wtorek, 22 października 2024

Gordon czy Gorgon, co za różnica, czyli duża porcja cudzych wspomnień (z frontu czytelniczego, 7/2024)


Na przełomie lata i jesieni zatopiłem się w literaturze wspomnieniowej i biograficznej, z pewną domieszką reportażu.

 

21. Rob Wilkins, Terry Pratchett. Życie z przypisami,
przeł. Piotr W. Cholewa, Kraków 2023

Do moich ulubionych pisarzy należy sir Terry Pratchett. W swoim cyklu Świat Dysku zaczynał od parodii stereotypów gatunkowych fantasy, lecz dzięki wielkiej erudycji, poczuciu humoru i humanistycznemu przesłaniu wyszedł daleko poza cieśniny literatury fantastycznej, uznawanej nadal przez wielu za „niepoważną”. Krytycy zaczęli więc pisać, że w takim razie on nie pisze fantastyki, tylko „wykorzystuje konwencję” cy cuś. Dajcie spokój, fantasy płynęło Pratchettowi w żyłach zamiast krwi.

Niestety, jego twórcze sir Terry’ego pokrzyżowała choroba neurologiczna (często się mówi o Alzheimerze, ale to zanik korowy tylny) i śmierć na początku 2015 r. Między innymi nie zdążył napisać autobiografii. Za to jego żywot – częściowo zresztą na podstawie notatek, które pozostawił – spisał Rob Wilkins, asystent pisarza od 2000 r., który w prologu wyjaśnia, jak doszło do jego spotkania z Pratchettem i dlaczego akurat on nadaje się, by napisać Mistrza biografię.

Jak się okazuje, Pratchett dorastał w sielskiej (m.in. w domu nie było normalnego kibla) okolicy w Buckinghamshire i od samego początku odznaczał się dystansem wobec wszelkich autorytetów – matka zaś wspierała go na drodze do zostania bytem równoległym. Paradoksalnie, czytanie początkowo za bardzo go nie pasjonowało; wszystko zmieniło O czym szumią wierzby Kennetha Grahame’a. Potem już poszło z górki: czytał każdą fantastykę, która mu wpadła w ręce, Władcę Pierścieni zwyciężył w dobę. W wieku piętnastu lat był już publikowanym autorem, załapawszy się do jednego z czasopism fantastycznych (obok takich autorów jak Mervyn Peake czy Michael Moorcock), ale na debiut książkowy musiał jeszcze poczekać i nawet on nie pozwolił mu jeszcze utrzymywać się wyłącznie z pisania. Zresztą i Świat dysku zdobył większą popularność dopiero gdzieś koło trzeciego tomu (Równoumagicznienie), a od wysokości szóstego (Trzy wiedźmy) można już mówić, że Terry Pratchett stał się pisarzem pełnoetatowym.

Poznajemy tu historię o tym, jak wyglądało życie fanów fantasy w epoce przedinternetowej, o pracy dziennikarza i o rozrywkach pracowników dyrekcji energetyki w Bristolu. Przez karty biografii przewijają się osoby z najbliższego otoczenia pisarza – matka, żona, córka, przyjaciele, całe stado rozmaitej fauny od żółwi po kozy (sprawdzić występowanie tych zwierząt na przestrzeni Świata dysku!), a także pojazdy mechaniczne, poczynając od groteskowego skutera Dunkley S65 Whippet, który rozkraczał się w losowych momentach.

Druga część książki oparta jest w mniejszym stopniu na autobiografii, a w większym – na osobistych wspomnieniach Wilkinsa. Jest to już wgląd w życie pisarza-bestsellerysty. Cały rozdział poświęcił Wilkins trasom promocyjnym z podpisywaniem książek, na których Pratchetta nader często rozjuszał brak odpowiedniej infrastruktury, tzn. stołu i krzesła. Mowa też o tym, co robił sir Terry, kiedy nie był zajęty pisaniem. Choć twórca Świata dysku jawi się jako człowiek bardzo inteligentny, kwestionujący autorytety, to mowa również o tym, że bywał szorstki, zgryźliwy, pasywnie agresywny i słabo przyjmował rozczarowania.

W końcu przyszła choroba, zdiagnozowana w 2007. Ostatnie 8 lat spędził Pratchett ze świadomością, że jego dni są policzone, usiłując napisać możliwie jak najwięcej, dopóki jeszcze może – jednak prace nad Para w ruch, ostatnią powieścią wydaną za jego życia, były niewiarygodnie ciężkie, a efekty, mimo wszystko, nie całkiem zadowalające. Na pogrzebie pisarza zagrano m.in. These Are the Days of Our Lives Queen, jeden z utworów zespołu Steeleye Span – który przewija się w kilku miejscach przez tę opowieść – a na sam koniec pełną, dziewięciominutową wersję Bat out of Hell Meat Loafa.

Trochę mi tu brakuje pogłębionej charakterystyki poszczególnych książek Pratchetta, chociaż oczywiście autor nie mógł napisać o wszystkim, biografia i tak ma ponad 500 stron. Ze smutkiem za to wymienia niektóre z niedokończonych projektów, które po śmierci pisarza skończyły, zgodnie z jego życzeniem, pod zabytkowym walcem drogowym.  Za to cały rozdział opowiada o tym, jak to z ekranizacjami było. Autor Świata dysku żywił awersję do H*rry’ego P*tt*ra, ale także i Shreka nie miał powodu uwielbiać, bo sukces zielonego ogra utrącił prace nad jedną z ekranizacji Pratchetta.

Biorąc pod uwagę, że Rob Wilkins blisko współpracował z Pratchettem, który od pewnego momentu wręcz dyktował mu swoje teksty, nie dziwota, że do stylu literackiego biografii przesączyło się niemało charakterystycznego humoru i ironii. Za tłumaczenie odpowiada, a jakże, Piotr W. Cholewa, kongenialny tłumacz Pratchetta. Kiedyś byłem pod wrażeniem jego skillsów, a dziś, po latach, mimo wszystko „widać szwy”, ale czyta się dobrze. Z całą natomiast pewnością nie powinna przysypiać redakcja i korekta, bo zdarzają się drobne, acz irytujące potknięcia – czasem literówki, czasem połknięte całe wyrazy. Tytuł płyty Steeleye Span Please to See the King został przekręcony w sposób charakterystyczny dla działania autokorekty; gdzie indziej mowa o tym, jak Pratchett kupował w 2023 r. kolorową drukarkę – Śmierć wypuścił go na urlop, czy co? Gdzie indziej tłumacz nazywa główną bohaterkę Równoumagicznienia, jak w oryginale, Eskariną Smith, zapominając, że sam ją przed ćwierćwieczem przełożył na Eskarinę Kowal, bo była, całkiem po prostu, córką kowala.  

Cytat: „Byłem przerażony – jak pewnie byłby każdy, kto właśnie wrzucił pod pociąg komputer nowego szefa”

 

22. Kim Gordon, Dziewczyna z zespołu, przeł. Andrzej Wojtasik, Wołowiec 2016

Sonic Youth to dla odmiany twórcy, do których nie mogłem się przekonać pomimo kilku podejść; ich muzyka jest dla mnie za mało melodyjna, a jeśli chodzi o grające zgrzytliwego rocka alternatywnego amerykańskie zespoły z lat 80. z basistką o imieniu Kim, to od zawsze wolałem Pixies. Tak czy inaczej, jest to jednak kawałek historii rocka, więc skoro wspomnienia Kim Gordon wpadły mi w ręce, to postanowiłem przejrzeć. Swoją drogą, Kim Deal z Pixies też się na moment pojawia.

Artystka zaczyna od końca, to znaczy od ostatniego koncertu Sonic Youth, który odbył się w 2011 r. w São Paulo. Wiadomo już było, że zespół się rozpadnie, a małżeństwo Gordon z gitarzystą i współliderem grupy, Thurstonem Moore’em, rozpadło się już wcześniej. Niektórzy deprecjonują książkę jako jeden wielki lament „Thurston, coś ty zrobił”, ale trudno się dziwić, że takie doświadczenie odciska na współpartnerce poważny ślad. Tym bardziej, jeśli małżeństwo stojące na czele Sonic Youth było przez publikę postrzegane jako para idealna na tle standardów panujących w rocku. Zresztą krytykanci nie mają racji, bo o zdradzie Moore’a wcale tak dużo, w skali całej książki, nie napisała.

Jest to opowieść o kilku sprawach, nie tylko o zespole: o dojrzewaniu w Ameryce lat sześćdziesiątych, czasach bitników i hipisów; opowieść o nonkonformizmie, o położeniu kobiety na zdominowanej przez mężczyzn scenie rocka alternatywnego, a także opowieść o Nowym Jorku i o tym, jak się zmieniał na przestrzeni dziejów.

Wspomnienia Gordon z dzieciństwa – a także o tym, co pamięta z dalszej historii rodzinnej – są wspomnieniami o mobilności społecznej. Przodkowie matki przyjechali z daleka do Kalifornii, ojciec był z Kansas, razem zamieszkali w stanie Nowy Jork, potem przeprowadzili się zaś do Kalifornii. Praca naukowa ojca sprawiła, że młoda Kim z rodziną spędziła trochę czasu na Hawajach i w Hongkongu. Jako dorosła na stałe związała się z New York City, ale wybrała sobie zawód, który wymaga jeszcze większego latania w tę i nazad. Po latach rodzina Gordon-Moore wyprowadziła się z NYC-a do Rochester w Massachusetts. 

Od wczesnego dzieciństwa Kim Gordon wiedziała, że chce zostać artystką, i właściwie zaczynała od sztuk pięknych; mamy tu więc wgląd w życie nowojorskiej bohemy. Sonic Youth wkracza na scenę dopiero mniej więcej w połowie książki i w sumie się nie dowiadujemy, dlaczego Gordon wybrała akurat gitarę basową. W zadzierzgnięciu związku z Thurstonem Moore’em zasadniczą rolę odegrała przecież pewna sześciostrunna.

Dzieje Sonic Youth nie są przedstawione obszernie i chronologicznie, a raczej na zasadzie anegdot, ważniejszych wydarzeń, kulis powstania pewnych wybranych utworów.  Spośród członków zespołu Thurston zajmuje oczywiście pierwszoplanowe miejsce, jako partner życiowy autorki. Drugi wioślarz Lee Ranaldo i perkusista Steve Shelley stoją w tle i właściwie nie można się dowiedzieć, jacy z nich ludzie. Jeszcze mniej wiadomo o paru muzykach, którzy grali w zespole w początkowym i końcowym okresie jego istnienia. Z innych artystów Gordon poświęciła szczególną uwagę Kurtowi Cobainowi, który jawi się jako człowiek cudowny, acz skomplikowany. Za to do jego małżonki Courtney Love ma autorka stosunek dużo mniej pozytywny.

Tłumacz zrobił dobrą robotę, wyjaśniając w przypisach te kwestie, które dla czytelnika amerykańskiego albo wręcz nowojorskiego są oczywiste, a dla polskiego niekoniecznie. Tam, gdzie pojawiają się teksty piosenek, zachował rymy, ale szczęśliwie nie poszedł do Częstochowy, tylko wykorzystał rymy niedokładne.

Szatę graficzną stanowi szereg zdjęć, które jednak nie mają podpisów i tylko z kontekstu można się czasem domyślić, kogo przedstawiają.

 

23. Cezary Łazarewicz, Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej, Wołowiec 2018

Jeszcze coś z wydawnictwa Czarne: reportaż dotyczący jednej z najgłośniejszych spraw kryminalnych polskiego dwudziestolecia. W przedostatnią noc roku 1931, w Brzuchowicach pod Lwowem, zamordowana została siedemnastoletnia Lusia Zarembianka. Podejrzenia od razu padły na gospodynię, a zarazem partnerkę jej ojca, Ritę Gorgonową. Wychodźczyni z Dalmatu została skazana na karę śmierci, którą po apelacji zamieniono jej na 8 lat więzienia. Proces miał jednak charakter poszlakowy i na winę Gorgonowej nie było jednoznacznych dowodów. Cała sprawa ogromnie spolaryzowała opinię publiczną, lecz brakowało powszechnej zgody m.in. w takiej sprawie, że jeśli nie Gorgonowa zabiła, to w takim razie kto.

W pierwszej części książki Cezary Łazarewicz sprawnie opisuje przebieg wydarzeń – morderstwo, odkrycie zwłok, śledztwo, proces. Lektura wciąga nie mniej niż rasowy kryminał, tym bardziej, że dotyczy zbrodni, która wydarzyła się naprawdę. Autor czerpał przy tym z szeregu źródeł z epoki – zarówno prasy, jak materiałów archiwalnych.

Część druga opisuje efekty jego własnego śledztwa dziennikarskiego w latach 2016-2017. Autorowi udało się dotrzeć do obydwu córek Gorgonowej, notabene pozostających nawzajem w złych stosunkach. Jedna z nich starała się o rewizję wyroku i rehabilitację matki, Łazarewicz sięgnął więc w różne miejsca, żeby sprawdzić, czy to w ogóle możliwe po tylu latach. Dotarł nawet do samych Brzuchowic, obecnie w kraju ukrainnym, gdzie po domu Zarembów nie pozostał ślad.

Nie jest to jednak wyłącznie opowieść o zbrodni i niesprawiedliwej być może karze, ale także o złowrogiej potędze opinii publicznej, zwłaszcza pod wpływem tabloidyzacji. Sprawę Gorgonowej śledziły dzięki prasie tysiące Polaków, ludzie jeszcze po wojnie spierali się, czy oskarżona była winna, czy niewinna, zaś jej progenitura musiała żyć z piętnem „córek morderczyni”. Tu się pojawia akcent częstochowski – Ewa Ilić, młodsza córka Gorgonowej, urodzona już w więzieniu, po wojnie podjęła pracę w tutejszej fabryce włókienniczej (autor nie precyzuje, w której).

Łazarewicz nie ustrzegł się elementów, które mnie irytują, jako to pisania tytułów czasopism Samymi Wielkimi Literami bez względu na to, czy się odmieniają, czy nie (np. „Po Prostu”). Nie pisze też normalnie „II Rzeczpospolita”, tylko „II Rzeczpospolita Polska”, chociaż I RP nie była wyłącznie polska. Kiedy zaś trafia do współczesnego Lwowa, to stwierdza, że ul. Batorego nazywa się obecnie „Kniazia Romanowa”. Żeby z Romana, księcia halickiego, zrobić jakiegoś Moskala?!

Książka jest ilustrowana zdjęciami z epoki, często pochodzącymi z ówczesnej prasy sensacyjnej, ale także i paroma współczesnymi.

 

24. Sinéad O’Connor, Wspomnienia, Warszawa 2021

Z materii wspomnieniowej zapoznałem się także z autobiografią znanej śpiewaczki irlandzkiej, Żanety O’Connor.

Część pierwsza książki omawia dzieciństwo w latach 60. i 70. Sinéad znajdowała się w skomplikowanej sytuacji rodzinnej: po rozwodzie rodziców ona i rodzeństwo znaleźli się pod opieką przemocowej matki. Ojciec był spokojniejszym człowiekiem, ale i na nim sytuacja odcisnęła piętno. W pewnym momencie O’Connor trafiła do zakładu sióstr magdalenek. Wbrew obiegowemu mniemaniu, nic nie pisze, aby tam była molestowana, a chociaż zakład przypominał więzienie, to i tak przyniósł wytchnienie w porównaniu z mieszkaniem u matki. Jedna z zakonnic kupiła jej nawet pierwszą gitarę. Irlandia była wówczas krajem mocno zaściankowym, od konserwatyzmu obyczajowego (np. mężatkom nie wolno było podejmować pracy zarobkowej) po tandetną rozrywkę w radiu i telewizji. Tak problematyczna dziewczyna jak Sinéad miała przed sobą właściwie prosty wybór drogi życiowej: kraść albo śpiewać.

Druga część książki poświęcona jest początkom kariery O’Connor, od podpisania pierwszego kontraktu płytowego do osławionej akcji z podarciem fotografii papieża w programie telewizyjnym na żywo. Dla samej O’Connor ten gest miał, oprócz społecznego, znaczenie osobiste, ponieważ dana fotografia wisiała u jej matki na ścianie. Z perspektywy czasu artystka stwierdza, że akcja z papieżem uratowała ją przed zmieleniem w trybach showbuzinessu; to, co pisze o swoich przejściach przy nagrywaniu pierwszych dwóch płyt, wyraźnie wskazuje, że nie czułaby się komfortowo w tej robocie. A choć jej największym hitem była przeróbka Nothing Compares 2 U Prince’a (anglistka w liceum radziła nam na podstawie teledysku uczyć się wymowy głoski „th”), to opis spotkania Żanety z Książęciem (który nawet nie umiał prawidłowo wymówić jej imienia) jawi się jak historia z horroru wytwórni Hammer. Z kolei Peter Gabriel, z którym co najmniej raz śpiewała na żywo Don’t Give Up w zastępstwie za Kate Bush, traktował ją jako panienkę na weekend. Znacznie lepsze relacje mieli z nią Mike Joyce i Andy Rourke, sekcją rytmiczną The Smiths, czy jamajscy koryfeusze Sly & Robbie.

Lata 1992-2015 w życiu Sinéad O’Connor czekają jeszcze na swojego biografa, ponieważ po napisaniu rozdziału o zdjęciu papieża popadła w ciężką depresję na tle zdrowotnym, a gdy doszła do siebie, to już sporo w jej pamięci się zatarło. Dziurę wypełniają uwagi artystki o jej poszczególnych płytach, natomiast doświadczenie bycia pariaską rynku muzycznego zostało tylko wspomniane mimochodem. Z lat późniejszych dowiadujemy się o lipnej terapii, na którą została wkręcona.

Wszystko to opisane w luźnym, gawędziarskim, nieco łobuzerskim stylu. Sinéad nie ustrzegła się pewnej egzaltacji, np. gdy pisze o swojej osobistej relacji z B-giem, w której religia w formie zorganizowanej tylko by przeszkadzała. Także w ostatnich rozdziałach, pisanych już z perspektywy konwersji na islam, ta relacja wygląda naturalnie i nie sprawia wrażenia nawalania neofickim młotkiem. Egzaltacja jest jednak równoważona ironią i humorem. Pojawiają się liczne anegdoty, na przykład o tym, jak wyglądała edukacja seksualna w Irlandii lat 70. albo jak ojciec O’Connor gonił absztyfikanta jednej z córek ulicą na trójkołowym rowerku.

Książka kończy się w 2020, za lockdownu. Artystka stwierdza, że zamierza żyć długo i prowadzić dziennik. Niestety, stało się inaczej. Po trzech latach zmarła nagle w wieku 56 lat. Pojawiały się spekulacje o samobójstwie, tym bardziej, że miała już dawniej skłonności, a kilka miesięcy wcześniej straciła w ten sposób swojego średniego syna. W bieżącym roku podano jednak do wiadomości, że przyczyną były choroby układu oddechowego – być może związane z długotrwałym uzależnieniem od marihuany, którego na kartach autobiografii O’Connor się nie wypiera.

Szatę graficzną tworzy szereg zdjęć (podpisanych), przeważnie na początkach rozdziałów. Fotografię komunijną Sinéad O’Connor rozpoznałem jako główny element okładki płyty Throw Down Your Arms.

  

25. Eugeniusz Kwiatkowski, W takim żyliśmy świecie. Sylwetki polityków, Kraków 1990

I znowu coś z międzywojnia. Książka ta należała do dużej grupy wyciągniętych przeze mnie we wrześniu ze śmietnika.

Eugeniusz Kwiatkowski należał do najwybitniejszych polskich ekonomistów okresu międzywojennego – zasłynął przede wszystkim jako budowniczy miasta Gdyni, ale to nie było jego jedyne osiągnięcie. Wśród czołówki decydentów z okresu sanacji wyróżniał się profesjonalizmem, a wiele osób, które go znały, mówiło, że i uczciwością. Zmuszony przez wojnę do emigracji, powrócił do Polski, próbując uchronić Wybrzeże przed absolutnym bałaganem w ręku nowej władzy. Po jakimś czasie całkowicie wycofał się z życia publicznego, aby komuniści nie mogli zrobić z niego autorytetu firmującego ich poczynania. W takim żyliśmy świecie, zbiór szkiców na temat głównych polityków dwudziestolecia, pisał do szuflady w latach 60. i ukazały się one dopiero w 1990 roku, ze wstępem Andrzeja Romanowskiego (miałem z nim zajęcia).

Chociaż Kwiatkowskiego kojarzy się z konkretną robotą gospodarczą, to był on mimo wszystko przedstawicielem obozu sanacyjnego (a ściślej mówiąc – tzw. Zamku, frakcji prezydenta Mościckiego) i tej lojalności nie jest w stanie przeskoczyć. Piłsudskiego przedstawia on jako nieledwie Kwisatz Haderach, zdolnego z dużym wyprzedzeniem trafnie przewidywać rozwój przyszłych wypadków. Stwierdza wprawdzie, że Marszałek popełniał błędy, ale nie rozwodzi się specjalnie nad nimi oraz podkreśla, że spora część grzechów sanacji była dziełem osób innych niż Piłsudski. Co do Mościckiego – to jego pierwotnie dotyczyło powiedzenie „tyle znacy co Ignacy, a Ignacy nic nie znacy”. Kwiatkowski stara się udowodnić, że był to jednak człowiek o realnych osiągnięciach – tyle że z jego relacji wychodzi, że większość z nich przypadła na okres przed prezydenturą, kiedy Mościcki zajmował się azotem.

Bardziej krytyczny stosunek miał Eugeniusz Kwiatkowski do Józefa Becka i generała Sikorskiego, których trudny charakter niweczył, cokolwiek mogli osiągnąć. O ile jednak Beck miał w sobie pewną dychotomię – profesjonalisty i megalomana – to Sikorski sprawia wrażenie dość niesympatyczne: nie dość, że megalomana, to jeszcze mściwca i intryganta. W podtekście pozwala sobie Kwiatkowski na parę gorzkich słów o polskich elitach w środowisku emigracji, które potęgowało wszelkie animozje i negatywne cechy charakteru.

Na końcu pojawiają się charakterystyki Churchilla, Hitlera i Stalina, mniej wartościowe ze względu na to, że Kwiatkowski nie miał z nimi osobistej styczności. Charakterystyczny jest jednak przypis: „Autor niniejszej pracy był zganiony przez wiceministra Salcewicza za to, że pominął nazwisko Stalina w wydanej w 1954 r. książce Zarys technologii chemicznej węgla kamiennego”.

A gdzie w tej całej książce sam Eugeniusz Kwiatkowski? Opinia o jego skromności nie jest przesadzona, skoro opowieści o polityce lat międzywojennych nie uczynił opowieścią o sobie. Okazjonalnie tylko wspomina sytuacje, w których miał kontakt z opisywanymi figurami, a w jedynym miejscu, gdzie odkrywa większą rolę – sprzeciwu wobec wysuniętego przez Becka planu rekonkwisty Zaolzia – pisze niczym św. Jan, w trzeciej osobie: „minister skarbu”, tak że niezorientowany czytelnik może nie skojarzyć, że to właśnie Kwiatkowski był tym ministrem.

wtorek, 1 października 2024

Zuza, Krzysztof i Jim, czyli płyty na koniec lata


Pod koniec wakacji moja kolekcja wzbogaciła się o trzy kolejne płyty, z czego jedną należy traktować jako odroczoną pamiątkę z podróży.

  

Sen Zu, Stajlisz & Romantik, 2010

W sierpniu zdarzyło mi się być na koncercie grupy Akurat, ale gdy postanowiłem na pamiątkę poszukać w internetach ich płyt, okazało się, że są dostępne w cenach zaporowych. Za to przy okazji wypatrzyłem debiutancką płytę warszawskiej grupy Sen Zu za jedyne 10 zł. Zespół miał to szczęście, że wydał album w SP Records, firmie dbającej o reedycje.

            Nazwa pochodzi z animca Dragon Ball, ale automatycznie kojarzy się z wokalistką Zuzą Pytlińską, obdarzoną nie tylko rudymi dredami, ale ekspresyjnym głosem. Grupa wykonuje tzw. niezależnego rocka według norm pierwszej dekady XXI wieku: mocny bas, dość zgrzytliwa gitara, tempa na ogół motoryczne, choć akurat Fed Up with Reality wali mocarnymi, monumentalnymi riffami – jakieś Skunk Anansie było na tapecie? Usta oraz Let’s Dance zdradzają wpływy dancepunkowe, a Romantyczna piosenka to całkiem szybki utwór, wprawdzie z regałowym interludium. Wyróżnia się też nastrojowy Spell z basowym smutkiem a la Joy Division czy wręcz Bielizna (ale po angielsku).

Brzmi to wszystko całkiem stylowo, ale mogliby zadbać o bardziej atrakcyjne melodie, bo na dobrą sprawę jedynym potencjalnym hitem jest tu – zresztą wybrany do promocji – Co mamy, pomimo rymów częstochowskich; Zu channeluje w niej bardziej rockową wersję Maryli Rodowicz. Szkoda też, że większość utworów została wykonana po angielsku, bo chociaż polskie teksty bywają ciut grafomańskie, to jednak brzmią mniej generycznie.

            

Krzysztof Klenczon, Krzysztof Klenczon i Trzy Korony, 1971

Jest to pamiątka z wyjazdu do Szczytna, rodzinnego miasta Krzysztofa Klenczona. Po odejściu z Czerwonych Gitar artysta postanowił grać repertuar bardziej rockowy i powołał nowy skład. W Trzech Koronach znalazł się jego kuzyn, gitarzysta Ryszard Klenczon, najwyraźniej odpowiedzialny za glissanda na gitarze hawajskiej.

Z całą pewnością więcej tu ostrzejszych brzmień gitarowych niż na płytach Czerwonych Gitar. Klenczonowi spodobał się efekt fuzz i brzmienia hendrixopodobne. Fajnie też brzmi bas, według porządnych środkowoeuropejskich standardów wysunięty do przodu. Zagrał na nim Grzegorz Andrian, któremu zdarzyło się też zaśpiewać jeden utwór (z deka folkrockowy Już nie czas).

Największym hitem stał się oczywiście otwieracz – 10 w skali Beauforta, rozpoczęty sfuzzowaną solówką. Tematyka marynistyczna tworzy zresztą klamrę: płytę kończy mniej szaleńczy, ale też chwytliwy Port z prostym riffem a la Creedence Clearwater Revival. Klenczon podjął się ponadto stworzenia rockowego hymnu – Nie przejdziemy do historii ma podniosłą, po hendrixowsku hałaśliwą zwrotkę. Cały jednak efekt psuje harcerski refren z groteskową partią gitary hawajskiej, pasujący do zwrotki jak wół do nosa.

Ostrzejsze gitary i riffową strukturę mamy ponadto w Jestem do przodu, gdzie sporą rolę odgrywa rockandrollowy fortepian Andrzeja Ibeka (współzałożyciela grupy Bemibek wraz z rodzeństwem Bemów). Jeszcze lepiej sprawdza się pianista w dynamicznym Bierz życie jakie jest, nadając mu jazzrockowego charakteru. Do riffowców należy ponadto Piosenka o niczym i może nawet słychać w niej wpływy Breakoutu. Tekst J. Domaradzkiego to garść niepowiązanych zdań a la strumień świadomości i wydaje się zwiastować późniejszą technikę „zlewu” spopularyzowaną przez Kazimierza Staszewskiego.

Krytycy lubią pisać, że Klenczon pozostawał w tym okresie pod wpływem np. Black Sabbath, ale bez przesady. Jeśli już, to wpływ ten słychać w odgłosach burzy rozpoczynających Spotkanie z diabłem, a sam utwór wprawdzie dynamiczny i dramatyczny, ale nie ma nic wspólnego z wczesnym heavy metalem; już prędzej widziałbym tu wpływ Kridensiaków.

Nastrojową część repertuaru stanowią ballady z orkiestrą: Wiosenna miłość i Coś. Ducha staromodnej muzyki rozrywkowej ewokuje Stary walc przypomni ci. Bardzo udaną „normalną” piosenką jest Raz na tysiąc nocy – bez przesady mogłaby być nie gorszym hitem niż najbardziej znane utwory Czerwonych Gitar (a gitara hawajska jak najbardziej tu pasuje). Swego czasu, co prawda, miałem jej dość, bo musiałem całymi dniami słuchać odtwarzanej w zapętleniu. Zachowawczo wypada za to Świecą gwiazdy, świecą – quasi-folklorystyczna estrada bigbitowa z trąbami, która pasowałaby już nie tylko do Czerwonych Gitar, ale wprost do Trubadurów. W podobnej konwencji utrzymane jest Sprawię sobie niespodziankę, ale to tylko niespełna minutowy żart kończący stronę A.

Wydanie z roku 2024, w podwójnym formacie (CD/SACD), wyposażone jest w trzy bonusy. Kronika podróży jest bardziej żartobliwa, Czyjaś dziewczyna to sentymentalna ballada, a Twój czas (Daleka droga) brzmi bardziej refleksyjnie.

Muzyka nagrana z Trzema Koronami zdecydowanie brzmi bardziej ambitnie niż twórczość Czerwonych Gitar. Jednakże w roku 1971 Breakout grał już blues rocka, Czesław Niemen dokonał „rewolucji enigmatycznej”, a Skaldowie też ruszyli szlakiem ku własnej odmianie rocka progresywnego. W efekcie płyta Trzech Koron była „wielkim skokiem dla Klenczona, a małym krokiem dla polskiej muzyki”.


 

The Doors, L.A. Woman, 1970

Ponownie w tym roku spotykam Jima Morrisona i jego kolegów. Ostatni ich album miałem dawniej na kasecie. Na okładkowym zdjęciu Jimbo jest już opuchnięty i brodaty, ale muzyka nie brzmi jak dzieło zmęczonego zespołu – wręcz przeciwnie.

Z początku nic nie zapowiadało tak dobrego efektu. Sesja nagraniowa zaczęła się koszmarnie, a zespół nie miał już gotowych piosenek i musiał komponować na bieżąco. Producent Paul Rothchild stwierdził, wreszcie że on już tak nie może. Wszystko nabrało wiatru w żagle, kiedy obowiązki produkcyjne przejął inżynier dźwięku Bruce Botnick, a zespół przeniósł się z korporacyjnego studia do swojej sali prób, by nagrywać na sprzęcie ograniczonym do minimum. Podobno Morrison nawet nie pił, pomijając sporadyczne piwo.

Trafiła mi się reedycja z 2006 na jubileusz zespołu, zawierająca miks odmienny od oryginalnego wydania, a zbliżony do tego, co oni rzeczywiście grali w studiu. Bardzo fajnie słychać bas – Doorsi jak zwykle nie mieli własnego basisty, lecz wynajęli Jerry’ego Scheffa, grającego z Elvisem. W sesji wziął też udział gitarzysta rytmiczny Marc Benno.

Dopiero po dłuższej przerwie zdałem sobie sprawę, jak dużo na tej płycie bluesa. Zaczyna ją The Changeling o rhythmandbluesowym charakterze (Robbie Krieger inspirował się tu Jamesem Brownem i próbował na gitarze odtworzyć brzmienie jego trąb). Później słyszymy grubo rąbany Been Down So Long (Krieger gra techniką slide) i zaraz po nim spokojniejszy Cars Hiss By My Window. Na stronie B pojawia się przeróbka Crawling King Snake Johna Lee Hookera oraz własny The WASP (Texas Radio and the Big Beat) z melorecytacją nawiązującą do stylistyki tzw. talking blues.

Interludium pomiędzy bluesami stanowi Love Her Madly – kolejna z szeregu dynamicznych, melodyjnych piosenek przyniesionych przez Kriegera (ale ostatecznie pod repertuarem podpisywał się cały zespół). Dynamiczny rockowy charakter ma utwór tytułowy, w sam raz do jazdy samochodem po szosie nad wybrzeżem Pacyfiku – ale w pewnym momencie następuje ponure spowolnienie, z Jimem zawodzącym coraz bardziej złowrogo: „Mr. Mojo Risin’!” (anagram „Jim Morrison”, którym artysta określał swoją mroczną stronę).

Niepokój nie ustaje w rozpoczynającym stronę B L’America, opartym na mrocznym motywie gitarowym, chociaż w refrenie muzyka przyspiesza, a Morrison podpuszcza słuchacza, że użyje brzydkiego słowa. Hyacinth House przynosi po nim uspokojenie, ale też podszyte jakimś lękiem, Ray Manzarek cytuje zaś Poloneza As-dur Fryderyka Szopienia.

Finałem płyty jest jeden z najsłynniejszych utworów The Doors: niepokojący Riders on the Storm. Odgłosy burzy, jazzujący fortepian elektryczny, motyw autostopowicza-zabójcy… Pod tym wszystkim da się odkryć bluesowy szkielet, ale efektem była już nowa jakość, która odbiła się szerokim echem (por. Strzeż się tych miejsc Klausa Mitffocha).

Reedycja zawiera utwory bonusowe. Nastrojowe Orange Country Suite już się ukazało około 1998 r. w ramach przekrojowego boksu i wzbudziło drobną sensację jako „nieznane dotąd nagranie The Doors”. Drugi bonus, (You Need Meat) Don’t Go No Further, to kolejne blusiszcze. W książeczce, oprócz zdjęć, znaleźć można wspomnienie Bruce’a Botnicka oraz artykuł człowieka z zewnątrz.