środa, 27 listopada 2024

Kowboj kontra Herostrates, czyli płyty wrześniowe

  

We wrześniu zdobyczy płytowych było mniej, ale za to uzupełniłem parę istotnych luk. Wszystkie płyty pochodziły z drugiej ręki, a mianowicie z Faradaguła.

 

The Raveonettes, Chain Gang of Love, 2003

            Ten duński duet zrobił nieco zamieszania w latach dwutysięcznych, w okresie „nowej rewolucji rockowej”. Wokalistka/basistka Sharin Foo (o chińskich korzeniach) i śpiewający gitarzysta Sune Rose Wagner zafundowali słuchaczom wycieczkę do lat sześćdziesiątych z pewną dawką perwersji w tekstach.

Chain Gang of Love jest pierwszą płytą długogrającą duetu (wcześniej ukazał się minialbum, z okładką podobnie nawiązującą do starych plakatów filmowych). W czasie słuchania z czymś mi się to mocno kojarzyło. Słodkie melodie rodem z lat 60.? Spectorowska ściana dźwięku, pogłosy, klaskanie, wrzucanie tamburynu, gdzie się da, a wszystko w gęstej fakturze gitarowych zgrzytów? Czy ja już w tym roku czegoś podobnego nie słyszałem? Ano, Duńczycy musieli się mocno inspirować pierwszą płytą The Jesus & Mary Chain. Tyle że bracia Reidowie nie mieli (zazwyczaj) kobiety przy mikrofonie.

Wszystkie utwory skomponowane zostały w tonacji B-dur, o czym zespół otwarcie zawiadamia na okładce. Płyta jest spójna stylistycznie, co można traktować jako eufemizm od „monotonna” – bo też melodie są łatwo przyswajalne (bardziej niż u Reidów), ale w takiej dawce dość podobne do siebie, zwłaszcza przy powtarzających się patentach aranżacyjnych. Najbardziej moją uwagę zwróciło kilka. The Great Love Sound z dynamicznym basowym riffem mógłby być otwieraczem zamiast zbyt spokojnego Remember. Little Animal kontrastuje cukierkową melodię z brzydkim słowem już w pierwszym wersie (podmiot liryczny ubolewa, że jego dziewczyna jest nimfomanką, przez co ich związek staje się cokolwiek jednowymiarowy).  Na mój ulubiony wyrasta Untamed Girls dla melodyjnego motywu gitarowego pełniącego funkcję refrenu.

 

Elektryczne Gitary, Słodka maska, 2000

Ten album ukazał się w czasach, gdy Gitary już miały za sobą szczyt popularności (związany z płytą Na krzywy ryj i muzyką do Kilera Juliusza Machulskiego), ale nie szedł za nim spadek formy. Złośliwi powiedzą, że to dlatego, że od zawsze była niska – jednak Słodka maska przynosi typową dla Elektrycznych porcję dość melodyjnych piosenek, które brzmią trochę jak nieco urockowiona wersja piosenki autorskiej, trochę jest w nich dancingu, a trochę folku miejskiego. Klucz do zrozumienia twórczości doktora Sienkiewicza stanowi potraktowanie go jako barda w rodzaju Jacka Kleyffa. Jako tekściarz jest on w lepszych momentach talentem na miarę Młynarskiego (choć styl ma dużo bardziej enigmatyczny), a w gorszych przynajmniej można docenić gry słowne czy inwencję rymotwórczą i intertekstualną („Raz do koła / W płucach smoła / Jedźmy, nikt nie woła” – z piosenki Smutny operator, gdzie pomiotem lirycznym jest operator karuzeli w objazdowym wesołym miasteczku).

Na płycie znalazła się zresztą przeróbka Salonu Niezależnych – Balon (choć to akurat nie Kleyffa dzielo). Z innych autorów grupa sięgnęła po Kazimierza Grześkowiaka: Herostrates, moja ulubiona piosenka na płycie, niesiona jest dźwięcznym fletowym motywem. Mniej zapada w pamięć Sen o śnie, głównie dlatego, że to już pod koniec płyty.

            A jeśli chodzi o autorską część repertuaru? Sporo tu melodii wpadających w ucho, lecz nienachalnie. Wybrana do promocji Nowa gwiazda łączy funkowy rytm, motyw przewodni brzmiący jak parafraza Marsza weselnego Wagnera oraz coś jakby melodykę ludową, a dotyczy amnezji, która dotyka społeczeństwo przy każdej kolejnej kampanii wyborczej. W radiu pojawiały się też Napady. Sienkiewicz łączy tu po raz pierwszy swoje dwa zawody (chociaż nie on napisał tekst), śpiewając o tym, jak ludzie z padaczką skroniową potrafią prowadzić drugie życie, nic o tym nie wiedząc w pierwszym.

            Z ciekawszych refrenów spodobało mi się jeszcze Good i głód, a w barokowym  Odwalcie się od miłości – z cytatem z sonaty na skrzypce E-dur Jana Sebastiana B. – kryje się melancholia godna Jurija Szewczuka. Mniej natomiast przypadły mi do gustu Wnoszą, wynoszą, gdzie artysta popada w groteskowy mamrot (co prawda mamy tam też klangowe popisy basisty Tomasza Grochowalskiego), albo Pani spojrzy na mnie o namiętności do nauczycielki, napisane do filmu Matura. Dodajmy też, że w piosence 2000 i więcej dr Sienkiewicz odnosi się z ironią do szału na punkcie nowego tysiąclecia.    

            Na łamach „Tylko Rocka” w 2000, zarówno w recenzji płyty autorstwa red. Koziczyńskiego, jak i w jego wywiadzie z Sienkiewiczem, mowa była o quasi-hardrockowej piosence Długa droga, powstałej z inspiracji AC/DC. Do dziennikarzy musiała trafić jakaś wstępna wersja płyty, bo na tej, która ostatecznie się ukazała, Długiej drogi nie ma. Znalazła się na solowym albumie Kuby Sienkiewicza Studio szum; za to Szczęki, napisane do któregoś filmu Juliusza Machulskiego, według wypowiedzi artysty miały wejść na Studio szum, a weszły na Słodką maskę.

Wydanie zawiera dodatkowy dysk z nagraniami z dwóch koncertów – z Poznania i Szczecina. Zespół wykonuje tu swoje największe hity oraz parę kowerów: Jestem odpadem atomowym Zaciera, Huśtawkę Kleyffa oraz Kwiat jabłoni grupy Trashbudda – od tego ostatniego utworu wziął nazwę zespół syna i córki Sienkiewicza. Odgrywają swoje, tylko w Żądzach pozwalają sobie na trochę fantazji: pojawia się rozbudowany break z solówkami oraz cytatami z Arii toreadora Bizeta, Satisfaction i paru innych znanych melodii. Sam lider nie jest wprawdzie wybitnym wokalistą i w wersji live co nieco fałszuje, ale i tak wypada pod tym względem lepiej od Lou Reeda, a czasami pozwala sobie na nieco ironiczną konferansjerkę.

Szkoda tylko, że teksty w książeczce wydrukowano z zupełnie losową wersyfikacją, a autorstwo piosenki Długie włosy (z płyty koncertowej) zostało podane jako „słowa i muzyka trąd.”

  

Thin Lizzy, Jailbreak, 1976

            O tym, że Cienki Jaszczur należy do moich ulubionych zespołów, wspominałem już kilka razy. Jednak z zakupem jego przełomowej płyty Jailbreak zwlekałem ćwierć wieku. Nie spieszyło mi się, skoro najlepsze fragmenty znałem już w wersjach bardziej czadowych z koncertówki Live & Dangerous.

Na poprzednich albumach Phil Lynott szukał jeszcze sprecyzowanej formuły artystycznej. Na Jailbreak postawił ostatecznie na hard rock. Tu się znajduje jeden z dwóch największych hitów grupy (a największy, jeśliby liczyć tylko autorskie) – The Boys Are Back in Town. Jest to reprezentatywny wytwór Thin Lizzy: dynamiczny, riffowy, a zarazem optymistyczny, oparty na durowych harmoniach, z charakterystycznymi unisonami gitarowymi i łobuzerskim tekstem. Do podobnej kategorii należy otwierający płytę utwór tytułowy czy jedna z moich ulubionych piosenek wszechczasów – Cowboy Song ze zmyłkowym otwarciem w konwencji ballady country (solówki gitarowe w tym utworze to mistrzostwo absolutne).

 Niektóre piosenki odbiegają w dwie strony od tego wzorca. Najbardziej pogodny – i najlżejszy – jest Running Back, właściwie glamrockowy, z akompaniamentem fortepianu i partiami saksofonu. Rozlewny Romeo and the Lonely Girl, w średnim tempie, brzmi dość sentymentalnie, a Fight or Fall, mimo zadziornego tytułu, to już kompletna ballada. Z drugiej strony są i utwory ostrzejsze, w tonacjach molowych. Na półmetku pojawia się hendrixowski Warriors, kreślący paralelę pomiędzy życiem rockmana a wojownika. Całą płytę kończy wprost już heavymetalowy Emerald – jak się zdaje, o najeździe wikingów na Irlandię.

W 1976, gdy muzyka rockowa przeżywała ogólny kryzys, Lynott właśnie odnalazł swoją drogę. Fakt, że produkcja Jailbreak nie jest jeszcze tak ostra jak na późniejszych płytach, nie przeszkadza satysfakcji z jej słuchania.


The Beatles, The Beatles, 1968

„Biały album” to najobszerniejsze i najbardziej urozmaicone z regularnych wydawnictw studyjnych Beatlesów. Ogromnym zastrzykiem weny był dla liverpoolczyków pobyt w Indiach, u guru medytacji transcendentalnej Maharishi Mahesh Yogiego. Wrócili wprawdzie mocno rozczarowani, dostrzegłszy w nim hochsztaplera. Szpilę pod adresem guru-naciągacza stanowi utwór Sexy Sadie, który początkowo miał się nazywać po prostu Maharishi, a parę innych piosenek również zainspirowały postacie napotkanych tam osób.

            Eksplozja inwencji była tak wielka, że Beatlesi nagrali album aż dwupłytowy. Żeby było bardziej awangardowo, otrzymał on jednolicie białą okładkę, jedynie z wytłoczoną nazwą zespołu (w reedycjach CD jest wydrukowana na czarno). Równocześnie wydawnictwo to świadczy już o zarysowującym się rozłamie: wszyscy członkowie pracowali osobno nad swoimi utworami (czasami nawet samotnie nagrywali), chociaż Lennon i McCartney, jak dawniej, podpisywali je wspólnie. Tak czy inaczej, style i nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie, a George Martin (nie mylić z George R.R. Martinem) wspomaga Fab Four produkcją i pomysłami aranżacyjnymi.

Wbrew stereotypowi, że Lennon był ten bezkompromisowy, a McCartney ten łagodny, Paul skomponował najostrzejszy utwór Beatlesów – Helter Skelter. Podobno inspiracją była recenzja, w której opisywano I Can See For Miles The Who jako nie wiadomo jaki czad. Macca dotarł do tej piosenki, stwierdził, że nie dorównuje jego wyobrażeniom i postanowił sam napisać coś, co by dorównywało. Poza tym jego dziełem są m.in. pogodnie karaibski Ob-la-di, Ob-la-da, kontynuacja nurtu wodewilowego w Honey Pie, a także dwa rokendrole rozpoczynające obydwie płyty: na drugiej Birthday, a na pierwszej Back in the USSR. Tenże był pastiszem tyleż Chucka Berry (Back in the USA) co „amerykańskich Beatlesów”, czyli The Beach Boys (słodkie harmonie wokalne), a Macca musiał w nim zagrać również na perkusji, bo Ringo akurat na krótko odszedł z zespołu. No i oczywiście nie mogło się obejść bez bardziej nastrojowych piosenek Paula, jak orkiestrowa Martha My Dear (poświęcona psu), Rocky Raccoon z ragtimowym fortepianem czy folkowo-akustyczna Blackbird.

Harrison przyniósł przede wszystkim While My Guitar Gently Weeps z gościnną solówką gitarową Erica Claptona. Ten ostatni jest również adresatem Savoy Truffle, w którym podmiot liryczny ostrzega przyjaciela, żeby nie jadł tyle słodyczy, bo wypadną mu wszystkie zęby. Poza tym mocnym wkładem „Jai Raj Harisena” jest pseudobarokowe Piggies z klawesynem.

            John Lennon zaprezentował się ekscentrycznie, o czym świadczą same tytuły Glass Onion (z mętnym tekstem, napisanym specjalnie na złość ludziom, którzy wdawali się w nadmierne interpretacje), hardrockowego Everybody’s Got Something To Hide Except Me and My Monkey czy kilkuczęściowego Happiness Is a Warm Gun. Przyniósł także pełny wisielczego humoru Yer Blues, jak i parę piosenek spokojniejszych: przykładem I’m So Tired albo poświęcona jego matce Julia. Wśród kompozycji Lennona znalazła się też Revolution 1, bardziej stateczna i mniej rozwydrzona (z trąbami) wersja piosenki znanej ze singla. Za to Revolution 9… o jeżu malusieńki. Kolaż dźwiękowy, osiem minut rozmaitych dziwnych  hałasów… Kto chce, usłyszy w tym chaosie i treści satanistyczne, i potwierdzenie teorii spiskowej, że McCartney zginął w wypadku i odtąd zastępuje go sobowtór. Zresztą nawet banda Charlesa Mansona potraktowała cały Biały album jako wytyczne, interpretując teksty i tytuły piosenek w sposób, o jakim samym twórcom się nie śniło.

            Nie wszystkie utwory są jednakowo atrakcyjne. Już pomijając Revolution 9, to płyta mogłaby się obyć bez krótkiego przerywnika Wild Honey Pie, ballady Harrisona Long, Long, Long albo tancbudowego Don’t Pass Me By – jedynej tu kompozycji Ringo Starra. Perkusista zrewanżował się jednak, śpiewając na sam koniec croonerską orkiestrową kołysankę Good Night, idealną na wyspokojenie po tych wszystkich ekscentryzmach.

 

czwartek, 21 listopada 2024

Kraków po przerwie, czyli śladami smoka i Witosa

 W październiku wyskoczyłem na weekend do Krakowa. Kiedyś spędziłem w tym mieście siedem studenckich lat, ale od tamtej pory wpadałem tylko z rzadka i jak po ogień, zazwyczaj ograniczając się do zestawu obowiązkowego: Floriańska-Rynek-Grodzka-Wąwel-Planty, czasami jeszcze z najważniejszymi punktami Kazimierza. Teraz przyszła pora spędzić w królewskim mieście stołecznym dwa dni.

Nocleg przytrafił się w hotelu położonym blisko dworca, lecz wystrój pokoju nie był specjalnie luksusowy, raczej przypominał hotelową normę, do jakiej przywykłem w podróżach po Polszcze. Śniadanie w formie szewskiego stołu bardzo mi odpowiadało.

Wielokrotnie miałem wrażenie, jakbym wiele krakowskich detali widział po raz pierwszy w życiu. Kiedy w czasach studenckich biegło się z Alei Wieszczów na Mały Rynek i nazad, nie było często okazji się rozejrzeć, czy choćby spojrzeć po attykach kamienic.

Oczywiście, pewne rzeczy się nie zmieniły. Po mieście nadal kłębią się tłumy turystów, a nawet jest ich chyba więcej niż dawniej. Kiedy prosisz kogoś o zdjęcie, nigdy nie wiadomo, jakiego języka trzeba będzie użyć. Pod murami przy Pijarskiej nadal artyści sprzedają landszafty, gołe baby akty i portrety Żydów liczących pieniądze. Na Floriańskiej nadal siedzi pod murem piłkarz i podbijaniem piłki zbiera fundusze. Pod „Zwisem” nadal relaksuje się metalowy Piotr Skrzynecki ze świeżymi kwiatami w dłoni.


Na Rynku Głównym ludzie nadal spotykają się pod „Adasiem”, a nawet odbywają się tam demonstracje (natrafiłem na mikropikietę Ukraińców przeciwko wojnie). Po drugiej stronie Sukiennic nikt natomiast nie spotyka się pod skarbonką, a to dlatego, że… skarbonki nie ma. Jest za to po staremu głowa Igora Mitoraja, z którą turyści robią sobie zdjęcia. Jedna Koreanka zrobiła sobie natomiast zdjęcie ze mną i tak awansowałem na atrakcję turystyczną Krakowa.

A Kościół Mariacki dalej stoi krzywo wobec ulicy

Pod kątem turystów i innych zwiedzających funkcjonuje w centrum Krykowa szereg atrakcji i sklepów, poważna baza noclegowa, jak również gastronomiczna.

Nie przeszkadza to w kultywowaniu przez miejscowych życia religijnego.

Tour de force tego wyjazdu było Krakowskie Muzeum Figur Woskowych na Floriańskiej. Bilety kosztowały 55 zł od głowy, lecz jeżu malusieńki, było warto. Większość figur okrobrycznie niepodobna do oryginałów. Już z ulicy można dostrzec upiorne podobizny książęcia Williama i księżnej Katarzyny, królowa Haźbieta to trochę Kałużyński, a trochę Brian Johnson. Jest też groteskowa Marilyn Monroe (Merylin Mongoł?) ze stanikiem wypchanym najwyraźniej gazetami. Elvis to nie tyle Presley, co sobowtór Elvisa z klubu nocnego w Krośniewicach, a Beatlesi zamiast Lennona mają w składzie Jaromira Nohavicę.

Inwazja porywaczy ćau

Na piętrze stoją sportowcy: Radwańska, Marcin Gortat z niewielką domieszką Doktora Yry, Tyson, Małysz, Lewy, Marit Bjoergen, Usain Bolt, a także postacie z mediów dla młodszych odbiorców: Pitasy z Karaibów, czołowa trójka z Harry Pottera, Shrek i ktoś tam jeszcze. W osobnej sali siedział jechidny Elton John przy fortepianie oraz didżej David Guetta, przypomiający niemilca z Miasteczka Twin Peaks. Dodatkową atrakcję stanowi korytarz luster, w którym łatwo stracić orientację.


W piwnicy Winston Churchill pilnuje Osamy, Hitlera, Stalina, Lenina i Putina, zaś w równoległym korytarzu siedzą na kanapie papieże Benedykt i Franjo (dla JP2 był fotel, ale jego samego wzięli do renowacji). Do tego Dalajlama, Zełenski, Mandela, a także pary prezydenckie: Wałęsowie, Kwaśniewscy i Kaczyńscy, co jeden to lepszy. Był też Jaruzelski podobny do Jana Marii Rokity, ale szczytem wszystkiego okazał się Piłsudski.

- Wam kury sz... prowadzać, a nie do golenia się brać

Floriańska jest szeroka, ale tłoczna. Dla komunikacji między dworcem a Rynkiem zawsze wolałem Szpitalną. Na rogu Św. Marka nadal znajduje się antykwariat, ale to już nie jest ten sam co w moich czasach studenckich, tylko inny, który wtedy zajmował inny lokal, dalej w głębi Marka. Z kolei „Rara Avis”, który dawniej mieścił się kajś w bramie, teraz ma porządną witrynę.

Sklep ogrodniczy za to stoi, jak stał. Szkoda tylko, że nie ma już „Rock Serwisu”, gdzie kiedyś słyszałem Alternative 4 Anathemy. Poza tym jest na Szpitalnej cerkiew prawosławna – akurat zaczynało się nabożeństwo, parafianki przed wejściem zakładały chusty. Grekokatolicy tymczasem zbierają się w cerkwi na Wiślnej.


Mnóstwo turystów kłębi się na Wąwelu. Wieżę katedralną zastałem w remoncie, obstawioną rusztowaniami. Tym razem nie udało się zrobić zdjęcia z panoramą Krykowa w kierunku Druha Jubilata, bo część bastionu, z której było go widać, została odgrodzona z powodu remontu.

Oprócz głównej osi Starego Miasta zajrzałem też w rejony przemierzane często w czasach studenckich. Na Podwalu zajrzałem do Głównej Księgarni Naukowej, przy czym okazało się, że nie istnieje już drugi jej lokal. Za moich czasów łączył się on z działem papierniczym, wychodzącym na podwórze przy Krupniczej, i można było w razie potrzeby iść na skróty przez księgarnię.  

Tego zegaru też nie pamiętam

Posuwając się dalej Podwalem, minąłem punkt obsługi pasożerów MPK na rogu Studenckiej – na początku roku akademickiego kolejka po miesięczny ciągnęła się nieraz aż po Kapucyńską. Z detali przypadły mi do gustu drzwi Zespołu Szkół Ekonomicznych z wielkim mosiężnym kaduceuszem.

Przy ul. Jabłonowskich, w antykwariacie „Skrypt”, kupiłem sobie pamiątkę w postaci anglojęzycznej antologii H.G. Wellsa, m.in. z Wehikułem czasu

Głównym celem był odsłonięty niedawno pomnik-ławeczka Bohdana Smolenia na rogu Jabłonowskich i Czapskich, przy akademiku rolniczym, w którym artysta mieszkał.

Jednakowoż gdyby go postawili przy ulicy Smoleńsk, to już by było przegięcie

Próbując się wykierować z Jabłonowskich na Krupniczą, ominąłem ceglane muzeum Wyspiańskiego, którego w ogóle nie kojarzyłem. Niedaleko znajduje się bursa, na której frontonie wiszą tabliczki różnych instytucji, m.in. Krakowskiego Klubu Sympatyków Lecha Wałęsy.

Jeśli chodzi o samą Krupniczą, to odcinek od Teatru Bongatela do Loretańskiej został zamieniony w deptak, ku internetowym lamentom samochodziarzy, którym wielką różnicę robi te 160 metrów (z Krupniczej i tak nie można było wyjechać bezpośrednio na Podwale).

Drugim teatrem przy Krupniczej jest Grąteska, gdzie, swoją drogą, gra moja koleżanka z liceum. Obok znajduje się rotunda, w której urządzono market Lewiatan. W czasach studenckich nierzadko robiłem tam zakupy, a kiedy nie miałem czasu ani piniędzow na porządny obiad, posilałem się kupioną tam kanapka z kurczakiem, przechodząc z jednego budynku uniwersyteckiego do drugiego. W tym roku dopiero zwróciłem należytą uwagę na strop i centralną kolumnę.



Zajęcia miewałem, jak to na filologii, w Collegium Patafianum u zbiegu Krupniczej i Alei Mickiewicza. Były wtedy dwa budynki: Duże Paderevianum, gdzie siedzieli wszyscy poza polonistami – od slawistów na pierwszym piętrze do orientalistów na dziewiątym – i Małe Paderevianum, mieszczące Instytut Wschodniosłomiański i hotel dla pracowników naukowych. Przed wejściem do budynków rozciągał się skwerek z popiersiem Ignaca Penderewskiego, który zimą przyoblekał elegancką śnieżną czapę. Do dziś Małe Paderevianum zostało wyburzone, a na miejscu skwerku postawiono, prawie równo z ulicą, kompleks po byku, który jednak zachował dotychczasową nazwę. Podobno skwerek jest wewnątrz, jako swoiste patio.

Biblioteka Jagiellonka specjalnie się nie zmieniła i nawet kible wyglądają w niej tak samo jak za moich czasów, po drodze jednak widziałem sporo nowych ścieżek rowerowych w rejonie Alei Wieszczów.


            Sama al. Mickiewicza, po staremu, zastawiona jest monumentalnymi gmachami uczelnymi, wśród których prym wiedzie Górniczo-Hutnicza Orkiestra Dęta.

Straight Outta Czarnowiejska

Nie odmówiłem sobie też odwiedzin na Karmelickiej, chociaż tam już odnotowałem mniej zmian.

A na przykład ten szyld to już w ogóle się nie zmienił

Kiedy doszedłem do biblioteki miejskiej przy ul. Rajskiej (siedziało się ongiś nad rocznikami Biuletynu Żydowskiego Instytutu Historycznego), zauważyłem, że cały ciąg wzdłuż tylnej elewacji biblioteki – od Karmelickiej do ul. Dolnych Młynów – przekształcony został w Park im. Wisławy Szymborskiej, z rozmaitą roślinnością, instalacjami, muralami, sadzawkami…

W dodatku na tyłach bibloteki stoi pomnik Pala Telekiego, węgierskiego premiera i przyjaciela Polski, który popełnił samobójstwo w proteście przeciw udostępnieniu Niemcom terytorium Węgier do ataku na Jugosławię.

Sama ulica Dolnych Młynów uchodziła niegdyś za krakowskie centrum hipsterstwa. Teraz 3/4 to zdezelowane ruiny, a pozostałą ćwiartkę stanowią mocno oblegane knajpki.

Dobrze było przejść się szeroką ulicą Dietla (bynajmniej nie Eduarda), wytyczoną między starym Krakowem a Kazimierzem na miejscu dawnego koryta Wisły.

Stamtąd do centrum w jedną stronę, a na Kazimierz w drugą biegnie prostopadła do Dietla ul. Starowiślna. Tam, gdzie łączy się z ul. św. Gertrudy Westerplatte, wznosi się Poczta Główna i Pałac Prasy, ongiś siedziba opiniotwórczego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, upamiętnionego nieco zakrzywioną tablicą. Fakt, że w czasie wojny „Ikaca” zastąpił w tym budynku „Goniec Krakowski” vel „Podogoniec”, został taktownie przemilczany.

Na Starowiślnej podziwiałem także Pałac Pugetów, gdzie byłem przed laty na spotkaniach autorskich z Aleksandrą Marininą i Borysem Akuninem. W kazimierskiej części biegu tej ulicy zjadłem pożywną pitcę i wypatrzyłem podobiznę Wincentego Witosa.

Na dogłębne zwiedzanie Kazimierza nie starczyło mi czasu i wpadłem tam tylko jak po ogień. Przede wszystkim, przy ul. Berka Joselewicza, odnalazłem nieznaną mi dotąd tablicę pamiątkową na cześć słynnego żydowskiego autora piosenek, Mordechaja Gebirtiga.

Z całą pewnością nie było natomiast przy ul. Koletek (czy jak mawiają w Krakowie – „na Koletku”) poprzednim razem muralu upamiętniającego Andrzeja „Püdla” Bieniasza. Nasuwa się pytanie: kiedy jakiś mural na cześć Piotra Marka?

Düpą wiecznie żyje i króluje w podziemiu
      Wyjazd był bardzo udany, chociaż wielu rzeczy mi jeszcze brakowało: i Hali Targowej, i spaceru ul. Długą, i Podgórza, a przede wszystkim marzę o zwiedzeniu kiedyś Cmentarza Rakowickiego.




piątek, 1 listopada 2024

Zaduszki rockowe 2024

Jak co roku, postanowiłem uczcić tu artystów rockowych (względnie jazzowych) zmarłych w przeciągu ostatnich 12 miesięcy. Ograniczam się tylko do tych, których nagrania mam w swojej płytotece

 

19 listopada 2023 r. zmarł Marek Ałaszewski, znany przede wszystkim jako lider (gitarzysta i wokalista) zespołu Klan, który w latach siedemdziesiątych zaproponował polskim słuchaczom prekursorski concept album Mrowisko oraz kilka intrygujących piosenek, jak Z brzytwą na poziomki. Klan reaktywował się kilka razy po 1989 r., ale jego późniejsze poczynania nie spotkały się z większym zainteresowaniem publiczności. Poza muzyką Ałaszewski trudnił się malarstwem.

 


30 listopada zmarł Shane McGowan, rockandrollowe wcielenie archetypicznego irlandzkiego pijaka (dość powiedzieć, że wybił sobie przednie zęby, gdy jako pasażer w stanie nietrzeźwym spadł z motocykla). Do sławy doszedł jako wokalista grupy punkfolkowej The Pogues, a kiedy z niej odszedł, założył własną The Popes. Występował też gościnnie u szeregu wykonawców, od Nicka Cave’a po pagan-metalowy Cruachan. Tragicznie zmarły drugi syn Sinéad O’Connor właśnie po nim otrzymał imię. 


5 grudnia odszedł Denny Laine, współzałożyciel zespołu The Moody Blues. Śpiewał w nim i grał na gitarze, ale tylko w pierwszym okresie działalności grupy, kiedy birminghamczycy wykonywali bardziej standardowego rhythm and bluesa. Po pierwszej płycie zaszła zmiana, kiedy rolę lidera przejął po nim Justin Hayward – wówczas to grupa ruszyła w stronę Białego atłasu i podobnych romantycznych klimatów. Laine natomiast dołączył do Paula i Lindy McCartneyów jako trzeci stały członek grupy Wings. 


Prawie pół roku później, 24 kwietnia 2024 r., zmarł inny z członków The Moody Blues - Mike Pinder. On występował zarówno w okresie rhythmanbluesowym, jak i romantycznym, aż do 1978 r., kiedy zastąpił go Patrick Moraz. Wziął również udział w reaktywacji zespołu w latach 90. To on obsługiwał tak charakterystyczny dla brzmienia Moodys melotron. Do bardziej znanych utworów skomponowanych i zaśpiewanych przez Pindera należał popularny Melancholy Man oraz mój ulubiony fragment albumu Seventh SojournWhen You’re a Free Man.

 


2 lutego 2024 r. zmarł Wayne Kramer, gitarzysta znany przede wszystkim z detroickiej kapeli MC5, grającej na początku lat 70. hałaśliwego, garażowego rocka, w jakim upatrywano później pierwocin punku. Później siedział w więzieniu, występował w grupie Was (Not Was), a także nagrywał albumy solowe.

9 maja zmarł z kolei perkusista Dennis Thompson, ostatni z członków MC5.

11 lutego zmarł Damo Suzuki, który zapisał się w historii rocka jako członek awangardowej grupy Can. Po odejściu z zespołu pierwszego wokalisty, czarnego Amerykanina Malcolma Mooneya, Niemcy odnaleźli nastoletniego Japończyka grającego na ulicy. Suzuki niezbyt pewnie władał językiem angielskim, więc celowo śpiewał mamrotliwie, żeby zamaskować akcent. Potęgowało to w muzyce Can pierwiastek dziwności. Po odejściu z zespołu został świadkiem Jehowy, ale nie został długo w „organizacji”. 


10 marca zmarł Karl Wallinger, basista The Waterboys, a później lider zespołu The World Party. Współpracował również z Żanetą O’Connor.


Tydzień później odszedł Antoni Krupa, znany krakowski gitarzysta jazzowy. W swojej karierze współpracował m.in. z Markiem Grechutą. Z czasów studenckich pamiętam go z Radia Kraków, gdzie prowadził „Alternatywną Listę Przebojów” z repertuarem bluesowo-jazzowo-balladowym.

 

29 marca zmarł Gerry Conway, perkusista związany z brytyjską sceną folkrockową. W latach 70. grał m.in. w Steeleye Span, Fotheringay i u Ala Stewarta. W następnej dekadzie został zaangażowany przez Jethro Tull, grając na albumie Broadsword and the Beast – jednym z moich ulubionych, chociaż powszechnie uważanym za jeden z najsłabszych. Potem dołączył do Fairport Convention, wykonując transfer w przeciwnym kierunku niż kilku innych muzyków z Dave’em Peggiem na czele. Miał też powiązania z Pentangle, i to osobiste, jako mąż Jacqui McShee. Nie należy go mylić z amerykańskim autorem komiksów o tym samym nazwisku. 

Conwaya za bardzo nie widać, ale to podobno on tam bębni

18 kwietnia zmarł Dickey Betts, gitarzysta i współzałożyciel The Allman Brothers Band. W duecie z Duane’em Allmanem odróżniał się tym, że konwencjonalnie przyciskał struny palcami. Wydaje się też, że to on z całej grupy był największym miłośnikiem country i w takiej też konwencji wnosił własne utwory. Członkiem zespołu pozostawał aż do 2000, kiedy to rozstał się z kolegami w niezgodzie na tle nałogów. Po jego śmierci ostatnim żyjącym członkiem pierwszego składu Allmanów pozostaje perkusista Jaimoe. Natomiast syn Dickeya, Duane Betts, gra w zespole drugiego pokolenia – The Allman Betts Band, wraz z synami Gregga Allmana i Berry’ego Oakleya.

 


1 maja zmarł Richard Tandy, klawiszowiec Electric Light Orchestry. Jego bogate instrumentarium, a szczególnie syntezatory, były integralną częścią brzmienia grupy.

