poniedziałek, 18 lutego 2019

Szewc zabija szewca, czyli opowieść o drewnianym dilerze




Na temat serialu HBO Ślepnąc od świateł, adaptacji powieści Jakuba Żulczyka, krążą opinie skrajnie zróżnicowane. Jedni piszą, że w końcu nakręcono u nas serial sensacyjny na europejskim poziomie, że genialna rola Jana Frycza, drudzy – że epatowanie brutalnością, pojedyncze dobre sceny tonące w potopie glątwy i w ogóle osiem godzin wyjęte z życiorysu. Wobec tego nie pozostało mi nic innego, jak sprawdzić samemu. Zdecydował fakt, że w polskich produkcjach ekranowych rzadko kiedy pojawiają się utwory zespołu Siekiera.
            O czem to jest? O posępnym warszawskim dilerze kokainy, który na kilka dni przed Bożym Narodzeniem wplątuje się w porachunki przestępczego półświatka. Wskutek brutalnego zbiegu okoliczności w jego ręce dostaje się torba towaru wyjątkowo wysokiej próby, co uruchamia, jak to się mówi, łańcuch zdarzeń. Równocześnie gdzieś tam wychodzi z więzienia straszliwy Dario i zamierza odzyskać dawne wpływy, jeszcze z nawiązką.
            Pierwszą rzeczą, jaka się rzuca w oczy, a raczej w uszy, są ogromne wprost ilości wulgaryzmów. Dialogi musiał pisać cały batalion szewców. Jasne, że ludzie z półświatka nie wyrażają się niczym profesorowie, ale come on, oglądałem Psy, oglądałem Big Lebowskiego, oglądałem filmy Scorsesego i Tarantino, grałem w kilka części GTA, do podstawówki chodziłem na wsi – nie jestem pensjonarką, która by na dźwięk brzydkich słów zaszokowana zatykała uszy. Jednak w Ślepnąc od świateł stężenie góralskich przerywników osiąga taki poziom, że nie tylko żenuje, ale wręcz urywa od komunikatywności. To już nie są po prostu przekleństwa, to jest istny mat. Powie ktoś, „przecież to autentyczne, ludzie tak mówią!” No i? Ludzie też się jąkają, powtarzają, gubią wątek wypowiedzi – takiego typu naturalizm w dialogach można by porównać do 10-stronicowego opisu otwierania drzwi. Gdyby bluzgów było o połowę mniej, serial nie stałby się mniej edgy, a zaoszczędzony czas antenowy można by jakoś zagospodarować.
Sprawy nie poprawia fakt, że nie zawsze precyzyjnie słychać, co właściwie bohaterowie mówią pomiędzy przekleństwami. W pewnym momencie dałem se spokój i zacząłem oglądać z napisami. Najgorszym winowajcą jest tu sam główny bohater, Kuba Nitecki grany przez Kamila Nożyńskiego (w książce miał na imię Jacek – czyżby personalia zmieniono mu po to, żeby inicjały się zgadzały?) Mamrocze wszystko z jednakową, naburmuszoną intonacją. Podejrzewam, że specjalista od castingu, który zadecydował o jego przydziale do tej roli, nazywał się Gepetto. Niewiele lepiej wypada jego była flama w kreacji Marzeny Pokrzywińskiej – mogła mieć zadatki na femme fatale, ale ostatecznie jej główna przewaga nad Nożyńskim polega na tym, że jest ruda. Już ciekawiej się prezentuje Pazina, najlepsza przyjaciółka protagonisty, bo choć nawija jednolicie matowym, zachrypniętym głosem, to pokazuje sporo emocji. W dyskusjach internetowych zawsze się pojawia – jest to równie pewne jak spór o wyższość porodu naturalnego nad cesarką albo czy kot powinien być zamknięty w domu, czy wychodzący – ktoś, kto twierdzi, że drewnianość Niteckiego to specjalnie przyjęta poza, że on po prostu odgrywa rolę małomównego gościa. Ale ja sam jestem małomówny gość, więc taki kit to nie dla mnie. Nasz diler identycznie mamrocze, niezależnie od towarzystwa – z szefem, z klientami, ze zbirami, z dziewczyną, z kumpelą, ze starszą panią, a nawet kiedy sam w domu uczy się hiszpańskiego albo śni o tropikach. Mało tego, on nawet kiedy drze mordę, to mamrocze! Do tego jest on zupełnie niesympatyczny, trudno komuś takiemu kibicować. Ale prawdę mówiąc, tu w ogóle nikt nie jest sympatyczny, może poza facetem Paziny.
W takiej sytuacji nie dziwota, że Frycz kradnie show za każdym razem, gdy się pojawi. Dario jest naprawdę przerażający, choć praktycznie nie podnosi głosu, zachowuje pozory uprzejmości, pod którą jednak wyraźnie widać groźbę. Gdyby tak wziąć sadyzm Ramsaya Boltona, drażliwość Gypa Rosettiego, obleśność Trevora Philipsa i nieobliczalność Antona Chigurha, połączyć to z totalnym cynizmem i fizjonomią łysego Frycza – wychodzi potwór absolutny. Dla mnie bonusowe ciary powoduje fakt, że kojarzy mi się on nieodparcie z jednym z moich wykładowców z uniwersytu. Tyle tylko, że co jakiś czas postacie wspominają o jego ludziach, a mało ich w ogóle widać, Dario przez większość czasu sprawia wrażenie solisty-manipulatora. Przekonująco wypada Robert Więckiewicz jako Jacek, boss Niteckiego, jak też Janusz Chabior w roli prymitywnego zbira o ksywie Stryj. Natomiast Cezary Pazura, jak to Pazura, zachowuje się jak potrzaskany Kaziu, przynajmniej tyle dobrze, że tym razem jego postać telewizyjnego chelebryty nie ma na imię Cezary czy Cezar oraz dostaje on siedem razy po gębie.
Co w takim razie mi się podobało? Jak to w HBO – szeroko pojęte tło, architektura, typy ludzkie, ogólnie mroczna wizja Warszawy jako „wretched hive of scum and villainy”, miasta grzechu, zaludnionego przez hipsterów, raperów, gangsterów, bananową młodzież, celebrytów, biznesmętów i inny element. Dla mnie to jednak spora egzotyka, a kręcone jednym ujęciem sceny zbiorowe z dyskotek czy barów ze striptizem jawią mi się niczym piekło Hieronima Boscha; zawszeć to jakaś odmiana po cukierkowej wizji stolicy rodem z Listów do M. i innych romedii komantycznych. W dodatku jest to Warszawa wielokulturowa – spotykamy Wietnamczyków albo Arabów.
Narracja jest dość czytelna, ale momentami bohater za bardzo się snuje, kilka razy też pokazuje swój honor. Ją urozmaicają oniryczne wizje kręcone na nieostrej taśmie w samej Prypeci, jak i cukierkowe marzenia bohatera o Ameryce Południowej – choć on bez przerwy ględzi o Argentynie, to przebitki kręcono w Dominikanie. I tu ciekawostka z napisów końcowych: jednym z kierowców ekipy był niejaki Lenin Allende Gonzalez Cueto.
Reasumowując: serial mimo wad mnie wciągnął, ale drugi raz niekoniecznie się wyrywam go oglądać.


wtorek, 12 lutego 2019

Podsumowanie płytowe 2018 oraz wieki ciemne Iana Andersona




Miniony rok był całkiem niezły, jeśli chodzi o żniwa płytowe. Łącznie zdobyłem 37 albumów muzycznych, czyli jeden mniej niż w 2017. Oznacza to średnio 3,08 płyty w miesiącu. Tym razem aż 6 nowych nabytków miałem dotąd na kasetach. Miażdżącą przewagę miały płyty studyjne, które stanowiły około 90%. Reszta to 3 wydawnictwa stricte koncertowe oraz jedno (Sheik Yerbouti Franka Zappy), na którym zawarte zostały nagrania koncertowe, ale tak dogłębnie obrobione, że brzmią jak studyjne. Spośród koncertówek 2 były dwupłytowe, a 1 – jednopłytowa, ale z bonusowym dyskiem DVD. Zawartość metalu i hard rocka wyniosła 11 płyt (29%), z czego 1 album zaliczał się do kategorii ekstremalnej, ale tylko częściowo.
Łącznie znalazło się na nich 437 utworów, w tym 1 ukryty (Evil Dildo Placebo) i 15 bonusowych. Należy zauważyć, że Hergest Ridge Mike’a Oldfielda to jeden długi utwór w dwóch częściach, zaś A Passion Play Jethro Tull pierwotnie miała podobny charakter i dopiero w kolejnej reedycji podzielono ją na 15 części pod własnymi tytułami. Powyższe dwie suity, powyżej 40 minut każda, należy zaliczyć do najdłuższych utworów w tym roku, zaś najkrótsze są przerywniki z Ku nieboskłonom Kobranocki (Pałacyk i latarenka, Chcą się podetrzeć naszą skórą), które i tak zawsze przewijam. Podobnie jak w zeszłym roku, imiona występowały w tytułach 22 piosenek.
W ujęciu historycznym najwięcej płyt, bo niemal jedna czwarta, pochodziło z lat siedemdziesiątych. Lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte i naste dostarczyły po 7 płyt (19% dla każdej z tych dekad). 5 albumów pochodziło z lat zerowych, a 2 – z późnych sześćdziesiątych. Jeśli chodzi o kryterium geograficzno-językowe, to płyt polskich wykonawców było 8 (22%), wszystkie zaśpiewane po polsku, z wyjątkami w postaci pojedynczych utworów. Poza jedną płytą z Norwegii, wykonaną w języku norweskim (Kvelertak, Meir), zdecydowanie dominował angielski (76%). Z kolei wśród płyt anglojęzycznych dominowały dzieła wykonawców brytyjskich (17 albumów, czyli 46% całości), następnie Amerykanie (11 płyt, tj. niecałe 30%, przy czym Black Star Riders mają korzenie irlandzko-brytyjskie), po jednym albumie anglojęzycznym pochodziło z Australii (Wolfmother, Cosmic Egg) i RFN (Helloween, Keeper of the Seven Keys Part 1).
W minionym roku kupiłem tylko 5 albumów, na których występują artyści połączeni więziami rodzinnymi i tylko w 2 przypadkach chodzi o rodzeństwo. Na Boys and Girls Bryana Ferry śpiewa grupa wokalna złożona najprawdopodobniej z 3 sióstr, a Mike’a Oldfielda na Hergest Ridge wspomagają brat i siostra. Dwukrotnie pojawia się ojciec z synem: Janusz Staszewski śpiewa gościnnie jedną piosenkę na koncercie Kulcich, a Matt Pegg zastępuje Davida w Jethro Tull, grając na basie w trzech utworach na Catfish Rising. Na Apostrophe Franka Zappy grali małżonkowie – Ian i Ruth Underwood. Natomiast w nagraniu 1 płyty (Kansas, Leftoverture) wziął udział jednooki gitarzysta.
Płyta roku: jeśli pominąć te, które miałem przedtem na kasetach (The Piper at the Gates of Dawn, Roots to Branches, Queen II), to pewnie All Hell Breaks Loose Black Star Riders.
Piosenka roku: Do moich ulubionych również należą takie, które znałem już wcześniej, czyli Ordinary People Neila Younga i Peace of Mind Bostonu, ale dopiero w 2018, po zakupie płyty, zwróciłem należytą uwagę na Hey Judas Black Star Riders.
Odkrycie jutubowe: Przez ostatni rok intensywnie uzupełniałem luki w muzycznej edukacji, tym razem przedzierając się z pomocą internetów i archiwalnych numerów „Tylko Rocka” głównie przez dzieje rocka lat 90.: Soul Asylum, Lemonheads, Terrorvision, Weezer, Echobelly, Urge Overkill… Ale nie tylko. Do ulubionych piosenek słuchanych w streamingu należało LifeLoves a Tragedy grupy Poison. Z nowszych rzeczy zrobiła na mnie wrażenie folkmetalowa kapela Nine Treasures z Mongolii Wewnętrznej.
Wyróżnienie dla najbardziej obleśnego utworu? Całkiem żenujący jest całokształt twórczości zespołu Nocny Kochanek. Również Frank Zappa z premedytacją przekracza granice dobrego smaku, ale już bardziej inteligientnie, choć też wali między oczy. Niech więc będzie, że do celu wypędzania z domu natarczywych krewnych (zasadniczo konserwatywnych, ale i lewicowi mogą czuć się urażeni) rekomenduję jego hit Bobby Brown.
Najlepszy fragment tekstu: „Ostatnia prosta igła / Dała kopa, aż się wygła” (Kobranocka, Póki to nie zabronione).


A co z wykonawcą roku? Powiem więcej, to wykonawca wszech czasów. Znacznym osiągnięciem 2018 jest dla mnie skompletowanie zasadniczej dyskografii Jethro Tull – 21 lat po tym, jak oczarowała mnie płyta Heavy Horses. Kupiłem 6 płyt, brakuje tylko Christmas Album, którego nie zdołałem namierzyć, ale to płyta z materiałem tylko częściowo premierowym. Ostatnie cztery cegły w tym murze przedstawię poniżej. Są to właściwie najsłabsze pozycje w dyskografii zespołu, ale cóż poradzić, skoro wszystkie lepsze już mam.


Jethro Tull, A Passion Play, 1973

Kiedy ukazała się płyta Aqualung, wielu krytyków zaszufladkowało Jethro Tull jako rocka progresywnego, art rocka czy jak mu tam – ze względu na erudycyjne odniesienia do baroku, folku i jazzu albo wykorzystanie instrumentów innych niż gitara, bas i perkusja. Ian Anderson nie był szczególnie zadowolony z bycia wrzucanym do jednego worka z Pink Floyd czy Yes, a już zupełnie nie pasowało mu nazywanie Aqualunga concept albumem tylko dlatego, że niektóre piosenki były powiązane tematycznie. W takim razie postanowił zagrać krytykom na nosie: chcecie concept album, to go dostaniecie. Tak powstała Thick as a Brick, doskonała płyta zawierająca jeden czterdziestominutowy utwór, ze względów technicznych podzielony na pół, bo płyta analogowa miała dwie strony. W dodatku za okładkę służył egzemplarz fikcyjnej gazety „St. Cleve Chronicle and Linwell Advertiser” – była to parodia ówczesnej brytyjskiej prasy lokalnej – a za autora ekscentrycznego tekstu podany był rzekomy ośmioletni geniusz Gerald Bostock. Album okazał się jednym z największych osiągnięć Jethro Tull, tyle że nie wszyscy wyłapali, że to miała być parodia, więc tym bardziej zaczęli szufladkować zespół jako progresywny. Co gorsza, Anderson sam uwierzył we własny trolling i postanowił powtórzyć. Tak powstała płyta A Passion Play.
Zanim jeszcze do tego doszło, Jethro Tull wyjechał do Francji, bo tam niższe podatki, i w Château d’Herouville zajął się nagrywaniem kolejnego albumu. Sesja okazała się koszmarem, wszystko ciągle się psuło, a w dodatku członkowie zespołu struli się jedzeniem (jak to opisują w książeczce – w trakcie nagrywania co trochę któryś z nich nagle rzucał instrument i biegł do toalety), więc ostatecznie Anderson przerwał sesję i wrócił z grupą do Anglii. Niedokończone nagrania schował do szuflady i wydał dopiero w 1993 r. na jednej z płyt „śmietnikowej” kompilacji Nightcap. Słuchając tego materiału, można się jednak zorientować, że niektóre zawarte w nim pomysły zespół zrecyklował na A Passion Play. Należy do nich już sama uwertura (Lifebeats/Prelude).
W moje macki dostał się egzemplarz reedycji z 2015 r., zremasteryzowanej przez Stevena Wilsona, lidera Porcupine Tree. Przy okazji poszczególnym częściom suity nadane zostały tytuły i funkcjonują one na kompakcie jako odrębne ścieżki, co znacznie ułatwia orientację w repertuarze. Dzięki tytułowi można rozpoznać, że jedna z części, Critique Oblique, to kolejny z zarzuconych utworów z Château d’Herouville. Tymi tytułami będę się posługiwał dalej, choć na starszych wydaniach one nie występują.
No i co powiem? A Passion Play chyba najmniej mi się podoba z całego dorobku Jethro Tull. Thick as a Brick był pozycją może nie najłatwiejszą, ale motywy i melodie po prostu tam płynęły, muzyka była bez reszty wciągająca. A tu skład niby ten sam, a efekt bardzo nierówny. Andersonowi zabrakło ciekawych melodii, a tam, gdzie się pojawiają, stanowią zazwyczaj przeszczepy z Château. Niektóre fragmenty bywają spokojne, np. The Silver Cord – śpiewany przez lidera z akompaniamentem fortepianu, do którego stopniowo dołączają gitary, ale kudy jemu do pierwszej części Thick – są też i ostrzejsze, jak Best Friends. W Memory Bank w typową, lekko barokowatą piosenkę wkraczają jakieś dysonanse i kończy się po prostu chaosem sonicznym, w którym słychać chyba trzy partie fletu jednocześnie, do tego jeszcze saksefon sopranowy. Anderson sięga po ten instrument kilka razy: w późniejszej części Overseer Overture, a przede wszystkim w The Foot of Our Stairs z fajnie dudniącym basem, które w ogóle należy do najbardziej zapamiętywalnych fragmentów płyty. Co ciekawe, najważniejszą zmianą, jakiej dokonał Wilson w nowym miksie, jest wywalenie paru fraz saksofonowych w porównaniu z oryginałem.
Ponieważ materia tekstowa jest dość ciężka, zahaczająca o eschatologię, to zespół zdecydował się nieco ją złagodzić. Takim obrazem na płytę trafiła The Story of the Hare Who Lost His Spectacles, historyjka opowiedziana przez Jeffreya Hammonda-Hammonda na tle krotochwilnej muzyki skomponowanej przez niego wspólnie z Andersonem i Johnem Evanem. Postać „zająca, który zgubił okulary”, pojawiała się jeszcze później w dziejach zespołu – np. kiedy byłem na koncercie Jethro w Katowicach w 2000 r., zając ni z gruchy, ni z pietruchy wszedł na scenę i zaczął się skradać do Andersona, gdy ten grał dramatyczne solo na flecie w całkiem poważnym utworze My God.
Książeczka płyty zawiera fragmenty oryginalnej szaty graficznej: podobnie jak okładka Thick as a Brick miała postać gazety, tak samo A Passion Play wystylizowano na program teatralny, ze zdjęciami członków zespołu podpisanymi jako fikcyjni aktorzy. Nawiasem mówiąc, był to w dziejach Jethro Tull pierwszy album, na którym skład zespołu był identyczny jak na poprzednim. Książeczka zwraca uwagę, że 80% personelu (bez Martina Barre)  wywodziło się z istniejącego w latach 60. John Evan Band. David Palmer jak zwykle zapewniła orkiestrę kameralną, w której zagrał, jak czytamy w książeczce, niejaki Martin Skyrme, również były członek tamtego zespołu.


Jethro Tull, A, 1980

Na progu lat 80. sporo się w Jethro Tull zmieniło. Zdaniem większości słuchaczy – niekoniecznie na lepsze. W 1979 zespół spotkała tragedia, gdy zmarł basista John Glascock. Na jego miejsce zaangażowano Davida Pegga, znanego dotąd z Fairport Convention, lecz załamany śmiercią przyjaciela perkusista Barriemore Barlow odszedł z grupy. Tymczasem Anderson postanowił nagrać płytę solową. Tak się jednak złożyło, że w jej powstawaniu wzięli udział zarówno Pegg, jak i Martin Barre, więc ostatecznie podjęto decyzję, żeby album wyszedł pod nazwą zespołu. W ten sposób za burtą znaleźli się weterani – John Evan i David (Dee) Palmer. Nowy skład zasilił nieżyjący już dziś perkusista Mark Craney, a rolę klawiszowca przejął Eddie Jobson, grający ponadto na skrzypcach elektrycznych, a wcześniej znany z Roxy Music, gdzie zastąpił Briana Eno, i z supergrupy UK. Dla obu był to zresztą jedyny studyjny występ w ramach tego zespołu. Pamiątkę pierwotnej koncepcji solowej płyty lidera stanowił jednoliterowy tytuł: A.
Zmienił się nie tylko skład, lecz i wizerunek sceniczny. Muzycy ścięli włosy, a miejsce pstrych strojów – minstreli, arystokratów czy bezdomnych – zajęły jednakowe białe kombinezony. Członkowie grupy występowali w nich na scenie, jak i na okładce, gdzie na stacji radarowej wpatrują się z niepokojem w wielką literę „A” za oknem. A odzwierciedla charakterystyczny dla początku lat 80. lęk przed wojną jądrową, co widać nie tylko na okładce, ale i w tekstach takich utworów jak Fylingdale Flyer (w miejscowości Fylingdales w Północnym Yorkshire mieści się przeciwrakietowa stacja wczesnego ostrzegania RAF) albo  Protect and Survive. Dla odmiany Crossfire opowiada o głośnym i całkiem świeżym zdarzeniu, jakim było oblężenie przez komandosów SAS londyńskiej ambasady Iranu, opanowanej przez terrorystów (co ciekawe, nie do końca islamskich – byli to przeciwnicy Chomeiniego).
A muzycznie? Brzmienie Jethro Tull pozostaje niewątpliwe, ale zmieniły się dwie rzeczy. Po pierwsze, pojawiła się klawiszowa elektronika, na razie dość dyskretnie. Po drugie, utwory mają prostszą strukturę, są dość krótkie, tylko dwa z dziesięciu przekraczają pięć minut. Partie basu mocno wysunięte, David Pegg pokazuje, że nie ustępuje zmarłemu poprzednikowi (którego przez długi czas uważałem za jednego ze swoich ulubionych basistów ever). Słychać go już w Crossfire, o którym chciałem napisać, że jest zbyt ospały jak na otwieracz i ma za mało interesującą melodię, ale po jakimś czasie zaczął mi się bardziej podobać, choć i tak uważam, że to soundtrack do poniedziałkowego wstawania do roboty. Barre od czasu do czasu wycina solówki, Jobson nie zdominował brzmienia zespołu, choć jego klawisze tworzą ważną część tkanki brzmieniowej, czy mówimy o fortepianie, czy o syntezatorach. Przykładowo, Black Sunday rozpoczynają syntezatorowe „fanfary” kojarzące się trochę z Emersonem, a trochę z UK, w dalszej części tego długiego i dość przebojowego utworu słyszymy jazzujące fortepianowe solo. Skrzypce słychać za to stosunkowo rzadko, najbardziej w Uniform i instrumentalnym The Pine Marten’s Jig, gdzie jeszcze na dodatek pojawia się mandolina. Na A występują też chóralne wokale rodem jakby z brytyjskiego folku, jak we Fylingdale Flyer – moim ulubionym na płycie, pomimo niełatwej melodii. Przy czym w refrenie „elektroniczno-folkowego” Working John, Working Joe te głosy już są przetworzone. Anderson nie wstydzi się śpiewać przez wokoder, zelektronizowane wokale słychać w tle Protect and Survive. Może gdyby nie długi, skomplikowany motyw fletu, ten kawałek brzmiałby jak jakieś, za przeproszeniem, Kombi, ale to mi nie przeszkadza.
No i wygląda na to, że jednak natura fana wzięła górę – bo ta płyta podoba mi się co prawda mniej niż jeszcze bardziej krytykowana Broadsword and the Beast, ale słyszę na niej dość dużo ciekawych elementów, żeby do niej wracać. Za najsłabsze uważam bałaganiarskie, nieciekawe i marnujące niezły riff Batteries Not Included – swoją drogą najbardziej elektroniczny utwór na albumie – oraz finałowy, cokolwiek bezpłciowy And Further On.
Tę płytę było mi najtrudniej zdobyć – nie widywałem jej ostatnio ani w sklepach fizycznych, ani internetowych, w końcu kupiłem w sieci używany egzemplarz wydania jeszcze XX-wiecznego, niezbyt atrakcyjny graficznie, ale przynajmniej z wydrukowanymi tekstami utworów. Późniejsza reedycja nie tylko ma z pewnością grubszą książeczkę, ale w dodatku wzbogacono ją bonusowo o DVD Slipstream (nagranie koncertowe + parę klipów, m.in. wampiryczny Sweet Dream oraz Fylingdale Flyer, w którym Anderson upiornie kręci szyją).



Jethro Tull, Under Wraps, 1983

No i przyszła pora na najgorszy album Jethro Tull, który nie podobał się praktycznie nikomu poza Tomaszem Beksińskim, a i on nie uznawał go za szczytowe osiągnięcie zespołu.
Ian Anderson uważa Under Wraps za etap, który trzeba było przejść, choćby po to, żeby się przekonać, że niewłaściwy. Za największą wadę płyty, którą w pierwszej kolejności by poprawił, uznaje brak perkusisty: nagrano ją w całości z automatem perkusyjnym. Jednakże na trasie promującej Under Wraps po raz pierwszy w ramach Jethro pojawił się Doane Perry i widnieje on też na zamieszczonych w książeczce zdjęciach zespołu.
Ogólnie wygląda toto, jakby Anderson (ze współodpowiedzialnym klawiszowcem Peterem-Johnem Vettese) postanowił grać new romantic. Wszędzie pełno syntezatorów, sekwencerów i pierón wi czego jeszcze. Właściwie tylko głos Andersona i przelatujący tu i ówdzie flet przypomina, że mamy do czynienia z płytą Jethro Tull. Jeszcze Martin Barre czasem przyczadzi na gitarze – Saboteur rozpoczynają kąśliwe akordy (choć po jakimś czasie zaczynam się zastanawiać, czy aby nie zsamplowane), a potem spod syntetycznej magmy wydobywa się dość porządne solo, choć sam utwór całościowo jest taki sobie. W Paparazzi wiodący riff brzmi nawet jak coś z… Borysewicza. Dla odmiany utwór pierwszy, Lap of Luxury, odznacza się motorycznym, „pompującym” rytmem rodem z wydanego rok wcześniej Eliminatora ZZ Top – jest to najwyraźniej pierwszy przejaw tej inspiracji, która miała się w Jethro utrzymywać jeszcze do końca dekady.
Jeśli coś się wybija, to przede wszystkim obie części Under Wraps – pierwsza dynamiczna, trochę jakby pod Ultravox, druga bardziej nastrojowa, sam Anderson z gitarą. W European Legacy znów słychać dużo fletu i tu nie ma cienia wątpliwości, z jakim zespołem mamy do czynienia, nawet jeśli potem Anderson gra solówkę na tle syntetycznych dźwięków. Stosunkowo nieźle prezentuje się Radio Free Moscow, ale to pod warunkiem, że nie odnosimy go do dawniejszego repertuaru Jethro Tull. Ale już Later That Same Evening brzmiałoby o niebo ciekawiej, gdyby tylko było inaczej zinstrumentowane (te samplowane głosy traktowane jako efekt rytmiczny…)
Spora część płyty nie pozostawia po sobie wyraźniejszego wrażenia. Sama elektronika nie byłaby jeszcze taka zła, gdyby nie to, że Andersonowi zabrakło pomysłów na melodie. a tam, gdzie się pojawiają jakieś ciekawsze, przytłacza je elektroniczna magma. Najsłabszy przykład: Automotive Engineering. Rozczarowaniem jest też Heat, który nieźle, nastrojowo się zaczyna, a potem rusza z kopyta i efekt jest już gorszy.
Ale mimo wszystko album ten i tak podoba mi się bardziej niż A Passion Play, choćby tylko ze względu na Under Wraps #2 i Radio Free Moscow.



Jethro Tull, Rock Island, 1989

Po elektronicznym „okresie błędów i wypaczeń” Jethro Tull zrehabilitował się częściowo płytą Crest of a Knave, słynnej z tego, że dostała Grammy w kategorii „najlepsza płyta heavymetalowa”, choć nie zawierała heavy metalu. Do głosu doszły wtedy inspiracje Dire Straits czy ZZ Top. W tej samej konwencji dwa lata później powstała Rock Island. Tytuł nawiązuje do szkockiej wyspy Skye, gdzie Anderson podówczas mieszkał i zajmował się rolnictwem i hodowlą łososia – była to właśnie owa „Winged Isle” ze wcześniejszego o ponad dekadę Acres Wild, a ta nieregularna plama na tylnej stronie książeczki to właśnie zarys Skye. Doane Perry dołączył na stałe do podstawowego tria Anderson-Barre-Pegg (w Crest of a Knave słychać go było tylko w niektórych utworach), natomiast na klawiszach zagrał sam Anderson, w czterech utworach – trzymający się tym razem w ryzach Vettese, a w dwóch – zmarły parę miesięcy temu Martin (Maartin) Allcock, kolejny po Peggu, Gerrym Conwayu i Ricu Sandersie przedstawiciel zaprzyjaźnionego Fairport Convention.
Na pierwszy ogień idzie Kissing Willie – piosenka o seksie oralnym, którą Anderson uznał po latach za jeden z najgorszych utworów, jakie napisał w życiu. Co gorsza, nakręcono do niej sprośny teledysk w osiemnastowiecznym anturażu, budzący skojarzenia z Benny Hillem. Przy tym jest to utwór bardzo motoryczny, wręcz bliski hard rocka. Kategorię „ZZ Tull” reprezentują też stosunkowo ostre The Rattlesnake Trail (brodacz ze Szkocji zawarł nawet w tekście aluzję personalną do jednego z brodaczy z Teksasu: „up that dusty hill”) i Heavy Water oraz człapiący w bluesowym tempie Undressed to Kill. Element zmiękczający brzmienie stanowi… sam głos Andersona, który śpiewa tu dość oszczędnie – po Under Wraps przeżył poważne zapalenie krtani, które mocno zachwiało jego umiejętnościami wokalnymi.
Nie brakuje utworów bardziej balladowych, w których bardziej słyszalne są wpływy Dire Straits. Mamy tu Ears of Tin z łagodną zwrotką z mandolinowym akompaniamentem i doładowaniem w refrenie. Podniosły Rock Island także zdradza knopflerowskie inspiracje, choć zarazem ma w sobie coś z „morskiej” atmosfery albumu Stormwatch, a równocześnie wywodzi się w prostej linii od dwóch najlepszych utworów z Crest of a Knave – Farm on a Freeway i Budapest. Ale te dwie piosenki mają na tym albumie jeszcze inne odpowiedniki. Spadkobiercą Farm on a Freeway wydaje się The Whaler’s Dues – w pierwszym podmiotem lirycznym był farmer, którego zmuszono do sprzedaży ziemi pod budowę autostrady, w drugim – stary wielorybnik zmagający się z faktem, że fach wykonywany przez niego całe życie został zakazany. Na następcę Budapest – długiego, dość epickiego utworu opowiadającego historię z życia w trasie – wygląda zaś Big Riff and Mando, zainspirowany kradzieżą mandoliny Martina Barrego. Mandoliny faktycznie mają tu dużo do powiedzenia, a do tego pojawia się riff przypominający późniejszą o 10 lat Black Mambę. Po czymś takim finałowy Strange Avenues można sobie w zasadzie odpuścić, choć tekstowo nawiązuje do Aqualunga. Do najlepszych momentów płyty należy w pełni już andersonowski, nastrojowy i solenny Another Christmas Song. Jest to sekwel piosenki wydanej jeszcze w 1968 – tyle że tam mieliśmy potępienie bożonarodzeniowego obżarstwa, a nowszy utwór jest bardzo sercogrzejny.
Teksty, jak to u Andersona, niebanalne, pomijając niewypał na temat miłości francuskiej (a właściwie birminghamskiej). Trochę ekologii, trochę komentarza społecznego, sceny rodzajowe. Tylko o religii tym razem chyba nie było.
Jako bonusy pojawiają się trzy, a właściwie cztery utwory zarejestrowane na próbie w Zurychu: Christmas Song (ta pierwotna), wiązanka Cheap Day Return/Mother Goose, wykonana przez Andersona solo z gitarą akustyczną, oraz n-ta wersja Locomotive Breath, tym razem bez klawiszy i… bez perkusji, sama gitara elektryczna, bas, flet i śpiew.
Największą wadę Rock Island stanowi niezbyt przemyślany układ, przez co płyta wydaje się mieć kilka punktów kulminacyjnych, czyli de facto nie mieć żadnego. Początkowo chciałem napisać, że jeśli się nie jest zagorzałym fanem, a zna się już Crest of a Knave i Catfish Rising, czyli płytę wcześniejszą i późniejszą, to Rock Island można sobie odpuścić, bo nie zawiera żadnych elementów odmiennych od tego, co na tamtych dwóch. Ale po kolejnych przesłuchaniach zmieniłem zdanie. Ani chybi właśnie jestem zagorzałym fanem.