Pod koniec roku znowu
rzucili świeży towar na Faradaguła, w tym całkiem sporo interesujących płyt za
5 zł. Co prawda niektóre ciekawe tytuły okazały się tak porysowane, że musiałem
z nich zrezygnować, ale i tak żniwa świąteczne wypadły bardzo owocnie. Do tego stopnia,
że część albumów odłożyłem sobie jeszcze na styczeń i zostaną omówione następną
razą. Prócz tego dwie płyty jednego zespołu (rosyjskiego) kupiłem od znajomego
artysty plastyka.
Podsumowanie roczne znajdzie
się tym razem na końcu notki.
Sheryl
Crow, Tuesday Night Music Club, 1993
Już debiutancką płytą Sheryl
Crow podbiła listy przebojów, chociaż nie towarzyszyli jej jeszcze muzycy
uznani międzynarodowo, lecz grupa znajomych, którzy – zgodnie z tytułem –
zbierali się co wtorek, żeby razem grać i komponować. Niektórzy faktycznie byli
już znani – jak gitarzysta David Baerwald i basista David Ricketts, tworzący
swoją drogą duet David + David – ale raczej w kontekście amerykańskim.
Na płycie panuje konwencja
poprockowa wywiedziona z rocka alternatywnego, z domieszką folkową. Gdzieniegdzie
pojawiają się brzmienia ciut nowocześniejsze: funkowaty Solidify i jakby
orientalny The Na-Na Song z jednostajnym
skandowaniem. Znalazło się też miejsce na trochę sennego jazzu w postaci We
Do What We Can, gdzie nastrój budują fortepian, sucho brzmiące – jakby
sztuczne – brzmienie perkusji oraz trąbka w tle.
Z albumu wykrojono sześć singli. Znalazły się wśród nich bluesująca, fortepianowo-organowa ballada Run Baby Run i akustyczny folk Strong Enough (z kontrabasem). No i oczywiście countrowaty All I Wanna Do, największy przebój Crow, który na pewno znałem przedtem z radia. Względnie najbardziej rockowy element stanowi Can’t Cry Anymore z gitarowym motywem wiodącym. We What I Can Do for You perkusja jest prawdziwa, ale jej uporczywy beat do tego stopnia zdominował brzmienie, że można by ją wziąć za automat; zwracają też uwagę partie gitary slide i Crow śpiewająca w chórku sama ze sobą. Z całej szóstki najbardziej przypadło mi do gustu Leaving Las Vegas, chociaż utwór ten doprowadził do rozpadu pierwotnego zespołu – artystka inspirowała się powieścią pod tym samym tytułem Johna O’Briena, który był przyjacielem Baerwalda, a w telewizyjnym wywiadzie powiedziała, że piosenka jest autobiograficzna, co gitarzystę bardzo zdenerwowało.
Omega, XI, 1982
Na początku lat 80. muzyka
rockowa ulegała czarowi syntezatorów. Zjawisko to nie ominęło i Węgier. Jedenasta
płyta najsłynniejszego tamtejszego zespołu – którą miałem dotąd na wynylu –
zawiera wiele elektronicznych brzmień i motywy z sekwencera, jakie pasowałyby
do Tangerine Dream czy innego Kraftwerku. Nie zdominowały jednak zasadniczo
stylu zespołu, nie do końca zagłuszyły gitary: ostateczny efekt przypomina
późniejsze o kilka lat nagrania Budki Suflera.
Płytę otwiera Ajánlott
útvonal – choć rozpędzony, to z syntetycznym motywem przewodnim. Ostry,
obsesyjnie szarpany riff Kenyér és információ kontrastuje z bzyczącą
melodią syntezatora, która pełni funkcję refrenu bez słów. Podobnie zbudowany
jest Kötéltánc, przy czym ciekawszy: zwrotka w średnim tempie i bardziej
czadowy refren.
Z utworów zawierających
więcej elektroniki mój ulubiony jest Alvajáró w niepokojącym średnim
tempie, rozpoczęty werblami. Syntetyczny motyw niesie też kończący pierwszą
stronę Téli vadászat oraz finał całego albumu A hatalom színháza – przy
czym w tym ostatnim sporą rolę odgrywa jednak solówka gitary.
Mocny punkt stanowi ballada Három
csendes nap w rozleniwionej konwencji wczesnego Pink Floyd. Nie ma
natomiast czegoś, co zadowoliłoby niewęgierskich słuchaczy, z całego dorobku
Omegi znających jedynie Perłowłosą. Za to jeśli ktoś ma trochę większy
wgląd we wczesne płyty zespołu, to podobne klimata – pomijając wszechobecne
syntezatory – znajdzie w Az utolsó óra, nastrojowym utworze z
dynamicznym refrenem. Najmniej ciekawie wypada Szemközt a rózsaszínnel,
dość rozlazły pomimo okazjonalnych przyspieszeń – pamiętam z niego głównie
partię zaśpiewaną głosem zniekształconym przez wokoder.
W ramach bonusu płyta zawiera cztery utwory w wersjach koncertowych – Ajánlott útvonal przykładem, że na żywo zespół grał bardziej czadowo (czytaj: gitarowo) niż w studio.
Arkona, Jaw’, 2014
W międzyczasie trafiłem pod
skrzydła państwowej ochrony zdrowia. Aby jakoś odreagować pobyt w placówce, z
puli świątecznej wydobyłem kupiony od artysty plastyka album zespołu
paganmetalowego.
Czym właściwie jest pagan metal? Najprościej
powiedzieć, że metalem eksplorującym wątki wierzeń pogańskich, często wręcz
odlewanym przez różnej maści rodzimowierców. Ale na taką definicję to i wczesny
Behemoth by się łapał. Pod względem muzycznym definiuję pagan metal jako ostrzejszą
wersję folk metalu, wykorzystującą środki ekspresji typowe dla metalu
ekstremalnego. Z jednej strony mamy więc na płytach Arkony ludowe melodie i takie
instrumenty jak akordeon, bałałajka, dudy, fujarki czy inksze szałamaje. Z drugiej
– ostre gitary, perkusyjne blasty, a przede wszystkim wokalny ryk. W przypadku
Arkony odpowiada za niego Masza „Scream” Archipowa – raz zaśpiewa zwiewnie jak rusałka
spode brzozy, raz wydaje przerażające ryki godne samego Michaiła Potapycza,
raz szepce złowieszczo, a za sprawą nakładek wokalnych głosy te się
przeplatają. Zespół ma też w składzie klawiszowca, który zwykle wpuszcza trochę
syntezatorowej mgły, ale np. Czado indigo rozpoczyna klasycznie
brzmiącym fortepianowym intrem.
Płyty słucha się trochę jako
jednego, ciągłego słuchowiska muzycznego, tym bardziej, że utwory omijają
typowy schemat zwrotkowo-refrenowy. Biorąc pod uwagę, że większość przekracza
granicę 5 minut, a kulminacyjny dla płyty utwór tytułowy przekracza nawet 13,
to ogólne wrażenie można by porównać do wściekłego wichru targającego puszczę.
Bardziej przystępna pod względem strukturalnym jest Serbia, co
bynajmniej nie znaczy, że najciekawsza. Mnie najbardziej spodobała się Wied’ma
– duet Maszy z Thomasem Väänänenem, byłym wokalistą szwedzkiej grupy
Thyrfing. Z Finlandii przyjechał za to skrzypek Olli Vänskä z zespołu
Turisas, którego słychać w kompozycji Zow pustych dieriewień. Za
pozostałe partie skrzypiec na albumie odpowiada charkowianin Master Alafern,
członek kilku kapel, których nazwy nic mi nie mówią. Palety gości dopełnia
jeszcze dziecięcy głos w Czado indigo.
Jest to płyta z pewnością epicka, lecz brakuje mi tu prostszych i bardziej przebojowych utworów w rodzaju Jariły.
Sheryl Crow, Sheryl Crow,
1995
Mikołajus przyniósł pierwszą
płytę tej wokalistki, Gwiazdor drugą. Trzecią już miałem dawniej. David
Bottrill, w okresie debiutu główny współpracownik artystki, zszedł tu na dalszy
plan (poza tym rozpadła się jej relacja z dawnym zespołem), natomiast pod
większością piosenek podpisany jest jako współautor gitarzysta Jeff Trott.
W dalszym ciągu jest to
alternatywne granie sięgające do amerykańskiej tradycji muzycznej, ale już
lepiej wyprodukowane. Zarówno gitary, jak i instrumenty klawiszowe (Hammond,
fortepian elektryczny) brzmią soczyście i generalnie dużo lepiej się słucha niż
debiutu. Chyba że ktoś ma uczulenie na wysokie żeńskie głosy, w takim razie
powinien unikać refrenu If It Makes You Happy, gdzie Crow wchodzi na
wyższe obroty.
Nie należy się spodziewać
czadu, ale sporo jest mocnego brzmienia, przykładowo w otwieraczu Maybe
Angels z ciężkim rytmem. Dość zadziornie brzmią single A Change oraz
zagęszczony perkusyjnie Everyday Is a Winding Road. W tym drugim jakoby w
tle śpiewa Neil Finn, lider Crowded House, ale za bardzo go nie słychać. W dość
dynamicznym, napędzanym przez fortepian Love Is a Good Thing Sheryl Crow
wydaje z siebie nawet w pewnym momencie, może stłumiony, ale jednak wrzask. Sweet
Rosalyn to dla odmiany leniwe tempo, zwrotka na pograniczu skandowania,
chaotyczne solo techniką slide i dobywające się z głębi pomruki saksofonu
barytonowego. Superstar opiera się na riffie kaczkowanej gitary. Ordinary
Woman to wprawdzie ballada, ale przyozdobiona szorstką solówką. Zaś
finałowy Free Man ma szybkie tempo i najwięcej gitarowego brudu, tyle że
sam głos wokalistki łagodzi efekt.
Spokojniejsze utwory mniej zapadają w pamięć. W The Book pojawia się sekcja dęta, smyczkowa i perkusista Jim Keltner (znany sesyjny, przyjaciel Charliego Wattsa), ale sama kompozycja się od tego ciekawsza nie robi. Wyjątek stanowi Redemption Day z folkową partią gitary akustycznej, wymierzony w obojętność Ameryki wobec wojny w Bośni. Zaangażowany społecznie jest też mój ulubiony, najbardziej tu melodyjny Hard to Make a Stand – countrowata wypowiedź w przedmiocie aborcji i dlatego kontrowersyjna w USA; słusznie jednak ukazała się na singlu.
Eels, Beautiful Freak, 1996
Debiutancka płyta projektu
artysty zwanego E przyciąga uwagę już okładką, na której widnieje dziewczynka o
nienaturalnie wielkich oczach. W książeczce jest podobnie spreparowane zdjęcie
całego zespołu, a na dysku – kota. Album z początku wydawał mi się pod względem
aranżacji mniej „barokowy”, a bardziej zbliżony do normy rocka alternatywnego –
to znaczy bardziej gitarowy – niż omówiona już na tym blogu Daisies of the
Galaxy. Mimo wszystko jednak już występuje znajomy neurotyczny nastrój, a po
kilku przesłuchaniach okazuje się, że jednak aranżacje też są zróżnicowane.
Weźmy chociaż często się przewijający fortepian elektryczny.
Podstawowym narzędziem E
jest jednak gitara. Otwierający Novocaine for the Soul robi dobre wrażenie
ze swoimi solidnymi kontrastami dynamicznymi. W Rags to Rags ton nadaje
przybrudzona ściana dźwięku, zalatująca aż hen niektórymi spokojniejszymi
utworami Smashing Pumpkins. Czadu klasycznego nie ma, ale jest gęsty sos ze
sprzężeń. Miłośnikom basu wypada polecić przedostatni Lucky Day in Hell.
Z bardziej nastrojowej części repertuaru – nie, „spokojniejszej”, bo przecież cała płyta jest nastrojowa – zapada w pamięć głównie tytułowy Beautiful Freak, wzbogacony partią harmonijki Guest List, a także Flower z udziałem chóru – kto wie, czy nie proweniencji klawiszowej, bo w opisie brak o nim informacji. Susan’s House ma senny nastrój, który tworzą kontrabas, perkusyjne loopy, coś jakby melotron oraz melorecytacja E przez słuchawkę telefoniczną. Zresztą nastrojowość i melancholia nie muszą się wykluczać z hałasem, o czym świadczy Not Ready Yet.
Tadeusz Nalepa, To mój
blues, 1989
Jest to dwupłytowa
kompilacja różnych utworów nagranych przez Nalepę na przestrzeni kilku lat, z
różnymi składami. Debiutuje tu Piotr Nalepa, chłopiec z okładki płyty Blues,
akompaniując ojcu to jako gitarzysta rytmiczny, to jako basista. Druga żona
Tadeusza Nalepy, Grażyna Dramowicz, udziela się wokalnie, ale nie ściąga szczególnie
uwagi.
Dwa utwory – tytułowy i Musisz
walczyć, musisz wierzyć – ocalono z zatrzymanego przez cenzurę Pożegnalnego
cyrku, wspólnej płyty z Izabelą Trojanowską, chociaż one akurat nie
zawierają Trojanowskiej głosu. Hołd natomiast to odrzut z albumu Numero
uno, gdzie artyście akompaniował Dżem – bez Riedla i Adama Otręby, za to z
Markiem Kapłonem na perkusji. W kilku innych utworach gra organista Rafał
Rękosiewicz, później także współpracownik Dżemu.
Cóż można więcej powiedzieć
o zawartości albumu, który nosi tytuł To mój blues i który nagrał
Tadeusz Nalepa? Jest to blues, tylko tyle i aż tyle. Spółce autorskiej Nalepy i
Bogdana Loebla zasadniczo obca była hedonistyczno-erotyczna odmiana tego
gatunku, są to więc bluesy refleksyjne i zadumane, a czasami wręcz ponure, i
właśnie te raczej balladowe utwory najbardziej zapadają w pamięć. Weźmy więzienny
Nie żałuj mnie, z melorecytacją, solennym brzmieniem organów Hammonda
oraz harmonijką (akcent zagraniczny w osobie Ondřeja Konráda, znanego z grupy Pražský
výběr). Klasykom Breakoutu dorównuje przede wszystkim ośmiominutowy Dbaj o
miłość, gdzie gitarowy duet z Nalepą współtworzy inny klasyk polskiego
bluesa – Leszek Cichoński, znany bardziej jako inicjator Gitarowego Rekordu
Guinnessa we Wrocławiu. Warto też wspomnieć o nieco głośniejszych Zasadach
gry z udziałem Stanisława Sojki na organach i Andrzeja Nowaka na gitarze
(drugi tu obok Kapłona były członek TSA).
Nawet żwawsze fragmenty
brzmią refleksyjnie, głównie za sprawą śpiewu. Przykładem Święty boże nie
pomoże czy Już wstał twój dzień (kolejne wykorzystanie motywu
„przesłanie ojca dla syna”). Nauczyłem się niewiary, kolejny efekt sesji
z Nowakiem i Sojką, również jest motoryczny, ale za to z gorzkim tekstem. Drugi
z ośmiominutowców – Jedź ostrożnie, nie popędzaj kół – jest dość pogodny,
ale też robi mniejsze wrażenie. Za to przynajmniej solówki organowe i gitarowe
absorbują. Z bardziej witalnej części repertuaru najbardziej mi się podobało Dzieło
twoich rąk, kolejny utwór z udziałem Konráda (w sumie są cztery i
wszystkie poza Nie żałuj mnie jadą mocno do przodu). Jeśli zaś chodzi o
instrumenty dmuchane, to w Więc bądź sporą rolę odgrywa saksofon, a w Nie
takich ludzi znałeś tylko gra solówkę, ale za to Nalepa junior nieźle dudni
na basie. Na najbardziej nowoczesny utwór zakrawa tytułowy – i ostatni – To
mój blues z modnym w latach osiemdziesiątych akompaniamentem w rytmie
reggae.
Wnętrze okładki zawiera zarówno reprodukcje szaty graficznej wydania winylowego (autorstwa Marka Karewicza), jak i opis utworów zrobiony od nowa (z większą czcionką). Da się zauważyć, że długości utworów w jednym i w drugim przypadku się nie zgadzają. Jest też informacja, że Zasady gry i Nauczyłem się niewiary nagrano na zlecenie P.Z. MERIMPEX. Najwyraźniej chodzi o firmę polonijną, z którą wiązała się później jakaś afera finansowa.
Fleetwood
Mac, Then Play On, 1969
Zanim Fleetwood Mac stał się
dostarczycielem hitów o dwóch głosach żeńskich i jednym męskim, był zespołem
bluesrockowym, na którego czele stał utalentowany Peter Green. Łącznik pomiędzy
obydwoma wcieleniami grupy stanowiła sekcja rytmiczna, od której pochodzi
nazwa: perkusista Mick Fleetwood i basista John McVie. Nawiasem mówiąc, ten
ostatni na etapie Then Play On już był żonaty z pianistką Christine z
domu Perfect, która w przyszłości miała się stać jedną z trzech głów smoka
imieniem Fleetwood Mac. Na razie była tylko współpracownicą. By dopełnić spraw
personalnych: dołączył gitarzysta Danny Kirwan, a znany z poprzednich płyt
Jeremy Spencer był już na wylocie i chociaż figurował w składzie, to wkład w
płytę miał szczątkowy.
Zespół wychodzi poza
paradygmat czysto bluesrockowy, kierując się na psychodeliczne łąki. Słychać to
już w początkowym Coming Your Way, gdzie blues wspiera się na gęsto
poklepywanych kongach, przywodzących na myśl Santanę (a czyjąż kompozycją była Black
Magic Woman?) Mgliście latynoamerykańskie skojarzenia budzi poza tym balladowy
Although the Sun Is Shining. Z kolei When You Say odbiega w
stronę folkową. Nastrojowe instrumentale Under Way i My Dream także
lokują się dość daleko od bluesa, a blisko wcześniejszego przeboju Albatross
czy nawet gitarowych szlagierów The Shadows. Z całej płyty najbardziej
zapamiętuje się potężne, spogłosowane brzmienie, w którym bębny brzmią jak cała
orkiestra. Słychać je w Closing My Eyes i finałowym
Before the Beginning.
Na płycie są też co prawda i
bluesy bardziej standardowe. Konserwatywnie brzmi Like Crying oraz dynamiczne
Fighting for Madge i Searching for Madge, właściwie dwa fragmenty
wycięte z dłuższego jamu. Dociążony jest One Sunny Day i jeszcze cięższy
(a do tego sprośny) Rattlesnake Shake. Pojawia się też przepełniony
smutkiem lament Without You – na takich utworach wykuwał się Breakout –
a na drugim końcu skali akustyczny Show-Biz Blues ze strojem otwartym, solówką
slide i rytmem wybijanym na tamburynie.
Na Then Play On właściwie nie było wielkich przebojów. Ukazały się na singlach i zostały pominięte na albumie, dołączone jednak do reedycji jako bonusy. Przede wszystkim dwuczęściowy Oh Well: w pierwszej części dynamiczna, niemal hardrockowa jazda (patent ze śpiewem a cappella na przemian z riffem ściągnęli Zeppelini w Black Dog), po czym następuje część nastrojowa i monumentalna, rozlega się zawodzenie fletu, a wspomniane wyżej potężne brzmienie właśnie tu znajduje kulminację: być może zaangażowano tu orkiestrę, a już na pewno słychać kotły). Kolejnym bonusem jest The Green Manalishi (with a Two-Pronged Crown), którego ognistą heavymetalową wersję po latach przedstawił Judas Priest. Oryginał jest mniej motoryczny, za to dynamiką rzuca jak szatan. Po czymś takim ostatni z bonusów, shadowsowaty instrumental World in Harmony (strona B singla), już robi mniejsze wrażenie.
No Doubt, Tragic Kingdom,
1995
Wreszcie wpadła w moje ręce
jedna z najpopularniejszych płyt lat dziewięćdziesiątych. Jeszcze kiedy byłem w
liceum, rozchodziły się wzbudzone przez nią kręgi, a wokalistka Gwen Stefani,
sprawnie wykorzystując wizerunek stereotypowej słodkiej blondynki o wysokim,
nieco owczym głosie (czasem nawet wydawała się channelować Debbie Harry – i to
chociaż podobno jest z natury brunetką), dołączyła do grona symboli dekady.
Największy hit grupy, ballada Don’t Speak, wydawał mi się jednak
strasznie przesłodzon. Nawet fakt, że słuchała tego moja ówczesna sympatia, nie
był w stanie wzbudzić u mnie przychylności dla tego zespołu. Sytuacja się
zmieniła dopiero po latach, kiedy odważyłem się przesłuchać całe Tragic
Kingdom.
Jeśli mowa o Don’t Speak –
zainspirowaną rozpadem związku Stefani z basistą Tonym Kanalem – to nadal jest
przesłodzona, ale przez lata pokryła się patyną nostalgii. Drugą balladę w
zestawie stanowi The Climb – ale prawie siedem minut, panie, kto to
zniesie. Za to pierwszy w ogóle z siedmiu singli, Just a Girl, ma
charakter wręcz poppunkowy. No Doubt wywodziło się przecież z kalifornijskiej
sceny ska i nagrało już dwie płyty, zanim nastąpiło przełamanie na szczeblu strategicznym.
Najbardziej przypadł mi do
gustu sam początek albumu. W Spiderwebs (kolejny singiel) dynamiczna
punkowa jazda bez trzymanki przeplata się z rytmem reggae, na perkusji gra
gościnnie Stephen Perkins, ex-Jane’s Addiction, a do tego dochodzą interwencje
sekcji dętej. Excuse Me Mr. także jedzie ostro do przodu, a swingowe
interludium oraz partie fortepianu pełnią funkcję urozmaicenia. W Just a
Girl jest nim proste solo na syntezatorze, w Hey You (swoją drogą
mniej ciekawym) – nienachalne brzmienie sitaru.
Z „regałów” najbardziej
podobało mi się Different People. Dla odmiany Sixteen ma niezły
groove, a otwierający je brudny riff (który powraca w refrenie, tyle że
schowany w tle) i dysonansowa solówka gitary przywodzą na myśl Red Hot Chili
Peppers. You Can Do It to z kolei stylizacja na disco-funk lat
siedemdziesiątych. W tym utworze i jeszcze w kolejnym reggae World Go Round gra
gościnnie silniejsza sekcja dęta niż stale współpracujący z zespołem trębacz i
puzonista.
Należy dodać, że w tym okresie grał z zespołem brat Gwen, klawiszowiec Eric Stefani.
Arkona, Goj, Rodie, goj,
2009
Wcześniejsza płyta Arkony
podoba mi się dużo bardziej niż Jaw’. Po prostu dlatego, że utwory są
bardziej zwarte i urozmaicone, melodie bardziej przyswajalne i pojawia się
więcej elementów typowo folkowych. Oczywiście Masza „Scream” oprócz
słowiańskich wokaliz potrafi groźnie ryknąć (czasem nawet w jednym i tym samym
wersie), a gitarowo-perkusyjna nawałnica urywa się nieraz niespodziewanie, by
ustąpić melodyjnej partii akordeonu – ale właśnie takie kontrasty stanowią o
atrakcyjności tej muzyki. Podobnie patenty w postaci growlu na tle piszczałki (Niewidal’).
Rozpoczynający płytę utwór tytułowy wydaje się kwintesencją stylu Arkony, elementy folkowe z metalowymi przeplatają się i wynikają z siebie w sposób naturalny. Do tej samej kategorii można zaliczyć W cepiach driewniej tajny oraz Liki biessmiertnych bogow. Więcej blackowego klimatu (blasty perkusyjne itp.) zawierają Tropoju niewiedannoj i Koło Nawi. Najbardziej zaś epicki jest szesnastominutowy Na mojej ziemle: zawiera gościnne udziały członków różnych zespołów paganmetalowych z kilku różnych krajów; mówi mi coś wyłącznie łotewski Skyforger. Absolutne przeciwieństwo tegoż stanowi Jariło – tylko trzy minuty, skoczne tempo, mógłby być singlowym przebojem, gdyby taka muzyka była popularniejsza. Chwilę wyciszenia daje Kupalec – partie wokalne solowe i chóralne na tle bębna, dopiero potem wzmocnione gitarą, perkusją i bodajże dudami. Ale to tylko wytchnienie przed wielkim finałem – kolejną epicką folkmetalową kompozycją Arkona. Epilog stanowi podniosła pieśń Niebo chmuroje, tuczi mracznyje, rozpoczęta a cappella. Nie zawiera ryków, chociaż ostre gitary się jednak pojawiają, a ostatnie pięć minut to koda ze śpiewem ptaków i melodią zagraną na fujarce.
T.Love, Pocisk miłości,
1991
Po wielu latach udało mi się
zdobyć drugi pełnoprawny album zespołu Złygmunta Staszczyka, ale jakby pierwszy
– Wychowanie było jeszcze dość niedowarzone. Przed Pociskiem miłości do
grupy dołączył gitarzysta Jan Benedek, wielki fan Rolling Stonesów, i wpływy
tej grupy słyszalne są na całym albumie. Po raz pierwszy zagrał też w składzie
T.Love perkusista Jarek „Sidney” Polak – obaj zresztą w minionym roku odeszli z
grupy (Benedek nawet po raz kolejny). Produkcją i miksowaniem płyty zajął się
niejaki „Max R.B.”, w którym łatwo się domyślić Roberta Maksymiliana
Brylewskiego. Były członek częstochowskiego składu T.Love, Janusz Knorowski,
odpowiadał za „projekt grařczny” (zachowano pisownię oryginału).
Największym hitem z albumu
stała się oczywiście Warszawa – hymn stołecznego patriotyzmu lokalnego
(zdaje się, że nawet Żoliborz nie ma artyście specjalnie za złe epitetu, jakim
został obdarzony). Muniek napisał tekst z tęsknoty za Warszawą, kiedy pracował
na zmywaku w Londynie. W pewnym momencie rozbrzmiewa solo trąbki, ale przez
wiele lat nie miałem pojęcia, że to sam Andrzej Przybielski, słynny jazzman,
który kiedyś grał z Niemenem.
Na płycie dominują jednak dynamiczne, zadziorne utwory, w których wpływy rollingstonesowe łączą się z punk rockiem: Rewolucja, Pocisk miłości, Mad Love czy kolejne wspomnienie z emigracji – Dirty Streets of London (z brzydkimi słowami). Właśnie, druga połowa repertuaru została wykonana po angielsku, Złygmunt nie rozwinął więc jak należy tekściarskich skrzydeł, jednak muzycznie strona B wcale nie ustępuje polskojęzycznej stronie A. Jedynym niepotrzebnym utworem jest umieszczony na samym końcu Acid Mover, taneczny remiks piosenki Mover (ale to swoiste signum owego temporis – Kulci też wtedy mieli remiks Wódki). Trochę spokoju przynosi Sarah, ballada (po polsku) z klawiszami i śpiewem bliskim melorecytacji, oraz utrzymane w średnim tempie Na bruku, deklaracja optymizmu w obliczu bezrobocia. Do utworów podnoszących na duchu należy poza tym Make Love Not War, już z tych bardziej dynamicznych. Wygląda na to, że biorąc pod uwagę odsetek atrakcyjnych utworów, jest to płyta roku.
A tera podsumowanie:
W roku ZOZS zdobyłem 71
albumów z muzyką, czyli średnio prawie 6 miesięcznie, a 1,36 tygodniowo. W
porównaniu z zeszłym rokiem wynik wyraźnie zmalau – o 12 albumów, przy
czym nadal i tak ledwo nadążałem z ich odsłuchiwaniem. Większość albumów (54 –
76%) pochodziła z drugiej ręki: 38 z nich, a więc 53%, kupiłem na targu staroci
na Faradaguła (od trojga różnych sprzedawców), 5 (7%) – na giełdzie staroci w
częstochowskim M1, 3 (4%) – w antykwariacie w Gdyni, po 2 (3%) w sklepie z
używanymi płytami w Görlitz, na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku, przez
internet oraz od częstochowskiego artysty plastyka. Płyt nowych było 17 (24%),
z czego 8 (11%) kupionych w Empiku, 7 (10%) w internetach, 1 na Faradaguła oraz
1 w sklepie firmy Jimmy Jazz Records w Szczecinie. 3 (4%) miałem dawniej na
kasetach, a jeszcze 1 (Omegę) na wynylu.
Trzy
wydawnictwa były dwupłytowe, z czego dla dwóch była to forma pierwotna, a
trzecie było wydaniem zbiorczym dwóch albumów. Colosseum Live dawniej
było dwupłytowe, a obecnie mieści się na jednym dysku. Zbiorczo wydane zostały
Santana (5 sztuk) i Journey (3 sztuki) w tekturkach imitujących pomniejszone
koperty longplayów.
Posunąłem
do przodu kompletowanie dyskografii Pink Floyd, Black Sabbath oraz Iron Maiden.
3 albumy trafiły do mojej kolekcji po ćwierćwieczu, odkąd usłyszałem ich
fragmenty w Trójkowej audycji „Pół Perfekcyjnej Płyty”, i zbiegiem okoliczności
wszystkie trzy kupiłem tego samego dnia.
Przytłaczającą
większość jak zwykle stanowią albumy studyjne – 68 (96%). Przy tym jeden (The
Monkey’s Bum Patto) ukazał się dopiero po 20 latach od wydania, drugi (Złodzieje
zapalniczek Pidżamy Porno) to remake całej płyty, trzeci (To mój blues Nalepy)
stanowi składak różnych nagrań z kilku lat, a czwarty (21 KSU) to na
nowo nagrane najpopularniejsze utwory danego wykonawcy. Były też dwie płyty koncertowe
oraz dwupłytowy album koncertowo-studyjny (Ummagumma). Na 3 okładkach
widniały czaszki, na tyluż – ikonografia średniowiecza. Z okładek najbardziej
podobały mi się Three Friends Gentle Giant, Then Play On Fleetwood
Mac i Jaw’ Arkony, natomiast na żaden szczególny bohomaz nie natrafiłem.
A Momentary Lapse of Reason Floydów miało projekt okładki odmienny od
oryginalnego.
10 albumów (14%) reprezentowało
niewątpliwego hard rocka/metal, w tym 2 zaliczały się do odmian ekstremalnych,
a 1 do zmetalizowanego gotyku. Jeszcze 8 zawierało formę pośrednią między hard
rockiem a muzyką pop, z czego 7 określa się jako AOR. 3 albumy miały
charakter bluesrockowy. Sporo było za to
rocka progresywnego: 8 albumów niewątpliwych i 2 z pogranicza (razem kolejne
14%). 3 płyty były jazzrockowe od strony rocka, 1 od strony jazzu. Punka, nową
falę i resztę rocka alternatywnego reprezentowało łącznie 20 płyt (28%), z
czego tylko 2 zaliczały się do britpopu, a grunge tym razem miał reprezentację jedynie
w postaci rozwodnionej. Do folk rocka (w tym folk metalu) zaliczało się 5 płyt,
a jeszcze jedna reprezentowała country rocka. Albumem najbardziej w bok był Boom
Boom Raggattack – karaibska muzyka taneczna znad Wisły z
kenijsko-nigeryjskim duetem wokalnym.
Na
wszystkich płytach znalazły się 854 utwory, w tym 71 bonusowych. Najwięcej
liczyła 21 KSU, zawierająca tyle utworów, co w tytule. Najmniej, za to
długich (6), znalazło się na Three Friends Gentle Giant. Największą grupę
– aż 14 sztuk – tworzyły płyty zawierające po 11 utworów, a jedna z nich,
zespołu Andy, nawet nosiła tytuł 11 piosenek. Najwięcej bonusów (9)
zawierał Fireball Deep Purple.
Najdłuższym utworem był
zapewne szesnastominutowy Na mojej ziemle Arkony. Największe
nagromadzenie długich zawierało Live Colosseum – z siedmiu trzy
przekraczały 10 minut, a żaden nie schodził poniżej 7. 29 tytułów utworów
zawierało imiona, a 21 – nazwy miast.
Najstarszy był Mr.
Tambourine Man The Byrds (1965), a najmłodszy – WALLS Kings of Leon
(2016). Pod względem chronologicznym podział był dość równomierny: z lat osiemdziesiątych,
dziewięćdziesiątych i XXI wieku pochodziło po 17 sztuk (24%, przy czym Złodzieje
zapalniczek liczeni są według daty pierwotnego wydania) na siedemdziesiąte
przypadło niewiele mniej, bo 15 (21%), a tylko z lat sześćdziesiątych
pochodziło 5 płyt (7%). Najbardziej reprezentowanym rokiem okazał się 1971, na
który także przypadło 5 albumów.
Pod względem językowym jak
zwykle dominował angielski – 57 płyt (80%). Z tej liczby 23 (32%) pochodziły z
USA, przy czym 6 z nich zawierało elementy latynoskie. Wielka Brytania
odpowiadała za 25 płyt (35%), ale jedna z nich została zaśpiewana całkowicie w
języku szkockim. Ponadto 2 płyty anglojęzyczne pochodziły z Irlandii, 2 z
Japonii, po jednej z Australii, Kanady i Danii, a 3 z Polski i na dwóch z nich
znajdowały się także pojedyncze piosenki po polsku. Całkowicie w naszym języku
ojczystym powstało albumów 7, co łącznie daje 10 polskich produkcji (14%). Na 2
słychać język niemiecki: jedna z nich pochodzi z Niemiec, nagrana została już
po zjednoczeniu, ale przez grupę wywodzącą się z NRD, natomiast drugą stworzył
duet Niemca i Finki z siedzibą w Szwajcarii. Oprócz tego 2 płyty powstały w
języku rosyjskim (z pojedynczymi zwrotkami w kilku innych językach
europejskich), po jednej w języku serbskim i węgierskim.
Z istotnym udziałem kobiet,
głównie w roli wokalistek, powstało 16 płyt (22%). W nagrywaniu 10 wzięły
udział rodzeństwa. No Doubt należy do obu grup.
Raczej nikomu nie mogę nadać
tytułu twórcy roku, bo nikt aż tak bardzo go nie zdominował.
Czysto liczebnie na pierwsze miejsce wysuwa się Carlos Santana – 5 płyt
własnych oraz 3 założonego przez jego byłych współpracowników zespołu Journey.
Poza tym żaden pojedynczy wykonawca nie przekroczył dwóch albumów. Także na 2
albumach wystąpiła gościnnie wiolonczelistka Suzie Katayama. Były też dwie
płyty nagrane w rocznym odstępie przez dwa różne zespoły o tej samej nazwie:
Samurai (jeden japoński, a drugi brytyjski; w dodatku ten drugi nagrał już
wcześniej dwie płyty pod jeszcze inną nazwą). Wokalista brytyjskiego Samuraja, Dave
Lawson, także wystąpił dwukrotnie, bo jeszcze w ramach zespołu Greenslade, a
sam David Greenslade również z zespołem Colosseum.
Pierwsza
dwunastka:
·
T.Love Pocisk miłości
·
Omega XI
·
The Cars Heartbeat City
·
Bryan Adams Reckless
·
Milennium Vocanda
·
Weather Report Heavy Weather
·
The Black Keys Turn Blue
·
The Byrds Mr. Tambourine
Man
·
Midnight Sun Midnight Sun
·
Cher Love Hurts
·
Alogia Priče o životu
·
Arkona Goj, Rodie, goj
Rozczarowaniem był przede wszystkim The
X Factor Iron Maiden, niezbyt chętnie też wracałem do grupy Patto. Najbardziej
niedocenione z perspektywy całego roku są Country Life Roxy
Music, The Love of Hopeless Causes New Model Army oraz Fireball Deep
Purple. Jako joker/kurioz prezentuje się Boom Boom formacji Raggattack.
Najlepsze utwory:
·
The Rolling Stones Gimme
Shelter
·
Journey Don’t Stop
Believin’
·
Cher Save Up All Your
Tears
·
The Cars You Might Think
·
KSU Po drugiej stronie drzwi
·
No Doubt Spiderwebs
·
Bryan Adams Summer of ‘69
·
Omega Kötéltánc
·
The Analogs Latarnia
·
The Black Keys Gotta Get
Away
·
T.Love Dirty Streets of
London
·
Weather Report Birdland
Poszukiwania streamingowe kontynuowały eksplorację
lat 2001-2002 z ówczesnym „Tylko Rockiem” jako przewodnikiem, ale nie
ograniczały się do tego. Głównym odkryciem był węgierski zespół punkowy
Alvin és a Mókusok, z takimi utworami jak Most jön a bukfenc!, Kelet-európai
szuperhős czy, za przeproszeniem, Kurva élet. Rozszerzałem też
znajomość zespołu Tublatanka, a szczególnie piosenek: Môj starý dobrý kabat,
Ja sa vratím oraz Volám ťa. Po około ćwierćwieczu w końcu
odkryłem, kto śpiewał piosenkę Merry Christmas Emily, którą słyszałem
ongiś w programie śp. Barbary Podmiotko w Trójce – był to zespół Cracker. Poza
tym szczególnie podobały mi się Vienna Calling artysty zwanego Falco
(dwie wersje – oryginalna i orkiestrowa), Upír z houslemí XIII. Století,
a szczególnie w niektórych sytuacjach emocjonalnych – przeróbka Total
Eclipse of the Heart, kompozycji Jima Steinmana, śpiewanej
pierwotnie przez Bonnie Tyler, a tym razem – przez duet Doro Pesch i Roba
Halforda (znajoma na widok miniaturki teledysku: „Dlaczego Terry Pratchett
śpiewa z Marylą Rodowicz?”) Bardziej epicko mogłoby być już tylko wtedy, gdyby
do aranżacji dodano dudy.
Osobliwością poznaną dzięki pewnej grupie
na fejsie był zambijski zespół Ngozi Family – warto by było zapoznać się z nim
bliżej, podobnie jak z całą sceną tzw. zamrocka.
Bezlitosny earworm: Mocz z najnowszej płyty zespołu
Kury
Najbardziej obleśna piosenka: Zacier Kto mi dziecko
zrobił, a „zaszczytne” drugie, trzecie i czwarte miejsce zajęły: Tymon
& The Transistors – Królowie gówna (złośliwa parodia grupy Kombi), De
Łindows – Janusz z ONR-u oraz Big Cyc – Ostry dyżur.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz