poniedziałek, 11 lipca 2022

Dżem z Irokeza, czyli zapełnienie paru luk muzycznych

 Wiosenne nabytki muzyczne pochodziły częściowo z oferty używanej, a częściowo były świeże, spod folii.

 

Maanam, Maanam, 1980

Ten album miałem już od dawna na kasecie, kupionej około 1999 r. w Białymstoku, w nieistniejącym już dziś (oczywiście) sklepie przy ul. Sienkiewicza. Dużo wcześniej w rodzinie musiało być wydanie jeszcze wcześniejsze, bo pamiętam z dzieciństwa nazwę Maanam, okładkowe zdjęcie zespołu i wynikające z wizerunku Kory przekonanie, że najbardziej wyrafinowana fryzura u kobiety to brak fryzury. Teraz, z okazji wizyty u dentystologa, wzbogaciłem się o wersję kompaktową.

Z całą pewnością image Kory musiał być szokiem na feściwalu w Opolu, gdzie, po kilku latach działalności w undergroundzie, Maanam po raz pierwszy pokazał się szerokiej publiczności. Debiutancki materiał był też jednak przełomem w polskiej muzyce tego czasu, jednym z filarów rockowego boomu początku lat osiemdziesiątych.

Pierwsza płyta Maanamu zdominowana jest przez czady, które można by nazwać punkowymi, gdyby nie stały na zbyt wysokim jak na punk poziomie technicznym: Żądza pieniądza, Szare miraże, Karuzela marzeń… No i ekscentryczne Boskie Buenos, które rzuciło na kolana opolską publiczność. Nie mniej zadziorny jest nieco spokojniejszy Biegnij razem ze mną, doprawiony saksofonem Zbigniewa Namysłowskiego. Szczególnie wyróżnia się wariacki Oddech szczura, wykonany jak gdyby w przyspieszonym tempie. Łagodniejsze momenty są dwa: gitarowy instrumental Miłość jest cudowna oraz bluesowa ballada Szał niebieskich ciał.

Po przesłuchaniu tego albumu przypomniałem sobie, jak wulkaniczną osobowością sceniczną była Kora (w późniejszych latach zdarzało jej się śpiewać już bardziej jednowymiarowo). W jej śpiewie jest wszystko: pasja i żart, radość i gorycz, udręka i ekstaza, Dawid i Goliat, gangsterzy i filantropi. Czasem słodzi, czasem wrzaśnie, czasem wpadnie w groteskowy falset. Biorąc pod uwagę, że nierzadko nosiła się na łyso, łatwo pojąć, z kogo ściągali Skunk Anansie. Ale – poważnie mówiąc – Maanam to także talent kompozytorski Marka Jackowskiego, byłego muzyka zespołów Anawa i Osjan, i niezwykle melodyjne solówki gitarowe Ryszarda Olesińskiego.

Jeśli zaś chodzi o sekcję rytmiczną, to na tej, jak i na następnej płycie, bas i perkusja świetnie brzmią – co pewnie jest zasługą zarówno perkusisty Pawła Markowskiego (a w dwóch utworach Ryszarda Kupidury, który później grał z Andrzejem Pluszczem i Grażyną Łobaszewską w grupie fusionowej Crash), basisty Krzysztofa Olesińskiego, jak i realizatora nagrań, Andrzeja Poniatowskiego. W czasach, kiedy nie było u nas producentów płytowych w sensie zachodnim (czego boleśnie doświadczyła np. grupa Turbo, zmuszona współpracować z panią od muzyki poważnej), były perkusista Klanu wiedział, co robić, żeby uzyskać właściwy efekt. Swoją drogą, Krzysztof Olesiński, brat Ryszarda, został na okładce wymieniony jako uczestnik sesji,  nie stały członek zespołu. Na następnej płycie zastąpił go Bogdan Kowalewski, co trwało aż do 1991, kiedy to po obrażeniach poniesionych przez Kowalewskiego w wypadku drogowym Maanam przyjął Krzysztofa O. na jego miejsce.


 

Jamiroquai, Travelling Without Moving, 1996

Znowu coś z pobocza drogi – „Żamiroke” zalicza się bowiem do gatunku znanego jako acid jazz. Najgeneralniej rzecz biorąc, mamy tu trochę soulu, trochę funku, trochę jazzowego feelingu, trochę spraw latynoskich i okazjonalnie elementy nowoczesnych brzmień. Wokalista Jay Kay wywija zaś takie melizmaty, że trudno uwierzyć, że biały, w dodatku Brytyjczyk.

Dalibóg, nie jarzę, na czym ma tu polegać „acidowość”, bo to przecie solidny funk.  Weźmy Cosmic Girl: basowy fundament, gitara robi głównie ozdobniki, stylowe smyczki… no może te zawijasy na syntezatorach mają w sobie coś z „nowych brzmień”. Virtual Insanity odjeżdża nawet w stronę soulu. W Alright funk nabiera cech dyskotekowych, być może z perkusyjnym loopem, ale nie brzmi to tak plastikowo, żeby mnie miało odrzucać. Najbardziej charakterystyczny jest Use the Force – rytmika samby, odpowiednie perkusjonalia, fortepian elektryczny, a także figura rytmiczna zagrana na gitarze z „kaczką” przy wytłumionych strunach, która również kojarzy się z jakimiś brazylijskimi stukawkami.

Podobne klimata dominują na całej płycie. Przerywnik w tej tanecznej imprezie stanowią utwory Didjerama i Didjital Vibrations, oniryczne pejzaże muzyczne oparte na brzmieniu – jak się łatwo domyślić – dzidziridu.

Jest utwór dodatkowy Funktion, wyróżniony jako osobna pozycja na wyświetlaczu, ale nieopisany na okładce. Cały czas słyszę tam „I’m going to abortion” albo dla odmiany „I’m going to a pociąg”. 


 

Manic Street Preachers, Everything Must Go, 1996

Z okładki tej płyty patrzą na nas trzej Walijczycy. Everything Must Go, czwarty w ogóle album Preachersów, jest pierwszy, jaki nagrali po zaginięciu bez śladu Richeya Jamesa Edwardsa. Wykorzystali jednak kilka z jego tekstów.

Niewiele pozostało z hardrockowych riffów, jakie rozbrzmiewały na Generation Terrorists. Uliczni Kaznodzieje stali się de facto zespołem britpopowym i tylko słowa piosenek pozostały, jak dawniej, ostre i zaangażowane. Pierwszy utwór, Elvis Impersonator: Blackpool Pier, zaczyna się całkiem łagodnie, od „folkowego” bicia gitary akustycznej, po chwili dołącza harfa i dopiero na wysokości refrenu gitary i perkusja ruszają z kopyta. Harfistka Julie Aliss powraca w Small Black Flowers That Grow in the Sky, zresztą najłagodniejszym na płycie.

O tym, że piosenki o rozlewnych melodiach dobrze zespołowi wychodzą, wiadomo co najmniej od czasu Life Becoming a Landslide, ale tutaj dominują one w repertuarze. Gitarową ścianę dźwięku wzbogacają smyczki (A Design for Life), świetnie też budują spectorowska aranżację utworu tytułowego. Charakterystyczne cykanie tamburynów wzbogaca mocniejszą gitarową Australię. Kevin Carter zaczyna się motywem do złudzenia przypominającym późniejszy Scenariusz dla moich sąsiadów Myslovitz, a perkusista Sean Moore gra w nim solo na trąbce.

Nieco więcej postpunkowego czadu można znaleźć w Enola/Alone, Interiors (Song for Willem De Kooning) oraz Further Away, chociaż zespół nie porzuca rzewnej melodyki. Mój ulubiony jest Removables z bardziej zadziornym refrenem. Dobrze też wypada finał płyty – No Surface All Feeling, z którego zapamiętuję ładnie sfuzzowaną gitarę – chociaż odbiór psuje mi nieco fakt, że w moim egzemplarzu płyta trochę się zacina na początku tego utworu. 


 

Eric Clapton, Journeyman, 1989

Wspominałem już chyba kiedyś, jak ważny dla mojego rozwoju muzycznego był koncert Unplugged Claptona. Po latach dotarłem do wcześniejszego albumu studyjnego, na którym premierę miały utwory zagrane przez niego podczas tamtego występu.

W latach osiemdziesiątych Mr. Slowhand wpadł w szpony Phila Collinsa, który przerobił go na swój obraz i podobieństwo – nagrane wtedy płyty Claptona są właściwie płytami Collinsa z Claptonem na wokalu. Potem jednak gitarzysta wytrzeźwiał na tyle, żeby wziąć sprawy we własne ręce (choć de facto skomponował tu tylko dwa utwory, i to oba we współpracy z kimś). W rezultacie powstała najlepsza jego płyta od początku dekady.

Mamy tu do czynienia z powrotem do bluesa, przy czym aranżacje są zrobione „po elegancku”, według pop-rockowych standardów dominujących w późnych latach osiemdziesiątych. Spora w tym zasługa porządnych muzyków sesyjnych. Basista Nathan East i perkusista Steve Ferrone mieli potem zresztą zagrać także na Unplugged. Poza tym w nagraniu dużej części płyty wzięli udział gitarzysta Phil Palmer i klawiszowiec Alan Clark, kojarzeni z Dire Straits, a w perkusję wali gdzieniegdzie Jim Keltner, przyjaciel Charliego Wattsa.

Zaczyna się całkiem witalnie, od Pretending, w którym Clapton czaruje bluesowymi solówkami na tle motorycznego pulsu, jaki pasowałby do ZZ Top, przy czym chórki damskie (a w nich Chaka Khan) wprowadzają niejaki element soulowy. W podobnej konwencji No Alibis pobudza słuchacza w połowie płyty. Run So Far to duet Claptona ze starym druhem, George Harrisonem, i zresztą tego ostatniego kompozycja. Anything for Your Love jest w średnim tempie i bardziej po Claptonowsku płaczliwy, ale też ujdzie. Pewne potknięcie stanowi Breaking Point, który w założeniu miał być funkowy, a wyszła rąbanka.

Stylowo brzmi przeróbka Hard Times Raya Charlesa, dzięki wykorzystaniu sekcji dętej (a w niej Lew Soloff, trębacz Blood, Sweat & Tears). Z kowerów wyróżnia się też Hound Dog, ongiś jeden z największych przebojów Elvisa, przez Claptona zinterpretowany raczej w wydaniu rhythmandbluesowym niż rockandrollowym, w dodatku z innymi słowami w refrenie niż powszechnie znane.

Zdecydowanie przebojowy walor ma mój ulubiony na płycie Bad Love, wspólna kompozycja Claptona z Mickiem Jonesem, którego poprzednio słyszałem, gdy wspomagał Billy’ego Joela. Wokalami dodatkowymi służą tu wokalistki Katie Kissoon i Tessa Niles, również znane z koncertu dla MTV, na basie gra znany sesyjniak Pino Palladino, a na perkusji – Phil Collins we własnej osobie.

A co z piosenkami, które Clapton zagrał później na Unplugged? Najbardziej podobała mi się urokliwa ballada Running on Faith, z wysokiej jakości partiami fortepianu Chucka Leavella. Tamta aranżacja wydobyła pierwiastek southern-rockowy, natomiast wersja studyjna wydaje mi się bardziej konfekcyjna, ale też fajna. Clapton gra tu na gitarze typu dobro (ze stalowym rezonatorem), a wspiera go autentyczny chór gospelsowy. Na Unplugged trafiła też „zmęczona” Old Love, oprócz Bad Love najlepszy punkt Journeymana. Koncert zaczął się zaś bluesem Bo Diddleya Before You Accuse Me, który tu trafia na sam koniec. O wszystkich trzech można powiedzieć, że aranżacje akustyczne wydobyły z nich nowe światło.  



Frank Zappa/The Mothers of Invention, Freak Out!, 1966

Znowu coś, co kiedyś miałem na kasecie – i straszliwie mnie po pierwszym słuchaniu rozczarowało. Prawda, że znaczna siła twórczości Franciszka Zappy leży w tekstach – bez ich zrozumienia łatwo uznać Freak Out za coś bardzo passe.

Spora część tego albumu (pierwotnie dwupłytowego) to pastisze modnej wówczas w USA muzyki młodzieżowej, z odpowiednio durnymi tekstami, a kiedy indziej dla odmiany dającymi do myślenia. Przykładem drugiego nurtu jest Hungry Freaks, Daddy z riffem trawestującym Satisfaction Stonesów i tekstem wymierzonym w amerykański system edukacji (komentarz Zappy we wkładce: „rzuć szkołę, idź do biblioteki”). Dopiero po wieloletniej przerwie zauważyłem roziskrzoną solówkę gitarową, która wycina tam Zappa. Motherly Love łączy nie do końca poważny tekst i całkiem niepoważny motyw mirlitonu z całkiem stylowym riffem.

Z rzeczy pastiszowych najbardziej zapamiętuję słodką jak ulepek balladę w stylu lat 50. Go Cry on Somebody Else’s Shoulder oraz Wowie Zowie, infantylną piosneczkę z ksylofonem (taka stylistyka się chyba nazywała „bubblegum music”?) Jest też I Ain’t Got No Heart, w którym motyw przewodni kojarzy mi się z jednym z tematów Matuszkiewicza do Dżejnosika. Przy tym wszystko to nagrane na wysokim poziomie wykonawczym, z prawdziwym walorem przebojowym. Zappa zadbał też o aranżacje nie odbiegające od standardów epoki: charakterystyczny dla muzyki popularnej lat 60. wibrafon, odpowiednie chórki, czasami trąby.

Miejscami widać skłonności do awangardy. Już jako trzeci pojawia się Who Are the Brain Police?, brzmiący jak muzyka z horroru i poświęcony zjawisku autocenzury; kojarzy się nieco z debiutem Pink Floyd, wydanym dopiero rok później. Po kolejnym intencjonalnie głupawym You’re Probably Wondering Why I’m Here następuje ostatnia „normalna” tu piosenka –  Trouble Every Day, dynamiczny, z partią wokalną nieco podobną do nieistniejącego jeszcze rapu, komentarz do zamieszek na tle rasowym w Watts (w aglomeracji LA). Potem zaczyna się jazda bez trzymanki: pięciominutowy Help, I’m a Rock i dwunastominutowy The Return of the Son of Monster Magnet, przedzielone krótkim menelskim kanonem It Can’t Happen Here (w pierwszych wydaniach zaliczanym jako część Help, I’m a Rock). Są to anarchiczne kolaże dźwiękowe, sytuujące się pomiędzy muzyką konkretną w stylu Edgara Varèse a pijacką orgią i naprawdę trudne do strawienia dla nieprzygotowanego słuchacza. Z grubsza brzmią jak banda gości wygłupiających się w studiu na tle stałego elementu w postaci rytmu perkusji (albo i bezeń), czasem też z dodatkiem różnych innych dźwięków (fortepian, theremin), ale nie zdziwiłbym się, gdyby Zappa starannie to wszystko rozkomponował. Zaiste, freakout!

 

 

Czesław Niemen, Niemen lub Człowiek jam niewdzięczny, 1971

Aż dziw, że dopiero teraz zdobyłem pierwszy kompakt Niemena; parę jego płyt, późniejszych i wcześniejszych, miałem w rodzinnych zbiorach winylowych i generalnie się orientuję w przebiegu jego kariery.

„Czerwony album” był drugim przedsięwzięciem Czesława Niemena pod szyldem Niemen Enigmatic. Nie tak przełomowym jak płyta Enigmatic, zawierająca Bema pamięci żałobny-rapsod, bo taki przełom w polskiej muzyce można było zrobić tylko raz, za to potężniejszym – jako pierwszy album dwupłytowy w dziejach polskiej muzyki popularnej. W składzie znaleźli się muzycy znani z poprzedniej płyty: Tomasz Jaśkiewicz na gitarze, Janusz Zieliński na basie, Czesław „Mały” Bartkowski na perkusji i śp. Zbigniew Namysłowski tym razem na flecie.

Pierwotnie wydawnictwo nie miało tytułu, a od czasu reedycji funkcjonuje jako Człowiek jam niewdzięczny od najdłuższego utworu, zajmującego przy swoich 20 minutach całą stronę A. Jest to forma progresywno-jazzrockowa, rozbuchana brzmieniowo, a przy tym wpisująca się w konwencję, do której Niemen przyzwyczaił słuchacza na poprzednich płytach, z charakterystycznymi chórkami żeńskimi (Krystyna Prońko, Zofia Borca, Elżbieta Linkowska). Zasadnicza kompozycja opiera się na mocnej partii basu. Po pierwszych czterech minutach podniosłej pieśni przychodzi pora na szaleństwa instrumentalne: na tle jazzowo-latynoskiej rytmiki (można tu znaleźć pokrewieństwo z jazzrockowymi poszukiwaniami Santany z tego samego okresu) Jacek Mikuła daje długi popis na organach. Po nim przychodzi pora na basistę, który zostaje sam na placu boju. Stopniowo do improwizacji basowej dołącza perkusja, potem organy, a po paru minutach zespołowego grania następuje solo perkusji, poprzedzające finałową zwrotkę.

Po raz drugi organista Mikuła staje w świetle reflektorów w siedmioipółminutowych Enigmatycznych impresjach, z wiodącym riffem w stylu Jethro Tull. Prócz nich na stronie B znalazły się dwie kolejne pieśni Niemena do wierszy CK Norwida: lamentowate Aerumnarum plenus oraz Italiam, Italiam, kojarzące się z Procol Harum.

Druga płyta nagrana została w czasie późniejszej sesji, z innym perkusistą i grupą wokalną. Zawiera utwory krótsze i prostsze, przy czym tylko soulowo-rockowy Nie jesteś moja (Joe Cocker z wiadomą przeróbką Beatlesów się kłania) to w całości utwór Czesława Niemena, który wdaje się tu w duety z Partitą i wydobywa z gardła najwyższe tony, a wtóruje mu pięknie sfuzzowana gitara. Do czterech z sześciu pozostałych słowa napisał Wojciech Młynarski. Najbardziej podobają mi się jazzrockowe przeboje w podobie Chicago czy Blood, Sweat & Tears: Sprzedaj mnie wiatrowi (muzyka Namysłowskiego, słowa R.M. Grońskiego) i Zechcesz mnie, zechcesz – tu z kolei kompozycją popisał się Tomasz Jaśkiewicz, którego dziełem jest jeszcze finałowe Muzyko moja.

Reedycja z 2014 jest bardzo porządnie zrobiona, z grubą i silnie ilustrowaną książeczką zawierającą artykuł Grzegorza Hajduka w dwóch językach.

sobota, 2 lipca 2022

Nad Dnieprem, Dońcem i Bumelusem (z frontu czytelniczego, cz. 3)

 

Rozwój sytuacji u naszych wschodnich braci skłonił mnie do odświeżenia sobie biblioteczki ukrainoznawczej, natomiast ze względów zawodowych zmuszony byłem sięgnąć po coś z dziedziny wojen hellenistycznych.

 

5. Andrew Wilson, Ukraińcy, tłum. Marek Urbański, Warszawa 2002

Na pierwszy ogień poszło coś, co kupiłem sobie na samym początku studiów: praca autorstwa ukrainisty z London University College. Nie jest to zwykły chronologiczny przebieg dziejów Ukrainy, lecz coś z pogranicza historii idei: autor miał ambicję pokazać kształtowanie się narodu ukraińskiego, relacje z narodami sąsiednimi, a zwłaszcza z Rosją, jak też rozmaite wizje historii, funkcjonujące w powszechnej świadomości.

Zaczyna się od Rusi Kijowskiej i jej interpretacji. O ile Rosjanie widzą w Kijowie „mać grodów ruskich”, to wśród Ukraińców nierzadka jest interpretacja Rusi Kujawskiej jako państwa protoukraińskiego, a nawet, co tam, bez żadnego proto. Lubią też podkreślać zróżnicowanie etniczne ziem ruskich, a szczególnie teorię o konflikcie pomiędzy Rusią północną (Moskwa) a południową (Kijów). Autor referuje zarówno argumenty za spójnością, jak i zróżnicowaniem Rusi, oba zaś stanowiska są pewnymi uproszczeniami. Drugi rozdział omawia mniej lub bardziej fantastyczne próby szukania przez Ukraińców odpowiednio imponującej etnogenezy. Oczywiście, mowa tu o historiach turbosłowiańskich, które w kraju ukrainnym doszły do głosu już w latach 90. Turboukraińcy lubią się powoływać na kulturę trypilską z IV tysiąclecia p.n.e., Scytów i inkszych koczowników stepowych, a momentami nawet na Hunów. Pojawia się też wątek, jakoby Ukraina była schrystianizowana dużo wcześniej niż w 988 r.

Kolejnym kluczowym momentem przeszłości był okres Rzeczypospolitej, co jeszcze bardziej poluzowało więzi z Rusią Moskiewską i zbliżyło do cywilizacji zachodniej (przy okazji autor zarysowuje początki różnic pomiędzy przodkami Ukraińców i Białorusów). Generowało też jednak rozmaite tarcia, przede wszystkim na tle wyznaniowym, z kulminacją w postaci unii brzeskiej. Oczywiście, mówiąc o kształtowaniu się narodu ukraińskiego, nie można pominąć Kozaków i cezury roku 1648. W rezultacie powstania Chmielnickiego pojawiły się zręby niepodległej Kozaczyzny, ale przy okazji obleśne swe łapy w stronę Kijowa wyciągnęła Moskwa, która, zgodnie z żywą do dziś tradycją, pozowała na protektora, a okazała się ciemiężycielem.

Od ugody perejasławskiej minęło niecałe półtory wieku, nim Rosja zdążyła podporządkować sobie większość ziem ukraińskich. Tamtejsi mieszkańcy włożyli sporo w rozwój państwa i kultury rosyjskiej w XVIII-XIX w., co jednak nie oznaczało, że nadawali im charakter bardziej ukraiński – wręcz przeciwnie, państwo wzięło się z energią za rusyfikację ludu „małoruskiego”, któremu odmawiało nawet statusu odrębnego narodu. Autor czyni tu porównanie pomiędzy stosunkami rosyjsko-ukraińskimi a angielsko-szkockimi, choć moim zdaniem trafniejszym zachodnim odpowiednikiem Ukraińców byliby Irlandczycy (nie tylko dlatego, że to bardzo muzykalny naród). W kulturze rosyjskiej XIX i wczesnego XX wieku (Czechow, Czajkowski) elementy ukraińskie występują li i jedynie jako lokalny folklor. Zresztą już ze dwadzieścia lat temu doszedłem do wniosku, że z punktu widzenia Rosjaków Ukraińcy to są tacy górole, którzy śmiesznie mówią i w ryj dać mogą dać, ale żeby odrębny naród, to bez przesady.

XIX w. to już okres kształtowania się nowoczesnej tożsamości ukraińskiej, chociaż na samowładnej Rosji nie mogła się ona uzewnętrzniać w sposób polityczny i skupiała się na kulturze. Odrębne podrozdziały poświęca więc autor Gogolowi i Szewczence, z których każdy inaczej realizował ukraińskość. Inaczej przedstawiały się sprawy w austriackiej Galicji, gdzie Rusini mogli mieć carski system w głębokiej pogardzie. Tamtejszą ideę narodu definiował grekokatolicyzm i opozycja wobec Polaków; istniał też nurt moskalofilski, ale przegrał. Pokrótce Wilson przedstawia sytuację na Bukowinie i węgierskim Zakarpaciu (gdzie ukształtowała się odrębna identyfikacja rusińska, której dzisiejszy stosunek do narodu ukraińskiego można porównać do Ślązaków). W wieku kolejnym nastąpiła więc siłą rzeczy – od 1917 r. – erupcja ukraińskich koncepcji państwowych: Centralna Rada, Hetmanat, Dyrektoriat, Ukraina Zachodnia, no i opcja radziecka. Okres międzywojenny to pod panowaniem Moskwy najpierw nieudana i szybko ucięta polityka „ukrainizacji”, potem Wielki Głód, czystki i inne nieszczęścia, które, poza wszystkim innym, położyły kres „chłopomańskiemu” nurtowi ukraińskiej idei narodowej. W polskiej Galicji tymczasem kształtował się nacjonalizm, tak stereotypowo dziś wiązany z Ukraińcami – chociaż idea narodu ukraińskiego jako obrońcy Europy przed Rosją rezonuje i dziś.

Okres powojenny charakteryzował się dalszym ujednolicaniem Ukrainy do modelu radzieckiego, najbardziej skutecznym na wschodzie, gdzie pojawił się nowy napływ ludności. Równocześnie żywotny był ukraiński ruch dysydencki (podobno do 50% więźniów politycznych w całym ZSRR), ale aż do czasów pieriestrojki miał bardzo wąski zasięg. Kiedy zaś w końcu lat 80. doszło do wielkich przemian, Ukraina uzyskała niepodległość w dużym stopniu dzięki zbiegowi okoliczności: opozycja była podzielona na różne ugrupowania, w KPU frakcja „sowiecka” ścierała się z „narodową”, a kluczowe okazało się osłabienie władzy w Moskwie i strajki górników Donbasu.

Po najważniejszych wątkach historycznych Wilson omawia współczesność, a raczej – z dzisiejszej perspektywy – ówczesność Ukrainy. Z omówienia sceny potylicznej w pierwszej połowie dziewięćdziesiątisów  wyłania się obraz dość mętny, w którym żadna partia nie mogła zdobyć władzy, a o pomysłach na reformy w ogóle szkoda gadać. Z jednej strony wyraziści, apelujący do elektoratu wiernego, ale mniejszościowego, nacjonaliści (autor rozumie to pojęcie szerzej niż po prostu zwykłych nazioli), z drugiej silniejsza liczebnie „lewica”, czyli postsowieccy skrajni konserwatyści, z poparciem skupionym głównie na rosyjskojęzycznym wschodzie, a między nimi amorficzne centrum bezideowych partii służących jako przykrywki dla różnych grup interesów. Opcja liberalna dopiero się kształtowała. Kiedy zaś prezydentem został Leonid Kuczma, doszło do zwrotu w kierunku autorytaryzmu i zaawansowanej korupcji. Autor wspomina o nadziejach, jakie część Ukraińców wiązała z Wiktorem Juszczenką, ale równocześnie stwierdzał, że za wcześnie jeszcze wyrokować, czy ten polityk coś zmieni. Człowieku…

Co jakiś czas kulturę Ukraińców przedstawia się w zwierciadle kultury i sztuki: od kijowskiej Sofii po kozacki barok XVII w. i od metropolity Iłariona, przez Gogola, do grupy Bu-Ba-Bu. Dowiedziałem się, że do czołowych malarzy ukraińskich dwudziestolecia międzywojennego należał Ołeksandr Bohomazow. Od XX w. dochodzi do tego również film, uosabiany początkowo przez Aleksandra Dowżenkę. Nie dostrzega natomiast Wilson muzyki popularnej o specyficznie ukraińskim charakterze; zarówno Rusłana Łyżyczko, jak i Okean Elzy mieli dojść do sławy dopiero kilka lat po wydaniu książki.

Niepodległość nie uporządkowała kwestii tożsamości narodowej, która pozostaje eklektycznie wielowarstwowa. Są więc Ukraińcy ukraińskojęzyczni i rosyjskojęzyczni, mniejszość rosyjska, Rosjanie proukraińscy i Ukraińcy postsowieccy, etniczni Rosjanie będący politycznie Ukraińcami, a także wszelkiego rodzaju wersje pośrednie. Autor pomija zresztą Rusinów zakarpackich i ich różne podgrupy – Łemków, Bojków, Hucułów – których tożsamość też jest złożona. Zawiłości te obrazuje zaś krótkim przeglądem pomników w przestrzeni miejskiej Kijowa, gdzie stoją pospołu hetman Chmielnicki, marszałek Watutin i apostoł Andrzej. Przy okazji omówienia symboli narodowych napomyka, że z hymnu usunięto jakoby kontrowersyjny wers o worożeńkach, co zginą jak rosa na słońcu. No raczej nie sądzę, zwłaszcza że oficjalnie Szcze ne wmerła Ukrajina jako hymn narodowy uregulowano ustawą dopiero w 2003, a już rok później słyszałem go chóralnie śpiewanego na placu niejakiego Wolnica w Krakowie.

Osobny rozdział poświęcono kwestii religijnej. Kijów z Moskwą spierają się o prymat nad wschodniosłowiańskim prawosławiem praktycznie od początku, czyli od XV wieku, kiedy Moskiew stała się znaczącym graczem w regionie, a po upadku Carogrodu nadała sobie miano „Trzeciego Rzymu”. Koleje historii sprawiły, że i w tej dziedzinie Ukraina prezentowała w latach 90. mętlik niemały. Same Kościoły prawosławne były co najmniej trzy: patriarchat moskiewski (prorosyjski), patriarchat kijowski (prozachodni) i Kościół autokefaliczny (marginalny). Do tego dochodzili grekokatolicy o też niejednorodnych orientacjach tożsamościowych, łącznie z zupełnie odrębnymi unitami zakarpackimi, od unii użhorodzkiej, a nie brzeskiej. Wilson wspomina także o pomniejszych wyznaniach, łącznie z sektami Republika Duchowa i Białe Bractwo (ale pomija tatarski islam).

Wśród wyzwań, jakie stały przed ówczesną Ukrainą, autor poświęcił niemały rozdział sprawom ekonomicznym, do których jak ulał pasowało określenie „gospodraka” – a więc 5371-procentowej inflacji, sektorowi publicznemu wiszącemu na włosku i wszechobecnej korupcji. Następuje tu dość przejrzyste omówienie głównych ugrupowań oligarchów ukraińskich i ich powiązań z oligarchami rosyjskimi – pada m.in. wielokrotnie nazwisko Hryhorija Surkisa, znanego u nas w kontekście Euro 2012. Przy okazji parę słów poświęcono przestępczości zorganizowanej w wielkich miastach i na Krymie.

Na zakończenie dostajemy przegląd roli Ukrainy w różnych koncepcjach geopolitycznych – od tych, które przewidywały silniejsze związanie jej z Zachodem, po rosyjski imperialny eurazjatyzm, a nawet eurazjatyzm ukraiński, dążący do utworzenia alternatywnego wobec WNP bloku, którego przejawem był związek GUUAM.

Autor stara się zachować obiektywizm i niekiedy przegina, pisząc „historycy ukraińscy utrzymują” w odniesieniu do faktów mieszczących się w powszechnym konsensusie naukowym – np. że Daniel Halicki otrzymał koronę od papieża, a obraz Czarnej Madonny przywieziony został do chramu Yasunagura z Rusi. Pojawiają się też niekiedy uproszczenia: pisze np. Wilson, że w okresie unii lubelskiej „Rzeczpospolita nie miała dynastii panującej (…) Jej tron był elekcyjny”. Yes, but actually no. Unia została zawarta na trzy lata przed śmiercią Zygmunta Augusta, którego panowanie zostało przyklepane elekcją jeszcze za życia jego ojca, ale równocześnie był ostatnim z panującej od prawie 200 lat dynastii. Za uproszczenie należy też uznać nazwanie XVII wieku „schyłkiem średniowiecza” czy stwierdzenie, że Mariupol leży „opodal Odessy” albo nad Morzem Czarnym.

Zdania są długie i złożone, styl autora niepozbawiony momentami pewnej ironii, ale generalnie ciężki i wolno się czyta. Co do tłumacza, to nadużywa on słowa „skądinąd”. Zdarzają mu się też potknięcia merytoryczne, np. „scenografia do Turandota” (wiecie, tej opery o chińskim księżniczku). Marek Urbański ma w ogóle skłonność do wybierania mądrze brzmiących wyrazów obcych zamiast powszechnie zrozumiałych rodzimych synonimów. Pojawia się więc wzmianka o „dziewiętnastowiecznym ruchu itinerantów” (którzy to malarze funkcjonują u nas pod oryginalną rosyjską nazwą „pieriedwiżników”) albo słowo „antedyluwialny” zamiast „przedpotopowy”. Ślizga się potem na mydle Zabłockiego, kiedy do gry wchodzą literówki, czasem tak kuriozalne jak „okcycedentalizacja” czy „rusofiskalska”. Gdzieniegdzie rozjeżdża się transliteracja, a już wyjątkowego pecha ma Połtawa, czytamy bowiem o poemacie Puszkina „Postawa” i operze Łysenki „Natalka Potałka”.

Mam bardzo brzydką opinię o wydawcy, jeśli chodzi o stronę graficzną. Oryginał książki zawierał bowiem dwie wkładki – 16 ilustracji czarno-białych i 29 kolorowych – które w polskim się nie znalazły, chociaż zachowano spis ilustracji i odniesienia do nich w tekście. Wobec tego dzieł architektury, malarstwa, rzeźby i plakatu, o których autor się rozpisuje, muszę sam se poszukać w necie. A tak – za oprawę graficzną robią 24 ilustracje w tekście, od rycin z rękopisów staroruskich po różne kalikatury potyliczne, oraz 6 map. No i schody odeskie na okładce.

Narracja kończy się na prognozach po wyborach w 1999 i drugiej kadencji Kuczmy. Od tego czasu minęła cała epoka: zabójstwo Gieorgija Gongadze, Majdan, Rusłana, koko euro spoko, Juszczenko, Tymoszenko, Janukowycz, Euromajdan, Donbas, Poroszenko, Zełenski, inwazja Rusi… W indeksie osobowym Ukraińców próżno szukać nawet Uładzimira Pucina. Wilson jednak poświęca uwagę roli Ukrainy w rosyjskiej idei imperialnej, co pomaga zrozumieć, na co Rosyjczykom to było. Jeśli zaś odnieść się do zreferowanych w książce koncepcji geopolitycznych, to Zbigniew Brzeziński tylko częściowo się pomylił, twierdząc, że w latach 2005-2015  Ukraina „stanie się poważnym kandydatem do pełnego członkostwa w NATO i Unii Europejskiej”. O członkostwie, i to dość wstępnym, na poważnie zaczęło się mówić dopiero po wybuchu wojny, ale okres prozachodniej reorientacji społeczeństwa ukraińskiego przypadł właśnie mniej więcej na ukazany okres, między jednym a drugim Majdanem. Obecnie ukraińskiej idei narodowej, wbrew prognozom Wilsona, przyświeca międzywojenne jeszcze hasło Mykoły Chwylowego „Jak najdalej od Moskwy” (Het’ wid Moskwy!) – a co najciekawsze, Moskwa sama do tego doprowadziła.

Taras Szewczenko

 

5. Krzysztof Kęciek, Magnezja 190 p.n.e., Warszawa 2003

Z powodów zawodowych musiałem wchłonąć jeszcze jednego habełka, którego kupiłem zaraz po wydaniu w mieście Białymstoku.

Jest to trzeci tom w trylogii Krzysztofa Kęcieka o wojnach Rzymu z władcami hellenistycznymi (przedtem był Benewent 275 p.n.e. i Kynoskefalaj 197 p.n.e.). Tym razem padło na Antiocha III Wielkiego z dynastii Seleukidów, która wyciosała sobie największe państwo spośród wszystkich diadochów. Imperium Seleukosa Nikatora rozciągało się od Azji Mniejszej aż po granice Indii (toczył wojnę z Czandraguptą Maurją), przy czym centrum stanowiły Syria i Babilonia. Antioch Wielki odziedziczył je już mocno okrojone, ale postanowił powiększyć stan posiadania. Jak mu to wyszło? Średnio.

Autor daje właściwie krótki zarys historii Antiocha, zaczynając jednak od wprowadzenia tła – pokrótce więc przelatujemy przez wcześniejsze dzieje państwa Seleucydów, po czym przechodzimy do głównego bohatera i jego pierwszych kampanii. Osobny rozdział poświęcony został omówieniu armii Antiocha. Podobnie jak samo imperium, była ona niesamowicie różnorodna, złożona z kontyngentów z różnych stron. Oprócz wszechobecnej macedońskiej falangi, stanowiącej kręgosłup praktycznie wszystkich armii hellenistycznych, byli tam peltaści, oszczepnicy, łucznicy, procarze, jazda ciężka, jazda lekka, Kreteńczycy, Medowie, Dahowie, Kardakowie, Kissjowie, Karmaniowie i Kaduzjowie… I tysiąc słoni! Nie, wróć, tylko nieco ponad sto.

Z Lagidami Antioch starł się już w 217 p.n.e. pod Rafią, gdzie mimo przewagi liczebnej wojsk Ptolemeusza IV Filopatora miał wszelkie szanse na zwycięstwo, lecz nie wyjszło. Wobec tego Wielki Król zajął się „zbieraniem ziem seleucydzkich” na innych kierunkach (Indie, Baktria, Azja Mniejsza – najbardziej interesowała go ta ostatnia). Z odzyskania Syrii zresztą nie zrezygnował i nawiązał przeciw Lagidom sojusz z macedońskim Filipem V, chociaż specjalnie za sobą nie przepadali. Tu się zaczęły schody, ponieważ Filip wspierał Kartaginę w wojnie z Rzymem i już w kilkanaście lat po jej zakończeniu dostał facki od Tytusa Kwinkcjusza Flamininusa pod Kynoskefalaj (o czym w osobnym habełku), a sojusz sprawił, że Synowie Wilczycy zaczęli mieć baczenie i na króla Syrii. Antioch wybrał się znowu przeciw Lagidom i spuściwszy im przesławne lanie pod Panion, odzyskał Celesyrię. Następnie postanowił skonsumować posiadłości Ptolemeuszy w Azji Mniejszej, a nawet po drugiej stronie Hellespontu. Stawiało go to na coraz bardziej kolizyjnym kursie z Rzymem, który realizował w świecie greckim własne plany ekspansji. Nastąpił okres konfliktu politycznego, a sprawy nie ułatwiał fakt, że na dworze Antiocha przebywał przez dłuższy czas pokonany Hannibal, usiłując rozwijać własne intrygi. Rzymianie przy tym posługiwali się hasłem obrony Greków przed wschodnią tyranią.

Do wejścia w otwarty konflikt z Rzymem zmusili Seleukidę jego sprzymierzeńcy, rozwydrzeni Etolowie, gdy w 192 p.n.e. samowolnie rozpoczęli działania zaczepne w Grecji, przez co Antioch musiał zaraz przerzucić tam wojska. Dalej nastąpił szereg wątpliwych decyzji polityczno-militarnych, który skończył się tym, że stojący dotąd w rozkroku Filip V opowiedział się jednoznacznie po stronie Rzymian, Hannibal machnął ręką na tego syryjskiego amatora, a wojska rzymskie spotkały się z seleukidzkimi pod Termopilami.

Termopile? A, jasne, to ta bitwa, w której Leonid Breżniew zatrzymał wojska peruwiańskie… Okazuje się, że nie tylko.  Przełęcz była miejscem na tyle strategicznym, że stoczono tam co najmniej kilka bitew. Ta w 191 p.n.e. znowu zakończyła się klęską obrońców, a tym samym, odwrotnie niż ta w 480 p.n.e., klęską azjatyckiego króla. Nieco później flota Antiocha poniosła klęskę pod Korykos i tak się zakończyła jego wyprawa grecka. Rzymianom było jednak jeszcze mało i w następnym roku zorganizowali wyprawę azjatycką na czele z konsulem Lucjuszem Korneliuszem Scypionem, któremu w charakterze doradcy towarzyszył starszy i słynniejszy brat, Africanus (sam nie mógł objąć dowództwa, bo za mało czasu minęło od jego ostatniej kadencji).

Po serii porażek morskich Antioch nie był w stanie uniemożliwić Rzymianom przekroczenia Hellespontu. Postanowił więc wciągnąć nieprzyjaciela w głąb kraju i wydać mu walną bitwę. Rzymianie i sprzymierzony z nimi odwieczny wróg Antiocha, Eumenes II z Pergamonu, starli się z wojskiem hellenistycznym pod Magnezją nad rzeką Hermus, koło góry Sipylos (bo była i taka nad Meandrem). Bitwa zakończyła się zupełną katastrofą – Antioch ledwo uszedł z życiem, a Seleukidzi nigdy już nie odzyskali wcześniejszej potęgi. O ile opis bitwy jest dość krótki, to przedtem autor szczegółowo omawia organizację obu stron, a potem – zasadnicze błędy popełnione przez króla.

Językowo jest bardzo dobrze, potoczyście, a nawet wciągająco – Kęciek to jeden z najlepszych literacko autorów habeków, choć niektórych czytelników raził jego dobór synonimów, a szczególnie „trąbowce” i „gruboskórce”. No jasne, że wybór trąbowców jest w tym przypadku dość ograniczony, bo ani Antiochus, ani wspierający Rzymian król Numidów, Maszynista czy jakoś tak, nie mieli mamutów. Antioch używał słoni indyjskich, a Kartagińczycy czy egipscy Lagidzi – wcale nie wielkich słoni afrykańskich, które nie poddają się oswojeniu, tylko wymarłych już dzisiaj słoni leśnych, które żyły w Afryce Północnej i były najmniejszym z trzech gatunków.

Bazie źródłowej poświęcony jest pierwszy rozdział książki – chodzi głównie o dzieła Polibiusza i tych, którzy od niego spisywali. Kęciek szczegółowo opisuje, ile nam dziś zostało z prac tych historyków i na ile są oni wiarygodni, a na ile należy nie wierzyć im jak psom. Zwraca np. uwagę, po czyjej stronie stały ich sympatie i czy znali się na wojskowości.

O sympatiach, a raczej antypatiach samego autora wyraźnie zaś mówi tytuł jednego z rozdziałów: „Potwór znad Tybru”. Nie chodzi nawet o to, żeby Krzysztof Kęciek był jakimś szczególnym fanem Antiocha – wręcz przeciwnie, często wyrzuca mu krótkowzroczność i trudne do logicznego zrozumienia decyzje, choć opinie starożytnych historyków, a nawet nie tak dawnego Tadeusza Wałka-Czerneckiego, określa jako krzywdzące. Z całą pewnością za to negatywnie jest nastawiony do Rzymian, widząc w nich państwo zbójeckie i bandę perfidnych synonimów obornika. Z drugiej strony – łaskawy jest dla Lucjusza Scypiona, którego historycy starożytni, jak i współcześni, na ogół uważają za beztalencie zawdzięczające karierę słynnemu bratu. Kęciek stawia tezę, że taka opinia mogła wynikać m.in. z porachunków na rzymskiej scenie potylicznej. Doszło nawet do tego, że skoro Afrykan nie był obecny pod Magnezją, to według dziejopisów łymskich za zwycięstwo odpowiadał jego człowiek, legat Gnejusz Domicjusz Ahenobarbus, który w rzeczywistości nie miał nic do gadania.

Książkę uzupełniają dwie wkładki z ilustracjami (głównie monety z portretami władców oraz wizerunki ówczesnych żołnierów), dwie mapy (Azja Mniejsza w tamtych czasach i rekonstrukcja bitwy) oraz schemat ustawienia wojsk obu stron.

 

 

6. Edward Dąbrowa, Gaugamela 331 p.n.e., Warszawa 1988

Skoro już znalazłem się w tych rejonach, postanowiłem rzucić okiem około półtory wieku wewstecz, do czasów samego Aleksandra. Gaugamela to był mój pierwszy w ogóle habek – a po latach w dodatku zdarzyło mi się studiować u prof. Dąbrowy. Wojskowość starożytna to jeden z dwóch jego ulubionych zagadnień, prócz historii starożytnego Izraela (zwłaszcza w okresie Drugiej Świątyni), a wielu czytelników żałuje, że więcej publikuje on na rynek zagraniczny niż polski.

Jest to w zasadzie skrótowe opracowanie wyprawy Aleksandra Wielkiego na Persów. Narracja zaczyna się jednak w roku 338 p.n.e., a potem sięga jeszcze 20 lat wstecz, abyśmy się dowiedzieli, jak to Filip II, król Macedonii, podporządkował sobie rozdrobnioną Grecję, za czym rozpoczął przygotowania do ataku na Persję, wszystko to wpisując w funkcjonującą już przez jakiś czas ideę powszechnego zjednoczenia Greków. Niewiele udało mu się jednak zdziałać na froncie małoazjatyckim, bo został zamordowany. Jego dzieło skontynuował Aleksander i jak mu to wyszło, to sam pan wisz.

Gdzieś w Azji Mniejszej

Kampania Aleksandra omówiona jest zwięźle. O ile w opisie największych bitew, pod Granikiem i Issos, autor oddaje głos dziejopisom antycznym, to poza tym zwraca uwagę też na otoczkę ideologiczną Wielkiego, która przejawiała się w jego przemowach do wojsk i miejscowej ludności, a także w składaniu określonych ofiar, np. Heraklesowi. Macedończyk pozycjonował swoją wyprawę jako nową wojnę trojańską, więc wkrótce po przejściu Hellespontu udał się na uroczystości do samego Ilionu.

Co prawda kampania wojenna poszła mu znacznie szybciej niż Agamemnonowi et consortes. Nie czadował jednak cały czas do przodu, dbając o możliwości aprowizacyjne dla wojska. Dlatego, zmusiwszy Dariusza III do ucieczki spod Issos, nie pogonił za nim, tylko ruszył na południe, aby odebrać Persom Egipt, gdzie i warunki do przezimowania były przyjemniejsze niż w górach Azji Mniejszej, i zboża jakby więcej.

Do ostatecznego starcia doszło w Międzypotamii, koło wsi Gaugamela nad Bumelusem, dopływem Tygrysu, nie całkiem daleko od Mosulu. Co ciekawe, niektórzy antyczni historycy nazywają je bitwą pod Arbelą, ponieważ, według wyjaśnień Arriana… „Gaugamela” nieładnie im brzmiała, a w dodatku była to wieś, więc dla większego splendoru nazwali bitwę od dalej położonego miasta. Teraz wiadomo, czym się inspirował Andrzej Sapkowski ze swoją bitwą pod Starymi Pupami vel pod Brenną.

Prof. Dąbrowa stosuje retardację w najlepszym homeryckim stylu: przed opisem samej bitwy poświęca odrębny rozdział armiom przeciwników. Przy tym więcej miejsca przeznacza na siły macedońskie: hetajrów, pedzetajrów, hypaspistów, jazdę tesalską… Persowie omówieni są znacznie bardziej skrótowo. Autor powołuje się tu na płaskorzeźby z Persepolis jako przykłady ikonografii wojsk perskich, zresztą dwaj „nieśmiertelni” widnieją na okładce, a kilka zdjęć podobnych reliefów znajduje się na wkładkach z ilustracjami. Gdym przedszkolęciem czytał tę książkę, nie miałem zielonego pojęcia, że w czasach Aleksandra armia perska nie wyglądała już tak samo jak pod Termopilami czy Maratonem i nie nosiła tych powłóczystych szat. Wiemy już od Herodota i Ksenofonta, a także z pozaperskich źródeł ikonograficznych, że pod koniec V w. p.n.e. Persowie przyjęli strój medyjski: kaftan do kolan, wzorzyste spodnie, płaszcz i kaptur. Wyglądali więc raczej tak jak na „Sarkofagu Aleksandra” albo jak Dariusz III na mozaice z Pompejów. To, że gwardzistów ostatniego Wielkiego Króla sztuka perska dalej przedstawia tak samo jak za Dariusza I sprzed dwustu lat, było kwestią konwencji artystycznej, na podobnej zasadzie jak obrazy przedstawiające Kościuszkę czy Głupiego Malarza w rycerskiej zbroi płytowej, której nigdy w życiu nie nosili.

Opis samej bitwy pod Gaugamelą, w odróżnieniu od poprzednich, autor rekonstruuje własnymi słowami, opierając się na kilku zachowanych relacjach źródłowych. Przytoczone są one w aneksie: Arrian, Diodor Sycylijski, Kurcjusz Rufus i Plutarch, więc można samemu się przekonać, jak trudne zadanie stoi przed starożytnikiem usiłującym wyciągnąć z tak rozbieżnych źródeł jakiś spójny obraz.

Materiał ikonograficzny obejmuje trzy wkładki ze zdjęciami (w spisie ilustracji każda jest uźródłowiona, nie to, co w późniejszych habełkach), w tym wizerunki władców i żołnierzy albo zdjęcia lotnicze ruin starożytnych miast i krajobrazy miejsc, przez które szła armia Alepsandra. Do tego jedna mapka z najbliższym rejonem bitwy oraz czteroczęściowy schemat przebiegu bitwy, z objaśnieniami do szyku bojowego obu stron.

  

7. Marta Studenna-Skrukwa, Ukraiński Donbas. Oblicza tożsamości regionalnej,
Poznań 2014

Powrót na Ukrainę, i to prosto w najbardziej zapalny region, zapewniła mi praca Marty S.-S., wschodoznawcy i adiunkta z Uniwersytetu Adama Mićkiewicza. Czy mieszkańcy Donbasa to rosyjskojęzyczni Ukraińcy, czy ukraińscy Rosjanie, a może „ludność pogranicza”, czyli jedno i drugie? Z dzisiejszego punktu widzenia trudno uwierzyć w zapewnienia, że „tożsamość mieszkańców Donbasu nie jest ani antyukraińska, ani prorosyjska” – aleć przecież od 2014 doszło tam do sporych zmian demograficznych.

Na okładce wykorzystan obraz Iwana Minina

Autorka wychodzi od trudnych rozważań teoretycznych na temat tożsamości narodowej ogólnie i ukraińskiej szczególnie. Zwraca przy tym uwagę na ciekawe paradoksy. Po pierwsze, ukraiński ruch narodowy lat 1917-1920 nie zdołał wprawdzie wywalczyć niepodległości, ale przynajmniej doprowadził do tego, że Ukraina została osobną republiką radziecką, co w jakimś tam stopniu mimo wszystko zahamowało proces sowietyzacji Ukraińców. Po drugie, choć często myśli się o Donbasie jako o największym zagłębiu homosowietykusów w całym kraju, to właśnie strajki tamtejszych górników były jednym z głównych czynników, które w 1991 przyniosły niepodległość Ukrainie. Nie mieli tu wprawdzie na uwadze samostijnej Ukrainy-neńki, tylko liczyli, że po wyjściu z ZSRR wyjdą też z kryzysu gospodarczego. Tak się jednak nie stało, stąd późniejszy spadek entuzjazmu Donbasu dla Kijowa.

Pierwszy rozdział zawiera też omówienie dominujących trendów historiografii ukraińskiej, a mianowicie narodowego i postradzieckiego. O dziwo, obie szkoły stosunkowo wysoko oceniają Hetmanat Skoropadskiego, choć był on marionetkiem niemieckim – ale miał przecież swoje zasługi. Poruszony jest też problem Galicji i Donbasu jako dwóch przeciwległych modeli ukraińskości, wraz z kwestią wzajemnych stosunków i stereotypów.

Dalej autorka omawia zjawisko „ruskiej” kultury Ukrainy, wraz z omówieniem migracji obejmujących Donbas i Ukrainę Wschodnią ogółem, wraz z rozmaitymi zmianami jednostek administracyjnych. Rejon Donbasu znajdował się historycznie na styku Zaporoża i terytoriów Kozaków Dońskich, a w XVIII, po wojnach z Turcją, w jego centralnej części (z Ługańskiem i Bachmutem) władze carskie urządziły tzw. Słowiano-Serbię. W XIX wieku migracja przybrała na sile po zniesieniu poddaństwa chłopów, a potem, oczywiście, wskutek rozwoju przemysłu ciężkiego. Zwraca uwagę, że Ukraińcy pozostawali w rolnictwie, a do przemysłu migrowali głównie Rosjanie – ze względu na krótszy okres wegetacji byli przyzwyczajeni do większej elastyczności zawodowej. Kiedy natomiast zdarzało się Ukraińcom zatrudniać w górnictwie, to się szybko rusyfikowali: rosyjski miał charakter języka technicznego, a łatwiej jest przecie powiedzieć „Karlik, podej mi ten pyrlik”, kiedy cała załoga używa jednej mowy. Wszystko to miało wpływ na kwestie etniczno-tożsamościowe. Autorka zauważa, że ukraińska idea narodowa, w rozumieniu propagujących ją inteligentów, była przede wszystkim kulturą wiejską – miasto, a już szczególnie przemysł, za bardzo się nie pojawia w narodowym imaginarium Ukrainy.

Zagłębie Donieckie to były swego rodzaju Dzikie Pola bis: na nowo kolonizowane przez Rosję ziemie w XVIII w., jak i do rozwijającego się górnictwa w stuleciu następnym, ściągali ludzie najrozmaitszego autoramentu. Nawet w czasach sowieckich, choć to niby wizytówka socjalistycznego przemysłu ciężkiego, lgnęły tam różne rogate dusze, byli skazańcy i ludzie bez dowodu. Spory rozdział poświęcon jest właśnie czasom ZETESERER. Lata 1917-1920 były w całej zielonej Ukrainie czasem wielkiego chaosu. Nawet ukraińscy bolszewicy byli srogo podzieleni, do tego stopnia, że część działaczy, z niejakim Artiomem na czele, bez porozumienia z centralą ogłosiła Doniecko-Krzyworoską Republikę Radziecką odrębnie od Ukraińskiej Ludowej Republiki Rad (która oczywiście była czymś zupełnie innym niż „błękitno-żółta” URL Centralnej Rady).

Po nastaniu niepodległości powstała kwestia, co dalej z tym rosyjskojęzycznym fantem. Ściertały się więc koncepcje ukraińskości oparte na zasadzie narodu politycznego i etniczności. Żadna z koncepcji włączenia Donbasu w ogólnoukraiński obieg kultury nie odniosła sukcesu; autorka przytacza anegdotę, że kiedy zapytała studentów z Doniecka, co sądzą o twórczości popularnego u nas Mykoły Riabczuka, odpowiedzią było zdumione „A co to za pederasta?”

Najciekawszy jest rozdział „Kultura górnicza”. Zawiera i zarys historii górnictwa w Donbasie, i omówienie tamtejszego życia codziennego w różnych okresach, i co nieco na temat kultury, łącznie z cytatami z czastuszek i pieśni górniczych. Przy okazji autorka przedstawia złożoną materię zmiany nazw miast (proces ten nie zakończył się w XX wieku, bo jeszcze w 2016, w ramach dekomunizacji i derusyfikacji Ukrainy, m.in. Artiomowsk wrócił do dawnej nazwy Bachmut) i ubolewa nad negatywnym stereotypem mieszkańców Donbasu jako pijaków, gangsterów i dziczy sikającej na klatkach. Odnosi też realia Zagłębia Donieckiego do Górnego Śląska, a nawet do Sosnowca; warto tu wspomnieć, że Skarbnik w tamtych stronach nazywa się Szubin. Po drodze pojawia się wątek częstochowski w postaci koncernu ISD, który na początku wieku wykupił Hutę Częstochowa.

Książka napisana jest językiem akademickim, ale dość przejrzystym. Autorka ma wprawdzie skłonność do wschodniosłowiańskiego szyku z przymiotnikiem przed rzeczownikiem, tamtejszego tworzenia przymiotników odmiejscowych („bachmutski”) i nie bardzo ogarnia przyimko-zaimki typu „doń”. Korekta, jak to w wydawnictwach uniwersyteckich, niskobudżetowa, z czego wychodzą literówki w rodzaju „odnotowywany przez statystki” albo „negocjajce”. Tekst główny uzupełniają przypisy, sięgające czasem proporcji monstrualnych: pięć linijek tekstu, reszta strony przypis. Baza bibliograficzna jest dość rozbudowana, obejmuje m.in. Wilsona, Hrycaka, Natalię Jakowenko i paru innych speców. Studenna-Skrukwa prowadzi także własne analizy, np. charakteryzując elity Donbasa w świetle tego, kogo stamtąd wybierano do parlamentu. Tekst uzupełnia około ośmiu map wykonanych przez męża autorki, dość pikselowatych, jednak wyraźnie przedstawiających zmiany jednostek administracyjnych.

Ostatni rozdział poświęcono miejscu Donbasa w ukraińskim paradygmacie. Jak bajka o żelaznym wilku brzmią dziś tezy, że tamtejszy separatyzm jest zjawiskiem marginalnym, a właściwie to go nie ma, bo połączenie z Rosją nie jest na rękę ani ludności miejscowej, ani elitom finansowo-przemysłowym, którym zależy na utrzymaniu nażytych majątków. Cóż, trzeba mieć niezłego pecha, żeby napracować się nad taką książką, po czym wydać ją w roku akurat 2014, kiedy cała rzeczywistość Ukrainy Wschodniej została postawiona na głowie, legła w gruzach, a potem utonęła w bagnie. Padają też słowa: „…donbaski separatyzm natychmiast pociągnąłby za sobą całkowity upadek Ukrainy jako niepodległego państwa”. No i co? Nie do końca się sprawdziło. Co prawda można mieć wątpliwości, w jakim stopniu separatyzm „republik ludowych” jest autentyczny, a w jakim wyreżyserowany przez Moskiew, ale rzetelnej na to odpowiedzi możemy w najbliższych latach nie poznać. W każdym razie praca może wciąż służyć jako obraz Zagłębia Donieckiego przed tą datą i pozwolić się przekonać, że przy okazji wojny w Donbasie zniszczeniu uległo coś więcej niż miasta, a mianowicie cała pograniczna tożsamość.

 

8. Marcin Gawęda, Hartowani ogniem. Ukraińskie siły specjalnego przeznaczenia w wojnie o Donbas, Oświęcim 2018

To z kolei dość nieduża publikacja (82 strony), wydana nakładem Napoleona V. Obecna wojna to już inny etap konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, ale Ukraina z pewnością nie byłaby w stanie stawiać Rusi tak twardego oporu, gdyby nie doświadczenie wyciągnięte z walk z „separami”. Dotyczy to również sił specjalnych. Praca Marcina Gawędy, który tą problematyką zajmował się już wcześniej, dotyczy ściśle jednostek specjalnych ukraińskiej armii i marynarki wojennej, pomija więc siły specjalne MSW, SBU, Gwardii Narodowej itp. Najwięcej informacji istnieje na temat 3. i 8. Pułku Specjalnego Przeznaczenia, większą tajemnicą są okryte jednostki morskie oraz najbardziej elitarne i wyspecjalizowane – 140. Centrum Operacji Specjalnych i 10. Zagon Głównego Zarządu Wywiadowczego.

Na początku autor charakteryzuje ukraiński specnaz sprzed 2014 r. Łagodnie mówiąc, nie wypadał on najlepiej: do sił specjalnych trafiali poborowi, zwierzchnicy nie mieli pojęcia o specyfice działań tego rodzaju wojsk, wyposażenie było przestarzałe, a 10% jednostki specnazu morskiego w ogóle nie umiało pływać. I tak jednak komandosi błyszczeli jako diament w porównaniu ze zwykłą piechotą. Kiedy więc w 2014 wybuchła wojna, okazali  się jedną z nielicznych zdolnych do walki formacji armii ukraińskiej. Ponosili przy tym dość wysokie straty, gdy wykorzystywano ich jako zwykłą piechotę, a nie do zadań, do których byli wyszkoleni. Ponieważ zaś mieli opinię elity, naczalstwo nie udzielało im wystarczającego wsparcia, oczekując, że jakoś przecież sobie poradzą.  

Sytuacja zaczęła się zmieniać w toku „operacji antyterrorystycznej” w Donbasie, w miarę tego, jak specnazowcy nabywali praktyczne doświadczenie bojowe. Porządne wyposażenie natomiast – od butów i koców, przez broń, po łączność i drony – trzeba było pozyskiwać w drodze zrzutek. Dochodziło nawet do takich sytuacji, jak kiedy jedna z grup specjalnych musiała na czas akcji pożyczyć cały sprzęt od komandosów Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, odzyskując go z rozbitego samochodu SBU.

Autor omawia co bardziej charakterystyczne akcje, łącznie ze słynną obroną lotniska w Doniecku. Bazuje przy tym na różnorodnych źródłach, w tym internetowych, a narrację ubarwiają niekiedy cytaty z wypowiedzi „specjalsów”. Ponieważ działania sił specjalnych, i to jeszcze w warunkach wciąż trwającego konfliktu, są w dużym stopniu okryte tajemnicą, opinia publiczna dowiaduje się o niektórych działaniach np. dopiero wtedy, kiedy polegnie któryś ze znaczących dowódców i jego medialny nekrolog wspomina, w jakich działaniach uczestniczył. Wadą pracy jest wielokrotne powtarzanie tych samych informacji, powodujące pewne zamieszanie czasoprzestrzenne, a także pleonazmy w rodzaju „osłonę konwoju osłaniała grupa bojowa” albo „ukryta skrytka”.

Punktem zwrotnym było powstanie w armii ukraińskiej Dowództwa Sił Specjalnych w 2016. Oznaczało to odejście do wzorców postsowieckich w stronę koncepcji wojsk specjalnych zgodnej ze standardami NATO, ale ten kawałek autor omawia już bardziej pobieżnie, ze względu na brak danych.

Tekst uzupełnia parę kolorowych zdjęć i parę map. Jedna ukazuje dyslokację ukraińskich jednostek specjalnych łącznie z emblematami poszczególnych jednostek, ale emblematy są tak małe, że nie sposób pojąć, co przedstawiają.