poniedziałek, 12 stycznia 2026

Masza i Niedźwiedź w jednej osobie, czyli płyty od Mikołaja i Gwiazdora oraz podsumowanie muzyczne 2025

 

Pod koniec roku znowu rzucili świeży towar na Faradaguła, w tym całkiem sporo interesujących płyt za 5 zł. Co prawda niektóre ciekawe tytuły okazały się tak porysowane, że musiałem z nich zrezygnować, ale i tak żniwa świąteczne wypadły bardzo owocnie. Do tego stopnia, że część albumów odłożyłem sobie jeszcze na styczeń i zostaną omówione następną razą. Prócz tego dwie płyty jednego zespołu (rosyjskiego) kupiłem od znajomego artysty plastyka.

Podsumowanie roczne znajdzie się tym razem na końcu notki.

  

Sheryl Crow, Tuesday Night Music Club, 1993

Już debiutancką płytą Sheryl Crow podbiła listy przebojów, chociaż nie towarzyszyli jej jeszcze muzycy uznani międzynarodowo, lecz grupa znajomych, którzy – zgodnie z tytułem – zbierali się co wtorek, żeby razem grać i komponować. Niektórzy faktycznie byli już znani – jak gitarzysta David Baerwald i basista David Ricketts, tworzący swoją drogą duet David + David – ale raczej w kontekście amerykańskim.

Na płycie panuje konwencja poprockowa wywiedziona z rocka alternatywnego, z domieszką folkową. Gdzieniegdzie pojawiają się brzmienia ciut nowocześniejsze: funkowaty Solidify i jakby orientalny The Na-Na Song  z jednostajnym skandowaniem. Znalazło się też miejsce na trochę sennego jazzu w postaci We Do What We Can, gdzie nastrój budują fortepian, sucho brzmiące – jakby sztuczne – brzmienie perkusji oraz trąbka w tle.

Z albumu wykrojono sześć singli. Znalazły się wśród nich bluesująca, fortepianowo-organowa ballada Run Baby Run i akustyczny folk Strong Enough (z kontrabasem). No i oczywiście countrowaty All I Wanna Do, największy przebój Crow, który na pewno znałem przedtem z radia. Względnie najbardziej rockowy element stanowi Can’t Cry Anymore z gitarowym motywem wiodącym. We What I Can Do for You perkusja jest prawdziwa, ale jej uporczywy beat do tego stopnia zdominował brzmienie, że można by ją wziąć za automat; zwracają też uwagę partie gitary slide i Crow śpiewająca w chórku sama ze sobą. Z całej szóstki najbardziej przypadło mi do gustu Leaving Las Vegas, chociaż utwór ten doprowadził do rozpadu pierwotnego zespołu – artystka inspirowała się powieścią pod tym samym tytułem Johna O’Briena, który był przyjacielem Baerwalda, a w telewizyjnym wywiadzie powiedziała, że piosenka jest autobiograficzna, co gitarzystę bardzo zdenerwowało. 


Omega, XI, 1982

Na początku lat 80. muzyka rockowa ulegała czarowi syntezatorów. Zjawisko to nie ominęło i Węgier. Jedenasta płyta najsłynniejszego tamtejszego zespołu – którą miałem dotąd na wynylu – zawiera wiele elektronicznych brzmień i motywy z sekwencera, jakie pasowałyby do Tangerine Dream czy innego Kraftwerku. Nie zdominowały jednak zasadniczo stylu zespołu, nie do końca zagłuszyły gitary: ostateczny efekt przypomina późniejsze o kilka lat nagrania Budki Suflera.

Płytę otwiera Ajánlott útvonal – choć rozpędzony, to z syntetycznym motywem przewodnim. Ostry, obsesyjnie szarpany riff Kenyér és információ kontrastuje z bzyczącą melodią syntezatora, która pełni funkcję refrenu bez słów. Podobnie zbudowany jest Kötéltánc, przy czym ciekawszy: zwrotka w średnim tempie i bardziej czadowy refren.

Z utworów zawierających więcej elektroniki mój ulubiony jest Alvajáró w niepokojącym średnim tempie, rozpoczęty werblami. Syntetyczny motyw niesie też kończący pierwszą stronę Téli vadászat oraz finał całego albumu A hatalom színháza – przy czym w tym ostatnim sporą rolę odgrywa jednak solówka gitary.

Mocny punkt stanowi ballada Három csendes nap w rozleniwionej konwencji wczesnego Pink Floyd. Nie ma natomiast czegoś, co zadowoliłoby niewęgierskich słuchaczy, z całego dorobku Omegi znających jedynie Perłowłosą. Za to jeśli ktoś ma trochę większy wgląd we wczesne płyty zespołu, to podobne klimata – pomijając wszechobecne syntezatory – znajdzie w Az utolsó óra, nastrojowym utworze z dynamicznym refrenem. Najmniej ciekawie wypada Szemközt a rózsaszínnel, dość rozlazły pomimo okazjonalnych przyspieszeń – pamiętam z niego głównie partię zaśpiewaną głosem zniekształconym przez wokoder.

W ramach bonusu płyta zawiera cztery utwory w wersjach koncertowych – Ajánlott útvonal przykładem, że na żywo zespół grał bardziej czadowo (czytaj: gitarowo) niż w studio. 

 

Arkona, Jaw’, 2014

W międzyczasie trafiłem pod skrzydła państwowej ochrony zdrowia. Aby jakoś odreagować pobyt w placówce, z puli świątecznej wydobyłem kupiony od artysty plastyka album zespołu paganmetalowego.

 Czym właściwie jest pagan metal? Najprościej powiedzieć, że metalem eksplorującym wątki wierzeń pogańskich, często wręcz odlewanym przez różnej maści rodzimowierców. Ale na taką definicję to i wczesny Behemoth by się łapał. Pod względem muzycznym definiuję pagan metal jako ostrzejszą wersję folk metalu, wykorzystującą środki ekspresji typowe dla metalu ekstremalnego. Z jednej strony mamy więc na płytach Arkony ludowe melodie i takie instrumenty jak akordeon, bałałajka, dudy, fujarki czy inksze szałamaje. Z drugiej – ostre gitary, perkusyjne blasty, a przede wszystkim wokalny ryk. W przypadku Arkony odpowiada za niego Masza „Scream” Archipowa – raz zaśpiewa zwiewnie jak rusałka spode brzozy, raz wydaje przerażające ryki godne samego Michaiła Potapycza, raz szepce złowieszczo, a za sprawą nakładek wokalnych głosy te się przeplatają. Zespół ma też w składzie klawiszowca, który zwykle wpuszcza trochę syntezatorowej mgły, ale np. Czado indigo rozpoczyna klasycznie brzmiącym fortepianowym intrem.

Płyty słucha się trochę jako jednego, ciągłego słuchowiska muzycznego, tym bardziej, że utwory omijają typowy schemat zwrotkowo-refrenowy. Biorąc pod uwagę, że większość przekracza granicę 5 minut, a kulminacyjny dla płyty utwór tytułowy przekracza nawet 13, to ogólne wrażenie można by porównać do wściekłego wichru targającego puszczę. Bardziej przystępna pod względem strukturalnym jest Serbia, co bynajmniej nie znaczy, że najciekawsza. Mnie najbardziej spodobała się Wied’ma – duet Maszy z Thomasem Väänänenem, byłym wokalistą szwedzkiej grupy Thyrfing. Z Finlandii przyjechał za to skrzypek Olli Vänskä z zespołu Turisas, którego słychać w kompozycji Zow pustych dieriewień. Za pozostałe partie skrzypiec na albumie odpowiada charkowianin Master Alafern, członek kilku kapel, których nazwy nic mi nie mówią. Palety gości dopełnia jeszcze dziecięcy głos w Czado indigo.

Jest to płyta z pewnością epicka, lecz brakuje mi tu prostszych i bardziej przebojowych utworów w rodzaju Jariły. 


 

Sheryl Crow, Sheryl Crow, 1995

Mikołajus przyniósł pierwszą płytę tej wokalistki, Gwiazdor drugą. Trzecią już miałem dawniej. David Bottrill, w okresie debiutu główny współpracownik artystki, zszedł tu na dalszy plan (poza tym rozpadła się jej relacja z dawnym zespołem), natomiast pod większością piosenek podpisany jest jako współautor gitarzysta Jeff Trott.

W dalszym ciągu jest to alternatywne granie sięgające do amerykańskiej tradycji muzycznej, ale już lepiej wyprodukowane. Zarówno gitary, jak i instrumenty klawiszowe (Hammond, fortepian elektryczny) brzmią soczyście i generalnie dużo lepiej się słucha niż debiutu. Chyba że ktoś ma uczulenie na wysokie żeńskie głosy, w takim razie powinien unikać refrenu If It Makes You Happy, gdzie Crow wchodzi na wyższe obroty.

Nie należy się spodziewać czadu, ale sporo jest mocnego brzmienia, przykładowo w otwieraczu Maybe Angels z ciężkim rytmem. Dość zadziornie brzmią single A Change oraz zagęszczony perkusyjnie Everyday Is a Winding Road. W tym drugim jakoby w tle śpiewa Neil Finn, lider Crowded House, ale za bardzo go nie słychać. W dość dynamicznym, napędzanym przez fortepian Love Is a Good Thing Sheryl Crow wydaje z siebie nawet w pewnym momencie, może stłumiony, ale jednak wrzask. Sweet Rosalyn to dla odmiany leniwe tempo, zwrotka na pograniczu skandowania, chaotyczne solo techniką slide i dobywające się z głębi pomruki saksofonu barytonowego. Superstar opiera się na riffie kaczkowanej gitary. Ordinary Woman to wprawdzie ballada, ale przyozdobiona szorstką solówką. Zaś finałowy Free Man ma szybkie tempo i najwięcej gitarowego brudu, tyle że sam głos wokalistki łagodzi efekt.