 


6 maja zmarł Jacek Zieliński, wokalista zespołu Skaldowie, brat lidera Andrzeja Zielińskiego. Grywał też okazjonalnie na trąbce i skrzypcach. O znaczeniu Skaldów dla polskiej muzyki rozrywkowej już kiedyś pisałem, dość powiedzieć, że był to bodaj pierwszy zespół bigbitowy zdradzający szersze ambicje artystyczne, aż po jakimś czasie stał się ró1)wnież polskim pionierem rocka progresywnego. W latach 90. Jacek Zieliński przez jakiś czas był liderem reaktywowanych Skaldów, gdy jego brat siedział w USA. 


Dzień później zmarł Jan „Ptaszyn” Wróblewski. Podobnie jak Krupa, był on weteranem jazzu – tyle że saksofonistą – i prezenterem autorskich audycji jazzowych, jednak na skalę ogólnopolską („Trzy kwadranse jazzu” w Trójce).

 

7 lipca odszedł Tadeusz Woźniak, zwany „polskim Dylanem” albo, bardziej trafnie, „polskim Donovanem”. W początkach kariery współpracował jako gitarzysta z grupą Anawa, ale sławę zdobył przebojem Zegarmistrz światła z kontrowersyjnym tekstem o śmierci, który wykonywali później autorzy od Kulcich po Closterkeller. W dzieciństwie do moich ulubionych płyt należało słuchowisko Lato muminków z napisanymi przez niego piosenkami. Byłem też w częstochowskim teatrze na Fauście Goethego z muzyką Woźniaka, a samego artystę widziałem raz w Katowicach na dyktandzie ogólnopolskim. 


22 lipca zmarł w wieku 90 lat John Mayall, postać o wpływie porównywalnym z Beatlesami. Ten wokalista i harmonijkarz był w latach 60. czołowym twórcą brytyjskiego bluesa, a przez to także rocka. Jego zespół, The Bluesbreakers, okazał się wtedy prawdziwą kuźnią talentów: zaczynali w nim karierę tacy muzycy jak gitarzyści Eric Clapton, Peter Green i Mick Taylor, basiści John McVie i Jack Bruce, perkusiści Jon Hiseman, Mick Fleetwood, Aynsley Dunbar i Keef Hartley oraz masa innych, którzy później stali się znani z innych zespołów. Bywał kilka razy w Polsce – widziałem jego występ transmitowany w telewizji w 1998. Można go też zobaczyć przez chwilę w filmie Krzysztofa Rogulskiego Wielka majówka z 1982.

 


5 września zmarł basista Herbie Flowers, ceniony brytyjski muzyk sesyjny. Znany był ze współpracy z Davidem Bowie czy Lou Reedem (na płycie Transformer grał również na tubie).

 

18 września zmarł Felicjan Andrzejczak, który dramatycznie zachrypniętym głosem zaśpiewał jeden z największych przebojów Budki Suflera – Jolka, Jolka… (znam Białorusina, który w dzieciństwie myślał, że to piosenka o choince). Wraz z Budką nagrał także żałobny Czas ołowiu i przeróbkę Eloy – Noc komety. Jego dłuższą współpracę z grupą udaremnił powrót do niej Krzysztofa Cugowskiego. Potem Andrzejczak występował jako solista – nagrał m.in. piosenki do filmu Janusza Kidawy Pan Samochodzik i niesamowity dwór, w tym sławetny Ekscentryczny dans. Od lat 90. współpracował dorywczo z Suflerami – można go usłyszeć na koncercie jubileuszowym z Sopotu (Budka w Operze) i nagraniach z Carnegie Hall, a także jako jednego z trzech wokalistów w przeboju Piąty bieg. Pełnowymiarową płytę nagrał z Budką dopiero pod koniec jej istnienia – ukazała się jesienią 2020, kiedy nie żył już od paru miesięcy Romuald Lipko. 


Tego samego dnia zmarł amerykański wokalista i gitarzysta greckiego pochodzenia Nick Gravenites, który w mojej płytotece pojawia się jako główny głos formacji The Electric Flag.

 

21 października zmarł Paul Di’Anno, wokalista, z którym grupa Iron Maiden nagrała swoje dwie pierwsze płyty. W zestawieniu z kolegami sprawiał raczej wrażenie punkowca (miał nawet krótkie włosy) i wprowadzał pierwiastek robociarsko-chuligański, nieźle kontrastujący z bardziej epicko-artystowskimi ambicjami Steve’a Harrisa. Po odejściu z zespołu występował pod różnymi szyldami (Di’Anno, Gogmagog, Paul Di’Anno’s Battlezone, Killers – nie mylić z The Killers), ale jakoś nie mógł się przebić z premierowym repertuarem i do końca życia koncertował głównie z utworami nagranymi w czasach Iron Maiden.