czwartek, 1 stycznia 2026

Rok przyjaźni i medycyny, czyli podsumowanie ZOZS

 

Rok 2025 oceniam jako zdecydowanie lepszy od poprzedniego. Co prawda nasi przyjaciele w cudzysłowie nadal nie chcą dać spokoju naszym braciom ze wschodu, a i do nas zaczynają startować, nadal klimat jest byle jaki, a do tego degeneratywna sztuczna teligencja płoży się gorzej od rdestowca i wywłoci kanadyjskiej razem wziętych, ale przynajmniej na niwie osobistej odnotowałem pewne sukcesy.

Początek roku jeszcze tego nie zapowiadał, bo miałem wyraźny zastój w sprawach zawodowych – niewątpliwie związany ze wspomnianym gatunkiem inwazyjnym. Dopiero później sytuacja się ustabilizowała („Mam ustabilizowaną sytuację finansową – stabilnie klepię biedę”). Za to jeśli chodzi o życie towarzyskie, to wreszcie coś się zmieniło: nawiązałem parę wartościowych znajomości, szczególnie jedną. Inną znajomość, sprzed lat, jakby odnowiłem. Zacząłem też jeździć na konwenty, co okazało się bardzo inspirujące.

Dość często też jeździłem pociągiem kolejowym.

Twórczość ludowa przedstawiała się jako tako. Kontynuowałem swoje opus kałasznikow, ale nie zdążyłem jeszcze skończyć. Za to parę drobniejszych pomysłów przyszło mi do głowy i niektóre nawet zrealizowałem. Na niniejszym blogu opublikowałem 26 postów, czyli najmniej od 2020, ale – jak powiedział Lenin – „lepiej mniej, ale lepiej”.

Czas na działce nadal spędzałem nad starą prasą, przy czym główny nacisk położyłem na „24 Godziny – Dziennik Częstochowski”, pierwszą niezależną gazetę w Częstochowie w latach 90. (była wariantem lokalnym „24 Godzin – Gazety Kieleckiej”, co czasem znajdywało odzwierciedlenie np. w ogłoszeniach drobnych).

Statystykę przeczytanych książek i nabytych płyt przedstawię w następnych notkach. Prawie w ogóle nie grałem w gry, a jeśli już, to był to Oblivion i Skyrim. W tym pierwszym rozpocząłem nową rozgrywkę Bretonem o nazwisku Zouzou Lafitte.

Oto jest twarza ze snu cesarza

Jeśli chodzi o oglądanie, to najbardziej utkwił mi w pamięci Black Mirror – serial antologiczny (tzn. każdy odcinek opowiada odrębną historię, ale są oznaki, że wszystko dzieje się we wspólnym świecie przedstawionym) o zagrożeniach płynących z nowych technologii – a więc dreszczowiec sajęs fikszyn. Odcinki wahają się od wręcz komediowych (Nosedive; Joan Is Awful) do ogromnie przygnębiających (Men Against Fire, Metalhead). Poza tym zapadły mi w pamięć Problem trzech ciał na podstawie powieści Cixina Liu i polska Odwilż o policjantach ze Szczecina (wypatrywałem znajomych plenerów). Było jeszcze Lady Love – miniserial o Polce, która wyjechała do RFN zostać gwiazdą porno; wrocławski dom handlowy Renoma i Plac Uniwersytecki grają tam Niemcy. Pod wpływem fejzbukowego profila „Czorny narzeka” wciągnąłem się na jakiś czas w wybrane odcinki Kuchennych rewolucji Magdy Gessler (a może fanfik by?)

Z filmów pełnometrażowych  przypomniałem sobie ekscentryczną ekranizację Diuny Davida Lyncha. Nadrobiłem Commando ze Szwajcenegerem jako modelowy przykład filmu akcji z lat 80. zredukowanego do gołego minimum, a także Wesele Wojciecha Smarzowskiego (pierwsze, z 2004 r.).

 

Styczeń

W nowy rok wszedłem z przeziębieniem, ale nie przełożyło się to na mój ogólny stan zdrowia w ciągu następnych 12 miesięcy. Co prawda pod koniec stycznia uszkodziłem się w nogę i musiałem chodzić na zakupy z ciupagą.

"O, jamniczku mój jedyny..."

Jak zwykle spadło trochę śniegu. Zarząd wspólnoty mieszkaniowej zawiesił na klatkach ogłoszenie przypominające o „obowiązku ośnieżania balkonów”, ale nie przez całą zimę dało się to zrobić.

W USA doszło do zaprzysiężenia Donaldu niestety Trumpu na prezydenta. Oprócz niego na szczytach władzy pojawiał się Elon Piżmowiec, a oba siebie warci.

W obliczu rozwoju tałatAIstwa rozglądałem się za pracą w charakterze szatniarzysty, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.

Dr Biegański na czas remontu stał się Pokrakiem

 

Luty

Ostrzegano mnie, żebym w razie ewentualnego wyjazdu w Bieszczady nie nosił przypadkiem kapelusza, bo prawo do tego mają tylko certyfikowani zakapiorzy, którzy spędzili tam całą zimę. Co prawda w Bieszczady się na razie nie wybieram.

Zwyczajne ślady po drodze do sklepu

Pewnego razu, gdy przechodziłem koło sklepu osiedlowego, miejscowy artysta malarz pokazywał mnie palcem jakiemuś małżeństwu emerytów, mówiąc coś konspiracyjnym tonem. Niewykluczone, że uważa mnie za jednego z licznych prześladujących go agentów.

Doszło do nowego konfliktu granicznego, ponieważ sąsiad palił suchą trawę tuż przy płocie, a dym i popiół leciały na naszą stronę. Mgr Andrzej Niedźwiecki zwrócił mu uwagę w swoim niepowtarzalnym stylu: „Dzień dobry! Normalny pan jest?” Później słychać było odgłosy mycia płotu – najwyraźniej sąsiad aż go okopcił.

Reaktor

Przyjechali też złomiarze, aby zabrać piec centralny oraz inne metalowe badziewie. Było ich trzech i męczyli się dłuższy czas, odcinając to urządzenie. Można by pomyśleć, że wykażą jakąś finezję zawodową, a oni po prostu rypnęli piec z postumentu na podłogę i wylał się z niego szlam. Potem wywieźli go na wózku z garażu i z wielkim wysiłkiem wsadzili do furgonetki. Przy okazji znów im się wywrócił z tego wózka, czyniąc wyraźną dziurę w ziemi.

 

Marzec

W marcu przypadł pierwszy w ciągu roku wyjazd zamiejscowy: do Gliwic. Pierwszy raz jechałem na tym kierunku dalej niż do Katowic.

Koło dworca był sklep ze starociami, w tym starymi lalkami, ale nie mogłem o nic zapytać sprzedawczycy, bo była zaabsorbowana rozmową z klientką w średnim wieku i kucykach, która używała słowa „spódnisia”.

Z dworca do centrum prowadzi długa ul. Zwycięstwa (ale czyjego?). Dłuższy postój przypadł pod urzędem miejskim, gdzie stoi charakterystyczna fontanna z faunami.

Rynek ma ratusz w centrum. Moją uwagę zwróciły fasady Domu Artystów oraz zakładu fryzjerskiego.

Kierowaliśmy się do Palmiarni przez Skwer Miasta Doncaster, gdzie metalowy leżał lew (Gliwice słynęły ongiś na cały Śląsk – łącznie z Dolnym – jako główny ośrodek odlewnictwa), a dalej przez most na Kłodnicy.

Sama Palmiarnia bardzo rozległa: 6 połączonych pawilonów, trasa zwiedzania zarówno na poziomie gruntu, jak i na galeryjce. Rośliny rozmaite, w tym bambusy, palmy, fejhoa, crassula, opuncje i inne sukulenty… Gdzieniegdzie terraria, a w nich np. żółwiak chiński, kameleony i inne jaszczurki. Były też akwaria z ekosystemami: Azji Południowo-Wschodniej (w tym czarna ryba z czerwonym ogonem), Tanganiki, polskich rzek i Amazonki. Ta ostatnia najciekawsza, z największymi rybami, inkluding płaszczki i sumy.

Drugi metalowy lew (od-lew?) stoi koło Willi Caro, w której mieści się muzeum. Przyszliśmy 16:20, a zamykali o 17, więc jeszcze rzutem na taśmę udało nam się obejrzeć ekspozycje: wnętrza domowe z końca XIX w., ród Kossaków, fajans, początek 1945 na Śląsku.

Typowe śląskie stroje

W marcu byłem również na wernisażu z okazji 20-lecia twórczości artystycznej jednej z częstochowskich artystek. Zaprezentowano 15 obrazów, 5 zdjęć i 9 kompozycji cyjanotypicznych. Prowadząca opowiedziała nieco o gospodyni wieczoru, oddała głos jej samej, a jakiś poeta odczytał swój okolicznościowy wiersz. Za poczęstunek służyły paluszki, krakersy, herbatniki, do picia był sok i wino, ale sok rozszedł się najszybciej, a wina nie mogłem pić, jako prowadzący. Wymieniłem z artystką tylko kilka niezręcznych słów (ale za to ktoś nas w tym czasie sfotografował).

Jeżdżąc przez miasto, odkryłem, że na jednym ze skwerów jacyś ludzie, zamiast libacji jak Pan B-g przykazał, kultywują po zmroku tańce celtyckie.

W Częstochowie wykonano mural z Papszunem. Kilka miesięcy później pewien znany nauczyciel chemii zastanawiał się, co to takiego ten papszun, którym się zachwycają media. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby tak się nazywała tradycyjna potrawa kuchni z Rakowa i Last Grosza, np. serwowana w lokalu na górnej Jagiellońskiej, który kiedyś trafił do programu Gesslerowej.

Ponadto wypuściłem się na skraj Wyczerp, gdzie wykryłem kwartet bloków w sam raz dla fanów architektury postmodernistycznej.

 

Kwiecień

Wybrałem się na wycieczkę rowerową do wsi Mykanów. Droga wiodła przez Lubojenkę. Sporo się zmieniło, m.in. zbudowali deptak wzdłuż stawu wiejskiego.

Z Lubojenki przez pola dotarłem do przejazdu kolejowego i tak trafiłem na Zieloną w Mykanowiu. Początkowo myślałem, że jestem w Okupnikach, ale okazało się, że to równoległa droga, o której istnieniu całkiem zapomniałem. Oczywiście skręciłem w Okupniki, żeby je obejrzeć dokładnie – dojechałem aż do kapliczki w Radostkowie przy trasie głównej i z powrotem.

Obejrzałem stare kąty – szkołę, Urząd Gminy, GOK (ongiś siedzibę zespołu "Gokowianie"), kościół św. Leonarda, Staw Księdza. Na miejscu Spójni stoi pawilon handlowy, na miejscu niewykończonej ruiny przy remizie – Lewiatan, sama remiza została częściowo zaadaptowana na salę imprezową, a sklep monopolowy zamienili na kebab. Na dawnym szkolnym podwórku wybudowano krupną salę widowiskowo-sportową, przy której sama szkoła wygląda miniaturowo. Byłem też na cmentarzu, gdzie m.in. postawiono pomnik spadochroniarzy zabitych w katastrofie lotniczej pod osadą Topolowo (dawniej ul. Topolowa w Radostkowie). Na każdym kroku robiłem zdjęcia – arcytektura, płoty, szyldy. Nikogo znajomego nie spotkałem, bo pewnie wszyscy rozjechali się po świecie. Kiedy wróciłem do domu, miałem na liczniku prawie 40 km.

W Mykanowie, mieście wielkim

Ponadto w czasie kwietniowych wojaży zorientowałem się, że w Częstochowie, podobnie jak w Łodzi, jest ul. Piotrowska, tyle że dużo krótsza.

Na Wielkanoc zawieźli mnie do kościoła Pierwszych Męczenników. Należy przyznać tamtejszemu organiście, że robi wyraźną pauzę w wyrażeniu „na cud Jonasza” żeby nikt nie myślał, że chodzi o jakąś Nacudię. W parafii macierzystej za to uroczystość peregnypacji Cudownego Obrazu.

Uroczyste waltornie

W drugi dzień świąt zmarł papież Franciszek, a pod koniec miesiąca także częstochowski człowiek kulturalny, pan Hieronim, który miał na imię Mirosław i jak się okazało, był ojcem mojej koleżanki z liceum.

 

Maj

Weekend majowy spędziłem w mieście transgranicznym Zhorjelc, o czym już kiedyś pisałem.

Łysa Nużycka

Nowego papieża wybrali już drugiego dnia konklawe. Został nim Robert Prevost, Amerykanin z Chicago z dodatkowym obywatelstwem peruwiańskim, który przyjął imię Leon XIV.

Byłem także przez moment w Warszawie.



 

Czerwiec

Z początkiem miesiąca wybrano predydenta Polskiej RP. Ja tymczasem obijałem się po leśnych peryferiach miasta.

Nastąpił nowy konflikt światowy z sąsiadami z naprzeciwka, którzy domagali się wycięcia brzozy na naszej działce, aby w razie wichru nie przeleciała przez całą szerokość ulicy i nie walnęła w ich dom. Mgr Andrzej Niedźwiecki sięgał po argumenty religijne, że brzoza to święte drzewo Słowian, a także wytykał sąsiadom obłudę: „Teraz to macie sojusz, a dawniej im pani obrabiała dupe, że się z nimi przez ścianę mieszkać nie da”. Ostatecznie napastnicy odpuścili, a brzozę zabezpieczono kawałkiem czerwonego materiału przed złym urokiem.

Wykopane przeze mnie zdjęcie barakowozu z „24 Godzin” zwiralowało się troszeczkę na fejsie.


 

Lipiec

Pierwsze pół wakacji spędziłem w rozjazdach, o czym już była mowa. Najpierw ekspedycja do Szczecina ze spontanicznym postojem we Wrocławiu, a pod koniec miesiąca – Tczew.

W naszej osiedlowej parafii zainstalowano nowego proboszcza. Stwierdza się krótsze ogłoszenia parafialne, wywieszanie w na tablicy ogłoszeń także intencji mszalnych na poszczególne dni, jak również większy nacisk na social media i ogólnie na nowe technologie. W czasie adwentu okazało się, że w odróżnieniu od poprzednika, nowy proboszcz nie wydrukował dla wszystkich zapasu broszur z terminami kolędy, tylko wywiesił na plakacie, aby wszyscy mogli sobie sfotografować.

Tymczasem ruszył remont Promenady Niemena -
można powiedzieć "Niemen od początku".


Zainstalowano nowy sedes, który jednakże okazał się przeciekający – a stary był jeszcze dobry, więc w zasadzie nie było potrzeby go wymieniać. Przy okazji poznałem nową teorię spiskową, że Ukraińcy albo Rosjanie zatrudnieni w fabrykach armatury celowo psują kible w ramach sabotażu. Procedura reklamacyjna trwała dwa tygodnie. W tym samym czasie oddałem do reklamacji również wieżę stereo, więc kiedy zadzwonił ktoś „w sprawie kompaktu”, nie od razu pojąłem, o które z tych urządzeń chodzi.

Blue Szcz

W lipcu zmarł Ozzy Osbourne.

 

Sierpień

Wyjazd tczewski przeciągnął się na sierpniowy pobyt w Trójmieście.

Ów dziurawy sedes, z którego korzystaliśmy przez dwa tygodnie, robotnicy zostawili na klatce schodowej. Po przyjeździe z wczasów trzeba było go wyrzucić. Nie byłem w stanie unieść, więc musiałem rozwalić go młotkiem na kawałki i wynieść do śmietnika na raty. Gdyby ktoś z czytelników miał zamiar pokawałkować sedes, to należy się uwaga, że w takiej robocie absolutną konieczność stanowią porządne rękawice ochronne. Krawędzie potłuczonego kibla są naprawdę ostre!

Św. Antoniego też wyremontowali

Pewnej niedzieli nowy proboszcz narzekał na kryzys powołań, że nikt tego dnia nie spowiadał, bo w parafii zostało tylko trzech księży, a to i tak dużo jak na naszą diecezję. Jeszcze nie wiadomo, czy cała trójka utrzyma się do czerwca, bo mogą jednego zabrać dla wypełnienia wakatu gdzie indziej.

Świat się kończy: Kazik Staszewski znów zaśpiewał w Sopocie! I tym razem nie do suszarki, lecz do wtóru Kulcich. Czwartego dnia tegoż festiwalu zmarł Stanisław Soyka.

Pod koniec wakacji nastąpiła wycieczka do Pszczyny. Na murze dworca wisi tablica upamiętniająca deportowanych Żydów. Efekt psuła czcionka a la Harry Potter oraz błąd ortograficzny.

Z dworca idzie się do centrum ulicą Kościuszki – dwupasmówką z ocienionym drzewami deptakiem pośrodku. Po drodze podziwiałem rozmaite wille. Trafił się też plac z obeliksem powstańców śląskich oraz malowniczo zrujnowane centrum handlowe.

 W Rynku okazało się, że trwają właśnie Dni Pszczyny: kręcił się diabelski młyn, stały stragany z rozmaitym towarem. Niezależnie od sezonu, do atrakcji wizualnych należą sgraffita w przyległych uliczkach. Można też zobaczyć kościół ewangelicki i ławkę księżnej Dejzy.

Głównym elementem wycieczki było zwiedzanie Zamku Książąt Pszczyńskich, a właściwie pałacu. Byłem tu już w latach dziewięćdziesiątych. Tym razem nie trzeba było zakładać kapci. Przeszliśmy przez dwa piętra zabytkowych wnętrz. Za dodatkową opłatą były jeszcze wystawy portretów oraz rozmaitych sprzętów typu zabytkowy odkurzacz wielkości pralki frani.

Po zejściu z drugiego piętra krętymi schodami znaleźliśmy się jeszcze w pomieszczeniach cara Williama, w tym w sali, gdzie odbywał on narady wojenne z Hindenburgiem i Ludendorffem.

W bocznych uliczkach centrum natrafiliśmy na apteki „Pod Murzynem” i „Pod Baranem”, galerię sztuki z wielką, kolorową gębą na murze, a także lokal z szyldem: „II Rzeczypospolita Polska – Urząd Państwowy”. Po prostu kopalnia szurania: treści antysemickie, antyukraińskie, antyszczepionkowe, nawet chyba coś o chemtrailsach. Pewnym novum była dla mnie teoria spiskowa, że „Skoro Polska  jest zarejestrowana w New York City jako korporacja (…) to nie obowiązuje Nas Polaków posłuszeństwo temu Rządowi”. Znaleźliśmy też Muzeum Prasy Śląskiej im. Korfantego, ale było już zamknięte.

Przez park miejski nad Pszczynką można wyjść na tyły pałacu. Z okazji Dni Pszczyny stały tam stragany z żarciem i rękodziełem, minizoo prezentowało w zagrodzie kozy i owce, a na błoniach rozstawiła się scena. Akurat śpiewała na niej niejaka Lina, gwiazdą wieczoru miała być Kasia Kowalska, a nazajutrz planowany był Bajm – pierwszy koncert po powrocie Beaty Kozidrak z leczenia onkologicznego.

Poszliśmy jeszcze zwiedzić skansen: chałupy, stodoła, wozownia, komórki różne, miniaturowy młyn wiatrowy (myślałem, że to wychodek z wiatrakiem na dachu), różnego rodzaju ule… W jednym z budynków, oprócz innych wozów, stał wyremontowany stylowy karawan konny. Była też zagroda z owcami, z którymi nawiązywałem kontakt wokalny. W sklepiku mieli Hobbita po śląsku za 75 złych – w internetach bez trudu idzie znaleźć egzemplarz za połowę tej ceny.

Czy w Częstochowej faktycznie nic się nie dzieje? Okazuje się, że ktoś organizuje Dzień Fantastyki. Co prawda tylko jeden, ale za to kilka razy w roku. Co prawda kiedy zajrzałem przed 11, nic się jeszcze nie działo. Impreza miała się odbywać w jednym pubie i jednym namiocie na terenie tzw. Business Centrum.

Aleje - tu się dzieje, czy jakoś tak


Wrzesień

Przed jesienią wybuchła afera w Cradle of Filth: klawiszówka i gitarzysta odeszli, bo się czuli wyzyskiwani; okazuje się, że Dani Filth mocno przyjanuszował, jeśli chodzi o prowadzenie zespołu.

Musiałem załatwić sobie nowe bryle. Okulistka – ruda i kulejąca – nieco mnie objechała, że sam nie wiem, jakie mam okulary, i w ogóle była dość pasywnie agresywna. Później optyczka napugała mnie, że doktor jest całkiem roztrzepana, wystawiła mi niewłaściwą receptę i nie dostanę refundu, ale potem okazało się, że wszystko się zgadza. Po kilku dniach śniło mi się, że poszedłem do przychodni do dwóch lekarzy jednocześnie i przenosiłem się ciągle z jednej kolejki do drugiej. Poza tym w czasie jazdy rowerem niespodziewanie rozwaliła mi się kierownica i im dłużej próbowałem ją poskładać, tym mniej jej konstrukcja miała sensu.

Kościoł na Wrzosowiaku

Tymczasem na Mazurach sąsiad wpadł po ramiona do szamba – co prawda pustego.

Pojechałem do Opola na konwent zwany trafnie Opolcon. Wyciągła mnie tam znajoma, która ogólnie jest bardziej zorientowana w środowisku i kiedyś nawet prowadziła panel z Sapkowskim.  Impreza odbywała się na terenie trzech szkół, przy czym w ZS Elektrycznych i w VIII LO im. Kamińskiego szły główne przedsięwzięcia, a w ZS Ekonomicznych było zakwaterowanie dla tych, co nie mieli gdzie indziej się podziać. Po przejściu akredytacji otrzymywało się plakietkę-przepustkę i zaraz potem można było iść na prelekcję, np. o procesach czarownic, ze szczególnym uwzględnieniem afery w Kolsku na Ziemi Lubuskiej z XVII w.

Po całym obszarze chodziło mnóstwo ludzi ubranych mniej lub bardziej ciekawie. Farbowane włosy, perugi, elfie uszy, rogi, kapelusze czarodziejów, cylindry, gogle, pióropusze, wyposażenie taktyczne, kreacje w stylu gothic lolita, niby-wiktoriańskie, fantasy, sajęs fikszyn, słowiańskie, wikińskie, japońskie, koreańskie. Częstokroć byli to cosplayerzy, jakkolwiek odtwarzali nieznane mi zupełnie postaci mangowe (wypatrzyłem ze dwóch Narutów i kilku Akatsukich). Nikogo nie dziwiło, że faceci przebierają się za postaci żeńskie i vice versa – np. jedna dziewczyna była przebrana za Winter Soldiera, a inna za doktora Housego w wersji niskobudżetowej (szara marynarka, laska i tekturowa na twarzy maska). Sprzedawcy rozmaitych bibeloków rozstawiali się na szkolnych korytarzach, ale było tylko jedno wydawnictwo porządne plus paru autorów wystawiających książki wydane własnym sumptem.

"Gimli, to chyba nie były lembasy"

Wieczorem odbył się pod gołym niebem seans Mars Express – francuskiej animacji sajęs fikszyn, w sumie kryminału noir na Marsie i z robotami. Na drugi dzień, przykładowo, dwaj goście – jeden przebrany bodajże za japońskiego ucznia, a drugi za zombie z mózgiem na wierzchu, związani z kolektywem Harashiba – prezentowali kulturę materialną PRL. W ramach antraktu znalazłem się na placu Jana Pawła II, z cytatami z papieża na chodniku oraz rzeźbą naćpanego pegaza.

Kolejne punkty programu stanowiły prelekcje na temat Słońca oraz konkurs wiedzy o Elder Scrollsach. Tenże, prowadzony przez faceta przebranego za pokojówkę, dotyczył bardziej mechaniki gry niż świata przedstawionego (typu: jakie bonusy która rasa ma w której grze). Jedyna uczestniczka żeńska zajęła drugie miejsce i ku swej niejakiej konsternacji została nagrodzona egzemplarzem pisma „Glamour”. Był też wykład biologa o regułach, jakim powinno podlegać tworzenie fantastycznych stworzeń – np. King Kong jako mieszkaniec odległej wyspy jest bez sensu, bo na wyspach, ze względu na ograniczone zasoby, fauna ma tendencje do miniaturyzacji. Następnego dnia załapałem się na wykład o tworzeniu uniwersów urban fantasy. Co prawda twórca (znany z erpega o orkach z blokowiska) mówił raczej o tym, jak wprowadzać rzeczywiste zdarzenia do fantastycznych scenariuszy, a mnie interesuje coś odwrotnego.

W międzyczasie kupiłem antologię opowiadań bizarro Niedobrzysko. Próbka tekstu: „Siła uwolnionego moczu przewróciła stojącą w kącie butelkę po winie »Wał Hadriana«”

Przyśniło mi się wydawnictwo alternatywne „Cyk Jana Oberżysława”, fotografowanie zająca wspinającego się po drzewie oraz Dom Studencki „Migrowiak” w Białymstoku.

 

Październik

Pojechałem na Mazury. Na dworcu Warszawa Zachodnia tradycyjnie jakiś Rom próbował mi wcisnąć perfumy. Tym razem podawał się za Węgra, ale kiedy zacząłem do niego mówić po węgiersku, nic nie zrozumiał.

Varsciava rozbudowuje się

Autobus do Suwałk spóźnił się tym razem tylko 10 minut. Ponieważ dostałem przedtem SMS, że zarezerwowany fotel nie jest już dostępny, to usiadłem gdzie indziej, ale jeden z pasożerów mnie pogonił, że tu jest jego miejsce. Okazało się, że to, które zarezerwowałem, jest jednak dostępne. Tymczasem kierowca, Białorusin, miał kłopoty dogadaniem się z trzema pasażerkami, które miały trzy bilety wystawione na jedną i tę samą osobę. Ledwo wyjechaliśmy, to na pierwszym przystanku na Marymoncie kierowca spierał się z kolei z pasażerem o bliskowschodniej powierzchowności, który miał bilet do Kowna, a kierowcy wychodziło ze skanera, że do Łodzi.

Na miejscu miałem sporo roboty gospodarczej. Wykosiłem półkoskiem przejazd dla auta z drewnem, po czym się okazało, że maczeta lepsza. Wyczyściłem rynny na szopie i garażu (ta druga była częściowo zdefasonowana przez rosnące obok drzewo), a także wlazłem wysoko na drabinę, by wyrzucić gnijące listowie z rynny na domu. Omiotłem pajęczyny w przedpokoju, wyszczotkowałem schody, zamieniłem w garażu rozwalony karton z książkami na karton dobry. Okazało się, że po zeszłorocznym radykalnym cięciu tuja do tej pory nie rozpłożyła się na tyle, żebym miał problemy z przejściem pomiędzy nią a płotem. Poza tym przycinanie drzew i krzewów na wprost anteny satelitarnej – jedną gałąź wielkiego wiązu musiałem przygiąć do ziemi dłuższą gałęzią i grabiami, a kiedy wreszcie udało mi się ją ułamać, to padłem na ziem. Przerzuciłem też 36 zgrzewek brykietów drzewnych po 12 sztuk, razem sztuk 432.

Pewnego dnia przyjechał miejscowy golden rączka, by poprawić dachówki, załatać kilka dziur na strychu i oszlifować od dołu drzwi od sionki, żeby nie haczyły o podłogę. Asystowałem mu w tej robocie, m.in. pilnowałem kabla elektrycznego albo podawałem dachówki. Okazało się przy tym, że odpadła mi najbardziej niewdzięczna część roboty, czyli sprzątanie kuniego guana ze strychu – w tym roku nic nie narobiły. W trakcie, gdy golden rączka obijał się po strychu, od przeciwnej strony łaził po dachu kominiarz (nie zetknęli się nawzajem). Ruch jak na dworcu!

A ten osobnik nie pomagał wcale

Wieczorami księżyc świecił tak jasno, że kiedy wyglądałem przez okno, wydawało mi się, że zostawiłem na zewnątrz zapaloną lampę.

Chadzałem na spacery. Najczęściej spotykaną miejscową fauną były krowy. Zdarzyło mi się też jednak zobaczyć sarny. Któregoś razu wypatrzyłem drapole krążące nad łąką, chyba myszołowy. W drodze powrotnej minęło mnie auto z pilarką tarczową na przyczepce.

            Kiedy wracałem przez Warszawę, pod DT Centrum stał facet i grał Hallelujah Cohena. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że grał na dudach.

Śniło mi się, że byłem znów na studiach i miałem iść na jakiś wykład monograficzny odbywający się w liceum. Serketarka dała mi karteluszek z numerem sali, ale był on już pełen różnych innych nagryzmolonych cyferek, więc nie wiedziałem, który numer jest właściwy. Łaziłem więc po całej szkole, natrafiając na plantacje marihuany i Mongołów ćwiczących sztuki walki.

Polibuda Cz.

Na pamiątkę mojego sierpniowego wyczynu szwagry kupili filiżanki w kształcie sedesów. Nie nadają się one jednak dla czworookich, ponieważ w trakcie picia rezerwuar zawadza o okulary.

Ponadto trafił się jeszcze jeden wyjazd do Chrocławia. Do głównych atrakcji miała należeć Panorama Racławska.

W okolicy, wychodząc na bulwar odrzański, widziałem fort w remoncie, Akademię Sztuk Pięknych i kilka pomników, m.in. Xawerego Dunikowskiego oraz Karla Heinricha Klingerta, wynalazcy skafandra nurkowego.

Zwiedzone też zostało Muzeum Arcytektury w zespole pobernardyńskim. Na ekspozycji znajduje się wiele różnych detali architektonicznych oraz część interaktywna dla młodszych i nie tylko (w kościele św. Bernarda). Moimi ulubionymi eksponatami było kilka zabytkowych pieców kaflowych, w tym jeden w konwencji orientalizującego art deco.

Art Pieco

W muzealnej księgarni widziałem album Antoniego Mazura o jego kościołach, z częstochowskim Wojciechem na samej okładce. Natomiast na piętrze nad holem, gdzie znajdują się toalety, wrażenie robi szklana podłoga.

Szklanaa podło-o-oga...

Wypadało też powłóczyć się po centrum ogólnie: Szewska, Leopoldianum, Plac Uniwersytecki itp. Z jakiegoś remontowanego lokalu na Więziennej dobiegało Czto takoje osień DDT. Natrafiłem na ambitną księgarnio-kawiarnię w Przejściu Garncarskim oraz Księgarnię Hiszpańską. W Chacie z Pitcą personel wystrzelił się halloweenowo: jedna kelnerka w makijażu Jokera, druga (ciemnoskóra) wampirzyca w pelerynie, a ta, co nas obsługiwała, miała podartą i „zakrwawioną” koszulkę. Po sali jeździł też robot z kocim pyszczkiem na wyświetlaczu, a gdy trafiał na jakąś przeszkodę, mówił: „Miau! Jestem”. W domu handlowym Renoma byłem pod wrażeniem arcytektury i wystroju, a ceny też imponujące.

Jako fan Kopernika, musiałem koniecznie sfotografować jego pomnik, a po drodze zaliczyłem mural z Marią Koterbską.

Mariołaj Koterbnik

W podwórzu nowego gmachu na Placu Dominikańskim znalazłem wielką metalową rzeźbę jelenia mającego w środku kiszkę.

Minęliśmy też potężną pocztę z medalionami jeszcze z czasów pruskich i przespacerowaliśmy się przez Park Słowackiego, rzeźbów pełen.

Pod kościołem Marii Makaleny (przy Szewskiej) trwał targ rękodzieła, gdzie m.in. można było kupić wzorzyste ubrania z afrykańskiej bawełny. Ponieważ nie było przymierzalni, klienci musieli przymierzać w bankomacie po drugiej stronie ulicy.

Udaliśmy się też przez Wyspę Sloadową na Ostrów Tłumski, gdzie minęliśmy Jana XXIII i Dom Księży Emerytów. Na koniec wycieczki taksówka zawiozła nas na dworzec. Odległość nie była zbyt duża i więcej staliśmy na światłach niż jechaliśmy – gdyby nie deszcz, pewnie szybciej byśmy doszli piechtą.

Szwagry tymczasem pojechali do Siedlec, a właściwie chcieli zobaczyć miejscowość, w której kręcono Ranczo, ale tak się rozpędzili, że wylądowali na Łotwie.

 

 Listopad

W tym roku mniej łażenia po cmentarzach niż dawniej. Na św. Rocha przywędrował z Warszawy Marek Perepeczko.

Zaliczyłem drugi konwent w tym roku. Tym razem Imladris w Krakowie – odbył się w gmachu XLII LO im. Andama Mickiewicza. Po okazaniu przy wejściu kodu QR potwierdzającego wykupienie akredytacji, otrzymywało się plakietkę na szyję i opaskę na nadgarst, której nie należało zdejmować aż do końca imprezy, czyli przez trzy dni.

Wystawcy rozstawili się w sali gimnastycznej: paru autorów wydających własnym sumptem, ze dwa wydawnictwa, biżuteria, bajeranckie kostki do gry, rzułte figurki papieża np. jako trójgłowego żółwia, jeża Sonica czy krasnoluda z toporem. Rozejrzałem się nieco, ale kupiłem jedynie zbiór opowiadań grozy Epifanie Colina Insole’a („autor spod budki z piwem”, wydawca skomentował jego zdjęcie). Za to na piętrze było stoisko Śląskiego Klubu Fantastyki, przy którym zanabyłem antologię Inkszy welt. Sprzedającą, jak się okazało, była Anna Kańtoch we własnej osobie, ale nie poprosiłem o autograf, bo akurat ta antologia nie zawierała jej opowiadania.

Kostka

Wśród różnych prelekcji Paweł Dybała, tłumacz japonista, opowiadał o japońskich dziwostworach zwanych yōkai oraz możliwościach przekładu ich nazw na polski. Były tam takie wynalazki jak chodząca przezroczysta ściana czy jednooki, jednonogi parasol liżący ludzi z zaskoczenia, a także kamaitachi, czyli sierpowa łasica. Aleksandra Klęczar, znana zarówno w środowisku fantastycznym, jak i filologów klasycznych, nawijała o magii w świecie grecko-rzymskim. Unka Odya zajęła się kwestią, jak popkultura zniekształciła pierwotny folklorystyczny obraz różnych istot fantastycznych, a Katarzyna Rupniewicz, pisarka z ŚKF, opowiadała o mitologii śląskiej – skarbnik, utopce, beboki itp.  Raven Szmatoła poruszała temat toksycznej miłości fanfików i wydawnictw. Wzmiankowane było wydawnictwo NieZwykłe – Raven stwierdziła, że „tam siedzą bardzo inteligentni ludzie”, którzy wychowują sobie czytelniczki – nowsze romanse NieZwykłego już stoją na wyższym poziomie niż dawniejsze. A wszystko to, żeby drugi label tej samej grupy wydawniczej mógł wydawać prace typu „Procesy o sikanie do studni w powiecie pińczowskim 1846-1914”.

Fandom jest ostatnio dość sceptyczny wobec tzw. romantasy, czyli fantastyki z fokusem na romans. Znana choćby z antologii Tęczowe i fantastyczne Anna Łagan przedstawiła na swojej prelekcji – zgodnie z tytułem – „Romantasy, które warto przeczytać”. Znacznie mi to poszerzyło listę lektur, a w pierwszej kolejności powinionem się chycić za Tashę Suri – Jaśminowy tron i Oleandrowy miecz. Był też wykład znanego mi już Andrzeja Jarząbka (syna architekta Solpolu; nie mylić z Adamem Jarząbkiem, proboszczem częstochowskich salezjanów) pt. „50 lat RPG – pierwsze lata”. Opowiadał o pierwszych wydaniach Dungeons & Dragons, o tym, jak początkowo nie było jednolitych zasad i gracze dzielili się na zwolenników i przeciwników standaryzacji, a także o innych wczesnych systemach, jak Tunnels & Trolls.

Tymczasem Häniä zupełnie oszalała i terroryzuje domowników. Miurpa, przyjmuje pozycję kopulacyjną, śpiewa pieśni swojego ludu i drze mgr. Andrzejowi Niedźwieckiemu bluzy. Do mnie też się zalecała – wspięła się na mnie przednimi łapami, a po chwili wydała straszliwy wrzask rysia walczącego o swoje terytorium, odskoczyła, wpadła na drapak i zaczęła się po nim wić. Kiedy jadłem obiad, kręciła się wokół mnie na parapecie, wchodziła na kolana, a nawet weszła mi na kark.  Następnej nocy śnił mi się wielce miziasty i mruczący pyton. Powie ktoś: „wykastrować!” No właśnie w tym problem, że ona już rok temu została ciachnięta.

Rada miasta chce powiększyć granice Częstochowej o Brzeziny-Kolonię, Młynek, Sobuczynę, jedną trzecią Poczesnej i coś tam jeszcze, ale gmina Poczesna się nie zgadza. Podobno na Sobuczynę można trafić nawet nie znając drogi, po zapachu.

Kamienica na Starym Mieście, "24 Godziny" z 1992 a stan dzisiejszy

Śnieg nie czekał na grudzień i spadł se w listopadzie.

Sceneria blackmetalowa

 

Grudzień

W grudniu wysłałem paczkę na Mazury w znalezionym kartonie z napisem „Magiczne Szeptanki Kici”.

Kilka dni spędziłem w szpitalu w obcym mieście. Na oddziale było 6 sal chorych, z czego 4 z mężczyznami. Początkowo leżałem w Czechowowskiej sali numer 6.

W drodze

Współpacjent włączył telewizję. Chyba przez całe życie nie widziałem tyle Kiepskich co w ciągu hospitalizacji. Co gorsza, były to późne sezony, bez Khamidova, za to z Jolasią, pretensjonalną żoną Waldka. Poza tym leciało jakieś show z torem przeszkód. Na widok jednego z uczestników współpacjent stwierdził, że to jego dawny brygadzista.

Na kolację pierwszego dnia dostałem trzy kromki chleba, kawałek pasztetowej i sałatę. W sumie sam chleb by wystarczył. Zresztą gdybym nie wyszedł na korytarz, toby zapomnieli, że w tej sali w ogóle ktoś jest.

Oczywiście nie mogłem nie wywinąć jakiegoś numeru i dostałem niepożądanego odczynu po antybiotyku, więc przed operacją musieli mnie dać na godzinną obserwację, kiedy to leżałem bezczynnie, słuchając nawijki pielęgniarek. W końcu dziabli mnie w kręgosłup znieczuleniem podpajęczynówkowym, ale, jak na złość, okazało się, że za mała porcja na takiego byka jak ja. Musieli dziabnąć drugi raz. Potem przyszła pora na jakąś kroplówkę i w trakcie jej podawania urwał mi się film. Coś mi się śniło nawet wyraziście, ale nic nie zapamiętałem. Po zabiegu przyszedł czas wymuszonego leżenia, które umilała mi powieść Joanny Chmielewskiej. Zajrzał też kapelan. W telewizji Real Madryt grał z Manchesterem City (1:2). Kiedy pielęgniarki każą po operacji nie podnosić głowy, bo będzie bolała – to należy ich słuchać. Ja się podniosłem dopiero nazajutrz, kiedy lekarz na obchodzie powiedział, że można, i dlatego przez najbliższe kilka dni bolała mnie tylko trochę.

Wizerunek boksera na chichurgii urazowej. Przypadek?

Obiad zjadłem dopiero na trzeci dzień. Przyjaciółka, której wysłałem zdjęcia, stwierdziła, że to bardzo smutno wyglądający obiad. Smakował jeszcze smutniej, ale i tak nie dorównywał ohydztwu, które dostałem czwartego dnia, przed samym wypisem. Kiedy kazali mi wypełnić ankietę, jak mi się podobało w szpitalu, to wszystko oceniłem na 10/10, tylko posiłki na 3/10, a gdybym wiedział, co mnie czeka po ostatnim obiedzie, to dałbym 2/10. Ogólną ocenę zawyżał chleb.

Pod koniec roku nastąpiła kolejna drama w historykowersum. Ujawniono, że pewien specjalista od wojen włoskich, znany z bezlitosnego wytykania plagiatu pewnemu gwiazdorowi geopolityki, sam dopuścił się plagiatu, a mianowicie wkleił do swojej książki ponad 40 akapitów z Ospreya o bitwie pod Pawią. Cóż, sam przetłumaczył, to może uznał, że to jego robota… W każdym razie zrzucił winę na wydawnictwo, twierdząc, że to ono zdecydowało o włączeniu owych fragmentów do jego książki. Że wcześniej wydał ten sam tekst w innym wydawnictwie, już zapomniał dodać.

Zaś ruch na targu staroci był wyjątkowo duży jak na grudzień
 

Jakie mam plany na najbliższy rok? Przeżyć, zarobić, przeczytać parę książek, umocnić dotychczasowe więzi społeczne i może zawrzeć jeszcze jedną. Dobrze by też było pojechać w końcu do Lublińca i Blachowni.