niedziela, 21 stycznia 2018

No i jaki był ten 2017?

No i jaki był ten 2017? Lepszy czy gorszy od poprzedniego? Trudno powiedzieć… Były zdarzenia pozytywne, były i negatywne. Tych pierwszych chyba jednak więcej.

Jeżeli chodzi o tak zwane wydarzenia w kraju i na świecie, to w dalszym ciągu trwało wszelakie syfistwo, ale taką po prostu mamy rzeczywistość – o czym świadczy chociażby „zimowa” pogoda rzędu +10 celsjuszy. Tymczasem nie udało mi się zrealizować prawie żadnego z postanowień noworocznych (przechodzą na następny rok). W dziedzinie życia towarzyskiego w dalszym ciągu utrzymuję program minimum: oprócz dwóch dewirtualizacji z ludźmi z internetów oraz niekiedy imprez plenerowych w mieście, trzymam się dotychczasowej sieci znajomości. Za to w życiu zawodowym odnotowano niejakie sukcesy: na rynek trafiło parę książek opatrzonych moim nazwiskiem (na razie jeszcze nie na okładce, a na stronie tytułowej i w stopce).

Co się tyczy twórczości ludowej, przez cały rok kontynuowałem dwie opowieści długodystansowe, z czego jednej stuknęły cztery lata, a drugą zacząłem w poprzednim roku. Zupełnym przypadkiem udało mi się też zacząć trzecią z inspiracji radosną twórczością na Łotrpadzie.

W czasie, kiedy akurat nie siedziałem nad zleceniem czy twórczością ludową albo nie byłem w podróży, próbowałem czytać książki. Co prawda z planowanych piętnastu udało mi się w ciągu roku zaliczyć tylko dwanaście, ale za to udało mi się powrócić do tematyki chińskiej. Przez cały rok zdobyłem 38 płyt z muzyką, ale szczegółowo rozpiszę się na ten temat w osobnej noci, podobnie jak o książkach. W dziedzinie gier komputerowych dominowały dwa tytuły: Fallout 3 (w domu) i GTA V (w gościach). Oglądałem też co nieco na DVD, w tym szczególnie dwa seriale: Czterej pancerni i pies oraz Gra o tron.

O ile Przyczajona Logika padła i w najbliższym czasie raczej nie powstanie, to na Niezatapialnej Armadzie Kolonasa Waazona ruch w interesie był spory. W tym roku bardziej się wyróżniały analizy książkowe niż opkowe, inkluding dwa bardzo złe owoce sÿfpublishingu: obleśna Dziewczyna wilkołaka, uznana za paranojmalną kontynuację Milenki-Marlenki w Górach Sowich, oraz Glątwa przeznaczenia, na którą zazwyczaj nie starczało mi nerwów i nawet wysunięta przez autorki groźba zaskarżenia analizatorów (na podstawie podtrumpowanych zarzutów) niewiele tu zmieniła.

Styczeń-marzec
Podobnie jak w poprzednich latach, pierwszy miesiąc bywał momentami zimny, lecz ogólnie mało śnieżny. Za to razem ze śniegiem pojawiał się smog. A podobno polski węgiel mniej truje…


W lutym zabraliśmy się z kuzynem do odpowiedzialnego zadania w postaci sterylizacji działkowych kotów. Nie obyło się bez kłopotów, gdyż kuzyn optymistycznie założył, że zwierzynę da się przetransportować do gabinetu weterynaryjnego bez użycia kontenerów, po prostu za pazuchą. Co do tego miał rację, ale nie przewidział, że po dotarciu do przychodni koty będą musiały jeszcze gdzieś przeczekać w kolejce… Łysy weteryniarz z brodą zaplecioną w warkoczyk nie był szczególnie zadowolony, ale ostatecznie wpakował oba do wolnego kontenera, który akurat miał w gabinecie. Operacja się udała i odeskortowaliśmy koty z powrotem na działkę.



Już po kilku tygodniach Kreska zabawiała się w świętą Jerzą, polując po ogródku na jaszczurki – musiałem gołymi ręcami ochraniać przyrodę i dbać o bioróżnorodność na działce.
Drakonus Częnstochovus


Kwiecień
W kwietniu wybrałem się do Breslau, tym razem z małżonką, żeby sobie dokładniej obejrzeć stolicę Dolnego Śląska. Zamelinowaliśmy się na północnych peryferiach miasta – tuż obok zielonej tablicy z napisem „Wrocław” – i chcąc się dostać do centrum, musieliśmy się przedzierać przez Nadodrze. Jak później sprawdziłem w internetach, dzielnica ta cieszy się nie za ciekawą reputacją. Rzeczywiście, na nowo przybyłym może robić przygnębiające wrażenie. Stare kamienice, odrapane elewacje, brudne szyby… i zakład pogrzebowy na każdym rogu. Gdzieniegdzie pojawiają się graffiti. Chciałem nawet sfotografować mural w bramie na Bolesława Chrobrego, przedstawiający patrona tejże ulicy – w gruncie rzeczy był to lekko przerobiony Asterix w koronie – ale zniechęcił mnie podejrzliwy autochton w dresie.
Na Nadodrzu nawet hobbitom źle z oczu patrzy.

Głównym fokusem naszego pobytu stało się ścisłe centrum Wrocławia, ze wszystkimi stałymi fragmentami gry, takimi jak Rynek, Leopoldinum, Ostrów Tłumski czy Plac Uniwersytecki ze słynną fontanną z szermierzem, którego podczas swej wizyty przed jedenastu laty wziąłem za Juliusza Słowackiego..

Wbrew temu, co mówią antyszczepionkowcy, Odra istnieje – sam widziałem! Mogliśmy więc spędzić trochę czasu na bulwarach i wyspach. Na Ostrowie Tumskim, nieopodal katedry i kurii biskupiej, nawiązałem zaś kontakt z przeuroczym czarnym kotem.

We Chrocławiu nadal czuje się prawdziwie europejską atmosferę: amalgamat historii, nowoczesności, turyzmu i kultury. Nowoczesnym symbolem miasta są sławetne krasnale, napotykane w najrozmaitszych miejscach. Gdzieniegdzie też spotyka się ślady rozmaitych wydarzeń artystycznych. Przy okazji kupiłem sobie pasek z ćwiekami.
Sporo też się dzieje w undergrundzie.

Zaliczono Ogród Japoński i Ogród Bocianiczny. Trzeba przyznać, że nazwy niektórych odmian kwiatów są… ciekawe.

Byliśmy też we wrocławskim zoo i muszę przyznać, że jest to chyba najbardziej wypasiony i nowoczesny ogród zoologiczny, jaki w Polsce widziałem (nieźle wypada Opole, a przypuszczam, że i krakowskie zoo przeszło przez ostatnie kilka lat jakąś modernizację). Jednym z charakterystycznych punktów jest afrykarium – wielki budynek, w którym utrzymywana jest wysoka temperatura, imitująca warunki tropikalne. W tymże gmachu mieści się także restauracja (chyba głównie wegetariańska), skąd rozpościera się widok na basen pingwinów z jednej strony, a uchatek z drugiej. Baseny te można także podglądać od dołu przez szybę. We wrocławskim afrykarium po raz pierwszy widziałem na żywo manaty, i to w trakcie karmienia.
Sałata dla manata.
Wędrując po bardziej oddalonych częściach miasta, znaleźliśmy się nieopodal Hali Stulecia, zwanej też Halą Ludową. Obie nazwy mają swoich przeciwników…

...ale niektórzy znaleźli kompromisowe rozwiązanie
(w: Naczelna Organizacja Techniczna Częstochowa. 60 lat 1949-2009)


Przez miasto Cz. przetoczyła się w kwietniu wichura. Połamała na daczy trzydziestoletni jałowiec, pozostawiając tylko goły pień i parę gałęzi na czubku.


Maj
Maj był najsmutniejszym miesiącem w roku, straciliśmy bowiem Czarnego Obleka, który zachorował na nieuleczalną chorobę wirusową zwaną kocim zapaleniem otrzewnej (FIP). Była to wielka strata, gdyż był on kotem bardzo łagodnym i przyjaznym, właściwie idealnym dla osób początkujących, takich jak Pani Małżonka (jego siostra też jest ogólnie przymilna, ale potrafi drapnąć, czego on nie robił). Mimo że nie było w tym żadnej mojej winy, przez dłuższy czas odczuwałem silną wewnętrzną potrzebę zrewanżowania się przez adopcję innego kota. Dopiero pół roku później zdałem sobie sprawę z istniejących na razie przeszkód obiektywnych.
Этот парень был из тех, кто просто любит жизнь...
Będąc innym razem na działce, szukałem czegoś w papierach po dziadku i znalazłem intrygujący maszynopis zawierający opis „cudownej diety na raka”. Miała ona polegać na piciu samych soków owocowych, że niby rak żywi się wyłącznie pokarmem stałym i w ten sposób ulegnie zagłodzeniu.
Zwróć uwagę na ostatnie zdanie.
Jeśli chodzi o internety, utworzyłem przyczółek na Łotrpadzie i od razu moją uwagę przyciągła kategoria „Historyczne”. Opka tam dzielą się zasadniczo na dwie kategorie: fanfiki do „Wspaniałego stulecia”, ewentualnie innych tureckich seriali, oraz historie okupacyjne. Te ostatnie są zazwyczaj fafnikami do Kamieni na szaniec albo Czasu honoru, względnie opowieściami o wielkiej miłości polsko-niemieckiej. Zaraz też postanowiłem też się sprawdzić w konwencji „Mary Sue pod okupacją”. Natomiast do czytania (i analizowania) za dużo tam nie ma, bo wszystko, co początkowo sprawia obiecujące wrażenie, okazuje się potem albo dziełem osoby bardzo młodej, która ma jeszcze prawo nie umieć (o dziwo, bardzo często są to harcerki), albo, s drugoj storony, jeśli już ktoś potrafi pisać bez błędów, to zamiast ostrosiużetnej akcji dostajemy 10-stronicowy opis obierania kartofla. Trzeba jednak przyznać, że „brudne łzy okupowanej Warszawy” to bardzo interesting metafora zawartości kanałów.

Tymczasem znanej pisarce Katarzynie M. odjechał nie tyle peron, co całe Koluszki – opublikowała bowiem na swoim blogu nocię o tym, jak zagadkowi złoczyńcy płacą hejterom miliony monet za objeżdżanie jej w sieci. W tym miejscu warto przytoczyć popularną w niektórych internetach teorię, że autorka Lata w Poziomce i kilkudziesięciu innych bezsenselerów wydawniczych w rzeczywistości nie istnieje, jest tylko efektem szeroko zakrojonego happeningu jakiejś tajemniczej grupy artystycznej. Komuś też coś odjechało na forumie Niezatapialnej Armady, przez co po raz pierwszy w dziejach musiałem chwycić za moderatorską lagę. I don’t like it any more than you, men.

Poza tym w maju wybrałem się także do Krakowa, ale ten wyjazd był dość nieewentfulny.
Whisky Tango Foxtrot?

Czerwiec
W czerwcu wybrałem się z małżonką do Warszawy. Niektórzy, całe życie bywając w Moskwie, ani razu nie widzieli Kremla, natomiast ja w czasie żadnego pobytu w stolicy Polsky nie znalazłem się jeszcze pod Sejmem, więc nadrobiłem zaległości, a przy okazji wyjaśniłem grupie turystów (nie wiem, skąd mi się ulęgło, że Nowozelandczyków), że ten duży okrągły budynek to nie je Trybunał Konstytucyjny.

Atrakcją i jednocześnie przekleństwem każdej stolicy jest bujne życie polityczno-społeczne. Po Warszawie chodziła tego dnia Parada Równości, która osiągnęła prawie 50-tysięczną frekwencję. Próbowałem jej szukać na ulicach, ale mimo dużych rozmiarów, jakoś nie udało mi się na nią trafić. Za to kiedy poszliśmy pod Pałac Namiestnikowski, to wpakowaliśmy się w sam środek demonstracji antyszczepionkowców.
Miadźwiedź approves.
Kolesiowcy i kolesiówy ze stowarzyszenia „Stop NOP” (niedawno czytałem, jaką bekę ta nazwa wzbudziła przed laty na Blogu de Barcie – w pierwszej chwili można było pomyśleć, że chodzi o sprzeciw wobec Narodowego Odrodzenia Polski) deklarują, że nie chodzi im o walkę ze szczepieniami jako takimi, tylko z przymusem szczepień i o rzetelną informację na temat powikłań. Biorąc pod uwagę transparenty w stylu „Bezpieczna szczepionka nie istnieje” czy „Dość depopulacji Słowian”, deklaracje te brzmią równie wiarygodnie, jak zapewnienia apartheidowców, że chodziło im tylko o niezależny rozwój każdej z ras ludzkich w najlepszych dla niej warunkach. Przeciwnicy powszechnej wacykologii przeszli z Krakowskiego Przedmieściu na Plac Zamkowy, gdzie urządzili wiec. Przemówienia niosły się aż do Babrakanu.
Zygmunt: "O, jak ja zara pierdykne na główkie..."
Żeby nie było tak całkiem potylicznie, wybraliśmy się też na brzeg Wisły, aby zobaczyć słynną warszawską sărenkę.
"Zaczęło się od szczepionek"

W całym mieście było pełno hipsterów i cudzoziemców, widziano także pewną ilość odzieży partiotycznej. Na Placu Zamkowym natknąłem się na świadków Jehowy rozdających literaturę w kilku wersjach językowych, w tym po chińsku.
Jak to, Zhao Yanwei, nie widziałaś jeszcze blockbustera "Potestatem"
w reżyserii Justo Egesrpera  
ani "Cristallum" wytwórni Poma Ficus Aliquet Films ?

Lipiec
Tradycyjny wyjazd na Mazuty wypadł mi tym razem na przełomie czerwca i lipca. Zajmowałem się wszystkim, tylko nie robotą, a między innymi całym stadem kotów. Krótko przed moim wyjazdem we wsi pojawił się nowy przybysz – Domino biały w czarne łaty. Był bardzo lękliwy i ostrożny, podchodził na skraj zagrody i na każdy podejrzany ruch brał nogi za pas. Nawet kiedy rzucano mu pokrojoną parówkę, wiał, sądząc widocznie, że to kamienie. Wykazując sporą cierpliwość, udało mi się podejść do niego na tyle blisko, żeby nakarmić go z ręki albo pogłaskać. Pod koniec mojego pobytu nabrał już na tyle śmiałości, że pojawiał się na ganku, ale wciąż jeszcze popadał w konflikty z członkami stada, zwłaszcza z Elyjaszem, jak też z Sieriożą, jeszcze większym outsiderem.
Dwa outsidery.
Widziałem też na Mazurach parę filmów. Był wśród nich Skazany na bluesa Jana Kidawy-Błońskiego, udany biopik o Ryszardzie Riedlu, z Tomaszem Kotem w roli głównej, a Maciejem Balcarem, dzisiejszym wokalistą Dżemu, grającym jego kumpla „Indianera” (to chyba postać fikcyjna, łącząca w sobie cechy kilku realnych). We filmie występują instrumentaliści Dżemu w roli siebie samych – co we mnie wzbudziło całkiem sporą konfuzję, zważywszy, że film miał premierę w drugiej połowie 2005, a widzimy w nim Pawła Bergera, który zginął w wypadku na początku tego samego roku.

Drugi film, Sławna jak Sarajewo, zobaczyłem przypadkiem w telewizji i widziałem spore urywki. Co ciekawe, jego reżyserem także był Kidawa, ale nie Błoński, tylko Janusz. Wyglądało to na próbę zrobienia realizmu magicznego na okupowanym Ślunsku, próbę średnio udaną i w sumie rozgrzebaną, bo jak patrzysz na wielkiego Sowieta wyginającego gołymi ręcami szynę kolejową, to w myślach kierujesz do reżysera słowa: „no zdecyduj się pan na jakąś jedną konwencję”. Ktoś już w polskich internetach ten film opisał, i to po obejrzeniu całości, więc tylko dodam że w swej recenzji autor „Poliszmuwi” używa określenia „cholonkowanie” i jest to trop o tyle trafny, że film jest ekranizacją powieści Leona Bielasa, który właśnie Janoschowego Cholonka przetłumaczył na polski.

Wybrałem się też na rowerze do Żytkiemów z wyraźnym zamiarem ustalenia, w jakich jednostkach służyli żołnierze niemieccy polegli w tej okolicy w 1914/15 r. i pochowani na tamtejszym cmentarzu z I wojny światowej. Niektórych rzuciło na Mazury aż z samej Alzacji…

Wracając do domu, miałem przesiadkę w Gołdapi. W tamtejszej księgarni Katarzyna M. jest nadal obecna. Opinia randomowej czytelniczki ze skrzydełka jej najnowszej powieści: „Katarzyna M. w mistrzowski sposób doprowadza czytelników do zawału serca”. Serio.

Lipiec był też miesiącem protestów pod sądami – wszystko przebiegało raczej pokojowo, choć podobno na jednym doszło do alterkacji pomiędzy uczestnikami a korwinowcami, co wychynęli z furgonetki zaparkowanej po drugiej stronie ulicy. Stoi tam ona cały czas, ozdobiona filipikami pod adresem sędziów, wizerunkami działaczy partii Mikkego oraz knajpy, w której kilka miesięcy później wystąpili Korwin z Popkiem. Z innych wydarzeń miejskich przekonałem się, że przejście podziemne koło Mleczarza, które zaczęto remontować w zeszłym roku, zostało wreszcie oddane do użytku, w związku z czym tramwaje też już jeżdżą do końca trasy. Natomiast planowane od wielu lat przedłużenie Alei Bohaterów Montego Kasyna już tak zaawansowane, że po gotowej nawierzchni można jeździć na rowerze.


Pod koniec lipca wybrali my się z teściami i szwagrem na nasz lokalny bliski wschód, czyli do Przedborza. Stałym fragmentem gry była wizyta na cmentarzu w pobliskiej Bąkowej Górze, gdzie między innymi pochowani są dziadkowie Jolanty Szymanek-Deresz, a także miejscowi partyzanci i strażacy oraz komunistyczny wojewoda (z innego województwa), którego nie chciano gdzie indziej. Później pojechaliśmy zobaczyć przedborską plażę. Nad zbiornik rekreacyjny przywieziono piasek aż z Łeby. Dzień był ciepły, więc zebrało się trochę plażowiczów: sądząc po rejestracjach na parkingu, niektórzy przyjechali z całkiem daleka. Z plaży doskonale widać górujący nad okolicą młyn. Zbudował go dawno temu kolega teścia, kiedy nie dostał się na studia i postanowił zmienić ścieżkę kariery.


Przeszliśmy się też po samym miasteczku i odwiedziliśmy kościół parafialny oraz ogród plebanii, zaadaptowany na drogę krzyżową z rzeźbami odlanymi z tworzywa sztucznego. Pan Jezus nie wygląda, jakby przeżywał bolesne męki, sprawia wręcz wrażenie mocno wyluzowanego. Trudno zresztą, żeby wyglądał na umęczonego, skoro krzyż jest zdecydowanie za mały jak na skuteczne narzędzie egzekucji – ramiona sięgają zaledwie do łokci skazańca.
"Królestwo moje nie jest z tego świata..." Ale mu powiedziałem, nie?

Ostatnim punktem tej jednodniowej wycieczki były Gidle z klasztorem dominikanów, gdzie zostaliśmy na mszę, a także znów byliśmy w otaczającym sanktuarium ogrodzie. Prócz tego, w trakcie ogólnego spaceru przez wieś, wstąpiłem do sklepu handlowego i na pamiątkę kupiłem sobie mopa.


Sierpień
W sierpniu wybrano się z Panią Małżonką do Krynicy-Zdrój, ale o tym pisałem już wyczerpująco kiedy indziej. Tymczasem na działce Cresca kontynuowała naśladownictwo św. Jerzego, przynosząc cioci w prezencie zaskrońca (żywego).
Po powrocie zaliczyliśmy wizytę u teściów, na którą przyjechała krakowska część rodziny Pani Małżonki, łącznie z synem kuzyna, który już zbliża się do czwartego roku życia, a przez to robi się grymaśny: tak bardzo nie chce jeść warzyw, że gołymi ręcami wybiera pietruszkę z rosołu.



Wrzesień
We wrześniu skoczyliśmy drugi raz do Warszawy. Tą razą zwiedzanie koncentrowało się na Łazienkach Królewskich, w kierych jeszcze ani razu nie byłem, za to w dzieciństwie chętnie je oglądałem na zdjęciach w książce Łazienki Królewskie i ich osobliwości wydawnictwa Arkady, aż mi się całkiem rozsypała. Co prawda Świątynia Egipska okazała się mniej imponująca, niż myślałem, ale i tak w Łazienkach mi się podobało. Od 1986 r. zmieniło się m.in. to, że przy współpracy KGHM i pewnej spółki z Kraju Środka zrekonstruowan został istniejący w XVIII w. Ogród Chiński z pawilonami w stylu jasne-że-nie-japońskim. Są nawet dwa kamienne (ceramiczne?) lwy, z których lewy, zgodnie z tradycją, ma w łapie piłkę, a prawy – małego lewka.
W dzieciństwie chciałem mieć taką miejscówkę.

Poza tym wybraliśmy się też do Kielców. Choć miasto to cieszy się w Polsce nie najlepszą sławą, w czym należy szukać winy licznych twórców kultury, od Stefana Żeromskiego przez Witkacego po Liroya, to jednak pierwsze wrażenie wypadło mi korzystnie. Główną arterią Civitatis Kielcensis (C.K. – nie mylić z monarchią naddunajską, boć to w końcu Kongresówka prawie kwintesencjonalna) jest ulica Sienkiewicza, biegnąca od dworca ku wschodowi, co szczególnie dobry efekt daje rano i zapewne także wieczorem. Żeby nie było zbyt różowo, w czasie spaceru Sienkiewiczą widziałem demonstrację domagającą się „ukarania sprawców mordu smoleńskiego” oraz angielskie wydanie Ukrytych Terapii. Z drugiej strony – wstąpiłem do antykwariatu, gdzie se kupiłem autobiografię cesarza Puyi oraz Dziennik z Regionu Specjalnego Chin Piotra Władimirowa, radzieckiego emisariusza przy sztabie Mao w Yan’anie w czasie wojny.
Demonstracja widoczna z prawej.

Potężny obiad zjedliśmy w restauracji amerykańsko-meksykańskiej. Do zwiedzania wyznaczyłem Pałac Biskupów Krakowskich, bo kiedyś realizowałem tłumaczenie na jego temat – jednak ze względu na remont część sal, którymi się wówczas zajmowałem, była niedostępna. Poza tym udaliśmy się też do Muzeum Zabawek i Zabawy, znacznie większego i bogatszego niż to w Krynicy-Zdroju. Reprezentowane są różne typy zabawek, różne okresy historyczne i kraje, nie brakuje też reprezentacji PRL-owskich Częstochowskich Zakładów Zabawkarskich. Jest nawet wystawa lalek z polskich filmów animowanych. Ale stuletnia lalka o upiornym wyrazie twarzy jest tylko jedna – pracownica powiedziała nam, że zwiedzający często zwracają na nią uwagę. Na pamiątkę kupiłem sobie gruby, bogato wydany katalog zbiorów z mnóstwem ilustracji. Niestety, poziom angielskiego tłumaczenia woła o pomstę do nieba.
"Wiem, gdzie mieszkasz, znam twojego fryzjera!"

Prócz tego byliśmy też na Kadzielni, położonym w centrum miasta rejonie skałek wapiennych, chętnie wykorzystywanym jako teren rekreacyjny. Podobno jest to także ważne miejsce dla turbolechitów, jako że w 1250 roku p.n.e., za panowania Światłowstręta V, mieścił się tu sarmacki kosmodrom, z którego startowały słowiańskie Ł-wingi przeciwko gwiezdnej armadzie Annunakich. Droga na Kadzielnię szła przez park ozdobiony popiersiami wybitnych ludzi kultury.



Październik
Tym razem pojechaliśmy do Łodzi. Była to nasza pierwsza wizyta w tym mieście od dziesięciu lat i już na wstępie zrobił na mnie wrażenie dworzec Łódź Kaliska po daleko posuniętej modernizacji. Wrażenie potęgował fakt, że po tych ogromnych, lśniących halach przetwierało się tylko niewielu ludzi.
Poczekalnia.

W pierwszej kolejności zaliczyliśmy łódzkie zoło, które akurat przechodziło modernizację i przebudowę. W związku z tym część zwierzyny była niedostępna dla zwiedzających, ale i tak widziałem donośnie miauczące mięsożerne papugi kea z Nowej Zelandii, pandy małe, kazuara hełmiastego i sporo innej żywiny.
Felidae większe i mniejsze

Spacer Piotrkowską wykazał, że mocno się zmieniła przez ostatnie 10 lat. Dotarliśmy też do sławnego centrum handlowego o nazwie Kaziufaktura czy jakoś tak, które przytłoczyło mnie swoją wielkością i przewalającą się po nim frekwencją.
Poza tym październik wyróżniał się tym, że kupiłem nowy stojak na płyty, który akurat bardzo mi się przydał.
Ukląkłem sobie na krótką chwilę...


Listopad

Drugi wyjazd na Mazury przytrafił mi się tradycyjnie w listopadzie. Tradycyjnie zajmowałem się raczej pracami gospodarskimi niż zawodowymi, no i oczywiście spędzałem czas z kotami. Od lipca Domino nie tylko nabrał zaufania do domowników, ale też nabrał ciała. Wcześniejsze życie widocznie sprawiło, że teraz, gdy trafił w dobre ręce, i tak żre, jakby przez następny miesiąc miał nie zobaczyć jedzenia. W rezultacie jest prawie kwadratowy, ale bardzo przyjazny w kontaktach z ludźmi, wręcz na rympał wchodzi przez okno.
To się nazywa zaokrąglić się po wakacjach!

Gorzej mu idzie socjalizacja z innymi kotami, bo ciągle jeszcze dochodziło do starć z Elyjaszem i Sieriożą. Mimo to z tym ostatnim przeważnie trzymali się razem i kiedy zobaczyłem jednego, nie trzeba było długo się rozglądać za drugim.
Odtwarzać z dźwiękiem!


W międzyczasie do stada dołączyły jeszcze dwie kotki: pręgowana Una i jej domniemana córka, czarno-biała Pola, zwana też Okruszką, które dość szybko przełamały lęk przed gospodarzami. Pola sypiała już regularnie w sieni, natomiast Una ciągle jeszcze wolała przebywać w garażu (gdzie sypia także Domino).




Poza spędzaniem czasu z kotami, psem i ludźmi, oglądałem także Grę o tron, słynny serial HBO na podstawie Pieśni lodu i ognia GRR Martina (nie mylić z sir George Martinem). W ciągu całego pobytu obejrzałem dwa sezony. Do moich ulubionych postaci należą Tyrion, Arya Stark, Ogar i Bronn. Zdaję sobie sprawę, że serial w pewnych aspektach różni się od książki (dopiero do przeczytania), ale mi to nie przeszkadza.

Tymczasem w Częstochowie CRESCA również zaokrągliła się po wakacjach i nie jest już taką chudziną jak jeszcze wiosną. Choć i ona, i jej matka mieszkają normalnie w domu, przed nadchodzącą zimą kuzyn zbudował blaszano-drewniano-szklaną (z wykorzystaniem starych okien) bungalownię – pasowałaby na scenografię do któregoś Fallouta. Wewnątrz znajduje się stary tapczan oraz dodatkowo psia buda. W bungalowni na ogół rezyduje Umm Ablaq, co sprawia, że mało prawdopodobne, aby jakieś nowe koty przyszły tam urodzić.
Arcytektura postprymitywna w duchu czołowych osiągnięć Inżyniera Kostki

Pomagałem też kuzynowi wyciągać z domu stary kaloryfer o 20 żeberkach. Ponieważ było to pierónstwo niezwykle ciężkie, musieliśmy najpierw przeciągnąć kalafior przez cały przedpokój na dywanie. Prawdziwy problem pojawił się dopiero później: schody! Kuzyn szybko znalazł rozwiązanie: podłożyliśmy starą pierzynę dla amortyzacji, a na tej pierzynie jeszcze prowadziliśmy kaforyler po desce. Tylko jeden stopień uległ wyszczerbieniu, a technika okazała się na tyle skuteczna, że po kilku tygodniach wykorzystaliśmy ją znowu.
Potrzeba matką wynalazku.

Grudziec
Grobalne ocieplenie sprawiło, że w mieście Cz. śnieg był tylko przez parę dni w ciągu całego miesiąca. Nie udało się, między innymi, zobaczyć bieli w Boże Narodzenie. Ponieważ przed naszą parafią w co większe uroczystości trudno znaleźć miejsce do parkowania, w pierwszy dzień świąt zwiedziliśmy kościół pw. Pierwszych Męczenników Polskich (Benedykta, Jana, Izaaka, Mateusza i Krystyna – kto czytał Bolesława Chrobrego A. Gołubiewa, ten na pewno skojarzy). Organista grał i śpiewał strasznie powoli, aż czekałem, kiedy w ogłoszeniach parafialnych pojawi się informacja, że w tę niedzielę wszystkie ofiary w kopertach i na tacę przeznaczone są na zapas kawy dla niego. Naszemu parafialnemu (byliśmy w Wigilię), ciągle się dla odmiany gdzieś śpieszy – jeszcze dotąd nie słyszałem kogoś tak zdolnego, żeby Cichą noc przerobić na walczyk z tancbudy. Drugiego dnia, dla odmiany, pojechaliśmy na Jasną Górę, gdzie nadzialiśmy się na tego samego wygłaszającego kazanie egzorcystę, co przed rokiem, ale trzeba przyznać, że ziółek z klasztornego ogrodu musiał przed homilią skosztować mniej niż wtedy, choć i tak niemiłosiernie przeciągał.
O ile w poprzednich sezonach świątecznych wizyty duszpasterskie zdarzały się po Nowym Roku, o tyle tym razem ksiadz po kolędzie przyszedł już 30 grudnia, co oznaczało, że mieliśmy wizytację dwa razy w ciągu jednego roku. Uderzyła mnie jedna rzecz: choć polska tradycja kolędowa jest bardzo bogata, a ministranci z roku na rok się zmieniają, to i tak zawsze śpiewają Przybieżeli do Betlejem.
Łupy grudniowe


Jak wyglądają perspektywy na rok 2018? Wiele wskazuje (na razie nieoficjalnie) na jakieś wesele w rodzinie (w związku z tym będzie szansa zrobić się na khala Drogo), poza tym, jak zwykle – sporo roboty przed nami…

Słowo roku: „kiziak”.


środa, 27 grudnia 2017

Dwa filmy o niesympatycznych ludziach

Żeby nie było cięgiem o płytach, znowu napiszę coś o filmach. Podobnie jak poprzednio, omówione zostaną dwa, polski i zagraniczny, ale w obu rzuca się mięsem.


Dzień świra (reż. Marek Koterski, 2002)

Ten popularny film to kolejna odsłona cyklu o nieszczęściach ofiary życiowego Adasia Miauczyńskiego. Należy dodać, że każdy z filmów Koterskiego stanowi autonomiczną, zamkniętą całość i znajomość poprzednich nie jest widzowi do niczego potrzebna. Główny bohater, będąc z jednej strony alter egiem reżysera (nazwisko), a z drugiej everymanem (imię), w dwóch poprzednich filmach grany był przez Cezarego Pazurę, a jak on gra, to sam pan wisz. Natomiast w Dniu świra rolę przejął Marek Kondrat i nic dziwnego, że wyszła bodaj najpopularniejsza odsłona cyklu. Ale Pazura i tak występuje w epizodzie.
O ile filmy z Pazurą, Nic śmiesznego i Ajlawju, eksplorowały żałosne życie erotyczne bohatera, o tyle Dzień świra stanowi wielopłaszczyznowy portret przegrywa życiowego. Adaś Miauczyński to sfrustrowany nauczyciel języka polskiego. Nienawidzi swej pracy, życie rodzinne całkiem mu się posypało, egzystuje w poczuciu totalnego bezsensu i w piekle nerwicy natręctw. Ta ostatnia ukazana jest bardzo sugestywnie, przede wszystkim w ciągu pierwszego kwadransa, kiedy obserwujemy poranne rytuały głównego bohatera. Jest to sekwencja mocno dyskomfortowa, szczególnie jeśli ktoś ma okazję znać zaburzenia obsesywno-kompulsyjne z własnej autopsji. Poza tym Miauczyńskiego wszystko, ale to wszystko na tym świecie denerwuje. Jak ostatniej deski ratunku trzyma się on swego inteligenckiego etosu, symbolowanego przez Chopina i Mickiewicza. W sumie to tylko powierzchowna dekoracja, ale jeżeli ją odrzuci, to co innego mu jeszcze zostanie?
Film jest raczej gorzki, dołujący i przytłaczający (duża w tym zasługa dominującego nad fabułą monologu wewnętrznego), ale element komediowy wprowadzają interakcje głównego bohatera z innymi ludźmi. W ciągu całego dnia Miauczyński napotyka na swej drodze różne groteskowe indywidua, takie jak namolny sąsiad-teoriospiskowiec (Andrzej Grabowski). Poznajemy też jego matkę, która w ogóle go nie słucha (Janina Traczykówna), byłą żonę, z którą kontakt przybiera formę wymiany obelg (Joanna Sienkiewicz), lub prydurkowatego syna (w tej roli Michał “Misiek” Koterski, syn reżysera – obserwując po kilku latach jego wyczyny jako dzyndzylybryty, zacząłem się brzydko zastanawiać, czy on w tym filmie grał, czy był sobą). Ogólnie akcja składa się z szeregu “random encounters”, w których pojawia się wiele znanych nazwisk, takich jak Piotrowie Machalica i Fronczewski, Anna Przybylska, Cezary Żak, Zbigniew Buczkowski czy Dorota Chotecka. Większość z nich jest tak denerwująca, że trudno się dziwić frustracji głównego bohatera. Przy tym im dalej w las, tym rzeczywistość staje się bardziej umowna, szczególnie w wątku podróży Miauczyńskiego nad morze.
Dzień świra to nie tylko portret frustrata, ale i swoisty komentarz do polskiej rzeczywistości. Sporą rolę odgrywa tu język. Postacie porozumiewają się groteskowym, kalekim narzeczem, najeżonym wulgaryzmami, pełnym błędów i poprawiania się po nich, dziwnych konstrukcji składniowych, powtórzeń i pourywanych myśli, wszystko to ociera się o granicę komunikatywności. Film jest wysoce memiczny, w tym sensie, że wiele cytatów przeszło do języka codziennego, inkluding “bo w ryj dać mogę dać!”, “moja racja jest najmojsza” albo “jak tatuś zrobi dziubek, to nie ma ***** we wsi”, nie mówiąc o wiązance zapisywanej zwykle w skrócie jako “DKJP”. Skoro mowa o kwestii językowej: film oglądałem z angielskimi napisami. Nawet biorąc pod uwagę specyfikę idiolektu Dnia świra oraz zwięzłość wymaganą przy tworzeniu napisów, musisz przyznać, że tłumacz doskonale wpisał się w nakreślony we filmie obraz powszechnej bylejakości.



Nienawistna ósemka (The Hateful 8, reż. Quentin Tarantino, 2015)

O ile Adaś Miauczyński w Dniu świra miał obsesję na punkcie liczby 7, to teraz posuwamy się oczko wyżej: ósmy film Quentina Tarantino i ośmioro bohaterów.
Parę lat temu byłem konkretnie wciągnięty w twórczość tego twórcy, aż uznałem go za jednego ze swych ulubionych reżyserów, obok braci Coen. Nie chodziło mi jednak o to, co większości ludzi kojarzy się zapewne na hasło “Tarantino”, czyli o drastyczne, wręcz przerysowane sceny przemocy. Zwróciłem raczej uwagę na charakterystyczny styl prowadzenia narracji, zapamiętywalne kadry, wciągające dialogi czy umiejętność twórczego czerpania z kina klasy B i niższej. Po tym zaś, jak twórca Pulp Fiction zaserwował widzom najpierw film wojenny (Inglourious Basterds – nie mam ochoty używać polskiego tytułu), a potem western (Django), stwierdziłem, że do kompletu brakuje jeszcze sajęs fikszyn. Minęło pięć lat – i co się okazuje? Tarantino będzie realizował film z uniwersum Star Trek (na razie nie jest pewne, czy jako reżysor, czy tylko producent).
Tymczasem praca nad Djangiem tak mu się spodobała, że postanowił nakręcić kolejny western. Nie obyło się przy tym bez kłopotów. W 2014, po wycieku scenariusza, Tarantino zrezygnował z kręcenia filmu (nad czym ubolewał m.in. Wojciech Orliński na swoim blogu, z drugiej strony trafnie prorokując niektóre decyzje reżysera). Później jednak zmienił zdanie i zabrał się w końcu za realizację Nienawistnej ósemki (a może Ośmiorga obrzydliwych?).
O czem to w ogóle jest? Dyliżans pędzący przez śnieżne pustkowia Wyomingu napotyka na drodze uzbrojonego Afroamerykanina. Nie jest to jednak bandyta, lecz wręcz przeciwnie, łowca nagród Marquis Warren (Samuel L. Jackson), były major kawalerii, który potrzebuje zawieźć trzech umarlaków do siedziby hrabstwa celem wypłaty nagrody. Tak się składa, że pasażerem dyliżansu jest inny łowca nagród, znany mu zresztą osobiście John Ruth “Szubienica” (Kurt Russell), wiozący w tym samym kierunku niebezpieczną przestępczynię Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh) – ma bowiem zasadę, że w przypadku “dead or alive” zawsze wybiera “alive”, bo kat też musi zarobić. Po jakimś czasie dołącza do nich przypadkowo spotkany Chris Mannix (Walton Goggins), denerwujący swoim suchym georgiańskim dyszkantem południowiec podający się za nowo mianowanego szeryfa miasta, do którego zmierzają. Ze względu na nadchodzącą śnieżycę dyliżans zbacza z drogi do zajazdu, w którym przebywają już: Meksykanin pilnujący interesu pod nieobecność właścicielki, były generał byłej armii konfederackiej, wysublimowany Anglik wykonujący zawód kata, a także małomówny i nieprzysiadalny kowbój. Wkrótce okazuje się, że daleko nie każdy jest tym, na kogo wygląda.
Tytuł jest bardzo trafny, bo cała główna ósemka to indywidua, mówiąc najłagodniej, mocno niesympatyczne (od normy odbiega dziewiąty – woźnica). Z początku się wydaje, że najłatwiej się utożsamiać z mjr. Warrenem, głównie dlatego, że jest on pierwszym, którego poznajemy, a jako Afroamerykanin ma ogólnie pod górkę w społeczeństwie i ze wszystkich stron obrzuca się go słowem na “n”. Ale sytuacja się komplikuje, gdy dowiadujemy się czegoś o jego przeszłości. W tym filmie zasadniczo nie ma podziału na dobrych i złych – są źli i jeszcze źlejsi (pomijając woźnicę). Ludzie walczący z bandytami wykazują się nie mniejszą od nich bezwzględnością, Ameryka jako społeczeństwo nadal jest zaś poorana bliznami po wojnie secesyjnej.
Pod względem realizacyjnym wiadomo, Tarantino reprezentuje wysoki poziom. Oczywiście lubi mieć pod ręką swoich ulubionych aktorów. Jackson to tradycyjnie klasa sama w sobie, Anglika gra Tim Roth, Michael Madsen wcielił się w komboja (i budzi skojarzenia z Buddem z Kill Bill). Do tego dochodzi gwardia nieco młodsza: Goggins w Djangu był głównym zbirem Calvina Candiego, a w jednej z ról epizodycznych występuje Zoë Bell, nowozelandzka kaskaderka, która dublowała Umę Thurman w Kill Bill. Tradycyjnie też na krótki moment pojawia się sam Tarantino – tym razem jako narrator zza kadru. Typowo tarantinowskie są również dialogi, zaś co do przemocy – tradycyjnie krew leje się albo po dłuższym budowaniu napięcia, gdy staje się ono wprost nieznośne i widz czeka, aż coś w końcu pęknie, albo wręcz przeciwnie: ni z gruchy, ni z pietruchy.
Skoro mamy do czynienia z westernem, w którym jeden z głównych bohaterów jest czarnoskóry, skojarzenia z Djangiem nasuwają się same. Ale nie tylko one. Mamy bowiem ograniczoną obsadę, która przez większość filmu siedzi w jednym budynku, popadając w wielostronne konflikty i zastanawiając się, kto jest zdrajcą. Wściekłe psy, anyone? Ale takie założenie budzi jeszcze inne skojarzenie: Coś (The Thing), pamiętny horror s/f Johna Carpentera o grupie polarników uwięzionych w stacji badawczej ze zmiennokształtnym kosmitą. Podobieństwa nie ograniczają się do tego, że wśród szalejącej śnieżycy kilka osób nie ufa sobie nawzajem, a jedną z nich jest brodaty Kurt Russell. Warto wspomnieć, że za ścieżkę dźwiękową odpowiada Ennio Morricone, który po raz pierwszy od ponad 30 lat stworzył znowu coś do westernu… recyklując przy tym fragmenty napisane przed laty do Cosia, ale wówczas niewykorzystane.
Tłumaczenie wypadło całkiem przyzwoicie, z jednym wyjątkiem: w pewnym momencie bohaterowie rozmawiają o wojnie i pada nazwa “Army of Northern Virginia”. Tłumacz oddaje to jako “armia Wirginii Zachodniej”, co jest podwójną fajlurą. Po pierwsze, Wirginia Zachodnia nie tylko stała po stronie Unii, ale nawet z tego powodu w czasie wojny się oderwała od reszty Wirginii! Po drugie, Armia Północnej Wirginii była przecież zdecydowanie najsłynniejszym związkiem taktycznym konfederatów – dowodził nią Robert E. Lee.

POST SCRIPTUM: Zdarzyło mi się iść do kina na "świąteczną komedię romantyczną" Listy do M. 3, reż. Tomasz Konecki. Po jakimś czasie natknąłem się w internetach na recenzję, z którą w dużej mierze się zgadzam (z jednym wyjątkiem  postać Andrzeja Grabowskiego nie zrobiła na mnie wrażenia pomylonego, a raczej drobnego oszusta). Teraz dochodzę do wniosku, że jak już Tarantino upora się ze Star Trekiem, to powinien nakręcić Listy do M. 4 - na pewno wyszłaby najlepsza część cyklu. A tak w ogóle List do M. był tylko jeden!!!!!!!11!