Kilka lat temu, w czasie wyjazdu na Dolny Śląsk, poczytałem co
nieco o wojnach śląskich Fryderyka Wielkiego. Biografii samego króla Prus nie
udało mi się wtedy zahaczyć, więc nadrobiłem przy okazji kolejnej wycieczki w
tamtym kierunku. Potem przyszła pora na książki o zdarzeniach, które miały
miejsce za życia Fryca, ale daleko od niego.
14. Stanisław Salmonowicz, Fryderyk II, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1984
Zmarły
w 2022 toruński historyk Stanisław Salmonowicz, specjalista od Prus, był chyba
pierwszym polskim biografem myśliciela z Sanssouci. Wcześniejsi autorzy
skupiali się raczej na kwestii „Fryderyk II a sprawa polska”, ale nikt nie
próbował się zastanowić, co mu siedziało w głowie. A siedziało sporo.
Fryderyk był synem króla Prus Fryderyka Wilhelma I, drugiego tego
imienia (Fryderyk Wilhelm bez numeru nie był jeszcze królem, tylko elektronem
brandenburskim). „Król-sierżant” położył podwaliny pod pruski militaryzm; jegomość
cokolwiek prymitywny, pozbawiony fantazji, ale i hipokryzji, stworzył wielką
armię, ale sam wojen nie prowadził. Fryderyk II miał się w tych względach
okazać jego absolutnym przeciwieństwem.
Dzieciństwo i młodość Fryca przedstawia autor w taki sposób, że aż
człowiek nabiera ochoty na obejrzenie serialu o tych zdarzeniach – wyszłoby
lepsze studium rodziny bardzo bogatej i bardzo patologicznej niż Sukcesja.
Źródłem były tu wspomnienia Wilhelminy, starszej siostry Fryderyka, chociaż
Salmonowicz podkreśla ich mocną subiektywność. W każdym razie młody marzyciel
został brutalnie złamany przez ojca i nauczony, by traktować życie jak służbę. Nie
wyzbył się wprawdzie intelektualnych zainteresowań, ale potraktowanie przez
starego króla miało poważny skutek uboczny: zrobiło z niego człowieka
absolutnie dwulicowego, który wyniósł taką naukę, że nikt nigdy nie powinien
poznać jego prawdziwych intencji. Na starość przerodziło się to już w zupełną
mizantropię.
Biografia króla nie może być
oderwana od ogólnych spraw polityki krajowej i zagranicznej. Autor przedstawia
więc główne motywy społeczeństwa pruskiego, ze szczególnym uwzględnieniem armii
i jej oddziaływania społecznego („Prusy nie są państwem, które ma armię – są
armią, która ma państwo”). Dalej omawia przebieg trzech wojen śląskich, ze
szczególnym uwzględnieniem siedmioletniej.
Oczywiście polski historyk nie mógł uniknąć odniesienia do sprawy
polskiej, tym bardziej, że to ona stanowiła fokus działań Fryca przez następne
dwadzieścia lat po wojnie siedmioletniej. Król uważał Polaków za prymitywów –
vide jego słynna wypowiedź o „cywilizowaniu Irokezów”. Salmonowicz nie
rozsądza, kto spośród trojga władców ponosił największą odpowiedzialność za
pierwszy rozbiór Polski (była to w końcu praca zbiorowa, tym bardziej, że każde
z mocarstw zaborczych musiało uważać, żeby nie zrazić sobie pozostałych), ale
Prusom zdecydowanie trafiły się najbardziej rozwinięte ziemie.
Po omówieniu polityki zagranicznej – czyli głównie wojen i
dyplomacji – następuje charakterystyka wewnętrzna Prus. Mowa zatem o
absolutyzmie oświeconym i o tym, jak to pojęcie rozumiał sam Fryderyk, będąc
nie tylko jego przedstawicielem, ale i teoretykiem. Generalnie lubił wszystko
robić sam, nikogo innego nie dopuszczając do swojej wizji państwa, a do
podwładnych miał stosunek typu „Czy ma ołówek? Niech pisze”. Gardził mieszczaństwem
i Żydami, położenie chłopa starał się poprawić, ale nie na tyle, żeby się
narazić szlachcie. Omówiona jest zatem gospodarka i struktura społeczna kraju oraz
wkład Fryderyka w reformę sądownictwa. Ostatni rozdział dotyczy królewskiego
życia codziennego, w tym znajomości np. z Wolterem, a także kultury ówczesnych
Prus, nie wyłączając twórczości samego monarchy – autor ocenia go jako
wybitnego literata i poprawnego muzyka. Jeśli chodzi o życie osobiste, to krążyły
plotki, że Fryc jest homoseksualistą, na co jednakowoż autor nie widzi jednoznacznego
potwierdzenia, składając plotki na karb wrogiej propagandy i sugerując, że
jeśli coś faktycznie było na rzeczy, to potomni zniszczyli jednoznaczne źródła.
Rozdział o ostatnich latach życia Fryderyka jest dość
przygnębiający i generalnie z lektury wyniosłem wrażenie, że król Prus, mimo
dość szerokich horyzontów, nie był kimś, z kim bym chciał zawierać bliższą
znajomość. Na końcu znalazła się próba bilansu, wraz z omówieniem literatury
przedmiotu, głównie niemieckiej i polskiej, ale wspomniany też został popularny
Christopher Duffy.
Wszystko opisane językiem, który wymaga dużego skupienia: zdania
długie, bardzo złożone, pewne archaiczne skłonności (np. używanie „przecież” w
znaczeniu „jednak”). Wadą wydania, utrudniającą do pewnego stopnia czytanie,
jest brak wcięć akapitowych. Ikonografię tworzą trzy wkładki z ilustracjami
czarno-białymi – głównie portrety Fryderyka i jego członków rodziny, ale też
pałac Sanssouci z zewnątrz i z wewnątrz.
Cytat: „Tak to Filozof z Sanssouci,
poeta i pięknoduch, potrafił wysysać krew niczym nieustępliwa łasica”
14,5. Timothy Dawson, Giuseppe Rava, Bizantyjski kawalerzysta
około 900-1204,
przeł. Maciej Balicki, Oświęcim 2018
(Osprey Warrior nr 139)
Na moment wracam do Bizancjum. Po Ospreyu poświęconym bizantyjskiej
piechocie przyszła pora i na jazdę. Ilustrator inny, autor ten sam: przede
wszystkim już na wstępie zwraca uwagę, że określenie „Cesarstwo Bizantyjskie”
jest anachronizmem stworzonym przez XVI-wiecznych Niemców. Sam też na całej
przestrzeni książki pisze o „Rzymianach” i „wojskach rzymskich”.
Na temat kawalerii Cesarstwa wiadomo więcej, niż na temat piechoty,
toteż jest tu ciut więcej konkretów niż w poprzednim Ospreyu. Autor zwraca
uwagę, że wojsko dzieliło się zasadniczo na stałą armię zawodową i rekrutów
służących w zamian za posiadanie ziemi. W ramach samej kawalerii zwraca uwagę
na podział na konnych łuczników, jazdę średnią i katafraktów. Sporo miejsca,
jak się rozumie, poświęcono ubiorowi i wyposażeniu, przy czym Dawson, jako
rekonstruktor, praktyczność niektórych rozwiązań – np. noszenia dwóch mieczy na
raz, prostego i krzywego – wypróbował osobiście. Rozdział o życiu w trakcie
kampanii zawiera informacje o żołnierskiej diecie, a na końcu znalazły się
informacje o najważniejszych muzeach i grupach rekonstrukcyjnych. Całość
napisana (i przetłumaczona) bardzo przejrzyście, tyle że niektóre informacje
powtarzają się kilkakrotnie i o tym, że najmniejszą jednostkę taktyczną
stanowili dwaj żołnierze plus służący, czytam chyba ze cztery razy.
Ikonografia to ponownie reprodukcje sztuki z epoki, zdjęcia paru
artefaktów i jednego rekonstruktora. Pojawiła się też fotografia Turków
uprawiających konne oszczepnictwo w latach 60. – tradycja ta wywodzi się z
ćwiczeń armii bizantyjskiej i zapewne nie tylko. Do tego dochodzą schematy
przedstawiające szyk marszowy armii, układ obozu czy taktykę bojową.
Plansze barwne do Bizantyjskiego piechura stworzył
nieodżałowany Angus McBride. W Kawalerzyście ilustratorem jest Giuseppe
Rava, uważany przez wielu za jego godnego następcę, a przez niektórych za
artystę, do którego wizji również należy podchodzić ostrożnie. Można tu
zobaczyć parę sylwetek kawalerzystów, sceny z walki i służby (w tym cesarza
Aleksego uchodzącego jak niepyszny z pola bitwy pod Dyrrachium) i szczegóły
wyposażenia. Jest też sanitariusz wyposażony w konia z dodatkowym strzemieniem
przy siodle. W ogóle kwestia strzemion była dla ówczesnej kawalerii kluczowa.
14. Jarosław Wojtczak, Quebec 1759, Warszawa 2000 (z serii Historyczne bitwy)
Wojna siedmioletnia toczyła się nie tylko na Śląsku i w okolicach.
Drugim ważnym teatrem działań była Ameryka Północna, gdzie starły się Anglia
(sojuszniczka Prus) i Francja (wbrew dotychczasowej tradycji sprzymierzona z
Austrią). Do obu stron przyłączyły się różne plemiona Amerykanów (vide
rozgrywający się w tych realiach Ostatni Mohikanin), więc do dziś trzecią
wojnę śląską nazywa się w tamtych stronach „wojną Francuzów i Indian”. Pojawiają
się tu Irokezi, tym razem prawdziwi.
Wydarzenia te postanowił przybliżyć polskiemu czytelnikowi Jarosław
Wojtczak, jeden z najpłodniejszych autorów habełków (choć snuły się wokół niego
oskarżenia o, hm, niesamodzielną pracę). Specjalizuje się on w przybliżaniu
szerokiemu czytelnikowi tematyki brytyjskiej i amerykańskiej, a zainteresowanie
korzennymi Amerykanami odbiło się nawet na jego imażu. Wadą bywa u niego
nadmierne skupienie na tle wydarzeń, sięgające czasem niemal dosłownie do Adama
i Ewy. Na szczęście Quebec nie zaczyna się od przekroczenia Cieśniny
Beringa przez pierwszych hominidów ani nawet od Krzysztofa Kolumba, który
zresztą nigdy na ziemi kanadyjskiej nie stanął. Autor przedstawia za to
początki kolonizacji angielskiej i francuskiej (z epizodem holenderskim):
Cabot, Cartier, Champlain, Roanoke, Jamestown, Plymouth… Stąd przechodzi do
zarysu kolonizacji Nowej Francji oraz ustroju społeczno-gospodarczego tych
stron.
Zagęszczanie się kolonizacji obu krajów musiało nieuchronnie
prowadzić do konfliktów, w które wciągane były miejscowe narody amerykańskie –
Irokezi zwykle w sojuszu z Anglikami, Huroni z Francuzami, ale sprawa sojuszów
była bardzo płynna. Wojskowość obu stron – omówiona w osobnym rozdziale –
opierała się głównie na łupieżczych rajdach wzorowanych na tych, jakie
prowadzili między sobą Indianie (a jeśli już, to bardziej krwawych) oraz
działaniach lokalnych milicji, wojska regularne były nieliczne. Wojny angielsko-francuskie
w Ameryce Północnej stanowiły zwykle lokalne fronty odpowiednich wojen
europejskich i autor omawia trzy poprzednie, do których doszło od 1690 r. Przed
wybuchem wojny siedmioletniej miały miejsce preludia w postaci ekspedycji
niejakiego Jerzego Waszyngtona w 1754 r. i o rok późniejszego pogromu wojsk
gen. Braddocka nad Monongahelą.
Mimo nieudolności dowódców, Anglicy dość szybko opanowali
Louisbourg w Nowej Szkocji i dolinę Ohio, ale największe problemy sprawił im
Quebec. Głównodowodzący wojsk francuskich w Kanadzie, markiz de Montcalm,
trafił tam w końcu na godnego przeciwnika – zdolnego, lecz chorowitego i trudnego
w charakterze gen. Jamesa Wolfe’a. Następuje więc opis oblężenia miasta nad
Rzeką Wawrzyńca: działania piechoty, ostrzał artyleryjski, manewry okrętów… Nie będzie chyba specjalnym spoilerem, że w
czasie bitwy zginęli obaj wyżsi dowódcy, a upadek Quebecu przesądził o upadku
panowania francuskiego w Ameryce Północnej. Po stronie francuskiej dość istotną
rolę odegrał słynny później Louis Antoine de Bougainville, a po brytyjskiej
rolę znacznie drobniejszą – nie mniej potem znany James Cook.
Całość opisana została jak to u Wojtczaka, jasno, przejrzyście i z
lekkim piórem. Większych byków merytorycznych nie stwierdzono, a nawet
uchybienia korekty nie rzucały się specjalnie w oczy. Z jednym wyjątkiem:
Szkoci groźnie wymachują „szerokimi mieczami” (broadswords) zamiast
pałaszami.
Materiał ilustracyjny stanowią dwie wkładki przedstawiające
najważniejsze postacie, typy żołnierzy oraz zdarzenia z epoki. Jest też kilka
map – nie na końcu książki, lecz rozsianych po tekście. Okładkę, tym razem
nietypowo dla siebie bezkrwawą, wykonał Paweł Głodek – przedstawia oddział
żołnierzy brytyjskich (muszkieterzy, grenadierzy, Szkoci i rangersi)
wspinających się po skałach nad rzeką.
15. Aleksander Sudak, Detroit 1763,
Warszawa 2006 (z serii Historyczne bitwy)
W dzieciństwie Pontiac kojarzył mi się tylko z potężnym
amerykańskim samochodem, którego widywałem na jednym z osiedlowych parkingów.
Potem dowiedziałem się czegoś więcej o wodzu Ottawów, który temu autu dał imię.
O powstaniu Pontiaka wspominał Wojtczak w ostatnim rozdziale Quebecu.
Temat rozwinął w swoim habełku Aleksander Sudak, historyk korzennych
Amerykanów, działacz ruchu indianistycznego (od Indian, nie od Indii),
publikujący m.in. w piśmie „Tawacin”.
Pierwszy rozdział to omówienie ludów algonkińskich i irokeskich,
których dotyczą opisane dalej wydarzenia: ich rozmieszczenie, zwyczaje,
gospodarka, kultura materialna czy ustrój społeczny, no i oczywiście sztuka
wojenna. Sprintem przebiegamy przez wojnę siedmioletnią, o której więcej było u
Wojtczaka. Parę stron autor poświęca samej postaci Pontiaka, a raczej temu, jak
niewiele pewnych informacji o nim wiadomo.
Po omówieniu przyczyn wojny przystępuje do samego przebiegu
działań. Początkowo Amerykanie zdobywali angielskie forty podstępem, w czym
pomagała niewielka liczebność załóg. Do wyjątków należało potężniejsze od
innych Detroit (jeszcze wówczas nie Rock City). Drugi nurt działań wojennych
stanowiły napady na osady Anglików, z naszego punktu widzenia wręcz
terrorystyczne, i odpowiedź białych w postaci pogromów korzennej ludności. W
tym wszystkim tkwili jeszcze osadnicy francuscy, dla własnego przetrwania
zmuszeni do lawirowania między Anglikami a powstańcami.
Autor zwraca uwagę, że określenie „wojna Pontiaka” lub „powstanie
Pontiaka” jest mało precyzyjne. Pontiak był bardziej inicjatorem i przykładem
dla innych niż faktycznym przywódcą buntu Amerykanów przeciw białym; w jego
obozie pod Detroit na porządku dziennym były spory pomiędzy nim a wodzami
innych plemion, którzy swoją drogą próbowali zawierać na własną rękę
separatystyczne rozejmy z załogą fortu. Rozmaite pertraktacje i zmiany stron
zajmują w tej narracji nie mniej miejsca niż działania wojenne. Oprócz samego
oblężenia Detroit omówione są zmagania na innych frontach, a także późniejsza działalność
publiczna Pontiaka w Illinois, gdzie do pewnego momentu jeszcze próbował
rozniecić wojnę.
Sudak stara się pisać przystępnie, ale pióro ma jednak nieco
cięższe od Wojtczaka. Kilka razy zdarzają mi się też niewyłapane przez korektę
kwiotki typu „wrócił z powrotem”. Za ikonografię robi jedna wkładka, na której
są wprawdzie aż dwa portrety komendanta Detroit, majora Gladwina, ale nie ma
wizerunku Pontiaka. Do tego dochodzą bodaj trzy mapy teatru działań wojennych w
różnych okresach wojny. Przydałaby się jeszcze mapka samego fortu Detroit i
jego okolic, bo w tej kwestii można liczyć tylko na mało wyraźną reprodukcję
mapy z epoki.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz