czwartek, 11 czerwca 2026

Umęczon pod Pontiakiem Piłatem, czyli na uboczu wojny siedmioletniej (z frontu czytelniczego, 4/2026)


Kilka lat temu, w czasie wyjazdu na Dolny Śląsk, poczytałem co nieco o wojnach śląskich Fryderyka Wielkiego. Biografii samego króla Prus nie udało mi się wtedy zahaczyć, więc nadrobiłem przy okazji kolejnej wycieczki w tamtym kierunku. Potem przyszła pora na książki o zdarzeniach, które miały miejsce za życia Fryca, ale daleko od niego.

 

14. Stanisław Salmonowicz, Fryderyk II, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1984

Zmarły w 2022 toruński historyk Stanisław Salmonowicz, specjalista od Prus, był chyba pierwszym polskim biografem myśliciela z Sanssouci. Wcześniejsi autorzy skupiali się raczej na kwestii „Fryderyk II a sprawa polska”, ale nikt nie próbował się zastanowić, co mu siedziało w głowie. A siedziało sporo.

Fryderyk był synem króla Prus Fryderyka Wilhelma I, drugiego tego imienia (Fryderyk Wilhelm bez numeru nie był jeszcze królem, tylko elektronem brandenburskim). „Król-sierżant” położył podwaliny pod pruski militaryzm; jegomość cokolwiek prymitywny, pozbawiony fantazji, ale i hipokryzji, stworzył wielką armię, ale sam wojen nie prowadził. Fryderyk II miał się w tych względach okazać jego absolutnym przeciwieństwem.

Dzieciństwo i młodość Fryca przedstawia autor w taki sposób, że aż człowiek nabiera ochoty na obejrzenie serialu o tych zdarzeniach – wyszłoby lepsze studium rodziny bardzo bogatej i bardzo patologicznej niż Sukcesja. Źródłem były tu wspomnienia Wilhelminy, starszej siostry Fryderyka, chociaż Salmonowicz podkreśla ich mocną subiektywność. W każdym razie młody marzyciel został brutalnie złamany przez ojca i nauczony, by traktować życie jak służbę. Nie wyzbył się wprawdzie intelektualnych zainteresowań, ale potraktowanie przez starego króla miało poważny skutek uboczny: zrobiło z niego człowieka absolutnie dwulicowego, który wyniósł taką naukę, że nikt nigdy nie powinien poznać jego prawdziwych intencji. Na starość przerodziło się to już w zupełną mizantropię.

 Biografia króla nie może być oderwana od ogólnych spraw polityki krajowej i zagranicznej. Autor przedstawia więc główne motywy społeczeństwa pruskiego, ze szczególnym uwzględnieniem armii i jej oddziaływania społecznego („Prusy nie są państwem, które ma armię – są armią, która ma państwo”). Dalej omawia przebieg trzech wojen śląskich, ze szczególnym uwzględnieniem siedmioletniej.

Oczywiście polski historyk nie mógł uniknąć odniesienia do sprawy polskiej, tym bardziej, że to ona stanowiła fokus działań Fryca przez następne dwadzieścia lat po wojnie siedmioletniej. Król uważał Polaków za prymitywów – vide jego słynna wypowiedź o „cywilizowaniu Irokezów”. Salmonowicz nie rozsądza, kto spośród trojga władców ponosił największą odpowiedzialność za pierwszy rozbiór Polski (była to w końcu praca zbiorowa, tym bardziej, że każde z mocarstw zaborczych musiało uważać, żeby nie zrazić sobie pozostałych), ale Prusom zdecydowanie trafiły się najbardziej rozwinięte ziemie.

Po omówieniu polityki zagranicznej – czyli głównie wojen i dyplomacji – następuje charakterystyka wewnętrzna Prus. Mowa zatem o absolutyzmie oświeconym i o tym, jak to pojęcie rozumiał sam Fryderyk, będąc nie tylko jego przedstawicielem, ale i teoretykiem. Generalnie lubił wszystko robić sam, nikogo innego nie dopuszczając do swojej wizji państwa, a do podwładnych miał stosunek typu „Czy ma ołówek? Niech pisze”. Gardził mieszczaństwem i Żydami, położenie chłopa starał się poprawić, ale nie na tyle, żeby się narazić szlachcie. Omówiona jest zatem gospodarka i struktura społeczna kraju oraz wkład Fryderyka w reformę sądownictwa. Ostatni rozdział dotyczy królewskiego życia codziennego, w tym znajomości np. z Wolterem, a także kultury ówczesnych Prus, nie wyłączając twórczości samego monarchy – autor ocenia go jako wybitnego literata i poprawnego muzyka. Jeśli chodzi o życie osobiste, to krążyły plotki, że Fryc jest homoseksualistą, na co jednakowoż autor nie widzi jednoznacznego potwierdzenia, składając plotki na karb wrogiej propagandy i sugerując, że jeśli coś faktycznie było na rzeczy, to potomni zniszczyli jednoznaczne źródła.  

Rozdział o ostatnich latach życia Fryderyka jest dość przygnębiający i generalnie z lektury wyniosłem wrażenie, że król Prus, mimo dość szerokich horyzontów, nie był kimś, z kim bym chciał zawierać bliższą znajomość. Na końcu znalazła się próba bilansu, wraz z omówieniem literatury przedmiotu, głównie niemieckiej i polskiej, ale wspomniany też został popularny Christopher Duffy.

Wszystko opisane językiem, który wymaga dużego skupienia: zdania długie, bardzo złożone, pewne archaiczne skłonności (np. używanie „przecież” w znaczeniu „jednak”). Wadą wydania, utrudniającą do pewnego stopnia czytanie, jest brak wcięć akapitowych. Ikonografię tworzą trzy wkładki z ilustracjami czarno-białymi – głównie portrety Fryderyka i jego członków rodziny, ale też pałac Sanssouci z zewnątrz i z wewnątrz.

Cytat: „Tak to Filozof z Sanssouci, poeta i pięknoduch, potrafił wysysać krew niczym nieustępliwa łasica”

 

14,5. Timothy Dawson, Giuseppe Rava, Bizantyjski kawalerzysta około 900-1204,  
przeł. Maciej Balicki, Oświęcim 2018 (Osprey Warrior nr 139)

Na moment wracam do Bizancjum. Po Ospreyu poświęconym bizantyjskiej piechocie przyszła pora i na jazdę. Ilustrator inny, autor ten sam: przede wszystkim już na wstępie zwraca uwagę, że określenie „Cesarstwo Bizantyjskie” jest anachronizmem stworzonym przez XVI-wiecznych Niemców. Sam też na całej przestrzeni książki pisze o „Rzymianach” i „wojskach rzymskich”.


Na temat kawalerii Cesarstwa wiadomo więcej, niż na temat piechoty, toteż jest tu ciut więcej konkretów niż w poprzednim Ospreyu. Autor zwraca uwagę, że wojsko dzieliło się zasadniczo na stałą armię zawodową i rekrutów służących w zamian za posiadanie ziemi. W ramach samej kawalerii zwraca uwagę na podział na konnych łuczników, jazdę średnią i katafraktów. Sporo miejsca, jak się rozumie, poświęcono ubiorowi i wyposażeniu, przy czym Dawson, jako rekonstruktor, praktyczność niektórych rozwiązań – np. noszenia dwóch mieczy na raz, prostego i krzywego – wypróbował osobiście. Rozdział o życiu w trakcie kampanii zawiera informacje o żołnierskiej diecie, a na końcu znalazły się informacje o najważniejszych muzeach i grupach rekonstrukcyjnych. Całość napisana (i przetłumaczona) bardzo przejrzyście, tyle że niektóre informacje powtarzają się kilkakrotnie i o tym, że najmniejszą jednostkę taktyczną stanowili dwaj żołnierze plus służący, czytam chyba ze cztery razy.

Ikonografia to ponownie reprodukcje sztuki z epoki, zdjęcia paru artefaktów i jednego rekonstruktora. Pojawiła się też fotografia Turków uprawiających konne oszczepnictwo w latach 60. – tradycja ta wywodzi się z ćwiczeń armii bizantyjskiej i zapewne nie tylko. Do tego dochodzą schematy przedstawiające szyk marszowy armii, układ obozu czy taktykę bojową.

Plansze barwne do Bizantyjskiego piechura stworzył nieodżałowany Angus McBride. W Kawalerzyście ilustratorem jest Giuseppe Rava, uważany przez wielu za jego godnego następcę, a przez niektórych za artystę, do którego wizji również należy podchodzić ostrożnie. Można tu zobaczyć parę sylwetek kawalerzystów, sceny z walki i służby (w tym cesarza Aleksego uchodzącego jak niepyszny z pola bitwy pod Dyrrachium) i szczegóły wyposażenia. Jest też sanitariusz wyposażony w konia z dodatkowym strzemieniem przy siodle. W ogóle kwestia strzemion była dla ówczesnej kawalerii kluczowa.

 

14. Jarosław Wojtczak, Quebec 1759, Warszawa 2000 (z serii Historyczne bitwy)

Wojna siedmioletnia toczyła się nie tylko na Śląsku i w okolicach. Drugim ważnym teatrem działań była Ameryka Północna, gdzie starły się Anglia (sojuszniczka Prus) i Francja (wbrew dotychczasowej tradycji sprzymierzona z Austrią). Do obu stron przyłączyły się różne plemiona Amerykanów (vide rozgrywający się w tych realiach Ostatni Mohikanin), więc do dziś trzecią wojnę śląską nazywa się w tamtych stronach „wojną Francuzów i Indian”. Pojawiają się tu Irokezi, tym razem prawdziwi.

Wydarzenia te postanowił przybliżyć polskiemu czytelnikowi Jarosław Wojtczak, jeden z najpłodniejszych autorów habełków (choć snuły się wokół niego oskarżenia o, hm, niesamodzielną pracę). Specjalizuje się on w przybliżaniu szerokiemu czytelnikowi tematyki brytyjskiej i amerykańskiej, a zainteresowanie korzennymi Amerykanami odbiło się nawet na jego imażu. Wadą bywa u niego nadmierne skupienie na tle wydarzeń, sięgające czasem niemal dosłownie do Adama i Ewy. Na szczęście Quebec nie zaczyna się od przekroczenia Cieśniny Beringa przez pierwszych hominidów ani nawet od Krzysztofa Kolumba, który zresztą nigdy na ziemi kanadyjskiej nie stanął. Autor przedstawia za to początki kolonizacji angielskiej i francuskiej (z epizodem holenderskim): Cabot, Cartier, Champlain, Roanoke, Jamestown, Plymouth… Stąd przechodzi do zarysu kolonizacji Nowej Francji oraz ustroju społeczno-gospodarczego tych stron.

Zagęszczanie się kolonizacji obu krajów musiało nieuchronnie prowadzić do konfliktów, w które wciągane były miejscowe narody amerykańskie – Irokezi zwykle w sojuszu z Anglikami, Huroni z Francuzami, ale sprawa sojuszów była bardzo płynna. Wojskowość obu stron – omówiona w osobnym rozdziale – opierała się głównie na łupieżczych rajdach wzorowanych na tych, jakie prowadzili między sobą Indianie (a jeśli już, to bardziej krwawych) oraz działaniach lokalnych milicji, wojska regularne były nieliczne. Wojny angielsko-francuskie w Ameryce Północnej stanowiły zwykle lokalne fronty odpowiednich wojen europejskich i autor omawia trzy poprzednie, do których doszło od 1690 r. Przed wybuchem wojny siedmioletniej miały miejsce preludia w postaci ekspedycji niejakiego Jerzego Waszyngtona w 1754 r. i o rok późniejszego pogromu wojsk gen. Braddocka nad Monongahelą.

Mimo nieudolności dowódców, Anglicy dość szybko opanowali Louisbourg w Nowej Szkocji i dolinę Ohio, ale największe problemy sprawił im Quebec. Głównodowodzący wojsk francuskich w Kanadzie, markiz de Montcalm, trafił tam w końcu na godnego przeciwnika – zdolnego, lecz chorowitego i trudnego w charakterze gen. Jamesa Wolfe’a. Następuje więc opis oblężenia miasta nad Rzeką Wawrzyńca: działania piechoty, ostrzał artyleryjski, manewry okrętów…  Nie będzie chyba specjalnym spoilerem, że w czasie bitwy zginęli obaj wyżsi dowódcy, a upadek Quebecu przesądził o upadku panowania francuskiego w Ameryce Północnej. Po stronie francuskiej dość istotną rolę odegrał słynny później Louis Antoine de Bougainville, a po brytyjskiej rolę znacznie drobniejszą – nie mniej potem znany James Cook.

Całość opisana została jak to u Wojtczaka, jasno, przejrzyście i z lekkim piórem. Większych byków merytorycznych nie stwierdzono, a nawet uchybienia korekty nie rzucały się specjalnie w oczy. Z jednym wyjątkiem: Szkoci groźnie wymachują „szerokimi mieczami” (broadswords) zamiast pałaszami.



Materiał ilustracyjny stanowią dwie wkładki przedstawiające najważniejsze postacie, typy żołnierzy oraz zdarzenia z epoki. Jest też kilka map – nie na końcu książki, lecz rozsianych po tekście. Okładkę, tym razem nietypowo dla siebie bezkrwawą, wykonał Paweł Głodek – przedstawia oddział żołnierzy brytyjskich (muszkieterzy, grenadierzy, Szkoci i rangersi) wspinających się po skałach nad rzeką.

 

15. Aleksander Sudak, Detroit 1763,
Warszawa 2006 (z serii Historyczne bitwy)

W dzieciństwie Pontiac kojarzył mi się tylko z potężnym amerykańskim samochodem, którego widywałem na jednym z osiedlowych parkingów. Potem dowiedziałem się czegoś więcej o wodzu Ottawów, który temu autu dał imię.

O powstaniu Pontiaka wspominał Wojtczak w ostatnim rozdziale Quebecu. Temat rozwinął w swoim habełku Aleksander Sudak, historyk korzennych Amerykanów, działacz ruchu indianistycznego (od Indian, nie od Indii), publikujący m.in. w piśmie „Tawacin”.

Pierwszy rozdział to omówienie ludów algonkińskich i irokeskich, których dotyczą opisane dalej wydarzenia: ich rozmieszczenie, zwyczaje, gospodarka, kultura materialna czy ustrój społeczny, no i oczywiście sztuka wojenna. Sprintem przebiegamy przez wojnę siedmioletnią, o której więcej było u Wojtczaka. Parę stron autor poświęca samej postaci Pontiaka, a raczej temu, jak niewiele pewnych informacji o nim wiadomo.

Po omówieniu przyczyn wojny przystępuje do samego przebiegu działań. Początkowo Amerykanie zdobywali angielskie forty podstępem, w czym pomagała niewielka liczebność załóg. Do wyjątków należało potężniejsze od innych Detroit (jeszcze wówczas nie Rock City). Drugi nurt działań wojennych stanowiły napady na osady Anglików, z naszego punktu widzenia wręcz terrorystyczne, i odpowiedź białych w postaci pogromów korzennej ludności. W tym wszystkim tkwili jeszcze osadnicy francuscy, dla własnego przetrwania zmuszeni do lawirowania między Anglikami a powstańcami.

Autor zwraca uwagę, że określenie „wojna Pontiaka” lub „powstanie Pontiaka” jest mało precyzyjne. Pontiak był bardziej inicjatorem i przykładem dla innych niż faktycznym przywódcą buntu Amerykanów przeciw białym; w jego obozie pod Detroit na porządku dziennym były spory pomiędzy nim a wodzami innych plemion, którzy swoją drogą próbowali zawierać na własną rękę separatystyczne rozejmy z załogą fortu. Rozmaite pertraktacje i zmiany stron zajmują w tej narracji nie mniej miejsca niż działania wojenne. Oprócz samego oblężenia Detroit omówione są zmagania na innych frontach, a także późniejsza działalność publiczna Pontiaka w Illinois, gdzie do pewnego momentu jeszcze próbował rozniecić wojnę.

Sudak stara się pisać przystępnie, ale pióro ma jednak nieco cięższe od Wojtczaka. Kilka razy zdarzają mi się też niewyłapane przez korektę kwiotki typu „wrócił z powrotem”. Za ikonografię robi jedna wkładka, na której są wprawdzie aż dwa portrety komendanta Detroit, majora Gladwina, ale nie ma wizerunku Pontiaka. Do tego dochodzą bodaj trzy mapy teatru działań wojennych w różnych okresach wojny. Przydałaby się jeszcze mapka samego fortu Detroit i jego okolic, bo w tej kwestii można liczyć tylko na mało wyraźną reprodukcję mapy z epoki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz