musiał bębnić z pałeczką przyklejoną do nadgarstka za pomocą taśmy izolacyjnej. Dopiero w 1992 Philthy definitywnie odszedł z zespołu Lemmy’ego, zwalniając miejsce dla Mikky’ego Dee.



10 stycznia, dwa dni po swoich 69. urodzinach i premierze ostatniej płyty, zmarł David Bowie, jeden z najbardziej charakterystycznych i wizjonerskich artystów w dziejach rocka. Urodzony jako David Jones, przyjął pseudonim artystyczny od słynnego teksańskiego trapera, aby nie mylono go z Davym Jonesem z amerykańskiej grupy The Monkees. Na scenie dał się jednak poznać pod wieloma innymi mianami, jak Ziggy Stardust, Aladdin czy Thin White Duke. Nazywali go “rockowym kameleonem”, bo podążał za aktualnymi trendami, ale zawsze przetwarzał je na swoją modłę – charakterystyczna melodyka, charakterystyczny głos. W latach 60. zaczynał od piosenki kabaretowej, ale dość szybko przeszedł na stronę rocka. Odnalazł się w glam rocku i zawładnął nim jako Ziggy Stardust, potem kombinował z soulem, elektroniką i awangardą (we współpracy z Brianem Eno), synth popem, new romantic, wszedł na ścieżkę hałasu z grupą Tin Machine, nagrał niedokończoną rock operę (1. Outside), a nawet flirtował z technem. Aż do ostatniej płyty (umownie zwanej Blackstar, chociaż de facto nie ma tytułu, tylko logotyp – właśnie czarną gwiazdę), troszczył się o spójność i kompletność swojej wizji artystycznej.
Wielu też było artystów, którym pomógł. Grupie Mott The Hoople podarował jej największy hit – All The Young Dudes, wielokrotnie potem kowerowany (w tym przez samego Bowiego). Pomógł Lou Reedowi odbić się od dna po rozpadzie Velvet Underground, produkując przełomową płytę Transformer. Podobnie ożywił karierę Iggy’ego Popa, dla którego napisał hitowe China Girl i Tonight – i podobnie jak w przypadku Mott, te same utwory ponownie uczynił przebojami we własnym wykonaniu, w tym drugim przypadku w duecie z Tiną Turner. Wraz z Queen nagrał Under Pressure… Lista była długa. Dzień po śmierci artysty Ian Anderson przytoczył na jethrotullowym fanpejdżu epizod, kiedy to zaprosił Bowiego do zagrania solówki saksofonowej na płycie zespołu Steeleye Span, której był producentem. Bowie całkiem bezinteresownie przyszedł, zagrał i uciekł, zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć “honorarium”.

6 kwietnia zmarł Dennis Davis, perkusista Bowiego w drugiej połowie lat 70. (m.in. właśnie w okresie Heroes).


Jakby tego było mało, 18 stycznia zmarł Glenn Frey, gitarzysta i jeden z filarów grupy country-rockowej The Eagles, zespołu szczególnie znienawidzonego przez Kolesia Lebowskiego. W Ameryce Orzeły są instytucją, a u nas słyną przede wszystkim z jednego przeboju – Hotel California, którego Frey był współautorem, choć w samym utworze słychać go mniej, bo śpiewał perkusista Don Henley, a słynne solówki gitarowe wykonali Joe Walsh i Don Felder. Głos Freya można natomiast usłyszeć w szeregu innych przebojów grupy.



Już kilka dni później, 23 stycznia, odszedł basista Jimmy Bain. Wypłynął w latach 70. jako członek grupy Rainbow, grając na jej najsłynniejszym albumie, omawianym tu już wcześniej Rainbow Rising. Działał też jako muzyk sesyjny, współpracował z Philem Lynottem, a nawet o mało nie dostał się do Scorpions. Podobno nie przyjęli go dlatego, że mynażer chciał mieć w składzie samych Niemców, co wygląda ciekawie z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy basista Skorpionów nazywa się Paweł Mąciwoda, a na perkusji gra wspomniany wyżej Mikkey Dee, Szwed greckiego pochodzenia. Po raz drugi ścieżka Baina przecięła się ze szlakiem artystycznym Ronniego Jamesa Dio we wczesnych latach 80., kiedy wstąpił do jego zespołu. W Dio grał przez całą dekadę, a później jeszcze na początku wieku. W ostatnich latach wchodził w skład grupy Last in Line, założonej przez byłych współpracowników Człowieka na Srebrnej Górze (zmarłego, przypomnijmy, w 2010 r.)



9 marca zmarł Sir George Martin (nie mylić z George’em R.R. Martinem, tym od Pieśni lodu i ognia, który notabene chyba napisał scenariusz dla bieżącego roku). Nie był jedynym, którego nazywano “piątym Beatlesem” – pod ten tytuł można podciągnąć jeszcze co najmniej czterech ludzi, z których trzej też już nie żyją. To jednak on miał ogromny wpływ na brzmienie czwórki z Liverpoolu. Wyprodukował wszystkie ich regularne albumy (z wyjątkiem ostatniego, Let It Be, do którego zaangażowali Phila Spectora), przechodząc od pierwotnego nagrywania “na setkę” do coraz bardziej wyrafinowanych aranżacji, zajmował się orkiestracjami, a czasami nawet sam siadał za jakiś instrument (zob. In My Life i barokowe solo fortepianu). Po rozpadzie The Beatles i konflikcie Lennona z McCartneyem Martinowi przypadła rola strażnika świętego ognia – m.in. w latach 90. nadzorował przygotowanie Anthology, archiwalnych dzieł zebranych zespołu.
 (Martin załatwił trąbę)


Po dwóch dniach nadeszła wiadomość o śmierci Keitha Emersona. Ten wybitny klawiszowiec rockowy o klasycznym wykształceniu zasłynął jako lider grupy The Nice, ale najbardziej kojarzony jest jako jedna trzecia supergrupy Emerson, Lake & Palmer, znanej z artrockowych przeróbek muzyki poważnej (przede wszystkim Obrazków z wystawy Modesta Musorgskiego). Dziś co niektórzy traktują ELP jako egzemplifikację zwyrodnienia rocka progresywnego, ale w epoce podchodzono doń całkiem poważnie. Choć Greg Lake i Carl Palmer też mieli pokaźny wcześniejszy dorobek i wyrobioną markę, Emerson nieprzypadkowo znalazł się w nazwie na pierwszym miejscu, bo to jego klawisze (organy, fortepian, syntezator Mooga i co tylko) tworzyły podstawę brzmienia; momentami grupa obywała się wręcz bez gitary (Lake grał głównie na basie). Nie ma przesady w nazywaniu Emersona “Hendrixem klawiatury”, gdyż oprócz niewątpliwej technicznej wirtuozerii prezentował na koncertach iście showmański temperament: jego popisy obejmowały między innymi granie “zza pleców” instrumentu, skakanie po nim oraz traktowanie pianina nożem.



21 maja zmarł Nick Menza, perkusista najklasyczniejszego składu Megadeth. Był trzecim na tym stanowisku, po Garze Samuelsonie (zm. 1999) i mniej znanym Chucku Buehlerze. Na jego kadencję przypadł okres, kiedy Megadeth ostatecznie wyszedł z cienia Metalliki, a Dave Mustaine – z nałogu alkoholowo-narkotykowego. Wtedy też powstały najlepsze płyty zespołu: Rust in Peace i Countdown to Extinction. Na przełomie wieków u Menzy zdiagnozowano guza. Ten okazał się łagodny, więc kiedy Menza był na urlopie, Mustaine z charakterystycznym dla siebie urokiem osobistym wywalił go zaocznie z Megadeth za symulanctwo.


sobota, 22 października 2016

Krwawy szesnasty rok (z frontu czytelniczego, cz. 5)



Chiny znów będą musiały poczekać, bo teraz kolej na monografie bitew roku 1916 na Zachodzie, w kolejności ogólnie chronologicznej. Wszystkie trzy z serii Historyczne bitwy. Bitwę jutlandzką Z. Flisowskiego przeczytałem przedtem, bo mi była wcześniej potrzebna.


10. Jarosław Centek, Verdun 1916, Warszawa 2009

Opracowanie Jarosława “Redbarona” Centka, stałego bywalca Histeryków.org, dotyczy jednej z największych bitew frontu zachodniego, która stała się symbolem stychijnej destrukcji, jaką charakteryzuje się wojna, zwłaszcza prowadzona przy użyciu nowoczesnych metod.
Geneza bitwy była dość prosta. Niemcóm dobrze szło na innych frontach, ale klucz do zwycięstwa leżał na Zachodzie, tam więc należało szukać decydującego sukcesu. Czuli się jednak za ciency w uszach, żeby atakować Anglików, przeto skupili się na francuskiej części frontu, a zwłaszcza strategicznie położonej twierdzy Verdun. Kontrowersje do dziś budzi kwestia, czy głównym celem miało być już w założeniu wykrwawienie przeciwnika, czy jest to interpretacja narzucona post factum, z perspektywy zdarzeń i na podstawie “memoriału bożonarodzeniowego” gen. Falkenhayna, raczej nieautentycznego i być może stworzonego z założeniem “powiem, że tak było”. Redbaron skłania się ku drugiej hipotezie.
Niezależnie od tego, czy bitwa pod Verdun miała być bitwą na wykrwawienie, czy nie – ostatecznie nią się stała. Mamy do czynienia zasadniczo z ucieleśnieniem wojny pozycyjnej, gdzie obie strony wykrwawiały się we wzajemnych atakach na dobrze umocnione pozycje, przy niewielkich zyskach terytorialnych. Jednak i fortyfikacje nie wystarczały przy zmasowanym bombardowaniu artyleryjskim. Liczby dotyczące strat ponoszonych przez obie strony są wstrząsające, podobnie jak ilość pocisków, jaka spadała na pozycje przeciwników. Pewnego dnia, w ramach przygotowania, działa jednej z dywizji niemieckich wystrzeliły na pozycje przeciwnika osiem wagonów amunicji – podczas gdy dzienna dostawa dla całej 5. Armii wynosiła siedem i pół.
Do samego Verdun, jednego z trzech historycznych miast biskupich w Lotaryngii (obok Toul i Metz, przed 1914 znajdującego się po niemieckiej stronie granicy) walki nie dotarły – w trakcie bitwy był tam nawet dwa razy z wizytą prezydent Poincaré. Toczyły się natomiast o twierdzę Verdun, czyli potężny rejon fortów otaczających miasto. Szczególnie ważnymi dziełami tego kompleksu były forty Douaumont i Vaux. Ten pierwszy udało się Niemcom zająć praktycznie bez walki i później z niego razili Francuzów. Fort Vaux wręcz przeciwnie – w czasie marcowych działań jeden z oficerów niemieckich przesłał meldunek “dotarliśmy do fortu”, co w dowództwie zinterpretowano jako “zdobyliśmy fort” i wiadomość poszła w świat. Kiedy się okazało, że fort jednak nie został zdobyty i prędko nie zostanie, kajzerowska propaganda znalazła na to sposób: zaczęto głosić, że fort pancerny Vaux został zdobyty, ale Francuzi szybko odbili go z powrotem. W rzeczywistości niemiecka flaga na forcie Vaux załopotała dopiero po kilku miesiącach.
Jeśli chodzi o głównych bohaterów: po jednej stronie kluczową rolę odgrywała 5. Armia, którą dowodził następca tronu pruskiego książę Wilhelm i jego szef sztabu, a w gruncie rzeczy mentor, gen. Constantin Schmidt von Knobelsdorf. Po stronie francuskiej pojawia się natomiast 2. Armia pod dowództwem Philippe’a Pétaina, który tam stał się bohaterem narodowym, a później… wiadomo. Kiedy zaś Pétain dostał kopa w górę, na stanowisku dowódcy armii zastąpili go “rzeźnicy” Mangin i Nivelle.
Nie bez znaczenia pozostaje umieszczenie Verdun w kontekście sytuacji strategicznej. Niemcy, prowadząc swą ofensywę, weszli w szkodę Francuzom i Brytyjczykom planującym przełomowe uderzenie nad Sommą. Do tego ostatniego w końcu doszło i choć Somma stała się kolejną rzezią bez spektakularniejszych skutków (patrz niżej), konieczność skierowania w tamten rejon wojsk niemieckich przyczyniła się do ograniczenia przez Rzeszę działań pod Verdun. Podobnie zresztą jak ofensywa Brusiłowa na wschodzie i będące jej efektem przystąpienie Rumunii do wojny po stronie Ententy, a co za tym idzie – konieczność wygospodarowania przez Niemcy jeszcze kolejnych sił i środków.
Korekta wypada lepiej niż zwykle, ale nie ustrzegła się byków. Już na początku drugiego rozdziału czytamy: “Twierdza Verdun stanowiła element środkowego odcinka pasa francuskich fortyfikacji drugiej połowy XIX w., rozciągający się od Dunkierki aż do Morza Śródziemnego”. Element środkowego odcinka rozciągał się od morza do morza? To cały pas umocnień musiał chyba biec naokoło globu! Dalej: wzgórza Côtes du Meuse ponoć “Są utworzone z wapnia”. Autor ani korektorka nie czytali Bajek robotów Stanisława Lema i nie wiedzą, że wapń to nie to samo co wapień. Kawałek niżej pojawia się informacja, że po wojnie francusko-pruskiej Verdun trafiło pod okupację Niemców, którzy opuścili miasto dopiero “w grudniu 1973 r.” Mamy też fort “z wieżą armat kal. 75 mm i wierzą dla ckm”. Na szczęście takie byki pojawiają się głównie w pierwszych rozdziałach, potem jest znacznie lepiej. Choć w pewnym momencie natrafiamy też i na atak francuskich “żuławów” (gdzie indziej w książce wyraz ten napisany jest poprawnie). Nabieram podejrzeń, że korekta w tym wydawnictwie polega tylko i wyłącznie na przepuszczeniu tekstu przez sprawdzanie pisowni w Wordzie.
Wydarzenia obserwujemy zwykle z poziomu armii, korpusu, czasem dywizji. Tekst więc zawiera mnóstwo numerów rzymskich i arabskich, co dla niektórych czytelników może być trudny, jakoś się jednak orientowałem. Dla pewnego pojęcia wielkiej maszynki do mięsa brakuje jednak spojrzenia oczami bezpośrednich uczestników – relacji wszakże istnieje mnóstwo. Poza krótką wzmianką nie jest rozwinięty temat udziału Polaków, głównie poddanych cesarza Wilhelma – w bitwie brały przeca udział pułki wielkopolskie czy pomorskie. Mimo wszystko jednak trafiają się i ciekawostki w rodzaju tej, że pod Verdun pojawili się artylerzyści austro-węgierscy (a wśród nich i kolejni Polacy), a część niezbędnych robót przed rozpoczęciem niemieckiej ofensywy wykonali rosyjscy jeńcy. Redbaron tłumaczył na Histerykach, że ograniczała go objętość tekstu, i obiecał poprawę przy swej następnej książce – “Somma 1916”.



11. Grzegorz Swoboda, Dublin 1916, Warszawa 2006

Pozycje Grzegorza Swobody, byłego konsula RP w Vancouver i NYC, uchodzą za jedne z najlepszych literacko habeków. Wcześniej wyszły trzy, poświęcone XIX-wiecznej Ameryce Północnej: Gettysburg 1863, Little Big Horn 1876 oraz dla odmiany coś z Kanady – Batoche 1885. A kiedy już Swoboda się bierze za tematykę irlandzką, można się spodziewać, że będzie wciągająco.
Wpierw autor zarysowywuje nam krótki zarys dyskryminacji Irlandczyków przez Anglików i ich nierównej walki o wolność, a potem również kryzys parlamentarny przed wybuchem wojny, związany z home rule, i powolne powstawanie organizacji Ochotników Irlandzkich. Na scenę wchodzą główne dramatis personae: Bulmer Hobson, poeta i główny ideolog Patrick Pearse (ten od Óró, sé do bheatha ‘bhaile), drugi poeta Joseph Plunkett, bardziej umiarkowany profesor Eoin Macneill, socjalistyczno-związkowy przywódca James Connolly. Polski akcent w tej całej historii to oczywiście postać hrabiny Constance Markiewicz: wyłania się tu obraz osoby mocno energicznej i zaangażowanej społecznie, ale jednocześnie całkiem “triggerhappy”. Brytyjczycy nazywali niepodległościowców “Sinn Feinersami”, ale partia Sinn Fein, wbrew pozorom, w tym okresie nie tylko była ugrupowaniem marginalnym, ale w dodatku kategorycznie sprzeciwiała się powstaniu.
Podobnie jak Polacy, także i Irlandczycy uznali wojnę światową za dobrą okazję, aby upomnieć się o swoje. Problem polegał na tym, że mieli nad sobą nie trzech zaborców po przeciwnych stronach konfliktu, lecz tylko jednego. Pewna część ruchu ochotników postanowiła zatem nawiązać kontakty z Niemcami. Miał tu pewną rolę homoseksualny poseł i dyplomata sir Roger Casement, który próbował wynegocjować to utworzenie legionu irlandzkiego u boku Niemców, to desant niemiecki w Irlandii, a przynajmniej dostawę broni. Jak na ironię, przed wojną to przywódcy oranżystów czynili aluzje, że w razie czego chętnie powitaliby w Ulsterze żołnierzy cesarza Wilhelma jako obrońców protestantyzmu.
Powstanie wybuchło w fatalnych warunkach. Nie udało się uzyskać interwencji Niemców. Posłali oni jedynie ochotnikom statek z 20 tysiącami karabinów, ale wskutek beznadziejnej łączności przesyłka nie doszła do adresatów. W dodatku na parę dni przed wybuchem doszło do srogiego konfliktu w kierownictwie Bractwa Republikańskiego, wydano rozkaz o odwołaniu powstania, a następnie odwołano odwołanie, przez co bataliony ochotników stanęły do walki tylko w Dublinie (na prowincji miały miejsce tylko pojedyncze potyczki), i to w mocno niekompletnym składzie.
O ile w książce Centka widzimy działania wojenne z poziomu dywizji i korpusów, to w Dublinie narracja często ma perspektywę indywidualną. Samo pole bitwy także ograniczało się do określonej siatki ulic i pewnych strategicznych budynków. Z pewnym uproszczeniem można by powiedzieć, że w kierownictwie ochotników wszyscy wszystkich znali. Swoboda miał do dyspozycji bogatą bazę źródłową: od dowódców batalionów po szeregowych ochotników. Stronę brytyjską widzimy oczami podsekretarza Nathana na dublińskim zamku, ale też ppor. Chalmersa, oficera na urlopie, który miał pecha znaleźć się na Poczcie Głównej w Poniedziałek Wielkanocny o dwunastej. Całość ma charakter ciut fabularyzowany, znalazły się nawet dialogi – przytoczone dosłownie ze źródeł lub sparafrazowane.
Nasuwają się skojarzenia z Powstaniem Warszawskim. Podobnie jak nad Wisłą, również i nad rzeką Liffey wywołano powstanie przy niewystarczających siłach i środkach, licząc na sojusznika, który nie nadszedł. Po początkowej euforii sytuacja zmieniła się drastycznie, gdy okupant wprowadził do akcji posiłki wraz z artylerią. Lotnictwa wprawdzie nie było, za to z Liffey budynki opanowane przez powstańców ostrzeliwał jacht ochrony łowisk HMY “Helga” (po kilku latach miał podnieść banderę Wolnego Państwa Irlandzkiego). Nie brakowało też ofiar wśród ludności cywilnej. Większość zginęła od przypadkowych kul, ale Brytyjczykom po powstaniu zdarzyły się przynajmniej dwa śledztwa w sprawie zbrodni wojennych – m.in. pięciu ludzi zginęło z ręki obłąkanego oficera, który łaził nocą po Dublinie i wymierzał sprawiedliwość na własną rękę.
Jeżeli chodzi o znane postacie, to właściwie wszyscy ważniejsi dowódcy ochotników (z tych, którzy przeżyli) odegrali rolę w późniejszych dziejach Irlandii. Michael Collins został pierwszym premierem i wodzem naczelnym Wolnego Państwa, hrabina Markiewicz – pierwszą w Europie kobietą-ministrem. Eamon de Valera po wielu latach doczekał się stanowiska premiera, a później prezydenta. Po stronie brytyjskiej, dla odmiany, niemal wszyscy odpowiedzialni na dublińskim (dubelskim? dubeltowym?) zamku podali się do dymisji. Warto wspomnieć, że o ile Joseph Plunkett i jego dwaj bracia walczyli w powstaniu, to w wydarzenia uwikłał się też ich dalszy kuzyn, niejaki lord Dunsany, który przypadkiem dostał się do niewoli powstańców. Ze znanych nazwisk pojawia się jeszcze inspektor generalny policji irlandzkiej Neville Chamberlain, który jednak nie ma nic wspólnego z premierem od zmowy monachijskiej, podobnie jak ochotnik James Joyce nie był z zawodu pisarzem, lecz mył kufle w pubie Davy’s. Natomiast w jednym z trybunałów, które po powstaniu skazywały przywódców, sędzią był niejaki kapitan Blackader…
Daniel Kowalczuk, specjalista od militariów XX wieku i konfliktów kolonialnych (a powstania w Irlandii można z pewną dozą naciągania za takowe uznać), twierdzi, że akurat na Szmaragdowej Wyspie się Swoboda specjalnie nie zna, ale z chwilą pisania niniejszego tekściku jeszcze nie przedstawił na Histerykach swojej polemiki. Mimo wszystko pewne uproszczenia można w tekście wykryć bez bycia specem. Marszałek John French (notabene późniejszy gubernator generalny Irlandii) nazwany zostaje “naczelnym dowódcą wojsk obrony terytorialnej”, podczas gdy jego obszar odpowiedzialności to Home Forces, czyli po prostu wojska stacjonujące na terenie Wielkiej Brytanii, podczas gdy Siły Terytorialne (Territorial Forces) były czym innym. Jest jeszcze kwestia “The O’Rahilly” – że niby staroirlandzki to tytuł, nadany w XVI w. Hugh O’Neillowi. Autor nie dość jasno to sformułował – można by pomyśleć, że na O’Neilla wołali “The O’Rahilly”. Chodzi zaś o to, że Michael O’Rahilly dodał sobie “The” przed nazwiskiem niczym dawny wódz klanowy, tak samo jak tamtego nazywano “The O’Neill”.
W czasie lektury szczególnie rzucają się w oczy pewne odruchy człowieczeństwa pomiędzy walczącymi. Ochotnik, który brał do niewoli Dunsany’ego, przeprosił go za postrzał w głowę. Ppor. Chalmers na poczcie początkowo został spętany kablem telefonicznym i zamknięty w kabinie, ale w końcu go wypuścili i dali na pocieszenie butelkę. Dowódca jednego z batalionów zatrzymał tramwaj, by jechać do centrum Dublina, i kupił 57 biletów dla całego oddziału. Natomiast brytyjski żołnierz, który zaległ wśród zwłok kolegów w czasie nieudanego szturmu na pozycję bronioną przez Eamona Ceannta po zakończeniu walk odwiedził tegoż Ceannta w więzieniu, przynosząc mu ciastka.


12. Jarosław Centek, Somma 1916, Warszawa 2011

Po Verdun Jarosław Centek opublikował monografię kolejnej wielkiej bitwy frontu zachodniego, która wyszła jako jubileuszowa 200. pozycja w serii. Tą razą zajął się wydarzeniami, które działy się dalej na północ. Pola bitewne nad Sommą to miejsce o wyjątkowym znaczeniu dla Brytyjczyków. W ofensywie, która, według płonnych nadziei dowództwa Ententy, miała zakończyć wojnę albo przynajmniej przeważyć szalę zwycięstwa, uczestniczyli także Francuzi (pod ogólnym dowództwem Ferdynanda Focha), ale dla nich, jak i dla Niemców, większy ładunek emocjonalny wiąże się z Verdun. Dlatego w ogóle opracowań francuskich jest mniej i można by czasem odnieść wrażenie, że Brytyjczycy byli tam sami.
Książka jest zrobiona według podobnego schematu jak Verdun 1916, ale grubsza i w sumie lepsza. Najpierw rozdział przedstawiający ogólną sytuację strategiczną w pierwszej połowie roku 1916 (łącznie z samym Verdun), potem opis uczestniczących armii oraz obszaru, na którym bitwa się toczyła, a następnie narracja dotycząca samej bitwy.
1 lipca, pierwszy dzień ofensywy, przeszedł do historii jako rzeź nie mająca sobie równych. Bataliony brytyjskie nacierające na pozycje Niemców zostały wprost zdziesiątkowane, uzyskując niewielkie, a czasem wręcz żadne zdobycze terytorialne. W ciągu całej bitwy, ciągnącej się aż do listopada, na ten jeden dzień przypadło 14% strat brytyjskich. Wynikało to z kilku rzeczy: słabego rozpoznania, niewystarczającego przygotowania artyleryjskiego i inżynieryjnego, a może i z tego, że zarówno brytyjski głównodowodzący gen. Haig, jak i dowódca jednej z armii, gen. Gough, byli kawalerzystami i “nie czuli” wojny pozycyjnej. Co ciekawe, Francuzi poradzili sobie znacznie lepiej, zdobywając wyznaczone na ten dzień cele – i nie był to odosobniony przypadek. W opisie pierwszego dnia bitwy autor bardzo przejrzyście przedstawia sytuację na odcinkach poszczególnych baonów.
Drugim przełomowym momentem bitwy – i w ogóle techniki wojskowej – stał się 15 września, kiedy nastąpił debiut czołgu. Brytyjskie “okręty lądowe” nie spisały się może najlepiej (spora część uległa awariom, zanim jeszcze zdążyły wejść do walki), ale i tak zrobiły piorunujące wrażenie na Niemcach, którzy nazywali je “autami pancernymi”.
Podobnie jak w Verdun 1916, czasem niestety trafiają się byki, głównie w pierwszych rozdziałach. A to błędny przypadek, liczba lub rodzaj, a to literówki (głównie w nazwiskach, boć autokorekta Worda tego nie wyłapie). Gdzie indziej czytamy: “Ludendorff zwracał uwagę, że zbyt dużą uwagę przywiązuje się do statycznego ognia zaporowego…” Nie dość, że frazeologizm skopany, to jeszcze powtórzenie. Bibliografia zawiera zaś Ospreya o niemieckich oddziałach szturmowych. O ile ilustrator Gerry Embleton w przypisach pojawia się czasem jako “Embletonm”, a czasem jako “Emleton”, to nazwisko autora tej pozycji konsekwentnie podawane jest jako “Ian Dury”. W rzeczywistości on się nazywa Drury, zaś Ian Dury to ktoś z zupełnie innej bajki. Tłumaczone fragmenty źródeł anglojęzycznych są toporne stylistycznie i wątpliwe interpunkcyjnie – z francuskimi i niemieckimi nie ma takich problemów.
Widać też nieco nieścisłości merytorycznych. Pisząc o lotnictwie brytyjskim, Redbaron popełnia powszechny błąd, nazywając dywizjony eskadrami. Określa także nieściśle Newfoundland Regiment mianem pułku kanadyjskiego – do 1949 r. Nowa Fundlandia była osobnym dominium. Skoro zaś mowa o Kanadzie, pojawia się pozycja nazywana “Regina Trench”. Przypis na s. 230: "Być może imię wybrano ze względu na to, że po łacinie Regina oznacza królową”. Lol nope, Regina to stolica Saskatchewan, z której to prowincji – dziwnym trafem – pochodził jeden z batalionów szturmujących ten okop.
Skoro zaś już się czepiam, warto wspomnieć o okładce, na której widać ciężkie działa brytyjskie. Jest ona oparta na zdjęciu zreprodukowanym zresztą w środku książki. Było gorące lato, więc zarówno na oryginale, jak i na innych fotografiach żołnierze Royal Artillery występują rozebrani do koszul, a czasem wręcz z gołą klatą – tymczasem bezlitosny ilustrator Daniel Rudnicki każe im nosić pełne umundurowanie. Nawiasem mówiąc, w książce wklejki ze zdjęciami są aż cztery – to ewenement w tej serii.
Poza Nowofundlandczykami, praktycznie zmiecionymi pierwszego dnia bitwy, a także Kanadyjczykami, w ramach wojsk Imperium Brytyjskiego walczyły nad Sommą oddziały z Australii, Nowej Zelandii, Południowej Afryki, a nawet indyjska dywizja kawalerii (podczas gdy większość Hindusów wycofano z frontu zachodniego jeszcze w 1915 r.) Wśród Francuzów były zaś jednostki kolonialne, w tym Marokańczycy, a u Niemców – dywizja rekrutująca na Pomorzu Gdańskim. Jest też wątek chiński: krótki biogram gen. Joffre’a podaje, że w 1885 r. służył na Tajwanie.

Cytat: “…nowa broń została ochrzczona jako »zbiornik« (tank). Rozważano jeszcze »transporter wody« (water carrier), ale (…) wszystkie departamenty określano inicjałami i nikt nie chciał pracować w »Komitecie WC«”.

Errata po dwóch latach (20 listopada MMXVIII): Niedawno na Histerykach recenzyje obu książek wykopał sam Jarosław Centek. Przy okazji inny user zwrócił uwagę na fakt, że jednak jest odwrotnie, niż napisałem, i tłumaczenie squadron jako "eskadra", które początkowo brałem za typowy przykład false frienda, jest jak najbardziej właściwe, natomiast szeroko rozpowszechnionym błędem jest u nas nazywanie brytyjskich squadronów dywizjonami. Z tego by wychodziło, że 303. Dywizjon Myśliwski "Warszawski", nazywany też potocznie "Dywizjonem Czysta Czy", również był eskadrą... #CałeŻycieWKłamstwie