poniedziałek, 19 stycznia 2026

Parada zaległości i podsumowanie roku (z frontu czytelniczego, 7/2025)

 

Rok 2025 był dla mnie bardzo udany czytelniczo. Przeczytałem 36 książek, czyli o 5 więcej niż w roku poprzednim. Średnia miesięczna wynosi równo 3 książki, a jeśli dodać te, które musiałem przeczytać zawodowo, to nawet przekracza tę liczbę. Nadal nie wróciłem do tematyki chińskiej (po 10 latach, od kiedy ją zainaugurowałem), jeśli pominąć krótkie opowiadanie Borgesa. Za to wróciłem do Pieśni lodu i ognia.

·         Największą grupę stanowiła dla odmiany literatura piękna. Było to 15 pozycji (42%), w tym 8 powieści (22%) i 7 zbiorów opowiadań (19%). Szeroko pojętą fantastykę reprezentowało 5 książek (14%). 5 pozycji beletrystycznych było związanych z II wojną światową.

·         Dominujące dotąd opracowania historyczne znalazły się na drugim miejscu. Było to 13 książek (36%), w tym 4 Historyczne bitwy (11%). 6 książek (17%) dotyczyło II wojny światowej, 3 (8%) – innych zdarzeń z XX wieku, 2 – średniowiecza, 2 były przekrojowe.

·         Literatura faktu sprowadzała się do biografii i autobiografii artystów muzycznych, także w formie wywiadów. Było ich łącznie 8 (22%).

·         Jeśli chodzi o miejsce akcji, 10 książek (28%) dotyczyło basenu Morza Bałtyckiego, w tym 7 Pomorza, a 3 szeroko pojętej Skandynawii. 6 pozycji rozgrywało się na ziemiach pomiędzy Odrą a Łabą (Połabie, Łużyce, NRD). 5 dotyczyło kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, a jeszcze jedna Hawajów. 4 miały miejsce w Azji (łącznie z azjatycką częścią Rosji), a 2 – w krainach fantastycznych. Polskę z dala od morza widziałem w 3 książkach; miejscem akcji jednej z nich (enerdowskiej) jest bezimienne miasto, w którym można się domyślać Częstochowej. Poza tym pojawiły się: Riwiera Francuska, Galicja (ta polsko-ukraińska), Serbia (a konkretnie Wojwodina) i Argentyna.

·         Wszystkie książki prócz jednej czytałem w języku polskim. Dla 18, czyli równo połowy z nich, był to język oryginalny. 8 pozycji (22%) powstało w języku angielskim: 7 z USA, a 1 z Wielkiej Brytanii. Przy tym ta jedna, którą czytałem w oryginale, została napisana przez Amerykanina, ale ja mam wydanie brytyjskie. 4 pozycje pochodzą z NRD: wszystkie przetłumaczone z niemieckiego, ale jedna została pierwotnie napisana w języku górnołużyckim, a przekład drugiej był także konsultowany z wersją górno- i dolnołużycką. Poza tym pojawiły się pojedyncze tłumaczenia z języków: hiszpańskiego (Argentyna), japońskiego, rosyjskiego, ukraińskiego, fińskiego i, według ówczesnych pojęć, serbskochorwackiego.

·         Najstarsza była Powszechna historia nikczemności J.L. Borgesa, opublikowana pierwotnie w 1933 r.; ja posługiwałem się polskim wydaniem z 1976. Jeśli liczyć według daty polskiego wydania, to Czarny deszcz Ibuse Masujiego ukazał się pięć lat wcześniej. Najnowsza – biografia Lou Reeda – wydana została oryginalnie w 2023, a po polsku rok później. 16 książek (44%) powstało w XXI wieku, a druga co do wielkości grupa to lata 70., z której pochodzi 10 pozycji (28%).

·         Łącznie oznaczało to 11149 przeczytanych stron (z uwzględnieniem bibliografii i przypisów, ale nie indeksów). Najmniej stron miało Cingtao T. Rogackiego – 80, właściwie broszura. Najgrubsze było Stąd do wieczności Jonesa (1004 strony w dwóch tomach), a z pojedynczych tomów – A Feast for Crows Martina (852 strony), przy czym obie powieści w formacie kieszonkowym. Standardowo największy przedział (12 sztuk – 33%) stanowiły książki od 200 do 300 stron.

·         Najbardziej podobały mi się Kochankowie Justycji Andruchowycza, autobiografia Tymona Tymańskiego oraz Martin. Największe guguły to Zarys dziejów Serbołużyczan J. Šołty (okropnie zideologizowane podejście do interesującego tematu), oraz Chamstwo w państwie Maleńczuka, w którym miał on niewiele ciekawego do powiedzenia.

 

30. Graham Greene, Pożycz nam męża, Poopy. Humoreski erotyczne,
przeł. Ewa Krasińska, Warszawa 1973 (z serii Proza współczesna)

Książka ta leżakowała u mnie na półce „do przeczytania” chyba paręnaście lat. Zbiór opowiadań znanego brytyjskiego pisarza ukazał się pierwotnie w roku 1967. Utwory dotyczą głównie perypetii sercowo-erotycznych różnych Anglików, często na urlopie we Francji lub w Grecji. Choć zaś Greene’a zalicza się do twórców prozy katolickiej, do tej samej fali co G.K. Chesterton, Hillaire Belloc czy Evelyn Waugh (sam się określał „katolickim agnostykiem”), to opowiadania zdradzają zaskakującą otwartość obyczajową.

W kilku narratorem jest angielski pisarz rezydujący na francuskiej Riwierze i obserwujący rozmaite sytuacje życiowe. Tytułowa Poopy to młoda kobieta, która przyjeżdża do Antibes w podróży poślubnej. Małżeństwo, świeżo zawarte, a już nieszczęśliwe, zwraca na siebie uwagę dwóch lubieżnych architektów wnętrz. Ale to nie Poopy jest właściwym obiektem ich zainteresowania… Wrażenie robi Dobro martwej ręki – jeszcze inna para nowożeńców na każdym kroku napotyka na wyrazy sympatii ze strony byłej partnerki męża, z czego, wbrew stereotypowi, żona jest zadowolona, a mąż wręcz przeciwnie. W domyśle może się kryć toksyczność tej poprzedniej. Mamy też krótki Smutek w trzech częściach, gdzie pisarz jest w winiarni świadkiem, jak dwie kobiety pocieszają się nawzajem po utracie mężów. Tanio w sierpniu rozgrywa się na Jamajce: brytyjska żona amerykańskiego profesora liczy na przeżycie wakacyjnej przygody i wychodzi jej to… niskobudżetowo, ale czy koniecznie źle? Subtelna para opowiada o dwojgu ludziach, którzy poznają się na ławce w parku i zaczyna między nimi iskrzyć, ale oboje są zbyt subtelni, żeby odważyć się na złamanie status quo tudzież normy społecznej.

Nie wszystkie opowiadania mają charakter miłosno-erotyczny. Bohaterem Skandalicznego wypadku jest chłopiec, a potem młody mężczyzna, stojący w obliczu trudnego problemu: jak opowiedzieć spotykanym na swej drodze ludziom o okolicznościach śmierci ojca w Neapolu, aby zachowali należną powagę. W Torbie podróżnej obserwujemy pasażera wiozącego samolotem dość delikatny ładunek. O tematykę płciową zatrąca Doktor Crombie, poświęcony modnej i dziś kwestii edukacji zdrowotnej – jak widać, problem z kompetentną kadrą do tego przedmiotu nie jest nowy.

Spodobał mi się styl pisarski Greene’a: subtelna, a równocześnie prosta i na temat charakterystyka postaci, spora dawka humoru i ironii. Choć jednak podtytuł książki zawiera słowo „humoreski” (w oryginale „comedies”), to wydźwięk całości jest mocno smutcholijny, pełen słodko-gorzkiej zadumy nad ludzkimi związkami (bynajmniej nie zawodowymi). W tej sytuacji najbardziej bezpośrednią zabawność zawiera Źródło wszelkiego zła – utrzymana w kostiumie umoralniającej opowieści gawęda o szokujących zdarzeniach w pewnym niemieckim miasteczku, z niezawodnym motywem chłopa przebranego za babę.

Akcent częstochowski: pojawiające się tu i ówdzie fragmenty wierszy przełożyła Ludmiła Marjańska.

 

31. Anna Brzezińska, Wody głębokie jak niebo, Warszawa 2005

            Wybrałem się we wrześniu na imprezę fantastyczną imieniem Opolcon. Wypadało zatem zabrać na drogę jakiegoś fantaziaka. Padło na zbiór opowiadań Anny Brzezińskiej, jednej z czołowych polskich autorek fantasy, bądź co bądź urodzonej w Opolu. Wody głębokie jak niebo już z górą dekadę temu rekomendowała mi znajoma. Co prawda w czasie całej ekspedycji miałem pilniejsze sprawy do roboty, więc udało mi się przeczytać tylko parę stron. Wziąłem więc Wody na krakowski Imladris, z podobnym skutkiem. Ostatecznie przeczytałem je w domu.

            Akcja rozgrywa się w świecie inspirowanym renesansowymi Włochami – bo niby dlaczego wszystko ma być albo anglosasko-celtyckie, albo słowiańskie. Tak więc mamy półwysep, wolne miasta i potężnych a bezwzględnych książąt, mamy też Arimaspi – fanatycznych najeźdźców zza morza, w których wyraźnie widać echo Maurów. Nazewnictwo też jest zasadniczo włoskie, choć pojawia się i akcent bliskowschodni w postaci miasta Askalonu. Różnica polega na tym, że wszystko przenika magia, czarodzieje zaś czerpią moc z okiełznywania demonów, które w różnych celach splatają ze światem materialnym.

Książka jest de facto zbiorem opowiadań osadzonych w tym samym świecie, w różnych momentach historii. Najkrótsze na początku Życzenie – opowieść o chłopcu z górskiej wioski i smoku, którego złowroga siła nie ustała po śmierci – odbiega nieco od reszty. Następnie poznajemy dzieje miasta Brionii, jego książąt-magów oraz obdarzonych nadprzyrodzonymi talentami kobiet, które los traktuje surowo, mężczyźni jeszcze gorzej, a pamięć potomnych, to już w ogóle szkoda gadać. Wydarzenia z wcześniejszych opowiadań pojawiają się w późniejszych jako przedmiot legend i opowieści, znacznie odbiegających od tego, jak było naprawdę. Tytułowa bohaterka Róż dla Sirocco jest już legendą w czasach hafciarki Arachne, która w Zaćmieniu serca wykorzystała swój talent, pragnąc zemścić się na księciu Severo. Jednakże nienawiść, tak i jak miłość, jest siłą przyciągającą… W opowiadaniu Jej cień poznajemy pokrótce dalsze losy Arachne, gdy jej wnuczka Luana, bardzo już wiekowa, dyktuje swoją historię sceptycznemu mnichowi.

Dwa ostatnie teksty rozgrywają się w czasach po upadku magów, gdy na Półwyspie nastały czasy reakcji religijnej. Śmierć czarnoksiężnika rozgrywa się w ubogim mieście Askalonie, gdzie wiekowy mnich, który nigdy nie miał nic wspólnego z magią, stawia czoła całej inwazji Arimaspich. Tytułowe Wody głębokie jak niebo to opowieść z wioski nawiedzanej przez potwory – szerzej biorąc, rzecz o nietolerancji.

System magii jest półotwarty, a więc czytelnik poznaje podstawowe jej zasady, ale szczegóły pozostają już tajemnicą magów. Główną metodą jest tu naginanie demonów do swojej woli, ale widać, że magia znajduje też ujście w twórczości ludzkiej: czy to hafciarstwo Arachne, czy pieśni mnicha Nino z Filarów Nieba.

Językowo utwory Brzezińskiej stoją na wysokim poziomie, jest to proza dopracowana stylistycznie, być może zbyt trudna dla czytelników szukających niewymyślnej stłuczki a la Fabryka Sów (vide zarzuty o zbyt dużo epitetów i zbyt złożone zdania). Stwierdzenie z blurpa, że to „opowieść o świecie pełnym piękna i okrucieństwa”, jest trafione w sedno. Świat przedstawiony został przedstawiony bardzo plastycznie: na tle krajobrazów, imponujących dzieł  rąk ludzkich i kunsztu magów czy nawet realistycznie oddanej biedy, takie rzeczy jak bezwzględność i perfidia czarnoksiężników, niszczycielska siła demonów, a nawet pospolita w swej brutalności przemoc rodzinna szokują znacznie bardziej niż w realiach typowego polskiego fantaziaka, w którym bohaterowie, brodząc w błocie i gnoju, gwałcą, wypruwają flaki i przerzucają się wiązankami przekleństw współczesnych i archaicznych, że aż czytelnik nie może traktować poważnie takiej dawki mroku (było cymbalistów wielu, ale nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej). Z pewnością chycę się za więcej Brzezińskiej, kiedy będę miał czas.

Okładka jest dość randomowa, chociaż można ją jakoś powiązać z lejtmotywem demonów zaklinanych w architekturę. Za to w środku znajdują się nastrojowe czarno-białe ilustracje Moniki Rokickiej (czy ona kiedyś nie rysowała dla „Magii i Miecza”, choćby i pod innym nazwiskiem?)

  

32. Will Hermes, Lou Reed. Król Nowego Jorku,
przeł. Andrzej Wojtasik, Warszawa 2024

Książka ta leżakowała u mnie na półce tylko od stycznia.

Pisanie biografii Reeda nie jest łatwą sprawą, zważywszy, że artysta a) słynął z niechęci do dziennikarzy, b) bardzo płynnie traktował swoją tożsamość, c) rozsiewał o sobie fałszywe informacje. Po śmierci całe jego archiwum trafiło do zbiorów Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, dzięki czemu mógł z niego skorzystać Will Hermes, dziennikarz „Rolling Stone’a”. Prócz tego biograf rozmawiał z całym mnóstwem ludzi – od krewnych Reeda po mnóstwo jego współpracowników, a także sięgnął do licznych materiałów audio i wideo, nie tylko tych wydanych oficjalnie.

Pewne jest przede wszystkim to, że Lou Reed bez wątpienia nazywał się od urodzenia Lewis Allan Reed. Jego ojciec skrócił sobie nazwisko z Rabinowitz, a dziadek był z Białostocczyzny. Dziennikarz Lester Bangs – który jako jeden z pierwszych docenił The Velvet Underground – napisał kiedyś dla żartu, że prawdziwe nazwisko Reeda to „Louis Firbank”. Aż nazbyt wielu w to uwierzyło i niektórzy powtarzają do dziś – nie wyłączając Encyklopedii PWN.  Fakt, że Hermes nawet tego tematu nie porusza, sam świadczy o tym, jaka to bzdura.

Jest to również opowieść o Nowym Jorku, do którego największych piewców Reed należał. Rozdziały noszą tytuły od dzielnic NYC i okolic (także dalszych), w których mieszkał w danym okresie. Biografia lokuje Reeda w niezwykle bogatej tkance kulturalnej miasta, pojawiają się adresy jego mieszkań, klubów i innych miejsc. Wśród nowojorskiej bohemy kluczową rolę odgrywał oczywiście mentor artysty – Andy Warhol, który w latach sześćdziesiątych wziął pod skrzydła grupę The Velvet Underground. Pojawia się też wątek słowiański – zespół grywał w klubie The Dom, urządzonym w budynku Polskiego Domu Narodowego, oraz sali gimnastycznej czechosłowackiego Sokoła.

Velvetom nigdy nie udało się osiągnąć sukcesu komercyjnego, za to byli zespołem ogromnie wpływowym i docenianym przez krytykę. Rozpoczynając więc karierę solową, Reed paradoksalnie próbował wyjść ze swojego własnego cienia. Późniejszą jego twórczość, praktycznie aż do lat 90., charakteryzowało ciągłe lawirowanie pomiędzy dążeniem do pełnej swobody artystycznej a do tego, żeby z tej muzyki były jednak jakieś pieniądze. Autor poświęca uwagę każdej z płyt Velvet Underground i Reeda, omawia co ciekawsze utwory zarówno z muzycznego, jak i tekstowego punktu widzenia (szkoda, że nie znalazło się miejsce dla mojego „ulubionego” All Through the Night, którym się zainteresowałem, gdy recenzent prasowy określił ten utwór jako „idiotyczny”). Przywołuje także recenzje z epoki. W muzycznym ekosystemie pojawiają się też co bardziej znani spośród wykonawców, dla których Reed stał się inspiracją – chociaż dopiero w latach dziewięćdziesiątych mógł zająć bezpieczną pozycję mentora.

Z biografii wyłania się obraz Lou Reeda jako człowieka niejednorodnego i niekiedy trudnego we współżyciu. Mowa jest o nadużywaniu narkotyków (ale nie wysuwają się one na pierwszy plan narracji), o porywczości, jak i o skłonności do palenia za sobą mostów i zrywania przyjaźni. Nie mogło się obejść bez poruszenia kwestii seksualnych. Reed był ewidentnie biseksualny, sam siebie nazywał gejem, jednak trwałe związki budował prawie wyłącznie z kobietami (z wyjątkiem jednej osoby niebinarnej, ale i tak o przeważnie żeńskiej ekspresji). Relacja z Warholem była platoniczna i nieustannie oscylowała między miłością a nienawiścią.

Materiał ikonograficzny stanowi jedna wkładka ze zdjęciami – szkoda, że nie załapały się psy Reeda, głównie jamniki, chociaż pod koniec życia miał terierkę. Do tego na tylnej wyklejce okładki znajduje się plan Manhattanu z zaznaczonymi ważniejszymi miejscami w życiu głównego bohatera.

Przypisów odautorskich jest bite 70 stron (na końcu książki). Tłumacz spisał się bardzo porządnie, w przypisach dolnych dodał własne uwagi, wyjaśniające konteksty kulturowe, gry słowne, a nawet prostujące błędne stwierdzenia autora. Szkoda tylko, że kiedy w trzech z nich pojawia się pismo hebrajskie, to biegnie od lewej do prawej.

 

33. Joanna Chmielewska, Wszystko czerwone, Warszawa 1992

Ten „kryminał ironiczny” znalazłem jakiś czas temu w śmietniku, wśród wielu innych książek. Uznałem, że z dorobku Chmielewskiej muszę go przeczytać w pierwszej kolejności, aby poznać pochodzenie i pierwotny kontekst różnych powiedzonek funkcjonujących wśród moich znajomych. Okazją była wizyta w szpitalu, gdzie poza czytaniem nie miałem wiele do roboty, a też nie mogłem zabrać żadnej ciężkiej lektury.

Akcja rozgrywa się w duńskiej miejscowości Allerød, której nazwę narratorka tłumaczy na polski właśnie jako „wszystko czerwone”. Pisarka Joanna – czyli niejako porte-parole autorki – przyjeżdża z Polski odwiedzić na urlopie przyjaciółkę, Alicję. Tymczasem do domu Alicji zjechało całe mnóstwo gości, z których część była zaproszona na zupełnie inne terminy, ale jakoś tak wyszło, że wszyscy zwalili się jej na głowę równocześnie. I wtem jeden zostaje zamordowany zaraz po tym, jak próbował Alicję przed kimś ostrzec. Gospodyni wraz z najbardziej zaufanym gronem – Joanną, Zosią i jej synem Pawłem – starają się niezależnie od działań policji zidentyfikować mordercę.

Główną cechą Alicji, kształtującą przebieg wypadków, jest jej niewiarygodne wprost roztrzepanie. Gospodyni ciągle zapomina komuś o czymś powiedzieć, przeczytać jakiegoś listu, nie pamięta, gdzie go odłożyła, czy gdzie w ogóle odłożyła cokolwiek. Jeśli dodać do tego, że w domu i w ogrodzie panuje ruch jak na dworcu, wszystko to poważnie utrudnia pracę nie tylko samozwańczemu zespołowi śledczemu, ale również tajemniczemu, a wciąż  nieukontentowanemu pierwszymi zwłokami zabójcy.

Jak to u Chmielewskiej, humor jest nie tylko sytuacyjny, ale i językowy. Oprócz odpowiednio ironicznej narracji sporo go w dialogach, pełnych różnych nieporozumień, przejęzyczeń itd. No i jeszcze pan Muldgaard – jedyny tutejszy policjant, który jakoś mówi po polsku. Jakoś… Mniej mi się podobały przytyki wobec pani Białej Glisty, jednej z nieproszonych gości – jak już główna bohaterka i jej przyjaciółki kogoś nie lubią, to nie mają żadnej taryfy ulgowej, a jeśli już ten ktoś jest pulchniejszej budowy, to można się spodziewać, że będą go spotykać same – w zamierzeniu komiczne – nieszczęścia. Przy tej okazji przypomniałem sobie takie nieco dziś zapomniane obelgi jak „klabzdra” czy „gropa”.

Powieść zekranizowali swego czasu Rosjanie, dopuszczając się wielu przestępstw, tfu, odstępstw od oryginału – m.in. Kazik, nieszczęsny wielbiciel Elżbiety, w wersji filmowej nazywa się Cassius Mbwana. Zasłużony artysta RSFSR Siergiej Nikolenko wystąpił jako pan Muldgaard.

 

 

34. Dragi Bugarčić, Ślimak, ślimak, wystaw rogi, przeł. Magdalena Petryńska,
Warszawa 1977 (Współczesna proza światowa)

Kolejny remanent, leżący u mnie na półce chyba równie długo co Greene, to powieść serbskiego pisarza urodzonego w latach czterdziestych, a zmarłego w 2024.

Rzecz się dzieje w małym miasteczku Roszevo, w którym, dzięki skonfrontowaniu podanych przez narratora informacji z mapą, łatwo rozpoznać niespecjalnie zakamuflowany jego rodzinny gród, Vršac w Wojwodinie, przy rumuńskiej granicy. Głównym bohaterem jest niejaki Sveta Pokrzywa, absolwent przyfabrycznej zawodówki, który po powrocie z wojska nie ma co ze sobą zrobić: fabryka jest na skraju upadku, innej roboty nie ma.

Narrator barwnie przedstawia beznadziejność małomiasteczkowej egzystencji. Przyjaciele Svety nudzą się, piją (wino lub rakiję), uprawiają rozpustę, chodzą do kina. Co obrotniejsi robią za koników pod kinem, a jeden wyspecjalizował się w cinkciarstwie na rzecz Włochów jeżdżących do Rumunii. Svetę uwiera ta małomiasteczkowa stagnacja. Widzi prawdę w słowach bezdomnego filozofa Miti Kombajna, że ludzie w miasteczku mają zatrute dusze, żal mu ślimaków i innych zwierząt, nad którymi znęca się ordynarny Vasa Krunić, a zamiast wyprowadzić, jak wszyscy, knajpianą nierządnicę pod cmentarz, woli przeżywać nieodwzajemnione zauroczenie Zoricą z gimnazjum. Nie widzi też jednak wspólnego języka z Simą Knotem, chłopakiem o bardziej inteligenckich zainteresowaniach (tym właśnie cinkciarzem). Czasem monotonię przerwie a to wyjazd do studentów w Belgradzie, a to wczasy nad Adriatykiem, ale ogólnie zajęcia młodych ludzi kręcą się wokół picia i spółkowania.

Poszczególne rozdziały mają zwykle formę monologów Svety Pokrzywy, wpisów z jego pamiętnika, ale cytuje on też dosłownie listy od przyjaciół czy monologi Kombajna. Narracja ma charakter  poetycko-gawędziarski w tonacji ornamentalistycznej, zawiera wiele turpistycznych metafor, długaśne zdania, wtrącenia w nawiasach (nieraz też grubaśne). Co jakiś czas pojawia się strumień świadomości. Jeden z rozdziałów przedstawia równolegle kilka zdarzeń, nie są też rzadkością frazy czy zdania powtarzające się jak refreny.

Książka jest ogólnie dołująca, od Roszeva, jego kurzu i smrodu nie ma ucieczki, nawet we Wiedniu. Czytelnik może liczyć, że Sveta jakoś się wyrwie – ale wtedy, niestety, nadchodzi finał, w którym cała paczka kolegów dokonuje zbiorowego gwałtu. Kontrast pomiędzy współczuciem głównego bohatera dla zwierząt maltretowanych przez towarzyszy a zupełnym brakiem żalu wobec skrzywdzonej kobiety publicznej i uzasadnianiem sobie na wszelkie sposoby tego czynu jest szokujący. Gratulacje, panie Bugarčić, przywalił pan absolutnym obuchem.

 To jest chyba jedyny przekład tej książki na jakikolwiek język obcy – tak w każdym razie podaje strona internetowa Serbskiego Towarzystwa Literackiego.

 

 

35. Jorge Luis Borges, Powszechna historia nikczemności,
przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski, Stanisław Zembrzuski, Warszawa 1976

Zupełnie spontanicznie przed końcem roku dołączyłem do listy lektur jeden z wczesnych zbiorów opowiadań słynnego pisarza argentyńskiego, uchodzącego za prekursora realizmu magicznego i literatury postmodernistycznej.

Zasadniczą treść stanowią krótkie opowiadania o różnych historycznych złoczyńcach, w których jednak autor pozwala sobie na sporą licencję poetykę, mieszając swobodnie fakty i sprawiając, że czytelnik nie dowierza autorowi. Najsłynniejszą tu postacią jest Bill Harrigan, bardziej znany jako Billy the Kid. Szerzej jest też znana historia Kotsuke no Suke, którego zbrodnia ściągnęła na niego zemstę czterdziestu siedmiu roninów. Wszystko to w stylu erudycyjnym i nawet niejako ironicznym, chociaż mowa o osobach, delikatnie mówiąc, niesympatycznych, które nie zawsze spotyka sprawiedliwość.

Druga część książki zawiera jeszcze krótsze nowelki będące parodiami znanych, a rzadko czytanych dzieł literackich, jak Księga tysiąca i jednej nocy czy dzieła Emanuela Swedenborga. Pomiędzy tymi częściami znajduje się Człowiek z przedmieścia, opowiadanie o nożownikach z Buenos Aires. Wszystko to napisane bardzo lakonicznie, to i ja się nie będę rozpisywał.

 

36. Jurij Andruchowycz, Kochankowie Justycji. Powieść parahistoryczna w ośmiu i pół odcinkach,  przeł. Ola Hnatiuk, Katarzyna Kotyńska, Wrocław 2019

Właściwą przyczyną, dla której postanowiłem przeczytać Powszechną historię nikczemności, było to, że w moje ręce wpadła książka Jurija Andruchowycza napisana w podobnej konwencji, tylko z dużo większym rozmachem (242 strony). Ukraiński autor wymienia zresztą w pewnym momencie tytuł dzieła swego argentyńskiego prekursora, powołuje się też na Prawem i lewem Łozińskiego.

Już po przeczytaniu pierwszego rozdziału, poświęconego XVII-wiecznemu lwowskiemu awanturnikowi Samuelowi Niemiryczowi, wiadomo, że będzie niezła jazda. Autor jak gdyby nigdy nic wmawia czytelnikowi, że warunkiem koniecznym procesu o zabójstwo w Rzeczypospolitej było oficjalne okazanie trupa? No dobra, licentia poetica… Ale potem Niemirycz dzwoni do kupca z żądaniem okupu. Cóż, na pewno chodziło o to, że zadzwonił do drzwi, prawda? Kiedy przeczytałem, że ów watażka wpakował w kupca osiem magazynków, a potem, że obezwładnił wołoskie poselstwo gazem łzawiącym, już wiedziałem, jakiego rodzaju to będzie lektura.

Dalej autor odsłania przed czytelnikiem perypetie takich postaci jak król stanisławowskiego półświatka, zabójcy Stepana Bandery i namiestnika Galicji Andrzeja Potockiego, czy też przedsiębiorca z Kołomyi, który sięgnął po wieczną młodość. W ósmym, najobszerniejszym rozdziale Andruchowycz jak zwykle robi coś takiego, że czytelnikowi śmiech zamiera w gardle – mowa o krwawych czasach II wojny światowej, które w Galicji były walką wszystkich przeciwko wszystkim.

Książka naszpikowana jest rozmaitymi aluzjami kulturowymi, oprócz anachronizmów (w dalszych rozdziałach już rzadziej obecnych niż w tym o Niemiryczu) pojawiają się elementy fantastyki czy opowieści niesamowitych. Często też – a już najbardziej w rozdziale ósmym – autor konfrontuje sprzeczne źródła, przedstawiając różne wersje wydarzeń. Łatwo zauważyć, że przez wszystkie opowieści przewija się wędrowny cyrk „Wagabundo”.

Ostatnia, „ósma i pół” część jest niby autobiograficzna, ale nic nie wskazuje na to, żeby miała być równie zgodna z prawdą historyczną co poprzednie osiem. Andruchowycz opowiada o swoim dzieciństwie, kinie „Kosmos” i tajemniczym denacie znad rzeki, pojawiają się nawiązania do poprzednich historii, a zarazem klucz: cała narracja zawarta w Kochankach Justycji przypomina opowiadanie kolegom filmu, którego się nie widziało.

Było czytane z odpowiednią zakładką.

Na uwagę zasługuje okładka, stylizowana na publikację przedwojenną.

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Masza i Niedźwiedź w jednej osobie, czyli płyty od Mikołaja i Gwiazdora oraz podsumowanie muzyczne 2025

 

Pod koniec roku znowu rzucili świeży towar na Faradaguła, w tym całkiem sporo interesujących płyt za 5 zł. Co prawda niektóre ciekawe tytuły okazały się tak porysowane, że musiałem z nich zrezygnować, ale i tak żniwa świąteczne wypadły bardzo owocnie. Do tego stopnia, że część albumów odłożyłem sobie jeszcze na styczeń i zostaną omówione następną razą. Prócz tego dwie płyty jednego zespołu (rosyjskiego) kupiłem od znajomego artysty plastyka.

Podsumowanie roczne znajdzie się tym razem na końcu notki.

  

Sheryl Crow, Tuesday Night Music Club, 1993

Już debiutancką płytą Sheryl Crow podbiła listy przebojów, chociaż nie towarzyszyli jej jeszcze muzycy uznani międzynarodowo, lecz grupa znajomych, którzy – zgodnie z tytułem – zbierali się co wtorek, żeby razem grać i komponować. Niektórzy faktycznie byli już znani – jak gitarzysta David Baerwald i basista David Ricketts, tworzący swoją drogą duet David + David – ale raczej w kontekście amerykańskim.

Na płycie panuje konwencja poprockowa wywiedziona z rocka alternatywnego, z domieszką folkową. Gdzieniegdzie pojawiają się brzmienia ciut nowocześniejsze: funkowaty Solidify i jakby orientalny The Na-Na Song  z jednostajnym skandowaniem. Znalazło się też miejsce na trochę sennego jazzu w postaci We Do What We Can, gdzie nastrój budują fortepian, sucho brzmiące – jakby sztuczne – brzmienie perkusji oraz trąbka w tle.

Z albumu wykrojono sześć singli. Znalazły się wśród nich bluesująca, fortepianowo-organowa ballada Run Baby Run i akustyczny folk Strong Enough (z kontrabasem). No i oczywiście countrowaty All I Wanna Do, największy przebój Crow, który na pewno znałem przedtem z radia. Względnie najbardziej rockowy element stanowi Can’t Cry Anymore z gitarowym motywem wiodącym. We What I Can Do for You perkusja jest prawdziwa, ale jej uporczywy beat do tego stopnia zdominował brzmienie, że można by ją wziąć za automat; zwracają też uwagę partie gitary slide i Crow śpiewająca w chórku sama ze sobą. Z całej szóstki najbardziej przypadło mi do gustu Leaving Las Vegas, chociaż utwór ten doprowadził do rozpadu pierwotnego zespołu – artystka inspirowała się powieścią pod tym samym tytułem Johna O’Briena, który był przyjacielem Baerwalda, a w telewizyjnym wywiadzie powiedziała, że piosenka jest autobiograficzna, co gitarzystę bardzo zdenerwowało. 


Omega, XI, 1982

Na początku lat 80. muzyka rockowa ulegała czarowi syntezatorów. Zjawisko to nie ominęło i Węgier. Jedenasta płyta najsłynniejszego tamtejszego zespołu – którą miałem dotąd na wynylu – zawiera wiele elektronicznych brzmień i motywy z sekwencera, jakie pasowałyby do Tangerine Dream czy innego Kraftwerku. Nie zdominowały jednak zasadniczo stylu zespołu, nie do końca zagłuszyły gitary: ostateczny efekt przypomina późniejsze o kilka lat nagrania Budki Suflera.

Płytę otwiera Ajánlott útvonal – choć rozpędzony, to z syntetycznym motywem przewodnim. Ostry, obsesyjnie szarpany riff Kenyér és információ kontrastuje z bzyczącą melodią syntezatora, która pełni funkcję refrenu bez słów. Podobnie zbudowany jest Kötéltánc, przy czym ciekawszy: zwrotka w średnim tempie i bardziej czadowy refren.

Z utworów zawierających więcej elektroniki mój ulubiony jest Alvajáró w niepokojącym średnim tempie, rozpoczęty werblami. Syntetyczny motyw niesie też kończący pierwszą stronę Téli vadászat oraz finał całego albumu A hatalom színháza – przy czym w tym ostatnim sporą rolę odgrywa jednak solówka gitary.

Mocny punkt stanowi ballada Három csendes nap w rozleniwionej konwencji wczesnego Pink Floyd. Nie ma natomiast czegoś, co zadowoliłoby niewęgierskich słuchaczy, z całego dorobku Omegi znających jedynie Perłowłosą. Za to jeśli ktoś ma trochę większy wgląd we wczesne płyty zespołu, to podobne klimata – pomijając wszechobecne syntezatory – znajdzie w Az utolsó óra, nastrojowym utworze z dynamicznym refrenem. Najmniej ciekawie wypada Szemközt a rózsaszínnel, dość rozlazły pomimo okazjonalnych przyspieszeń – pamiętam z niego głównie partię zaśpiewaną głosem zniekształconym przez wokoder.

W ramach bonusu płyta zawiera cztery utwory w wersjach koncertowych – Ajánlott útvonal przykładem, że na żywo zespół grał bardziej czadowo (czytaj: gitarowo) niż w studio. 

 

Arkona, Jaw’, 2014

W międzyczasie trafiłem pod skrzydła państwowej ochrony zdrowia. Aby jakoś odreagować pobyt w placówce, z puli świątecznej wydobyłem kupiony od artysty plastyka album zespołu paganmetalowego.

 Czym właściwie jest pagan metal? Najprościej powiedzieć, że metalem eksplorującym wątki wierzeń pogańskich, często wręcz odlewanym przez różnej maści rodzimowierców. Ale na taką definicję to i wczesny Behemoth by się łapał. Pod względem muzycznym definiuję pagan metal jako ostrzejszą wersję folk metalu, wykorzystującą środki ekspresji typowe dla metalu ekstremalnego. Z jednej strony mamy więc na płytach Arkony ludowe melodie i takie instrumenty jak akordeon, bałałajka, dudy, fujarki czy inksze szałamaje. Z drugiej – ostre gitary, perkusyjne blasty, a przede wszystkim wokalny ryk. W przypadku Arkony odpowiada za niego Masza „Scream” Archipowa – raz zaśpiewa zwiewnie jak rusałka spode brzozy, raz wydaje przerażające ryki godne samego Michaiła Potapycza, raz szepce złowieszczo, a za sprawą nakładek wokalnych głosy te się przeplatają. Zespół ma też w składzie klawiszowca, który zwykle wpuszcza trochę syntezatorowej mgły, ale np. Czado indigo rozpoczyna klasycznie brzmiącym fortepianowym intrem.

Płyty słucha się trochę jako jednego, ciągłego słuchowiska muzycznego, tym bardziej, że utwory omijają typowy schemat zwrotkowo-refrenowy. Biorąc pod uwagę, że większość przekracza granicę 5 minut, a kulminacyjny dla płyty utwór tytułowy przekracza nawet 13, to ogólne wrażenie można by porównać do wściekłego wichru targającego puszczę. Bardziej przystępna pod względem strukturalnym jest Serbia, co bynajmniej nie znaczy, że najciekawsza. Mnie najbardziej spodobała się Wied’ma – duet Maszy z Thomasem Väänänenem, byłym wokalistą szwedzkiej grupy Thyrfing. Z Finlandii przyjechał za to skrzypek Olli Vänskä z zespołu Turisas, którego słychać w kompozycji Zow pustych dieriewień. Za pozostałe partie skrzypiec na albumie odpowiada charkowianin Master Alafern, członek kilku kapel, których nazwy nic mi nie mówią. Palety gości dopełnia jeszcze dziecięcy głos w Czado indigo.

Jest to płyta z pewnością epicka, lecz brakuje mi tu prostszych i bardziej przebojowych utworów w rodzaju Jariły. 


 

Sheryl Crow, Sheryl Crow, 1995

Mikołajus przyniósł pierwszą płytę tej wokalistki, Gwiazdor drugą. Trzecią już miałem dawniej. David Bottrill, w okresie debiutu główny współpracownik artystki, zszedł tu na dalszy plan (poza tym rozpadła się jej relacja z dawnym zespołem), natomiast pod większością piosenek podpisany jest jako współautor gitarzysta Jeff Trott.

W dalszym ciągu jest to alternatywne granie sięgające do amerykańskiej tradycji muzycznej, ale już lepiej wyprodukowane. Zarówno gitary, jak i instrumenty klawiszowe (Hammond, fortepian elektryczny) brzmią soczyście i generalnie dużo lepiej się słucha niż debiutu. Chyba że ktoś ma uczulenie na wysokie żeńskie głosy, w takim razie powinien unikać refrenu If It Makes You Happy, gdzie Crow wchodzi na wyższe obroty.

Nie należy się spodziewać czadu, ale sporo jest mocnego brzmienia, przykładowo w otwieraczu Maybe Angels z ciężkim rytmem. Dość zadziornie brzmią single A Change oraz zagęszczony perkusyjnie Everyday Is a Winding Road. W tym drugim jakoby w tle śpiewa Neil Finn, lider Crowded House, ale za bardzo go nie słychać. W dość dynamicznym, napędzanym przez fortepian Love Is a Good Thing Sheryl Crow wydaje z siebie nawet w pewnym momencie, może stłumiony, ale jednak wrzask. Sweet Rosalyn to dla odmiany leniwe tempo, zwrotka na pograniczu skandowania, chaotyczne solo techniką slide i dobywające się z głębi pomruki saksofonu barytonowego. Superstar opiera się na riffie kaczkowanej gitary. Ordinary Woman to wprawdzie ballada, ale przyozdobiona szorstką solówką. Zaś finałowy Free Man ma szybkie tempo i najwięcej gitarowego brudu, tyle że sam głos wokalistki łagodzi efekt.

Spokojniejsze utwory mniej zapadają w pamięć. W The Book pojawia się sekcja dęta, smyczkowa i perkusista Jim Keltner (znany sesyjny, przyjaciel Charliego Wattsa), ale sama kompozycja się od tego ciekawsza nie robi. Wyjątek stanowi Redemption Day z folkową partią gitary akustycznej, wymierzony w obojętność Ameryki wobec wojny w Bośni. Zaangażowany społecznie jest też mój ulubiony, najbardziej tu melodyjny Hard to Make a Stand – countrowata wypowiedź w przedmiocie aborcji i dlatego kontrowersyjna w USA; słusznie jednak ukazała się na singlu.  

 

Eels, Beautiful Freak, 1996 

Debiutancka płyta projektu artysty zwanego E przyciąga uwagę już okładką, na której widnieje dziewczynka o nienaturalnie wielkich oczach. W książeczce jest podobnie spreparowane zdjęcie całego zespołu, a na dysku – kota. Album z początku wydawał mi się pod względem aranżacji mniej „barokowy”, a bardziej zbliżony do normy rocka alternatywnego – to znaczy bardziej gitarowy – niż omówiona już na tym blogu Daisies of the Galaxy. Mimo wszystko jednak już występuje znajomy neurotyczny nastrój, a po kilku przesłuchaniach okazuje się, że jednak aranżacje też są zróżnicowane. Weźmy chociaż często się przewijający fortepian elektryczny.

Podstawowym narzędziem E jest jednak gitara. Otwierający Novocaine for the Soul robi dobre wrażenie ze swoimi solidnymi kontrastami dynamicznymi. W Rags to Rags ton nadaje przybrudzona ściana dźwięku, zalatująca aż hen niektórymi spokojniejszymi utworami Smashing Pumpkins. Czadu klasycznego nie ma, ale jest gęsty sos ze sprzężeń. Miłośnikom basu wypada polecić przedostatni Lucky Day in Hell.

Z bardziej nastrojowej części repertuaru – nie, „spokojniejszej”, bo przecież cała płyta jest nastrojowa – zapada w pamięć głównie tytułowy Beautiful Freak, wzbogacony partią harmonijki Guest List, a także Flower z udziałem chóru – kto wie, czy nie proweniencji klawiszowej, bo w opisie brak o nim informacji. Susan’s House ma senny nastrój, który tworzą kontrabas, perkusyjne loopy, coś jakby melotron oraz melorecytacja E przez słuchawkę telefoniczną. Zresztą nastrojowość i melancholia nie muszą się wykluczać z hałasem, o czym świadczy Not Ready Yet. 


 

Tadeusz Nalepa, To mój blues, 1989

Jest to dwupłytowa kompilacja różnych utworów nagranych przez Nalepę na przestrzeni kilku lat, z różnymi składami. Debiutuje tu Piotr Nalepa, chłopiec z okładki płyty Blues, akompaniując ojcu to jako gitarzysta rytmiczny, to jako basista. Druga żona Tadeusza Nalepy, Grażyna Dramowicz, udziela się wokalnie, ale nie ściąga szczególnie uwagi.

Dwa utwory – tytułowy i Musisz walczyć, musisz wierzyć – ocalono z zatrzymanego przez cenzurę Pożegnalnego cyrku, wspólnej płyty z Izabelą Trojanowską, chociaż one akurat nie zawierają Trojanowskiej głosu. Hołd natomiast to odrzut z albumu Numero uno, gdzie artyście akompaniował Dżem – bez Riedla i Adama Otręby, za to z Markiem Kapłonem na perkusji. W kilku innych utworach gra organista Rafał Rękosiewicz, później także współpracownik Dżemu.

Cóż można więcej powiedzieć o zawartości albumu, który nosi tytuł To mój blues i który nagrał Tadeusz Nalepa? Jest to blues, tylko tyle i aż tyle. Spółce autorskiej Nalepy i Bogdana Loebla zasadniczo obca była hedonistyczno-erotyczna odmiana tego gatunku, są to więc bluesy refleksyjne i zadumane, a czasami wręcz ponure, i właśnie te raczej balladowe utwory najbardziej zapadają w pamięć. Weźmy więzienny Nie żałuj mnie, z melorecytacją, solennym brzmieniem organów Hammonda oraz harmonijką (akcent zagraniczny w osobie Ondřeja Konráda, znanego z grupy Pražský výběr). Klasykom Breakoutu dorównuje przede wszystkim ośmiominutowy Dbaj o miłość, gdzie gitarowy duet z Nalepą współtworzy inny klasyk polskiego bluesa – Leszek Cichoński, znany bardziej jako inicjator Gitarowego Rekordu Guinnessa we Wrocławiu. Warto też wspomnieć o nieco głośniejszych Zasadach gry z udziałem Stanisława Sojki na organach i Andrzeja Nowaka na gitarze (drugi tu obok Kapłona były członek TSA).

Nawet żwawsze fragmenty brzmią refleksyjnie, głównie za sprawą śpiewu. Przykładem Święty boże nie pomoże czy Już wstał twój dzień (kolejne wykorzystanie motywu „przesłanie ojca dla syna”). Nauczyłem się niewiary, kolejny efekt sesji z Nowakiem i Sojką, również jest motoryczny, ale za to z gorzkim tekstem. Drugi z ośmiominutowców – Jedź ostrożnie, nie popędzaj kół – jest dość pogodny, ale też robi mniejsze wrażenie. Za to przynajmniej solówki organowe i gitarowe absorbują. Z bardziej witalnej części repertuaru najbardziej mi się podobało Dzieło twoich rąk, kolejny utwór z udziałem Konráda (w sumie są cztery i wszystkie poza Nie żałuj mnie jadą mocno do przodu). Jeśli zaś chodzi o instrumenty dmuchane, to w Więc bądź sporą rolę odgrywa saksofon, a w Nie takich ludzi znałeś tylko gra solówkę, ale za to Nalepa junior nieźle dudni na basie. Na najbardziej nowoczesny utwór zakrawa tytułowy – i ostatni – To mój blues z modnym w latach osiemdziesiątych akompaniamentem w rytmie reggae.

Wnętrze okładki zawiera zarówno reprodukcje szaty graficznej wydania winylowego (autorstwa Marka Karewicza), jak i opis utworów zrobiony od nowa (z większą czcionką). Da się zauważyć, że długości utworów w jednym i w drugim przypadku się nie zgadzają. Jest też informacja, że Zasady gry i Nauczyłem się niewiary nagrano na zlecenie P.Z. MERIMPEX. Najwyraźniej chodzi o firmę polonijną, z którą wiązała się później jakaś afera finansowa. 


 

Fleetwood Mac, Then Play On, 1969

Zanim Fleetwood Mac stał się dostarczycielem hitów o dwóch głosach żeńskich i jednym męskim, był zespołem bluesrockowym, na którego czele stał utalentowany Peter Green. Łącznik pomiędzy obydwoma wcieleniami grupy stanowiła sekcja rytmiczna, od której pochodzi nazwa: perkusista Mick Fleetwood i basista John McVie. Nawiasem mówiąc, ten ostatni na etapie Then Play On już był żonaty z pianistką Christine z domu Perfect, która w przyszłości miała się stać jedną z trzech głów smoka imieniem Fleetwood Mac. Na razie była tylko współpracownicą. By dopełnić spraw personalnych: dołączył gitarzysta Danny Kirwan, a znany z poprzednich płyt Jeremy Spencer był już na wylocie i chociaż figurował w składzie, to wkład w płytę miał szczątkowy.

Zespół wychodzi poza paradygmat czysto bluesrockowy, kierując się na psychodeliczne łąki. Słychać to już w początkowym Coming Your Way, gdzie blues wspiera się na gęsto poklepywanych kongach, przywodzących na myśl Santanę (a czyjąż kompozycją była Black Magic Woman?) Mgliście latynoamerykańskie skojarzenia budzi poza tym balladowy Although the Sun Is Shining. Z kolei When You Say odbiega w stronę folkową. Nastrojowe instrumentale Under Way i My Dream także lokują się dość daleko od bluesa, a blisko wcześniejszego przeboju Albatross czy nawet gitarowych szlagierów The Shadows. Z całej płyty najbardziej zapamiętuje się potężne, spogłosowane brzmienie, w którym bębny brzmią jak cała orkiestra. Słychać je w Closing My Eyes i finałowym Before the Beginning.

Na płycie są też co prawda i bluesy bardziej standardowe. Konserwatywnie brzmi Like Crying oraz dynamiczne Fighting for Madge i Searching for Madge, właściwie dwa fragmenty wycięte z dłuższego jamu. Dociążony jest One Sunny Day i jeszcze cięższy (a do tego sprośny) Rattlesnake Shake. Pojawia się też przepełniony smutkiem lament Without You – na takich utworach wykuwał się Breakout – a na drugim końcu skali akustyczny Show-Biz Blues ze strojem otwartym, solówką slide i rytmem wybijanym na tamburynie.

Na Then Play On właściwie nie było wielkich przebojów. Ukazały się na singlach i zostały pominięte na albumie, dołączone jednak do reedycji jako bonusy. Przede wszystkim dwuczęściowy Oh Well: w pierwszej części dynamiczna, niemal hardrockowa jazda (patent ze śpiewem a cappella na przemian z riffem ściągnęli Zeppelini w Black Dog), po czym następuje część nastrojowa i monumentalna, rozlega się zawodzenie fletu, a wspomniane wyżej potężne brzmienie właśnie tu znajduje kulminację: być może zaangażowano tu orkiestrę, a już na pewno słychać kotły). Kolejnym bonusem jest The Green Manalishi (with a Two-Pronged Crown), którego ognistą heavymetalową wersję po latach przedstawił Judas Priest. Oryginał jest mniej motoryczny, za to dynamiką rzuca jak szatan. Po czymś takim ostatni z bonusów, shadowsowaty instrumental World in Harmony (strona B singla), już robi mniejsze wrażenie. 


 

No Doubt, Tragic Kingdom, 1995

Wreszcie wpadła w moje ręce jedna z najpopularniejszych płyt lat dziewięćdziesiątych. Jeszcze kiedy byłem w liceum, rozchodziły się wzbudzone przez nią kręgi, a wokalistka Gwen Stefani, sprawnie wykorzystując wizerunek stereotypowej słodkiej blondynki o wysokim, nieco owczym głosie (czasem nawet wydawała się channelować Debbie Harry – i to chociaż podobno jest z natury brunetką), dołączyła do grona symboli dekady. Największy hit grupy, ballada Don’t Speak, wydawał mi się jednak strasznie przesłodzon. Nawet fakt, że słuchała tego moja ówczesna sympatia, nie był w stanie wzbudzić u mnie przychylności dla tego zespołu. Sytuacja się zmieniła dopiero po latach, kiedy odważyłem się przesłuchać całe Tragic Kingdom.

Jeśli mowa o Don’t Speak – zainspirowaną rozpadem związku Stefani z basistą Tonym Kanalem – to nadal jest przesłodzona, ale przez lata pokryła się patyną nostalgii. Drugą balladę w zestawie stanowi The Climb – ale prawie siedem minut, panie, kto to zniesie. Za to pierwszy w ogóle z siedmiu singli, Just a Girl, ma charakter wręcz poppunkowy. No Doubt wywodziło się przecież z kalifornijskiej sceny ska i nagrało już dwie płyty, zanim nastąpiło przełamanie  na szczeblu strategicznym.

Najbardziej przypadł mi do gustu sam początek albumu. W Spiderwebs (kolejny singiel) dynamiczna punkowa jazda bez trzymanki przeplata się z rytmem reggae, na perkusji gra gościnnie Stephen Perkins, ex-Jane’s Addiction, a do tego dochodzą interwencje sekcji dętej. Excuse Me Mr. także jedzie ostro do przodu, a swingowe interludium oraz partie fortepianu pełnią funkcję urozmaicenia. W Just a Girl jest nim proste solo na syntezatorze, w Hey You (swoją drogą mniej ciekawym) – nienachalne brzmienie sitaru.

Z „regałów” najbardziej podobało mi się Different People. Dla odmiany Sixteen ma niezły groove, a otwierający je brudny riff (który powraca w refrenie, tyle że schowany w tle) i dysonansowa solówka gitary przywodzą na myśl Red Hot Chili Peppers. You Can Do It to z kolei stylizacja na disco-funk lat siedemdziesiątych. W tym utworze i jeszcze w kolejnym reggae World Go Round gra gościnnie silniejsza sekcja dęta niż stale współpracujący z zespołem trębacz i puzonista.

Należy dodać, że w tym okresie grał z zespołem brat Gwen, klawiszowiec Eric Stefani. 


 

Arkona, Goj, Rodie, goj, 2009

Wcześniejsza płyta Arkony podoba mi się dużo bardziej niż Jaw’. Po prostu dlatego, że utwory są bardziej zwarte i urozmaicone, melodie bardziej przyswajalne i pojawia się więcej elementów typowo folkowych. Oczywiście Masza „Scream” oprócz słowiańskich wokaliz potrafi groźnie ryknąć (czasem nawet w jednym i tym samym wersie), a gitarowo-perkusyjna nawałnica urywa się nieraz niespodziewanie, by ustąpić melodyjnej partii akordeonu – ale właśnie takie kontrasty stanowią o atrakcyjności tej muzyki. Podobnie patenty w postaci growlu na tle piszczałki (Niewidal’).

Rozpoczynający płytę utwór tytułowy wydaje się kwintesencją stylu Arkony, elementy folkowe z metalowymi przeplatają się i wynikają z siebie w sposób naturalny. Do tej samej kategorii można zaliczyć W cepiach driewniej tajny oraz Liki biessmiertnych bogow. Więcej blackowego klimatu (blasty perkusyjne itp.) zawierają Tropoju niewiedannoj i Koło Nawi. Najbardziej zaś epicki jest szesnastominutowy Na mojej ziemle: zawiera gościnne udziały członków różnych zespołów paganmetalowych z kilku różnych krajów; mówi mi coś wyłącznie łotewski Skyforger. Absolutne przeciwieństwo tegoż stanowi Jariło – tylko trzy minuty, skoczne tempo, mógłby być singlowym przebojem, gdyby taka muzyka była popularniejsza. Chwilę wyciszenia daje Kupalec – partie wokalne solowe i chóralne na tle bębna, dopiero potem wzmocnione gitarą, perkusją i bodajże dudami. Ale to tylko wytchnienie przed wielkim finałem – kolejną epicką folkmetalową kompozycją Arkona. Epilog stanowi podniosła pieśń Niebo chmuroje, tuczi mracznyje, rozpoczęta a cappella. Nie zawiera ryków, chociaż ostre gitary się jednak pojawiają, a ostatnie pięć minut to koda ze śpiewem ptaków i melodią zagraną na fujarce. 


 

T.Love, Pocisk miłości, 1991

Po wielu latach udało mi się zdobyć drugi pełnoprawny album zespołu Złygmunta Staszczyka, ale jakby pierwszy – Wychowanie było jeszcze dość niedowarzone. Przed Pociskiem miłości do grupy dołączył gitarzysta Jan Benedek, wielki fan Rolling Stonesów, i wpływy tej grupy słyszalne są na całym albumie. Po raz pierwszy zagrał też w składzie T.Love perkusista Jarek „Sidney” Polak – obaj zresztą w minionym roku odeszli z grupy (Benedek nawet po raz kolejny). Produkcją i miksowaniem płyty zajął się niejaki „Max R.B.”, w którym łatwo się domyślić Roberta Maksymiliana Brylewskiego. Były członek częstochowskiego składu T.Love, Janusz Knorowski, odpowiadał za „projekt grařczny” (zachowano pisownię oryginału).

Największym hitem z albumu stała się oczywiście Warszawa – hymn stołecznego patriotyzmu lokalnego (zdaje się, że nawet Żoliborz nie ma artyście specjalnie za złe epitetu, jakim został obdarzony). Muniek napisał tekst z tęsknoty za Warszawą, kiedy pracował na zmywaku w Londynie. W pewnym momencie rozbrzmiewa solo trąbki, ale przez wiele lat nie miałem pojęcia, że to sam Andrzej Przybielski, słynny jazzman, który kiedyś grał z Niemenem.

Na płycie dominują jednak dynamiczne, zadziorne utwory, w których wpływy rollingstonesowe łączą się z punk rockiem: Rewolucja, Pocisk miłości, Mad Love czy kolejne wspomnienie z emigracji – Dirty Streets of London (z brzydkimi słowami). Właśnie, druga połowa repertuaru została wykonana po angielsku, Złygmunt nie rozwinął więc jak należy tekściarskich skrzydeł, jednak muzycznie strona B wcale nie ustępuje polskojęzycznej stronie A. Jedynym niepotrzebnym utworem jest umieszczony na samym końcu Acid Mover, taneczny remiks piosenki Mover (ale to swoiste signum owego temporis – Kulci też wtedy mieli remiks Wódki). Trochę spokoju przynosi Sarah, ballada (po polsku) z klawiszami i śpiewem bliskim melorecytacji, oraz utrzymane w średnim tempie Na bruku, deklaracja optymizmu w obliczu bezrobocia. Do utworów podnoszących na duchu należy poza tym Make Love Not War, już z tych bardziej dynamicznych. Wygląda na to, że biorąc pod uwagę odsetek atrakcyjnych utworów, jest to płyta roku. 


 

A tera podsumowanie:

W roku ZOZS zdobyłem 71 albumów z muzyką, czyli średnio prawie 6 miesięcznie, a 1,36 tygodniowo. W porównaniu z zeszłym rokiem wynik wyraźnie zmalau – o 12 albumów, przy czym nadal i tak ledwo nadążałem z ich odsłuchiwaniem. Większość albumów (54 – 76%) pochodziła z drugiej ręki: 38 z nich, a więc 53%, kupiłem na targu staroci na Faradaguła (od trojga różnych sprzedawców), 5 (7%) – na giełdzie staroci w częstochowskim M1, 3 (4%) – w antykwariacie w Gdyni, po 2 (3%) w sklepie z używanymi płytami w Görlitz, na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku, przez internet oraz od częstochowskiego artysty plastyka. Płyt nowych było 17 (24%), z czego 8 (11%) kupionych w Empiku, 7 (10%) w internetach, 1 na Faradaguła oraz 1 w sklepie firmy Jimmy Jazz Records w Szczecinie. 3 (4%) miałem dawniej na kasetach, a jeszcze 1 (Omegę) na wynylu.

           Trzy wydawnictwa były dwupłytowe, z czego dla dwóch była to forma pierwotna, a trzecie było wydaniem zbiorczym dwóch albumów. Colosseum Live dawniej było dwupłytowe, a obecnie mieści się na jednym dysku. Zbiorczo wydane zostały Santana (5 sztuk) i Journey (3 sztuki) w tekturkach imitujących pomniejszone koperty longplayów.

           Posunąłem do przodu kompletowanie dyskografii Pink Floyd, Black Sabbath oraz Iron Maiden. 3 albumy trafiły do mojej kolekcji po ćwierćwieczu, odkąd usłyszałem ich fragmenty w Trójkowej audycji „Pół Perfekcyjnej Płyty”, i zbiegiem okoliczności wszystkie trzy kupiłem tego samego dnia.

            Przytłaczającą większość jak zwykle stanowią albumy studyjne – 68 (96%). Przy tym jeden (The Monkey’s Bum Patto) ukazał się dopiero po 20 latach od wydania, drugi (Złodzieje zapalniczek Pidżamy Porno) to remake całej płyty, trzeci (To mój blues Nalepy) stanowi składak różnych nagrań z kilku lat, a czwarty (21 KSU) to na nowo nagrane najpopularniejsze utwory danego wykonawcy. Były też dwie płyty koncertowe oraz dwupłytowy album koncertowo-studyjny (Ummagumma). Na 3 okładkach widniały czaszki, na tyluż – ikonografia średniowiecza. Z okładek najbardziej podobały mi się Three Friends Gentle Giant, Then Play On Fleetwood Mac i Jaw’ Arkony, natomiast na żaden szczególny bohomaz nie natrafiłem. A Momentary Lapse of Reason Floydów miało projekt okładki odmienny od oryginalnego.

10 albumów (14%) reprezentowało niewątpliwego hard rocka/metal, w tym 2 zaliczały się do odmian ekstremalnych, a 1 do zmetalizowanego gotyku. Jeszcze 8 zawierało formę pośrednią między hard rockiem a muzyką pop, z czego 7 określa się jako AOR. 3 albumy miały charakter  bluesrockowy. Sporo było za to rocka progresywnego: 8 albumów niewątpliwych i 2 z pogranicza (razem kolejne 14%). 3 płyty były jazzrockowe od strony rocka, 1 od strony jazzu. Punka, nową falę i resztę rocka alternatywnego reprezentowało łącznie 20 płyt (28%), z czego tylko 2 zaliczały się do britpopu, a grunge tym razem miał reprezentację jedynie w postaci rozwodnionej. Do folk rocka (w tym folk metalu) zaliczało się 5 płyt, a jeszcze jedna reprezentowała country rocka. Albumem najbardziej w bok był Boom Boom Raggattack – karaibska muzyka taneczna znad Wisły z kenijsko-nigeryjskim duetem wokalnym.

            Na wszystkich płytach znalazły się 854 utwory, w tym 71 bonusowych. Najwięcej liczyła 21 KSU, zawierająca tyle utworów, co w tytule. Najmniej, za to długich (6), znalazło się na Three Friends Gentle Giant. Największą grupę – aż 14 sztuk – tworzyły płyty zawierające po 11 utworów, a jedna z nich, zespołu Andy, nawet nosiła tytuł 11 piosenek. Najwięcej bonusów (9) zawierał Fireball Deep Purple.

Najdłuższym utworem był zapewne szesnastominutowy Na mojej ziemle Arkony. Największe nagromadzenie długich zawierało Live Colosseum – z siedmiu trzy przekraczały 10 minut, a żaden nie schodził poniżej 7. 29 tytułów utworów zawierało imiona, a 21 – nazwy miast.

Najstarszy był Mr. Tambourine Man The Byrds (1965), a najmłodszy – WALLS Kings of Leon (2016). Pod względem chronologicznym podział był dość równomierny: z lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i XXI wieku pochodziło po 17 sztuk (24%, przy czym Złodzieje zapalniczek liczeni są według daty pierwotnego wydania) na siedemdziesiąte przypadło niewiele mniej, bo 15 (21%), a tylko z lat sześćdziesiątych pochodziło 5 płyt (7%). Najbardziej reprezentowanym rokiem okazał się 1971, na który także przypadło 5 albumów.

Pod względem językowym jak zwykle dominował angielski – 57 płyt (80%). Z tej liczby 23 (32%) pochodziły z USA, przy czym 6 z nich zawierało elementy latynoskie. Wielka Brytania odpowiadała za 25 płyt (35%), ale jedna z nich została zaśpiewana całkowicie w języku szkockim. Ponadto 2 płyty anglojęzyczne pochodziły z Irlandii, 2 z Japonii, po jednej z Australii, Kanady i Danii, a 3 z Polski i na dwóch z nich znajdowały się także pojedyncze piosenki po polsku. Całkowicie w naszym języku ojczystym powstało albumów 7, co łącznie daje 10 polskich produkcji (14%). Na 2 słychać język niemiecki: jedna z nich pochodzi z Niemiec, nagrana została już po zjednoczeniu, ale przez grupę wywodzącą się z NRD, natomiast drugą stworzył duet Niemca i Finki z siedzibą w Szwajcarii. Oprócz tego 2 płyty powstały w języku rosyjskim (z pojedynczymi zwrotkami w kilku innych językach europejskich), po jednej w języku serbskim i węgierskim.

Z istotnym udziałem kobiet, głównie w roli wokalistek, powstało 16 płyt (22%). W nagrywaniu 10 wzięły udział rodzeństwa. No Doubt należy do obu grup.

Raczej nikomu nie mogę nadać tytułu twórcy roku, bo nikt aż tak bardzo go nie zdominował. Czysto liczebnie na pierwsze miejsce wysuwa się Carlos Santana – 5 płyt własnych oraz 3 założonego przez jego byłych współpracowników zespołu Journey. Skoro mowa o Journey, to perkusista Steve Smith zagrał też w jednym utworze u Bryana Adamsa, w sumie więc zaliczył 4 płyty. Poza tym żaden pojedynczy wykonawca nie przekroczył dwóch albumów. Także na 2 albumach wystąpiła gościnnie wiolonczelistka Suzie Katayama. Były też dwie płyty nagrane w rocznym odstępie przez dwa różne zespoły o tej samej nazwie: Samurai (jeden japoński, a drugi brytyjski; w dodatku ten drugi nagrał już wcześniej dwie płyty pod jeszcze inną nazwą). Wokalista brytyjskiego Samuraja, Dave Lawson, także wystąpił dwukrotnie, bo jeszcze w ramach zespołu Greenslade, a sam David Greenslade również z zespołem Colosseum.

 

            Pierwsza dwunastka:

·         T.Love Pocisk miłości

·         Omega XI

·         The Cars Heartbeat City

·         Bryan Adams Reckless

·         Milennium Vocanda

·         Weather Report Heavy Weather

·         The Black Keys Turn Blue

·         The Byrds Mr. Tambourine Man

·         Midnight Sun Midnight Sun

·         Cher Love Hurts

·         Alogia Priče o životu

·         Arkona Goj, Rodie, goj

 

Rozczarowaniem był przede wszystkim The X Factor Iron Maiden, niezbyt chętnie też wracałem do grupy Patto. Najbardziej niedocenione z perspektywy całego roku Country Life Roxy Music, The Love of Hopeless Causes New Model Army oraz Fireball Deep Purple. Jako joker/kurioz prezentuje się Boom Boom formacji Raggattack.

 

Najlepsze utwory:

·         The Rolling Stones Gimme Shelter

·         Journey Don’t Stop Believin’

·         Cher Save Up All Your Tears

·         The Cars You Might Think

·         KSU Po drugiej stronie drzwi

·         No Doubt Spiderwebs

·         Bryan Adams Summer of ‘69

·         Omega Kötéltánc

·         The Analogs Latarnia

·         The Black Keys Gotta Get Away

·         T.Love Dirty Streets of London

·         Weather Report Birdland

 

Poszukiwania streamingowe kontynuowały eksplorację lat 2001-2002 z ówczesnym „Tylko Rockiem” jako przewodnikiem, ale nie ograniczały się do tego. Głównym odkryciem był węgierski zespół punkowy Alvin és a Mókusok, z takimi utworami jak Most jön a bukfenc!, Kelet-európai szuperhős czy, za przeproszeniem, Kurva élet. Rozszerzałem też znajomość zespołu Tublatanka, a szczególnie piosenek: Môj starý dobrý kabat, Ja sa vratím oraz Volám ťa. Po około ćwierćwieczu w końcu odkryłem, kto śpiewał piosenkę Merry Christmas Emily, którą słyszałem ongiś w programie śp. Barbary Podmiotko w Trójce – był to zespół Cracker. Poza tym szczególnie podobały mi się Vienna Calling artysty zwanego Falco (dwie wersje – oryginalna i orkiestrowa), Upír z houslemí XIII. Století, a szczególnie w niektórych sytuacjach emocjonalnych – przeróbka Total Eclipse of the Heart, kompozycji Jima Steinmana, śpiewanej pierwotnie przez Bonnie Tyler, a tym razem – przez duet Doro Pesch i Roba Halforda (znajoma na widok miniaturki teledysku: „Dlaczego Terry Pratchett śpiewa z Marylą Rodowicz?”) Bardziej epicko mogłoby być już tylko wtedy, gdyby do aranżacji dodano dudy.

Osobliwością poznaną dzięki pewnej grupie na fejsie był zambijski zespół Ngozi Family – warto by było zapoznać się z nim bliżej, podobnie jak z całą sceną tzw. zamrocka. Szczególny zaś kurioz stanowił discopolowy diss na Lenina w wykonaniu grupy Atlantis, którą przypomniał mi mgr Andrzej Niedźwiecki 31 lat po tym, jak słuchał tego kierowca, który wiózł nas nad morze.

Bezlitosny earworm: Mocz z najnowszej płyty zespołu Kury

Najbardziej obleśna piosenka: Zacier Kto mi dziecko zrobił, a „zaszczytne” drugie, trzecie i czwarte miejsce zajęły: Tymon & The Transistors – Królowie gówna (złośliwa parodia grupy Kombi), De Łindows – Janusz z ONR-u oraz Big Cyc – Ostry dyżur.