Spokojniejsze utwory mniej zapadają w pamięć. W The Book pojawia się sekcja dęta, smyczkowa i perkusista Jim Keltner (znany sesyjny, przyjaciel Charliego Wattsa), ale sama kompozycja się od tego ciekawsza nie robi. Wyjątek stanowi Redemption Day z folkową partią gitary akustycznej, wymierzony w obojętność Ameryki wobec wojny w Bośni. Zaangażowany społecznie jest też mój ulubiony, najbardziej tu melodyjny Hard to Make a Stand – countrowata wypowiedź w przedmiocie aborcji i dlatego kontrowersyjna w USA; słusznie jednak ukazała się na singlu.  

 

Eels, Beautiful Freak, 1996 

Debiutancka płyta projektu artysty zwanego E przyciąga uwagę już okładką, na której widnieje dziewczynka o nienaturalnie wielkich oczach. W książeczce jest podobnie spreparowane zdjęcie całego zespołu, a na dysku – kota. Album z początku wydawał mi się pod względem aranżacji mniej „barokowy”, a bardziej zbliżony do normy rocka alternatywnego – to znaczy bardziej gitarowy – niż omówiona już na tym blogu Daisies of the Galaxy. Mimo wszystko jednak już występuje znajomy neurotyczny nastrój, a po kilku przesłuchaniach okazuje się, że jednak aranżacje też są zróżnicowane. Weźmy chociaż często się przewijający fortepian elektryczny.

Podstawowym narzędziem E jest jednak gitara. Otwierający Novocaine for the Soul robi dobre wrażenie ze swoimi solidnymi kontrastami dynamicznymi. W Rags to Rags ton nadaje przybrudzona ściana dźwięku, zalatująca aż hen niektórymi spokojniejszymi utworami Smashing Pumpkins. Czadu klasycznego nie ma, ale jest gęsty sos ze sprzężeń. Miłośnikom basu wypada polecić przedostatni Lucky Day in Hell.

Z bardziej nastrojowej części repertuaru – nie, „spokojniejszej”, bo przecież cała płyta jest nastrojowa – zapada w pamięć głównie tytułowy Beautiful Freak, wzbogacony partią harmonijki Guest List, a także Flower z udziałem chóru – kto wie, czy nie proweniencji klawiszowej, bo w opisie brak o nim informacji. Susan’s House ma senny nastrój, który tworzą kontrabas, perkusyjne loopy, coś jakby melotron oraz melorecytacja E przez słuchawkę telefoniczną. Zresztą nastrojowość i melancholia nie muszą się wykluczać z hałasem, o czym świadczy Not Ready Yet. 


 

Tadeusz Nalepa, To mój blues, 1989

Jest to dwupłytowa kompilacja różnych utworów nagranych przez Nalepę na przestrzeni kilku lat, z różnymi składami. Debiutuje tu Piotr Nalepa, chłopiec z okładki płyty Blues, akompaniując ojcu to jako gitarzysta rytmiczny, to jako basista. Druga żona Tadeusza Nalepy, Grażyna Dramowicz, udziela się wokalnie, ale nie ściąga szczególnie uwagi.

Dwa utwory – tytułowy i Musisz walczyć, musisz wierzyć – ocalono z zatrzymanego przez cenzurę Pożegnalnego cyrku, wspólnej płyty z Izabelą Trojanowską, chociaż one akurat nie zawierają Trojanowskiej głosu. Hołd natomiast to odrzut z albumu Numero uno, gdzie artyście akompaniował Dżem – bez Riedla i Adama Otręby, za to z Markiem Kapłonem na perkusji. W kilku innych utworach gra organista Rafał Rękosiewicz, później także współpracownik Dżemu.

Cóż można więcej powiedzieć o zawartości albumu, który nosi tytuł To mój blues i który nagrał Tadeusz Nalepa? Jest to blues, tylko tyle i aż tyle. Spółce autorskiej Nalepy i Bogdana Loebla zasadniczo obca była hedonistyczno-erotyczna odmiana tego gatunku, są to więc bluesy refleksyjne i zadumane, a czasami wręcz ponure, i właśnie te raczej balladowe utwory najbardziej zapadają w pamięć. Weźmy więzienny Nie żałuj mnie, z melorecytacją, solennym brzmieniem organów Hammonda oraz harmonijką (akcent zagraniczny w osobie Ondřeja Konráda, znanego z grupy Pražský výběr). Klasykom Breakoutu dorównuje przede wszystkim ośmiominutowy Dbaj o miłość, gdzie gitarowy duet z Nalepą współtworzy inny klasyk polskiego bluesa – Leszek Cichoński, znany bardziej jako inicjator Gitarowego Rekordu Guinnessa we Wrocławiu. Warto też wspomnieć o nieco głośniejszych Zasadach gry z udziałem Stanisława Sojki na organach i Andrzeja Nowaka na gitarze (drugi tu obok Kapłona były członek TSA).

