czwartek, 5 października 2017

Muł, dudziarz, trzy rozstania i kilka jaboli

Kolejne cztery płyty zostały uzyskane wiosną i wszystkie oprócz jednej wysyłkowo, co nie zdarza mi się często.

Gov’t Mule, Live… With a Little Help from Our Friends, 1999

Od wczesnego liceum do moich absolutnie ulubionych amerykańskich zespołów należy The Allman Brothers Band. Grupa, założona pod koniec lat 60. przez braci Duane’a i Gregga Allmanów, szybko zasłynęła jako mistrzowie blues rocka z Południa, z domieszką jazzu i country, a także spece od zespołowych improwizacji na koncertach. Gdy jednak w 1971 r. Duane zginął w wypadku motocyklowym, a rok później ten sam los spotkał basistę Berry’ego Oakleya, zespół zaczął stopniowo gubić się życiowo, aż się wreszcie rozpadł. Odrodzenie przyniósł mu koniec lat 80., kiedy Allman Brothers (już tylko z jednym bratem w sensie dosłownym – Greggiem, który zmarł w maju 2017) reaktywowali się z dobrym skutkiem. Była to zasługa nowych członków: gitarzysty Warrena Haynesa i basisty Allena Woody’ego (nie mylić z Woody Allenem), którzy okazali się godnymi następcami tragicznie zmarłych muzyków.
Z czasem jednak Haynes i Woody postanowili coś zrobić na własny rachunek. Dokooptowali więc perkusistę Matta Abtsa i tak powstał Gov’t Mule, pod względem poziomu wykonawczego równie ceniony jak Allmanowie, ale często krytykowany, że to lepsi instrumentaliści niż kompozytorzy. Za to kiedy już zaczną grać… Gitara Haynesa po prostu snuje opowieści, momentami słucham tego z większym zanurzeniem niźli koncertowego jamowania samych Allmanów.
Płyta Live… With a Little Help from Our Friends to zapis występu w klubie Roxy w Atlancie w Sylwestra 1998 r. Pełna wersja liczy sobie aż cztery płyty, w moje zaś ręce wpadło wydanie okrojone. Zawiera tylko 12 utworów, a jednak jest to album dwupłytowy. Zwłaszcza fakt, że na drugim dysku znajdują się tylko cztery kawałki, może coś podpowiedzieć na temat ich długości.
Tytuł jest nieprzypadkowy, bo trio Haynes-Woody-Abts wspierają tu muzycy występujący gościnnie. “How you doin’ this evening?” – zagaja lider, po czym od niepokojącego basowego motywu zaczyna się autorski utwór Haynesa, Thorazine Shuffle. Po nim rolę przerywnika pełni niespełna dwuminutowy, jazzowaty Dolphineus – poza tym jednym, żaden utwór na albumie nie schodzi poniżej sześciu minut, a większość wręcz przekracza osiem.
Muł nie prezentuje wyłącznie twórczości własnej – kowery stanowią wręcz większość materiału. Z War Pigs Black Sabbath wydobyty zostaje pierwiastek bluesowy, a Haynes najeża ten utwór frapującymi solówkami, odmiennymi stylistycznie od oryginału. Za to w kilku miejscach mylą mu się słowa, albo nie pamięta i markuje lekkim bełkotem. Są też rozbudowane wersje Mr. Big Free oraz 30 Days in a Hole grupy Humble Pie – w obu zresztą pojawia się pierwszy gość, gitarzysta Mark Ford (ex-The Black Crowes). Oryginalną wersję 30 Days in a Hole usłyszałem dopiero później, rozbijając się autem po Los Santos w GTA V, i muszę przyznać, że kower Muła jest dużo lepszy: mniej łobuzerski, a bardziej ubluesowiony.
Jak widać, amerykańska grupa sięga głównie do brytyjskiej klasyki Dla odmiany jednak pokazuje też przykład klasycznego bluesa – Look on Yonder Wall Jamesa Clarka i Elmore’a Jamesa, piosenkę z 1945 r. o inwalidzie zabawiającym mężatki, których chłopy poszły na wojnę. Jak przystało na kower Elmore’a Jamesa, odznacza się gęstym wykorzystaniem gitary slide, ale gra tu również pianista Chuck Leavell, uznana postać w tej branży: w latach 70. sam był przez jakiś czas członkiem The Allman Brothers Band, ja zaś doceniłem jego partie na koncertówce Erica Claptona Unplugged – i tu po raz kolejny potwierdza swoją klasę.
Później przychodzi chwila na kolejne utwory własne Gov’t Mule. Solenny Soulshine, napisany przez Haynesa pierwotnie z myślą o Allman Brothers, zaczyna się rozbudowanym pojedynkiem klawiszowców. Na fortepianie gra Leavell, a na organach – Bernie Worrell, współzałożyciel Parliament-Funkadelic i współpracownik Talking Heads, zmarły w zeszłym roku. Do tego dołącza kolejny gościnny gitarzysta, Derek Trucks (jeszcze jeden członek Allman Brothers i bratanek ich zmarłego w tym roku perkusisty). Dalej następuje jazzowo-funkujący Mule, bardzo rozimprowizowany: w pewnym momencie wybrzmiewa nawet zacytowany riff z hendrixowskiego Voodoo Chile, który nieoczekiwanie zmienia się w coś na kształt finału Don’t Want You No More, rozpoczynającego pierwszy album Allmanów – ale to nie finał, ta muzyczna rzeka płynie i płynie… Jazzowy klimat słychać też w Devil Likes It Slow z drugiej płyty.
Najlepszy moment tej koncertówki to rozpoczynający drugą płytę Sad and Deep as You z repertuaru Traffic (znowu Brytyjczycy!). W oryginale hipisowska ballada, zagrana głównie na gitarze akustycznej, tu zostaje zelektryfikowana i zyskuje na podniosłości, a od piątej minuty, gdy artyści dają po watach, nabiera intensywności wręcz apokaliptycznej. Ciężkie bębnienie Matta Abtsa, świetny Leavell na organach, Woody dudni imponująco, a do tego pojawia się saksofon, w który gościnnie dmie Randall Bramblett, były członek zespołu Sea Level, również powiązanego personalnie z Allman Brothers. Właściwie można by słuchać tych czternastu minut (w ostatnich czterech znów wyciszenie), za każdym razem zwracając uwagę na inny instrument.
Idąc za ciosem, Gov’t Mule prezentują jeszcze – tak samo czternastominutowy – Cortez the Killer Neila Younga. I tak sobie myślę: ech, gdyby tak kiedy nagrali własną wersję Ordinary People, dopiero byłby czad! Album wieńczy zagrany na bis jam na motywach Afro-Blue kubańskiego kompozytora Mongo Santamarii. Ze sporym zdumieniem rozpoznałem melodię tego standardu jako coś, co od lat kojarzyłem z koncertu The Doors Absolutely Live: koledzy Jima Morrisona przytoczyli ją w Universal Mind. Mułowa wersja jest jednak aż półgodzinna i mimo wszystko zdarzają sie w niej dłużyzny. Nie mąci to jednak nad wyraz pozytywnego wrażenia ze słuchania albumu, który gotów jestem postawić na równi z Lotusem Santany.
Wykonanie z innego koncertu, ale też jest Bernie Worrell.



Sexbomba, Ctrl+Alt+Delete, 2011

Nazwa tego punkowego zespołu z Legionowa to prawdziwa zmora internauty próbującego wyszukać o nim informacje (zwłaszcza, kiedy pisano ją jako “Sex Bomba” – sami muzycy podpowiadali, że przy łącznym pisaniu powinno być łatwiej). Po raz pierwszy usłyszałem o nich pod koniec lat 90., kiedy mieli wątpliwą sławę ulubionej kapeli legionowskich skinheadów. Wyróżniała ich także fascynacja muzyką lat 60., której przejawem stał się kower beatlesowskiego Please, Please Me, zatytułowany Piosenka o sklonowaniu Johna Lennona. Później grupie przydarzył się prawdziwy hicior w stylu bigbitowym – Hallo, to ja, za którego sprawą trafili do mediów głównego nurtu i ogólnie zaczęli grać bardziej komercyjnie. Wśród wykonywanych kawerów mieli nawet punkową wersję Malovaný džbánku Heleny Vondračkovej. Później Sexbomba wróciła na stare, punkowe tory, reliktem okresu “bigbitowego” pozostała beatlesowska fryzura wokalisty Roberta Szymańskiego. Ctrl+Alt+Delete jest właśnie kolejną z płyt, na której zespół trzyma się swojej ugruntowanej niszy.
Tematyka tekstów jest prosta i ogólnie zrozumiała: nonkonformizm, miłość, alkohol, polityka. Muzyka też prosta, ale melodyjna od “w miarę” do “bardzo”. Czasami melodie i aranżacje bywają banalne, jak w singlowym utworze Raz przeżyty dzień, gdzie gościnnie występuje kilku zasłużonych działaczy polskiej sceny punkowej, m.in. Siczka z KSU, Harcerz z Analogsów, Zygzak z TZN Xenny, Jaromir z WC i dziennikarz Marek Wiernik, ale czasem trafiają się kawałki prawdziwie przebojowe, na przykład Zostań księdzem albo Wódka, sex i rock’n’roll. Ogólnie rzecz biorąc, Sexbomba po swojemu podąża szlakiem przetartym przez braci Ramone’ów. Ciekawie się prezentuje drugi plan wokalny, na którym mamy zarówno dziarskie pohukiwania (Żmija), jak i kalifornijskie zaśpiewy (Zostań księdzem), a czasami refren bywa po prostu chóralny.
Za najbardziej przystępne należy uznać utwory w średnim tempie, bardziej refleksyjne: Zanim wszystko się obudzi, zawierający nawet solówkę, i zwłaszcza kolejny singiel – Lipiec ’86, wspomnienie punkowej młodości i starego Jarocina. Godna uwagi jest jeszcze Żmija, która jednak nie nadaje się do radia ze względu na brzydkie słowo w refrenie. Do ostrzejszych utworów, w których melodia jest mniej istotna od wściekłości przekazu, należy Seryjny morderca, potępiający konsumpcjonizm (Ś)mieć, Teraz płać, a także finałowy Ctrl+Alt+Delete.
Krótko mówiąc, na płycie tej jest prawie wszystko, czego szukam w punku, zwłaszcza polskim, unika zaś ona (na ogół) największego grzechu nie tylko punk rocka, ale i muzyki w ogóle: nudy.



Gary Moore, After the War, 1989

Zamawiając przez internet koszulkę z logiem Thin Lizzy, dokupiłem jeszcze dodatkowo płytę gitarzysty, który bywał a to współpracownikiem, a to nawet członkiem tego zespołu.
Z dzisiejszego punktu widzenia najbardziej znanym utworem Gary’ego Moore’a pozostaje Still Got the Blues. Słuchając tej bluesowej ballady z rozlewnymi solówkami gitarowymi, jak i późniejszych bluesowych produkcji wirtuoza z Belfastu, trudno uwierzyć, że w latach 80. wolał on zdrowo przyczadzić. Tamten etap swojej kariery aż do nagłej śmierci w 2011 Moore uważał za kompletnie i nieodwracalnie zamknięty, ja jednak wolę go bardziej od tego bluesowego.
After the War to ostatnia płyta Moore’a przed jego bluesowym nawróceniem. Towarzyszy mu zresztą prawdziwy dream team. Na poprzednim albumie, Wild Frontier, były świetne utwory, ale efekt osłabiało “plastikowe” brzmienie, któremu winien był przede wszystkim automat perkusyjny. After the War nie ma tego problemu: gra tu prawdziwy perkusista w osobie Cozy’ego Powella, weterana m.in. Rainbow czy Emerson, Lake & Powell, a później członka Black Sabbath. Powell zginął w wypadku samochodowym w Niedzielę Palmową 1998 r. (była to epoka internetu łupanego, więc dowiedziałem się z gazety dopiero w Wielki Piątek, kiedy także znalazłem kotkę pod drzwiami). Na basie gra zaś, jak poprzednio, inny zasłużony instrumentalista, Bob Daisley – współpracował z Powellem w Rainbow, grał w Uriah Heep i z Ozzym Osbourne’em. Składu dopełnia wcześniejszy współpracownik Moore’a, klawisznik Neil Carter (ex-UFO), choć nie w każdym utworze partie klawiszowe są jego. W kilku bowiem piosenkach pojawia się gościnnie Don Airey, wcześniej grający z Moore’em w Colosseum II, a dziś członek Deep Purple. Znajome nazwiska mamy nawet w backwokalu: Sam Brown i Miriam Stockley (po raz pierwszy zetknąłem się z nią na kasecie wideo z koncertu “The Freddie Mercury Tribute” w 1991). Oprócz nich słyszymy Chrisa Thompsona z Manfred Mann’s Earth Band i Eldritcha z Sisters of Mercy.
W porównaniu z dwoma wcześniejszymi albumami Moore’a After the War wypada najostrzej, pomimo instrumentalnej klamry Dunluce, w której artysta wciela się w gitarowego dudziarza. Utwór tytułowy to czad jak się patrzy, niejako następca sławnego Out in the Fields, również z dudniącym basem i antywojennym tekstem. W tej samej konwencji utrzymany jest Running fom the Storm, tyle że refren mniej porywający. Speak for Yourself wypada jednoznacznie heavymetalowo i klawiszowe tło nic tu nie zmienia. Nieco słabiej prezentuje się This Thing Called Love, średniak przywołujący skojarzenia z Rainbow epoki Joe Lynn Turnera. Za to Ready for Love, mimo ewidentnie komercyjnego charakteru (prosty rytm, żeńskie chórki w refrenie), wypada sympatycznie. O wiele lepszy skutek komercjalizacja brzmienia przyniosła w arcymelodyjnym Livin’ on Dreams. Warto też wspomnieć o Led Clones – drwinie z imitatorów Led Zeppelin, takich jak niemiecka grupa Kingdom Come. To już przypadek wolniejszego i cięższego hard rocka. W duecie z Moore’em śpiewa tu Ozzy i faktycznie kawałek ma nastrój jakby z jego ówczesnych przebojów, zaś zeppelinowy nastrój zapewniają orientalizujące smyczki, za które odpowiada Chris Thompson.
Spokojniejszy na tej płycie robi się Moore tylko raz. Nurt quasi-santanowskich ballad instrumentalnych z przeszywającym brzmieniem gitary, typu The Loner, reprezentuje The Messiah Will Come Again. W tym wyjątkowo za bas chwyta Laurence Cottle, który w tym samym okresie przewinął się przez Sabbath. A na finał, nie licząc repryzy Dunluce, pozostaje Blood of Emeralds. Tytuł mówi właściwie wszystko: to kolejna odsłona celtyckiego hard rocka, z tej samej półki co wcześniejszy hit Moore’a Over the Hills and Far Away, czy też utwory Thin Lizzy: Black Rose Emerald. Tekst ma zresztą tematykę autobiograficzną i pojawia się w nim “the darkest son of Ireland”, czyli, rzecz jasna, Phil Lynott. A muzyka… Cóż, solówki oparte na motywach tradycyjnych melodii irlandzkich typu Danny Boy zawsze są dla mnie trafieniem bezpośrednim.
Na kompakcie nie zabrakło bonusów. Należy do nich studyjne wykonanie wspomnianego Emerald, dość wierne, ale oczywiście solówki Moore zrobił po swojemu. Trochę dziwnie po zakończeniu Emerald usłyszeć inny utwór niż Southbound – zamiast niego pojawiają się trzy nagrania koncertowe, w tym Wild Frontier: gorsze brzmienie niż w wersji studyjnej, za to wreszcie z prawdziwą perkusją.



Fleetwood Mac, Rumours, 1977

Kolejny powrót do wczesnego liceum, gdy chętnie słuchałem składanki hitów Fleetwood Mac z kasety z zieloną okładką.
Mowa o jednym z tych zespołów, które w swojej historii przechodziły silną metamorfozę. Założony przez wybitnego gitarzystę Petera Greena, w latach 60. Fleetwood Mac był jedną z czołowych grup brytyjskiego blues rocka. W następnej jednak dekadzie muzyka grupy stała się zamerykanizowana i całkiem komercyjna, co nie znaczy, że zła. Jedynym łącznikiem pomiędzy wszystkimi składami była nazwa zespołu i jej źródło – sekcja rytmiczna, czyli basista John McVie i dwumetrowy perkusista Mick Fleetwood, notabene weterani John Mayall’s Bluesbreakers.
Najsłynniejszy skład, to znaczy ten, który nas tu interesuje, współtworzyła (eks-)żona pierwszego z nich, Christine McVie, śpiewająca klawiszystka, która jeszcze w czasach bluesowych, jako Christine Perfect, wspierała zespół gościnnie na fortepianie. Do trojga Anglików dołączyło dwoje Amerykanów, mających już za sobą wspólną płytę: wokalistka Stevie Nicks i śpiewający gitarzysta Lindsey Buckingham. I tu dygresja: w późnych latach 90. wydawnictwo Selles zagospodarowało na polskim rynku lukę prawną pozwalającą wydawać bez tantiemów nagrania starsze niż 25 lat. Poza wszystkim innym, płyty takie charakteryzowały się zmienionymi okładkami i ogólnym dziadostwem edytorskim (np. tytuły utworów przepisane przez kogoś, kto nie znał angielskiego). Największą kompromitacją była właśnie składanka Fleetwood Mac. Zawierała ona utwory z czasów Petera Greena, ale na okładce i nadruku płyty widniał skład z obiema paniami i Buckinghamem. Szczyt ignorancji! Nawet jak na standardy Sellesa.
Wracając do Rumours – był to drugi i najsłynniejszy album tego składu. Choć w zespole były dwa związki damsko-męskie (państwo McVie i Buckingham/Nicks), to na etapie nagrywania płyty oba się rozleciały. Mick Fleetwood miał żonę poza zespołem, lecz w tym samym okresie też przeżył rozpad małżeństwa. Negatywną energię, która się wówczas wytworzyła, muzycy zdołali jednak przetworzyć z pozytywnym skutkiem.
Zespół przeszedł długą drogę od lat 60., więc starzy fani, pamiętający czasy Jeremy’ego Spencera grającego dzikie solówki z przyczepioną do gryfu prezerwatywą wypełnioną mlekiem, mogliby dostać herszlaku. Tutaj mamy w zasadzie pop rock ze sporymi wpływami country i amerykańskiego folku. Ponieważ w zespole było troje wokalistów, to nie brakuje harmonii wokalnych. Ogólnie rzecz biorąc, płyta jest po prostu sympatyczna, choć powstawała w mało sympatycznych warunkach.
Mój faworyt to dynamiczny Go Your Own Way, ze zwrotkami śpiewanymi przez Buckinghama i z chóralnym refrenem, a w aranżacji słychać i sporo przesteru, i podzwanianie gitar dwunastostrunowych. Oprócz niego na kompilacji, której słuchałem w liceum, znalazły się także Dreams, Don’t Stop oraz You Make Loving Fun. Pierwszy – śpiewany przez Nicks, ciepło brzmiący za sprawą fortepianu elektrycznego Fendera i partii basu – stał się numerem 1 w USA. Drugi – dzieło Christine McVie, ale śpiewany znów głównie przez Buckinghama, jest optymistyczny, w skocznym tempie podkreślanym fortepianem. Po latach sięgnął po niego Elton John, choć jego wersja akurat ma niepotrzebnie elektroniczny beat. You Make Loving Fun, śpiewany już przez samą Christine, jest natomiast funkujący, z wyraźnym brzmieniem klawinetu i z niezwykle melodyjnym refrenem.
A pozostałe? Jako pierwszoplanowy śpiewak dominuje Lindsey Buckingham. Płytę rozpoczyna niezwykle radosny, inspirowany folkiem Second Hand News, którego beztroska zmienia sie w ironię, kiedy się weźmie pod uwagę tekst: podmiot liryczny, podobnie jak w Go Your Own Way, użala się nad swoją niewdzięczną miłością. Jest to, rzecz jasna, reminiscencja rozpadu związku Buckinghama z Nicks. Never Going Back Again to właściwie Buckingham solo z gitarą akustyczną, inne głosy dołączają do niego w refrenie. Warto też wymienić mocny punkt albumu i jedyną na nim kompozycję wszystkich członków grupy – The Chain, ze spokojną zwrotką narastającą do dynamicznego refrenu i z motorycznym finałem napędzanym partią basu. Rozpoczynał on drugą połowę płyty analogowej, ale mnie się już chyba zawsze będzie kojarzyć jako otwieracz koncertówki The Dance z 1997 roku, nagranej po reaktywacji najsłynniejszego składu Fleetwood Mac.
Co do Christine McVie, to poza wyżej wymienionymi jej wkład w album obejmuje dwie ballady: fortepianową Songbird i folkową Oh Daddy, mój najmniej ulubiony utwór na płycie. Natomiast Stevie Nicks, oprócz Dreams, wrzuciła na płytę radosny, countryczny I Don’t Want to Know, pochodzący z czasów, kiedy występowała z Buckinghamem przed dołączeniem do Fleetwoodów, a także finałowy Gold Dust Woman, utrzymane w wolnym tempie wyznanie kobiety zmęczonej tym wszystkim i szukającej ucieczki w narkotykach, z wydatnym udziałem gitary dobro (takiej z metalowym rezonatorem).
Niezadawno o Rumours pisały “Wysokie Obcasy”. W numerze z 20 maja bieżącego roku Olga Wiechnik wspomniała o nich w artykule Miłość lepsza niż seks, twierdząc: “…zamknęli się w studiu, żeby oczyścić atmosferę, i nagrali Rumours, jeden z najlepiej sprzedających się albumów rockowych wszech czasów. Po czym się rozpadli”. To było bardzo spore “po czym”, bo po swej bezselerowej płycie, pomimo wszelkich zawirowań, Fleetwood Mac grał w tym samym składzie jeszcze 10 lat, wydając kolejnych kilka albumów, a wśród nich – Tango in the Night z 1987, jedną z moich ulubionych płyt wszechczasów, z takimi przebojami jak Little Lies czy Seven Wonders
Nie byłoby jednak Tango, gdyby nie Rumours.
Wykonanie dużo późniejsze, ale w formie.




piątek, 29 września 2017

Dziś prawdziwych wampirów już nie ma (z frontu czytelniczego, cz. 3)


W tym roku nadal czyta mi się wolniej, bo roboty dużo (też przy książkach, a jak!). Dziś zaprezentuję dwie lektury, którymi raczyłem się w ciągu wakacji. Jedna z nich to horror, druga – biografia miłośnika horrorów.


6. Stephen King jako Richard Bachman, Chudszy, przełożył Robert Lipski, Poznań 2003

W czasach studenckich Stephen King był moim ulubionym pisarzem i nieledwie wzorcem wymarzonej kariery (pomijając alkohol i kokainę). Pomimo cienkiego budżetu kupowałem kolejne jego powieści i pochłaniałem w nadzwyczajnym tempie. W gruncie rzeczy to za sprawą Kinga zmieniłem modus operandi – z czytania kilku (-nastu) książek jednocześnie, rotacyjnie po fragmencie, na czytanie całej książki do końca i dopiero branie się za następną. Nie wątpię też, że pisarz z Maine miał spory wpływ na moją własną twórczość. Co prawda mam też wobec niego zdrową dawkę krytycyzmu – weźmy choćby zamiłowanie do obrzydliwości, rozczarowujące niekiedy zakończenia albo Polaków o takich nazwiskach jak Kaspbrak czy Mislaburski.
Chudszy to jedna z powieści opublikowanych przez Kinga pod pseudonimem Richard Bachman. Wówczas jeszcze prawdziwa tożsamość Bachmana była nieznana, a zdarzył się i recenzent, który napisał o Chudszym: “Tak właśnie pisałby Stephen King, gdyby naprawdę umiał pisać”. Mistyfikacja była szeroko zakrojona: w oryginalnym wydaniu znalazło się rzekome zdjęcie Bachmana, a żeby jeszcze bardziej oddalić od siebie podejrzenia, w usta jednej z postaci autor włożył słowa: “Przez chwilę sprawiałeś wrażenie, jakbyś naczytał się za dużo Stephena Kinga”. Wkrótce po wydaniu Chudszego został jednak wyoutowany przez księgarza o detektywistycznych skłonnościach i porzucił pomysł pisania jako Bachman – gdyby nie to, również Misery ukazałaby się pod tym nazwiskiem. W wydaniu Zyska i S-ki z serii “Kameleon” kwestia autorstwa została zaspoilerowana już na okładce.
Głównym bohaterem jest William Halleck (zbieżność nazwisk z Gurneyem zdecydowanie przypadkowa), nowojorski adwokat z Connecticut i posiadacz sporej nadwagi. Któregoś razu, przez lekkomyślność własną i żony, rozjeżdża starą Cygankę przechodzącą przez jezdnię, ale zostaje uniewinniony, częściowo dlatego, że przechodziła w niedozwolonym miejscu, ale przede wszystkim – dzięki znajomościom. Lecz nie pozostaje bezkarny. Pojawia się bowiem bardzo stary, niewesoły Rom o dość zastanawiającym nazwisku Taduz Lemke. W ekranizacji z 1996 r., wyświetlanej u nas pod jakże oryginalnym tytułem Przeklęty, miał on zresztą personalia jeszcze dziwniejsze: Tadzu Lempke – szkoda, że nie Tadziu. Tenże wymierza sprawiedliwość na własną rękę, nakładając na Hallecka klątwę chudnięcia. Choć z początku nasz prawnik nie widzi powodów do niepokoju – 250 funtów to poważna sprawa i nawet wskazane byłoby trochę zrzucić – to wkrótce się okazuje, że chudnięcie nie tylko przebiega w nienaturalnie szybkim tempie, ale w dodatku masa ciała nie zatrzymuje się w przedziale prawidłowym i leci dalej w dół, a lekarz nic nie kuma.
Jest tu właściwie wszystko, czego można się spodziewać po Kingu. Małe miasteczko i mocna obyczajówka, obejmująca też obszerny product placement. Dużo jest geniusa lociego Nowej Anglii – nie tylko Connecticut, ale przede wszystkim heimatu pisarza, stanu Maine; przez moment pojawia się nawet jego rodzinne Bangor. Przy okazji, dzięki Google Maps, ustaliłem, że hotel Sheraton w South Portland, gdzie zatrzymał się Billy mniej więcej w połowie książki, nadal istnieje, ale teraz już jest Hilton. Tu i ówdzie rozsiane są rozmaite smaczki, część z nich zrozumiała głównie dla Amerykanów, ale mamy i aluzję do Lovecrafta. Jeśli chodzi o narrację, to w grę wchodzi, równie typowy dla pisarza z Maine, narrator towarzyszący, a co za tym idzie, monologi wewnętrzne, w których “Richard Bachman” pokazuje swój kunszt w dziedzinie oddawania obsesyjnie powracających myśli. Przynajmniej raz pojawia się też Narrator Profetyczny, dzięki któremu łatwo sobie przypomnieć, że Stephena Kinga za swego mistrza (no pun intended) uważa Katarzyna Michalak – tyle że King korzysta z tego chwytu umiejętnie.
Co charakterystyczne, z bohaterem dzieją się jakieś paranormalności, dla których, mimo wszelkich chęci, nie jest w stanie znaleźć racjonalnego wytłumaczenia i w końcu musi się pogodzić, że to, co przeżywa, przechodzi ludzkie pojęcie; oczywiście nikt mu nie wierzy i biorą go za wariata. Z tym się wiąże inny Kingowski stały fragment gry: potwory i inne bluźniercze abominacje swoją drogą, ale nie mniej przerażający, a może i bardziej, jest czynnik ludzki. Jeden z bohaterów wypowiada to zresztą poniekąd otwartym tekstem: “Możemy być ofiarą czegoś, co jest nadnaturalne, ale tak naprawdę walczymy z ludzką naturą”. W tym przypadku Halleck nie dość, że doświadcza czegoś przerażającego, to jeszcze odwracają się od niego wszyscy, na których mógłby polegać, a jego jedyną nadzieją staje się pomoc kogoś głęboko niemoralnego. Z drugiej strony – on sam nie jest specjalnie sympatyczny. Come on, mówimy o człowieku, który próbuje uniknąć odpowiedzialności za spowodowanie śmierci i w dodatku, w głębi duszy, zrzuca winę na żonę. A z trzeciej strony – właściwie nikt poza nastoletnią córką Hallecka nie jest tu jednoznacznie pozytywny.
Jeśli chodzi o Cyganów, to ich wizerunek jest, cóż, dość stereotypowy – do tego stopnia, że nawet nie szkoda ich nazywać Cyganami, bo ich związek z rzeczywistymi Romami jest dość przelotny. Weźmy, na przykład, kwestię języka. Tadziu nazwany jest ostatnim z wielkich wodzów węgierskich, tymczasem to, co w powieści uchodzi za język romski, w rzeczywistości stanowią przypadkowe frazy po szwedzku. Przykładowo, sami Cyganie nazywają klątwę purpurfargade ansiktet, co ma oznaczać “dziecko kwiatów nocy”, a naprawdę znaczy “purpurowa twarz”. Wracając do dziwnych personaliów: kumpel Hallecka, sędzia, który pomógł mu uniknąć kary za przejechanie staruszki, nazywał się Cary Rossington – prawie zupełnie jak gitarzysta Lynyrd Skynyrd.
Tłumaczenie jest na ogół dobre, ale zdarzają się czasem potknięcia, na przykład: “Jadł lodowego z rożka” albo “Leżały tu puszki po piwie i wodzie sodowej” (soda to potoczne określenie napojów gazowanych), albo znów “country club” staje się “klubem »Country«”. Machnęła się też korekta: jeden z bohaterów “wrócił do biura”, podczas gdy o żadnym biurze nie było mowy, a chodziło o wynajęty samochód – buicka.
Fun fact: czytając tę książkę, istotnie nieco schudłem, choć nie aż tak straszliwie jak główny bohater. To pewnie przez te byki w zapisie dialogów.

Cytat: “Kiedy twoja żona ginie w katastrofie samolotu, nie masz ochoty słuchać, że jakiś układ A spieprzył się przy przełączniku B, pracownik kontroli lotów C się zagapił i tego nie zauważył [błąd tłumacza – brakuje D], a nawigator E wybrał niewłaściwy moment na pójście do sracza F. W takiej sytuacji pragniesz tylko zaskarżyć daną linię lotniczą (…) albo kropnąć kogoś z dubeltówki. Chcesz kozła ofiarnego, Halleck. Chcesz, aby ktoś cierpiał. I my jesteśmy ofiarami. Im gorzej dla nas, tym lepiej dla niego. A on się cieszy.” – brzmi znajomo?


7. Wiesław Weiss, Tomek Beksiński. Portret prawdziwy, Warszawa 2016

Na fali fascynacji rodziną Beksińskich, o której mowa na tym blogu była już wielokrotnie (zob. “Beksiński” na liście tagów), czytam wszystko na jej temat, co mi w ręce wpadnie. Byli już Beksińscy. Portret podwójny Magdaleny Grzebałkowskiej, były fragmenty dzienników Zdzisława Beksińskiego w edycji Wiesława Banacha, obejrzałem oczywiście Ostatnią rodzinę i se przy okazji odświeżyłem rubrykę “Opowieści z krypty” oraz recenzje w “Tylko Rocku”. Teraz, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, przyszła pora na biografię Beksińskiego juniora, którą napisał jego przyjaciel, redaktor naczelny “Tylko/Teraz Rocka” Wiesław Weiss.
Podtytuł Portret prawdziwy sugeruje polemikę z Portretem podwójnym, ale jeśli ktoś by szukał wskazania na konkretnych przykładach, dlaczego książka Magdaleny Grzebałkowskiej jest be, to takiej analizy nie znajdzie. Po skonfrontowaniu obu publikacji dochodzę do wniosku, że obraz Tomasza zaprezentowany w tamtej książce jest nie tyle kłamliwy, co – jednostronny. W sensie, autorka nieprawdy nie napisała, ale pominęła sporo. Weiss pozwala też rozpoznać nieścisłości w Ostatniej rodzinie – choćby uproszczenia chronologiczne. We filmie Tomek pod koniec lat 70. opowiada u psychoterapeuty o swoich niefortunnych próbach posiadania kota – tymczasem z Portretu prawdziwego wynika, że miały one miejsce dopiero w latach 90. Z drugiej strony – nie Grzebałkowskiej trzeba było przede wszystkim stawiać odpór. Po internetach chodzą bowiem najdziksze wymysły na temat Tomasza B.: a to że naprawdę uważał się za wampira, a to że był kryptogejem, a to że satanistą albo że zabił się przez Anję Orthodox. Książka Weissa dobitnie pokazuje, że tego typu pogłoski to, wedle sformułowania Nadprezesa, “wielkie ssanie z palca”.
Autor ukazuje Beksińskiego jest z wielu stron, począwszy od narodzin, aż do tragicznej śmierci – i później, do dalszych losów jego dobytku. Szczególnie dużo miejsca poświęca ostatniemu okresowi jego życia (łącznie z dość drobiazgową rekonstrukcją zdarzeń kilku ostatnich dni), starając się ustalić, jakie czynniki wpłynęły na jego samobójstwo. Weiss nie zawsze leci chronologicznie, bo niektóre rozdziały skupiają się na konkretnych aspektach życia i działalności Nosferatu. Jeden, na przykład, dotyczy audycji w radiu, inny – współpracy z pismami muzycznymi, kolejny znowu – pracy tłumacza filmowego.
Co do muzyki – cały rozdział poświęcony jest wykonawcom, z którymi Beksiński był zaprzyjaźniony i na których twórczość miał nawet wpływ. Oprócz dobrze znanego faktu, że był wielkim fanem Closterkellera i przyjacielem Anji Orthodox, warto też wspomnieć o czołowych przedstawicielach polskiego art rocka: Collage i Abraxas. W przypadku tego drugiego relacja była dwustronna: jego członkowie byli fanami Tomasza, którego audycje ukształtowały ich gust, samego zaś Beksińskiego ich muzyka tak urzekła, że nadawał ją jako pierwszy w Polsce, zanim jeszcze nagrali płytę – z taśmy demo. Krótko po jego śmierci Abraxas zagrał w Trójce poświęcony Beksińskiemu koncert, który ukazał się na płycie. Książka nie ogranicza się do przypadków polskich, bo Tomasz nawiązywał przyjaźnie i z muzykami zagranicznymi, takimi jak Anne Nurmi (Lacrimosa) czy Stuart Nicholson (Galahad). Nie mówiąc o Fishu.
Poza dość drobiazgowym opisem życia Tomasza Beksińskiego, ksiażka daje spory wgląd w życie w jego epoce i w jego specyficznych środowiskach, czy chodzi o problemy ucznia sanockiego liceum w latach 70., o ciężki żywot rockfana i kolekcjonera płyt za PRL-u (vide znana już z łamów “Tylko Rocka” historia o tym, jak przed rozpoczęciem ulubionej audycji Doctor Jimmy własnoręcznie wyłączał neon na pobliskim budynku, żeby nie zakłócał odbioru), czy o specyfikę pracy tłumacza filmowego. Weźmy choćby stosunek do wulgaryzmów w telewizji: w mediach mogły się pojawiać dopiero po dwudziestej, przez co – jak relacjonuje lektor Jacek Brzostyński – dochodziło do sytuacji, że narkomani i alkoholicy z traumą wojenną zwracali się do siebie w stylu “Oj, oj, drapichruście. Bo cię uderzę”. Beksiński tymczasem najchętniej nic by nie łagodził i w ogóle nie lubił, jak adiustatorzy mu cokolwiek skreślali.
Pewien problem z Portretem prawdziwym polega na tym, że autor, obszernie oddając głos wielu bardzo różnym osobom, stosunkowo mało dodaje od siebie. Nie można powiedzieć, że nie próbuje wyciągać wniosków czy rekonstruować czegoś, ale jednak odnosi się wrażenie, że surowy materiał źródłowy dominuje nad ustaleniami autora, wręcz przytłacza. Do tego dochodzi kwestia “watowania”, jako że książka zawiera przytoczone w obszernych fragmentach czy zgoła w całości teksty już wcześniej znane, jak te, które pisał do “Tylko Rocka”, w tym jego ostatni fejleton Fin de siècle – swego rodzaju list pożegnalny – czy mój ulubiony Patetyczny bękart o błędach w tłumaczeniach.
Nie brakuje też źródeł mniej znanych, jak dramatyczna korespondencja pomiędzy Nosferatu a jego partnerkami. Imiona tych ostatnich zostały zresztą zmienione. Znamienne, że choć autor zaprezentował wypowiedzi mnóstwa osób, to nie znalazła się wśród nich “Laura” ani “Basia”, dwie najważniejsze partnerki Beksińskiego. Przyczyną niekoniecznie był brak danych – na temat Nadkobiety, czyli drugiej z nich, Weiss sporo pisze własnymi słowami, a więc musiał dotrzeć do różnych informacji z jej strony. Gdyby miał je cytować in extenso, niektóre pewnie nie pasowałyby do jego obrazu Tomasza…
A obraz ten jest zdecydowanie pozytywny, o czym mówi już sam wstęp książki – częściowo zaadaptowany z felietonu opublikowanego przez Weissa w “Teraz Rocku” po obejrzeniu Ostatniej rodziny. Pisał tam np. “Tomek nie wyrzucał telewizorów przez okno, nie rozwalał szafek kuchennych, nie rozbijał butelek o ściany. Tomek nie bił nikogo pejczem i sam nie był przez nikogo bity pejczem”. Pomijam pułapki związane z użyciem wielkich kwantyfikatorów (uczciwy historyk napisałby: “nie ma dowodów na to, że…”), pomijam, że Weiss nie towarzyszył Beksińskiemu 24 godziny na dobę i zresztą sam w paru miejscach przyznaje, że niektóre sprawy są dla niego niewiadomą. Ale już 600 stron dalej przytoczony zostaje pożegnalny list Tomasza do “Basi”, a w nim takie zdanie: “Znasz te moje napady złości; wtedy zawsze coś rozbijam”.
Mimo wszystko nie jest to całkiem hagiografia: mówi o tym, że Tomasz bywał cholerykiem (ale szybko mu przechodziło), a przede wszystkim strasznym pedantem, który bardzo przeżywał, jeżeli w książeczce jakiejś płyty zrobiło się drobne wgniecenie od ząbka pudełka. Potrafił też urządzać dzikie awantury, jeśli nie dali mu do tłumaczenia tego filmu, który chciał. Wskazuje to, być może, na jakieś zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, których pozytywnym skutkiem ubocznym był niesamowity perfekcjonizm Beksińskiego i staranność, z jaką podejmował się wszelkich prac. Jego “problematyczność” w związkach damsko-męskich także od czasu do czasu wychodzi na jaw, choćby w kuriozalnej historii z oddaniem “Basi” bielizny za pośrednictwem przyjaciela.
Istotną zaletę książki stanowi bogaty materiał ikonograficzny: od książeczki zdrowia małego Tomka do ostatniego zdjęcia, które Beksińskiemu zrobiono na kilkanaście godzin przed śmiercią. Pomiędzy tymi dwiema skrajnościami mieszczą się m.in. fragmenty fotokomiksów tworzonych przez “Doctora Jimmy’ego” w liceum z udziałem kolegów czy fotografie w słynnej pelerynie wampira.
Wiesław Weiss wykonał tytaniczną robotę, podobnie jak w swoich opracowaniach o Pink Floyd czy o Kulcich. Nie ustrzegł się jednak błędów niewychwyconych przez korektę: “mi” tam, gdzie powinno być “mnie”, albo “zagranicą” tam, gdzie powinno “za granicą”. Pojawiła się też freudowska literówka, wskazująca, że Weiss jest przede wszystkim dziennikarzem muzycznym: “…rozchorował się. Dopadła go grupa”.
Sporą niedogodność stanowi brak indeksu osób. Na kartach książki występuje ich mnóstwo, a w połączeniu z faktem, że spis treści podaje tylko rozdziały, bez podrozdziałów, znacznie utrudnia to odnalezienie czyjejś wypowiedzi albo informacji o danej osobie. No i okładka o matowej, “lepkiej” fakturze jest czymś, czego Tomek pewnie by nie docenił, bo łatwo zostawić na niej odciski palców albo wysmotruchać w inny sposób.

Ciekawostka graficzna. U góry cytat z 21st Century Schizoid Man w pożegnalnym felietonie Beksińskiego w “Tylko Rocku” 1/2000, u dołu – w książce. Zwracają uwagę dodane arbitralnie przez Weissa cudzysłowy i wcięcie w czwartym wersie, których nie było w oryginale. Sprawia to wrażenie, jakby pierwsze trzy linijki były cytatem, a czwarta – podaniem źródła. I to nie jest nieprawdą, tyle że… równocześnie jest to czwarty wers tekstu.
Jest i wątek chiński: Nosferatu uwielbiał kuchnię dalekowschodnią i – zwłaszcza w latach 90. – przede wszystkim nią się żywił. Najbardziej preferował kurczaka gong bao, dodatkowo przyprawionego do sumaszedszego poziomu ostrości. Miał w Warszawie kilka ulubionych lokali, z których nazwa jednego trąca znajomą strunę u miłośników chinglishowych napisów do Gwiezdnych wojen: “Good Elephant”.
Opracowanie Weissa jest bardzo obszerne i niesie ze sobą mnóstwo informacji, ale choćby dlatego nie może być konkurencją dla Grzebałkowskiej, że jest bardziej hermetyczne: raczej dla fanów niż dla tych, którzy o Beksińskim czytają po raz pierwszy. Zwłaszcza fragmenty, w których Wiesław Weiss daje się ponieść – znanej także i z jego tekstów w “Tylko/Teraz Rocku” – manii wyliczanek, wymieniając w ilościach hurtowych płyty, zespoły czy filmy, są lekturą dla hardkorów. Mimo to książka warta jest uwagi ze względu na to, że ujawnia to bardziej pozytywne oblicze Tomasza, którego zabrakło u Grzebałkowskiej, a już na pewno we filmie (wiem, nie pasowałoby do jego ogólnej wymowy, ale można było je trochę bardziej zaakcentować, byłby niezły kontrast).
Dawno temu wydawało mi się, że mam z Tomaszem Beksińskim wiele wspólnego. Po przeczytaniu książki Magdaleny Grzebałkowskiej z ulgą stwierdziłem, że jednak nie tak wiele. Po lekturze Weissa natomiast – że facet był do mnie jeszcze bardziej podobny, niż do tej pory myślałem. Między innymi spośród wymienionych na stronach 237-240 60 ulubionych płyt Beksińskiego, mam aż 31, a chciałbym mieć jeszcze 12. Ogólnie zaś w chwili śmierci miał on w domu ponad 3 tysiące kompaktów, zbieranych przez ostatnie około piętnaście lat, a ja zgromadziłem znacznie mniej w ciągu dwudziestu. Po jakimś czasie znalazłem na internetach bloga Marzanny zwanej Strusiem i teraz sam już nie wiem, czy mam się bardziej cieszyć z tego, że pod pewnymi względami mam wspólne cechy z Tomaszem, czy z tego, że pod innymi jednak nie. Hasło “prawda leży pośrodku” nie jest żadną uniwersalną zasadą, tylko odnosi się do konkretnych sytuacji… takich jak ta.