Nawet żwawsze fragmenty brzmią refleksyjnie, głównie za sprawą śpiewu. Przykładem Święty boże nie pomoże czy Już wstał twój dzień (kolejne wykorzystanie motywu „przesłanie ojca dla syna”). Nauczyłem się niewiary, kolejny efekt sesji z Nowakiem i Sojką, również jest motoryczny, ale za to z gorzkim tekstem. Drugi z ośmiominutowców – Jedź ostrożnie, nie popędzaj kół – jest dość pogodny, ale też robi mniejsze wrażenie. Za to przynajmniej solówki organowe i gitarowe absorbują. Z bardziej witalnej części repertuaru najbardziej mi się podobało Dzieło twoich rąk, kolejny utwór z udziałem Konráda (w sumie są cztery i wszystkie poza Nie żałuj mnie jadą mocno do przodu). Jeśli zaś chodzi o instrumenty dmuchane, to w Więc bądź sporą rolę odgrywa saksofon, a w Nie takich ludzi znałeś tylko gra solówkę, ale za to Nalepa junior nieźle dudni na basie. Na najbardziej nowoczesny utwór zakrawa tytułowy – i ostatni – To mój blues z modnym w latach osiemdziesiątych akompaniamentem w rytmie reggae.

Wnętrze okładki zawiera zarówno reprodukcje szaty graficznej wydania winylowego (autorstwa Marka Karewicza), jak i opis utworów zrobiony od nowa (z większą czcionką). Da się zauważyć, że długości utworów w jednym i w drugim przypadku się nie zgadzają. Jest też informacja, że Zasady gry i Nauczyłem się niewiary nagrano na zlecenie P.Z. MERIMPEX. Najwyraźniej chodzi o firmę polonijną, z którą wiązała się później jakaś afera finansowa. 


 

Fleetwood Mac, Then Play On, 1969

Zanim Fleetwood Mac stał się dostarczycielem hitów o dwóch głosach żeńskich i jednym męskim, był zespołem bluesrockowym, na którego czele stał utalentowany Peter Green. Łącznik pomiędzy obydwoma wcieleniami grupy stanowiła sekcja rytmiczna, od której pochodzi nazwa: perkusista Mick Fleetwood i basista John McVie. Nawiasem mówiąc, ten ostatni na etapie Then Play On już był żonaty z pianistką Christine z domu Perfect, która w przyszłości miała się stać jedną z trzech głów smoka imieniem Fleetwood Mac. Na razie była tylko współpracownicą. By dopełnić spraw personalnych: dołączył gitarzysta Danny Kirwan, a znany z poprzednich płyt Jeremy Spencer był już na wylocie i chociaż figurował w składzie, to wkład w płytę miał szczątkowy.

Zespół wychodzi poza paradygmat czysto bluesrockowy, kierując się na psychodeliczne łąki. Słychać to już w początkowym Coming Your Way, gdzie blues wspiera się na gęsto poklepywanych kongach, przywodzących na myśl Santanę (a czyjąż kompozycją była Black Magic Woman?) Mgliście latynoamerykańskie skojarzenia budzi poza tym balladowy Although the Sun Is Shining. Z kolei When You Say odbiega w stronę folkową. Nastrojowe instrumentale Under Way i My Dream także lokują się dość daleko od bluesa, a blisko wcześniejszego przeboju Albatross czy nawet gitarowych szlagierów The Shadows. Z całej płyty najbardziej zapamiętuje się potężne, spogłosowane brzmienie, w którym bębny brzmią jak cała orkiestra. Słychać je w Closing My Eyes i finałowym Before the Beginning.

Na płycie są też co prawda i bluesy bardziej standardowe. Konserwatywnie brzmi Like Crying oraz dynamiczne Fighting for Madge i Searching for Madge, właściwie dwa fragmenty wycięte z dłuższego jamu. Dociążony jest One Sunny Day i jeszcze cięższy (a do tego sprośny) Rattlesnake Shake. Pojawia się też przepełniony smutkiem lament Without You – na takich utworach wykuwał się Breakout – a na drugim końcu skali akustyczny Show-Biz Blues ze strojem otwartym, solówką slide i rytmem wybijanym na tamburynie.

Na Then Play On właściwie nie było wielkich przebojów. Ukazały się na singlach i zostały pominięte na albumie, dołączone jednak do reedycji jako bonusy. Przede wszystkim dwuczęściowy Oh Well: w pierwszej części dynamiczna, niemal hardrockowa jazda (patent ze śpiewem a cappella na przemian z riffem ściągnęli Zeppelini w Black Dog), po czym następuje część nastrojowa i monumentalna, rozlega się zawodzenie fletu, a wspomniane wyżej potężne brzmienie właśnie tu znajduje kulminację: być może zaangażowano tu orkiestrę, a już na pewno słychać kotły). Kolejnym bonusem jest The Green Manalishi (with a Two-Pronged Crown), którego ognistą heavymetalową wersję po latach przedstawił Judas Priest. Oryginał jest mniej motoryczny, za to dynamiką rzuca jak szatan. Po czymś takim ostatni z bonusów, shadowsowaty instrumental World in Harmony (strona B singla), już robi mniejsze wrażenie. 


 

No Doubt, Tragic Kingdom, 1995

Wreszcie wpadła w moje ręce jedna z najpopularniejszych płyt lat dziewięćdziesiątych. Jeszcze kiedy byłem w liceum, rozchodziły się wzbudzone przez nią kręgi, a wokalistka Gwen Stefani, sprawnie wykorzystując wizerunek stereotypowej słodkiej blondynki o wysokim, nieco owczym głosie (czasem nawet wydawała się channelować Debbie Harry – i to chociaż podobno jest z natury brunetką), dołączyła do grona symboli dekady. Największy hit grupy, ballada Don’t Speak, wydawał mi się jednak strasznie przesłodzon. Nawet fakt, że słuchała tego moja ówczesna sympatia, nie był w stanie wzbudzić u mnie przychylności dla tego zespołu. Sytuacja się zmieniła dopiero po latach, kiedy odważyłem się przesłuchać całe Tragic Kingdom.

Jeśli mowa o Don’t Speak – zainspirowaną rozpadem związku Stefani z basistą Tonym Kanalem – to nadal jest przesłodzona, ale przez lata pokryła się patyną nostalgii. Drugą balladę w zestawie stanowi The Climb – ale prawie siedem minut, panie, kto to zniesie. Za to pierwszy w ogóle z siedmiu singli, Just a Girl, ma charakter wręcz poppunkowy. No Doubt wywodziło się przecież z kalifornijskiej sceny ska i nagrało już dwie płyty, zanim nastąpiło przełamanie  na szczeblu strategicznym.

Najbardziej przypadł mi do gustu sam początek albumu. W Spiderwebs (kolejny singiel) dynamiczna punkowa jazda bez trzymanki przeplata się z rytmem reggae, na perkusji gra gościnnie Stephen Perkins, ex-Jane’s Addiction, a do tego dochodzą interwencje sekcji dętej. Excuse Me Mr. także jedzie ostro do przodu, a swingowe interludium oraz partie fortepianu pełnią funkcję urozmaicenia. W Just a Girl jest nim proste solo na syntezatorze, w Hey You (swoją drogą mniej ciekawym) – nienachalne brzmienie sitaru.

Z „regałów” najbardziej podobało mi się Different People. Dla odmiany Sixteen ma niezły groove, a otwierający je brudny riff (który powraca w refrenie, tyle że schowany w tle) i dysonansowa solówka gitary przywodzą na myśl Red Hot Chili Peppers. You Can Do It to z kolei stylizacja na disco-funk lat siedemdziesiątych. W tym utworze i jeszcze w kolejnym reggae World Go Round gra gościnnie silniejsza sekcja dęta niż stale współpracujący z zespołem trębacz i puzonista.

Należy dodać, że w tym okresie grał z zespołem brat Gwen, klawiszowiec Eric Stefani. 


 

Arkona, Goj, Rodie, goj, 2009

Wcześniejsza płyta Arkony podoba mi się dużo bardziej niż Jaw’. Po prostu dlatego, że utwory są bardziej zwarte i urozmaicone, melodie bardziej przyswajalne i pojawia się więcej elementów typowo folkowych. Oczywiście Masza „Scream” oprócz słowiańskich wokaliz potrafi groźnie ryknąć (czasem nawet w jednym i tym samym wersie), a gitarowo-perkusyjna nawałnica urywa się nieraz niespodziewanie, by ustąpić melodyjnej partii akordeonu – ale właśnie takie kontrasty stanowią o atrakcyjności tej muzyki. Podobnie patenty w postaci growlu na tle piszczałki (Niewidal’).

Rozpoczynający płytę utwór tytułowy wydaje się kwintesencją stylu Arkony, elementy folkowe z metalowymi przeplatają się i wynikają z siebie w sposób naturalny. Do tej samej kategorii można zaliczyć W cepiach driewniej tajny oraz Liki biessmiertnych bogow. Więcej blackowego klimatu (blasty perkusyjne itp.) zawierają Tropoju niewiedannoj i Koło Nawi. Najbardziej zaś epicki jest szesnastominutowy Na mojej ziemle: zawiera gościnne udziały członków różnych zespołów paganmetalowych z kilku różnych krajów; mówi mi coś wyłącznie łotewski Skyforger. Absolutne przeciwieństwo tegoż stanowi Jariło – tylko trzy minuty, skoczne tempo, mógłby być singlowym przebojem, gdyby taka muzyka była popularniejsza. Chwilę wyciszenia daje Kupalec – partie wokalne solowe i chóralne na tle bębna, dopiero potem wzmocnione gitarą, perkusją i bodajże dudami. Ale to tylko wytchnienie przed wielkim finałem – kolejną epicką folkmetalową kompozycją Arkona. Epilog stanowi podniosła pieśń Niebo chmuroje, tuczi mracznyje, rozpoczęta a cappella. Nie zawiera ryków, chociaż ostre gitary się jednak pojawiają, a ostatnie pięć minut to koda ze śpiewem ptaków i melodią zagraną na fujarce. 


 

T.Love, Pocisk miłości, 1991

Po wielu latach udało mi się zdobyć drugi pełnoprawny album zespołu Złygmunta Staszczyka, ale jakby pierwszy – Wychowanie było jeszcze dość niedowarzone. Przed Pociskiem miłości do grupy dołączył gitarzysta Jan Benedek, wielki fan Rolling Stonesów, i wpływy tej grupy słyszalne są na całym albumie. Po raz pierwszy zagrał też w składzie T.Love perkusista Jarek „Sidney” Polak – obaj zresztą w minionym roku odeszli z grupy (Benedek nawet po raz kolejny). Produkcją i miksowaniem płyty zajął się niejaki „Max R.B.”, w którym łatwo się domyślić Roberta Maksymiliana Brylewskiego. Były członek częstochowskiego składu T.Love, Janusz Knorowski, odpowiadał za „projekt grařczny” (zachowano pisownię oryginału).

Największym hitem z albumu stała się oczywiście Warszawa – hymn stołecznego patriotyzmu lokalnego (zdaje się, że nawet Żoliborz nie ma artyście specjalnie za złe epitetu, jakim został obdarzony). Muniek napisał tekst z tęsknoty za Warszawą, kiedy pracował na zmywaku w Londynie. W pewnym momencie rozbrzmiewa solo trąbki, ale przez wiele lat nie miałem pojęcia, że to sam Andrzej Przybielski, słynny jazzman, który kiedyś grał z Niemenem.

Na płycie dominują jednak dynamiczne, zadziorne utwory, w których wpływy rollingstonesowe łączą się z punk rockiem: Rewolucja, Pocisk miłości, Mad Love czy kolejne wspomnienie z emigracji – Dirty Streets of London (z brzydkimi słowami). Właśnie, druga połowa repertuaru została wykonana po angielsku, Złygmunt nie rozwinął więc jak należy tekściarskich skrzydeł, jednak muzycznie strona B wcale nie ustępuje polskojęzycznej stronie A. Jedynym niepotrzebnym utworem jest umieszczony na samym końcu Acid Mover, taneczny remiks piosenki Mover (ale to swoiste signum owego temporis – Kulci też wtedy mieli remiks Wódki). Trochę spokoju przynosi Sarah, ballada (po polsku) z klawiszami i śpiewem bliskim melorecytacji, oraz utrzymane w średnim tempie Na bruku, deklaracja optymizmu w obliczu bezrobocia. Do utworów podnoszących na duchu należy poza tym Make Love Not War, już z tych bardziej dynamicznych. Wygląda na to, że biorąc pod uwagę odsetek atrakcyjnych utworów, jest to płyta roku. 


 

A tera podsumowanie:

W roku ZOZS zdobyłem 71 albumów z muzyką, czyli średnio prawie 6 miesięcznie, a 1,36 tygodniowo. W porównaniu z zeszłym rokiem wynik wyraźnie zmalau – o 12 albumów, przy czym nadal i tak ledwo nadążałem z ich odsłuchiwaniem. Większość albumów (54 – 76%) pochodziła z drugiej ręki: 38 z nich, a więc 53%, kupiłem na targu staroci na Faradaguła (od trojga różnych sprzedawców), 5 (7%) – na giełdzie staroci w częstochowskim M1, 3 (4%) – w antykwariacie w Gdyni, po 2 (3%) w sklepie z używanymi płytami w Görlitz, na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku, przez internet oraz od częstochowskiego artysty plastyka. Płyt nowych było 17 (24%), z czego 8 (11%) kupionych w Empiku, 7 (10%) w internetach, 1 na Faradaguła oraz 1 w sklepie firmy Jimmy Jazz Records w Szczecinie. 3 (4%) miałem dawniej na kasetach, a jeszcze 1 (Omegę) na wynylu.

           Trzy wydawnictwa były dwupłytowe, z czego dla dwóch była to forma pierwotna, a trzecie było wydaniem zbiorczym dwóch albumów. Colosseum Live dawniej było dwupłytowe, a obecnie mieści się na jednym dysku. Zbiorczo wydane zostały Santana (5 sztuk) i Journey (3 sztuki) w tekturkach imitujących pomniejszone koperty longplayów.

           Posunąłem do przodu kompletowanie dyskografii Pink Floyd, Black Sabbath oraz Iron Maiden. 3 albumy trafiły do mojej kolekcji po ćwierćwieczu, odkąd usłyszałem ich fragmenty w Trójkowej audycji „Pół Perfekcyjnej Płyty”, i zbiegiem okoliczności wszystkie trzy kupiłem tego samego dnia.

            Przytłaczającą większość jak zwykle stanowią albumy studyjne – 68 (96%). Przy tym jeden (The Monkey’s Bum Patto) ukazał się dopiero po 20 latach od wydania, drugi (Złodzieje zapalniczek Pidżamy Porno) to remake całej płyty, trzeci (To mój blues Nalepy) stanowi składak różnych nagrań z kilku lat, a czwarty (21 KSU) to na nowo nagrane najpopularniejsze utwory danego wykonawcy. Były też dwie płyty koncertowe oraz dwupłytowy album koncertowo-studyjny (Ummagumma). Na 3 okładkach widniały czaszki, na tyluż – ikonografia średniowiecza. Z okładek najbardziej podobały mi się Three Friends Gentle Giant, Then Play On Fleetwood Mac i Jaw’ Arkony, natomiast na żaden szczególny bohomaz nie natrafiłem. A Momentary Lapse of Reason Floydów miało projekt okładki odmienny od oryginalnego.

10 albumów (14%) reprezentowało niewątpliwego hard rocka/metal, w tym 2 zaliczały się do odmian ekstremalnych, a 1 do zmetalizowanego gotyku. Jeszcze 8 zawierało formę pośrednią między hard rockiem a muzyką pop, z czego 7 określa się jako AOR. 3 albumy miały charakter  bluesrockowy. Sporo było za to rocka progresywnego: 8 albumów niewątpliwych i 2 z pogranicza (razem kolejne 14%). 3 płyty były jazzrockowe od strony rocka, 1 od strony jazzu. Punka, nową falę i resztę rocka alternatywnego reprezentowało łącznie 20 płyt (28%), z czego tylko 2 zaliczały się do britpopu, a grunge tym razem miał reprezentację jedynie w postaci rozwodnionej. Do folk rocka (w tym folk metalu) zaliczało się 5 płyt, a jeszcze jedna reprezentowała country rocka. Albumem najbardziej w bok był Boom Boom Raggattack – karaibska muzyka taneczna znad Wisły z kenijsko-nigeryjskim duetem wokalnym.

            Na wszystkich płytach znalazły się 854 utwory, w tym 71 bonusowych. Najwięcej liczyła 21 KSU, zawierająca tyle utworów, co w tytule. Najmniej, za to długich (6), znalazło się na Three Friends Gentle Giant. Największą grupę – aż 14 sztuk – tworzyły płyty zawierające po 11 utworów, a jedna z nich, zespołu Andy, nawet nosiła tytuł 11 piosenek. Najwięcej bonusów (9) zawierał Fireball Deep Purple.

Najdłuższym utworem był zapewne szesnastominutowy Na mojej ziemle Arkony. Największe nagromadzenie długich zawierało Live Colosseum – z siedmiu trzy przekraczały 10 minut, a żaden nie schodził poniżej 7. 29 tytułów utworów zawierało imiona, a 21 – nazwy miast.

Najstarszy był Mr. Tambourine Man The Byrds (1965), a najmłodszy – WALLS Kings of Leon (2016). Pod względem chronologicznym podział był dość równomierny: z lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i XXI wieku pochodziło po 17 sztuk (24%, przy czym Złodzieje zapalniczek liczeni są według daty pierwotnego wydania) na siedemdziesiąte przypadło niewiele mniej, bo 15 (21%), a tylko z lat sześćdziesiątych pochodziło 5 płyt (7%). Najbardziej reprezentowanym rokiem okazał się 1971, na który także przypadło 5 albumów.

Pod względem językowym jak zwykle dominował angielski – 57 płyt (80%). Z tej liczby 23 (32%) pochodziły z USA, przy czym 6 z nich zawierało elementy latynoskie. Wielka Brytania odpowiadała za 25 płyt (35%), ale jedna z nich została zaśpiewana całkowicie w języku szkockim. Ponadto 2 płyty anglojęzyczne pochodziły z Irlandii, 2 z Japonii, po jednej z Australii, Kanady i Danii, a 3 z Polski i na dwóch z nich znajdowały się także pojedyncze piosenki po polsku. Całkowicie w naszym języku ojczystym powstało albumów 7, co łącznie daje 10 polskich produkcji (14%). Na 2 słychać język niemiecki: jedna z nich pochodzi z Niemiec, nagrana została już po zjednoczeniu, ale przez grupę wywodzącą się z NRD, natomiast drugą stworzył duet Niemca i Finki z siedzibą w Szwajcarii. Oprócz tego 2 płyty powstały w języku rosyjskim (z pojedynczymi zwrotkami w kilku innych językach europejskich), po jednej w języku serbskim i węgierskim.

Z istotnym udziałem kobiet, głównie w roli wokalistek, powstało 16 płyt (22%). W nagrywaniu 10 wzięły udział rodzeństwa. No Doubt należy do obu grup.

Raczej nikomu nie mogę nadać tytułu twórcy roku, bo nikt aż tak bardzo go nie zdominował. Czysto liczebnie na pierwsze miejsce wysuwa się Carlos Santana – 5 płyt własnych oraz 3 założonego przez jego byłych współpracowników zespołu Journey. Poza tym żaden pojedynczy wykonawca nie przekroczył dwóch albumów. Także na 2 albumach wystąpiła gościnnie wiolonczelistka Suzie Katayama. Były też dwie płyty nagrane w rocznym odstępie przez dwa różne zespoły o tej samej nazwie: Samurai (jeden japoński, a drugi brytyjski; w dodatku ten drugi nagrał już wcześniej dwie płyty pod jeszcze inną nazwą). Wokalista brytyjskiego Samuraja, Dave Lawson, także wystąpił dwukrotnie, bo jeszcze w ramach zespołu Greenslade, a sam David Greenslade również z zespołem Colosseum.

 

            Pierwsza dwunastka:

·         T.Love Pocisk miłości

·         Omega XI

·         The Cars Heartbeat City

·         Bryan Adams Reckless

·         Milennium Vocanda

·         Weather Report Heavy Weather

·         The Black Keys Turn Blue

·         The Byrds Mr. Tambourine Man

·         Midnight Sun Midnight Sun

·         Cher Love Hurts

·         Alogia Priče o životu

·         Arkona Goj, Rodie, goj

 

Rozczarowaniem był przede wszystkim The X Factor Iron Maiden, niezbyt chętnie też wracałem do grupy Patto. Najbardziej niedocenione z perspektywy całego roku Country Life Roxy Music, The Love of Hopeless Causes New Model Army oraz Fireball Deep Purple. Jako joker/kurioz prezentuje się Boom Boom formacji Raggattack.

 

Najlepsze utwory:

·         The Rolling Stones Gimme Shelter

·         Journey Don’t Stop Believin’

·         Cher Save Up All Your Tears

·         The Cars You Might Think

·         KSU Po drugiej stronie drzwi

·         No Doubt Spiderwebs

·         Bryan Adams Summer of ‘69

·         Omega Kötéltánc

·         The Analogs Latarnia

·         The Black Keys Gotta Get Away

·         T.Love Dirty Streets of London

·         Weather Report Birdland

 

Poszukiwania streamingowe kontynuowały eksplorację lat 2001-2002 z ówczesnym „Tylko Rockiem” jako przewodnikiem, ale nie ograniczały się do tego. Głównym odkryciem był węgierski zespół punkowy Alvin és a Mókusok, z takimi utworami jak Most jön a bukfenc!, Kelet-európai szuperhős czy, za przeproszeniem, Kurva élet. Rozszerzałem też znajomość zespołu Tublatanka, a szczególnie piosenek: Môj starý dobrý kabat, Ja sa vratím oraz Volám ťa. Po około ćwierćwieczu w końcu odkryłem, kto śpiewał piosenkę Merry Christmas Emily, którą słyszałem ongiś w programie śp. Barbary Podmiotko w Trójce – był to zespół Cracker. Poza tym szczególnie podobały mi się Vienna Calling artysty zwanego Falco (dwie wersje – oryginalna i orkiestrowa), Upír z houslemí XIII. Století, a szczególnie w niektórych sytuacjach emocjonalnych – przeróbka Total Eclipse of the Heart, kompozycji Jima Steinmana, śpiewanej pierwotnie przez Bonnie Tyler, a tym razem – przez duet Doro Pesch i Roba Halforda (znajoma na widok miniaturki teledysku: „Dlaczego Terry Pratchett śpiewa z Marylą Rodowicz?”) Bardziej epicko mogłoby być już tylko wtedy, gdyby do aranżacji dodano dudy.

Osobliwością poznaną dzięki pewnej grupie na fejsie był zambijski zespół Ngozi Family – warto by było zapoznać się z nim bliżej, podobnie jak z całą sceną tzw. zamrocka.

Bezlitosny earworm: Mocz z najnowszej płyty zespołu Kury

Najbardziej obleśna piosenka: Zacier Kto mi dziecko zrobił, a „zaszczytne” drugie, trzecie i czwarte miejsce zajęły: Tymon & The Transistors – Królowie gówna (złośliwa parodia grupy Kombi), De Łindows – Janusz z ONR-u oraz Big Cyc – Ostry dyżur.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz