Siedząc niedzielami u teściów,
zaczynam se czasem przeglądać tzw. prasę kobiecą vel kolorowe tygodniki. Plotki
o ludziach znanych z tego, że są znani, mało mnie obchodzą, zaglądam do nich
jak za zasłonę zupełnie innego uniwersum. Ostatnio moją uwagę zwróciło co
innego: całostronicowe lekramy rozmaitych cudownych terapii, tabletek, urządzeń
itp., zazwyczaj podparte autorytetem ukazanego na zdjęciu naukowca, a nawet
całego zespołu naukowego. Prawie każdy profesor, zwykłych drów jak na
lekarstwo, bo jednak profesor to brzmi dumnie. Zdecydowana większość to
mężczyźni i – pomimo zagranicznego pochodzenia – prawie wyłącznie biali, z
wyjątkiem jednego Azjaty. Wspólny dla tych wszystkich ogłoszeń jest motyw
cudownej metody, która pozwala pozbyć się problemu zdrowotnego szybko i bez
jakiegokolwiek wysiłku, konieczności poddawania się zabiegom czy zmiany nawyków
żywieniowych, wystarczy zadzwonić i wyłożyć kasę. Zupełnie jak reklamowane
przed laty w telewizji urządzenie AbGymnic: możesz leżeć do góry brzuchem, a
wynalazek sam ci wyrzeźbi masę mięśniową! O, przepraszam: MOŻE wyrzeźbić. Słowo
„może” pojawia się w tych anonsach wyjątkowo często, na wypadek, gdyby jednak
cudowna kuracja nie wyjszła.
Postanowiłem
niezobowiązująco sprawdzić, czy tacy goście i instytucje badawcze w ogóle
istnieją, a w każdym razie – czy są na
tyle „znanymi naukowcami”, żeby pojawiać się w internetach. Moje „badanie”
objęło tytuły: „Na żywo”, „Życie na gorąco”, „Rewia”, „Twoje Imperium”, „Dobry
Tydzień” (nieco bardziej katolicki), w mniejszym stopniu „Naj” „Sukcesy i
Porażki”, „Cienie i Blaski”, Bliżej ciebie”, a także „Przyjaciółka” oraz
„Kobieta i Życie” (kiedyś czasopisma z tradycjami, dziś już tak zglajchszaltowane,
że od tamtych różnią się właściwie jeno lepszą okładką i większą ilością
stron), z okresu od grudnia ZOZO do lutego ZOZI, ale także pojedyncze
numery z grudnia 2019 i stycznia 2020 oraz wiosny 2021. Pisma są stargetowane
na czytelników w wieku ponadśrednim, głównie kobiety (choć nie tylko, o czym
poniżej), a w związku z tym i reklamy dotyczą schorzeń charakterystycznych dla
danej grupy wiekowej.

O dziwo,
ogłoszenia związane z gastrologią obywają się bez podparcia autorytetem.
W jednym bezimienny „ekspert w dziedzinie gastrologii” informuje, że „Kłopoty z
regularnym wypróżnianiem (…) odbierają przyjemne uczucie lekkości”. Twarzą
roślinnej metody przywracania naturalnej pracy jelit i zmniejszenia zaparć jest
jedynie 49-letnia Joanna z Piły, a mimo to skorzystało z niej już 355 tys.
Polaków. Może dlatego, że pierwsze efekty widać już po kilkunastu sekundach
(ale w przypadku pani Joanny – minutach). Preparat powoduje popularne wśród
altmedowców „oczyszczenie organizmu ze złogów i toksyn”, bo dla nich przyczyną
problemów ze zdrowiem nigdy nie są bakterie czy wichrusy, tylko nieodmiennie
toksyny, ewentualnie grzyby. Warto dodać, że również poprawia cerę. Przynajmniej
powiedziane jest, że chodzi o imbir i "drogocenną opuncję figową", z
domieszką ekstraktu z korzeni lukrecji w wysokim stężeniu; wiele innych
ogłoszeń pozostaje tajemniczych, jeśli chodzi o skład. Pani Joanna zeznaje, że
byłoby z nią naprawdę źle, gdyby specjalistka od naturalnych kuracji nie
poleciła jej mieszanki „ziół, używanych od wieków na tego typu problemy”, bo
przedtem jadła jabłka i śliwki na kilogramy, a kiedy poszła do specjalisty, ten
kazał jej „zapalić papieroska i wypić kawkę”.
To musiał być bardzo stary lekarz, który leczył jeszcze Jerzego VI i przepisywał
mu papierosy jako środek na jąkanie.
Dlaczego
piszę, że wśród czytelników tych tygodników muszą się znajdować nie tylko
kobiety? Ano dlatego, że raz na jakiś czas pojawia się ogłoszenie dotyczące przypadłości
męskich (chyba że ktoś jest trans, ale czy wówczas byłby grupą docelową
takich dość konserwatywnych obyczajowo periodyków?) Wspominany już tu kiedyś prof.
Axel Thomson z Instytutu Seksuologii w Sydney wydłużał Polaków o 6 cm za pomocą
mieszaniny gliceryny, sorbitolu, mleczanu mentylu i wyciągu z żeńsznia. Oprócz
wydłużenia samego atrybutu (i to już po pierwszym użyciu!) zwiększa się dzięki
temu także długość trwania erekcji, nawet o 90 minut, co musi być nieco
irytujące, kiedy ktoś musi akurat skorzystać z toalety. Jak już pisałem, Axel
Thomson, którego można znaleźć w sieci, jest Kanadyjczykiem, urologiem
specjalizującym się w prostacie i wygląda zupełnie inaczej niż na zdjęciu w
reklamie.
Thomsonowi
w dziele powiększania pezwisa sekunduje Mariusz Dąbrowski, ekspert ds.
seksuologii, promując „żelowy booster członka”, oczywiście nieinwazyjny. Google
pokazuje diabetologa i naturopatę o takim nazwisku, nie przypuszczam, żeby to
był pierwszy z nich; inna sprawa, że to nazwisko z pierwszej piątki
najpopularniejszych w Polsce, a imię też nie jakieś rzadkie. Osobną kwestią
jest założenie, że w pakiecie z „KOLOSEM wystającym z rozporka” (cytat z
testymonium pacjenta l. 56 ze Zgierza, dla którego „mały członek był wielkim
kompleksem”) od razu wzrasta również jakość pożycia intymnego, tak samo jak, prawda,
po kupieniu gitary od razu umie się grać. Jasne, że po przejściu z Defila na
Białego Gibsona wiosłuje się lepiej, o ile gitarzysta już wcześniej miał jakieś
skillsy.
Oprócz
powiększania tego i owego ważną kwestię stanowią problemy z prostatą. Wśród cudotwórców
aktywnych na tym polu zauważalny jest prof. John Reclman vel Redman z Instytutu
Urologii Uniwersytetu Kalifornijskiego (ale którego? Bo jest kilka). Jego
preparat to „broń numer 1 w walce z przerostem prostaty”. Anonimowy
„przedstawiciel wiodącego koncernu farmaceutycznego” zdradza: „Nie wprowadzamy
ich do aptek i nie promujemy ich wśród lekarzy”, bo „nie są tak zyskowne ani
dla nas, ani dla aptek”. Widzimy tu nawiązanie do typowego dla altmedowców mema
„niedobre lekarze nie chcą, żeby ludzie wyzdrowieli, bo inaczej na nich nie
zarobią”. Reclman oczywiście nic nie zarobił, sprzedając ponad 3 miliony
opakowań, która to liczba nic nam nie mówi, zważywszy, że nie wiemy, ile
opakowań wchodzi na jednego pacjenta i ile kapsułek na jedno opakowanie (a każą
brać po 3 dziennie). Preparat wspomaga przywracanie równowagi hormonalnej i może
podnosić testosteron, „równocześnie mogąc obniżać DHT”. Może podnosić i
obniżać, a może nie. „Pogromca prostaty” pierwsze efekty daje po tygodniu, a
pełne – po miesiącu. O formule wiemy, że
jest 11-składnikowa. Co do samego cudotwórcy – wyszukiwanie „john redman
lekarz” pokazuje w pierwszym rzędzie doktora zmarłego na długo przed powstaniem
Kalifornii. Jeśli zawęzić wyszukiwanie do urologa, pokazuje się facet z
Arkansaw, który nawet dostał tamtejszą nagrodę, ale nic nie wskazuje, żeby miał
coś wspólnego z Kalafiornią. Rapera znanego jako Redman myślę, że można także
wykluczyć.
Inny
preparat reklamuje się wielkim nagłówkiem: „JAKBYM DOSTAŁ NOWĄ PROSTATĘ”.
Otrzymujemy testymoniał Jacka, strażaka z Konina, bo któż jest większym
autorytetem w sprawie problemów z sikaniem niż strażak? Tegoż życie towarzyskie
i seksualne uratował kumpel, podpowiadając nową australijską formułę, przy czym
tylko 8-składnikową, która w podobny sposób pomogła 83 tysiącom mężczyzn. Powstała
dzięki temu, że prof. Andrew Cameron z Medical University of Melbourne z
zespołem australijskich naukowców na 10 miesięcy zamieszkał „w dżungli
Lamington, aby w spokoju wśród natury stworzyć autorski, przełomowy preparat na
przerost prostaty”. Wikipedia podaje, że „lamington” to
„tradycyjny australijski deser w postaci biszkoptów w
kształcie prostopadłościanów, polanych czekoladowym lukrem i
posypanych wiórkami kokosowymi”, co może dawać pewne pojęcie na temat
zawartości preparatu. Oczywiście nie można wykluczyć, że prof. Cameron zaszył
się ze swoim zespołem w parku narodowym w Queensland przy granicy z NSFW. O ile
istnieje. Wyszukiwarce znany jest biolog Andrew Cameron z Saskatchewan oraz astrofizyk
Andrew Collier Cameron z Uniwersytetu St. Andrews w Makdufowym hrabstwie Fajf.
Istnieje wprawdzie Australijczyk o tym samym nazwisku, ale jest teologiem z
Charles Sturt University i do tego adiunktem. Nie trafiłem też na ślad uczelni
„Medical University of Melbourne”, jedynie zwykły UniMel z wydziałem medycznym.
Wygląda na to, że dżunglowe prace nad preparatem na przerost prostaty prowadził
w rzeczywistości profesor Bruce z Uniwersytetu Woolloomoolloo.
Autora jednej z popularnych powieści
w gatunku polskiego fantasy z pewnością zasmuci fakt, że na rynku znajduje się
mnóstwo przełomowych sposobów przeciwko nietrzymaniu moczu.
Prof. Ralph
Zielinski z Uniwersytetu w Chicago jest autorem rewolucyjnej metody
bezinwazyjnego uszczelniania pęcherza. Opiera się ona na „innowacyjnym
połączeniu bioaktywnych substancji z witaminami i składnikami pochodzenia
roślinnego, które w sposób naturalny wzmacniają układ moczowy i uszczelniają
pęcherz”. Działa „ekstremalnie szybko”, czyli w 14 dni. Kuracja do niedawna dostępna
była tylko w USA, ale prof. Zielinski, „ze względu na swoje polskie pochodzenie
i sentyment do naszego kraju, postanowił wprowadzić ją także na polski rynek”,
przy czym tylko przez telefon, dla obniżenia kosztów. Szkoda, że u nas tak mało
sentymentalnych farmaceutów... W każdym razie wyszukiwanie w Chicago pokazuje
Erica Zielinskiego – co prawda orbitującego w kręgach altmedowych (przy
wpisywaniu „dr eric zielinski” wyszukiwarka sama uzupełnia: „quack”), ale
doktora, a nie profesora, i to od aromaterapii, a nie sikania. Jest też
tegoroczny nekrolog Ralpha Zielinskiego z Milwałków, przy czym nie napisano,
czy to lekarz. Można poza tym znaleźć naszego rodzimego prof. Romana
Zielińskiego, wygadywacza o covidzie.
Innym
dobroczyńcą pęcherza jest prof. Matthew Dery. Gwarantuje on, że preparat
zwalczający nietrzymanie moczu niezależnie od przyczyny odbudowuje mięśnie
układu moczowego i likwiduje wszelkie infekcje intymne w ciągu 14 dni, a do
tego jeszcze poprawia pracę nerek. W chwili publikacji ogłoszenia zaufało mu
podobno 156 834 Polaków. Według gugla dr Matthew Dery jest dentystą z Michigan,
Wikipedia prowadzi też do amerykańskiego komentatora sportowego. Z kolei Max
Randall z Cambridge okazuje się od razu łatwy do zweryfikowania. Jego nazwisko
pojawia się bowiem na słowackiej stronie hoax.sk, gdzie piszą o nim: „Profesor
Max Randall je samozrejme vymyslená osoba”. Dowiadujemy się przy okazji, że
tego typu ogłoszenia mają też postać internetową, i to na Slovensku.
Konkurencją
jest dla nich kuracja prof. Paula Wallensa (Pawła Wałęsy?) z Urology Center of
Ohio. Co prawda wyzwoliła ona z popuszczania tylko niecałe 48 tys.
Europejczyków, ale za to aż ośmioro z nich (sami z Polski) chwali preparat na
marginesach ogłoszenia. Metoda, która ma „blisko 99% skuteczności, przy
jednoczesnej zerowej możliwości wystąpienia jakichkolwiek środków ubocznych”,
opiera się na wykorzystaniu oligopeptydów, które poprawiają kondycję mięśni dna
miednicy, a do tego, wzmagając procesy naprawcze, 12-krotnie wzmacniają tkanki
łączne. Owe oligopeptydy są 100% naturalne, tylko nie napisane, które to.
Urology Center of Ohio faktycznie istnieje, chociaż nie ma oficjalnej strony
websajtowej; fragmentaryczne wypisy z rejestrów sugerują zresztą, że
działalność jest zawieszona. Z dużym zaś prawdopodobieństwem nie ma z nim nic
wspólnego żaden Wallens, który, nawiasem mówiąc, spamuje też skrzynki mailowe.
Części niesforne i nietrzymanie moczu
swoją drogą, ale największą grupą w przejrzanej przeze mnie próbie okazały się
środki na stawy. Istnieje nawet coś takiego jak Ogólnopolska Akcja
Odnowy Stawów. Choć nazwa kojarzy mi się z czyszczeniem, pogłębianiem i
zarybianiem, to w tym przypadku chodzi o regenerację układu stawowego w 30 dni.
Pomysłodawcą akcji, skierowanej do „kobiet i mężczyzn w różnym wieku”, jest
prof. Krzysztof Dudziak, a jej sedno stanowi rewolucyjny regenerator stawów,
„historyczny wynalazek opracowany przez naukowców z Austrii” (w końcu raz nie
amerykańskich!) Skoro rewolucyjny, to pewnie z czerwonego Wiednia, a pomaga na
„rwanie w kolanach, łupanie w krzyżu i przeszywający ból w biodrze”. Skupia się
"na odnowie chrząstki stawowej poprzez regenerację włókien kolagenowych
oraz macierzy proteoglikanowej", ale nadal nie wiemy, co to za naturalne
składniki. Do akcji prof. Dudziak włączył 147 tys. Polaków, ponieważ
"Polski producent" (Mieszko I?) poprosił go o przetestowanie
preparatu. Ustrojstwo można zdobyć jakoby ZA DARMO, a dodatkowa OKAZJA to dla
najszybszych niespodzianka GRATIS! I tylko nic nie wskazuje na to, żeby
profesor Dudziak w ogóle istniał.
Prof. Louis
Hopkinson, twórca innowacyjnej metody zwalczania zwyrodnień stawów, zachęca:
„Nie truj się chemią – zaufaj naturalnym składnikom”. Każdy medykus, który
nazywa lekarstwa pejoratywnie „chemią”, budzi moją nieufę. Innowacyjna metoda
leczenia artrozy (poprzez regenerację chrząstki i zwiększenie produkcji mazi
stawowej) zdobyła uznanie na kongresie Nova Medica w Sztokholmie. Kuracja trwa
14 dni, ale jak jej się zechce, to może zadziałać i w 24 godziny. Zadowolonych
było około 159 tys. osobo-Polaków. Po wpisaniu w wyszukiwarkę „Louis Hopkinson”
sprawa jest prosta, odnajdujemy bowiem (poprzez webcache) fragment artykułu
Bartłomieja Byczkiewicza z nieistniejącej już strony „Manuał Zielarski”: „Nie
istnieje profesor Luis Hopkinson ani kongres Nova Medica”. Jest za to
Louise Hopkinson, doktorantka z Manchesteru, współautorka trzech prac
zbiorowych, z których żadna nie ma nic wspólnego ze stawami.
Tymczasem prof.
Daniel Schneider, ekspert z Międzynarodowego Ośrodka Badawczego w Monachium,
rekomenduje urządzycho, które nazywa się pasem magnetyczno-trakcyjnym i
rozszerza przestrzenie międzykręgowe. Tym samym odciąża kręgosłup i stawy na
zasadzie „połączenia autogennej trakcji z magnetoterapią”, przywracając
sprawność ruchową „w rekordowo krótkim czasie”. Wywodzi się ono z „przełomowego
odkrycia branży motoryzacyjnej” (pewnie dlatego „autogenna”), na które wpadł
niemiecki koncern samochodowy z Bawarii (BMW?), opracowując nowy fotel. Odkrycia
dokonał Bruno Wanke, inżynier z 20-letnim stażem, i od razu poleciał z tym do
Schneidera. Daniela Schneidera z Monachium (konkretnie z TUM) można znaleźć na
Researchgate, jako pracownika Instytutu Obrabiarek i Zarządzania Przemysłowego,
a tytuły jego prac nie mają nic wspólnego z magnetoterapią. I znów: Schneider
to dość popularne nazwisko. Drugi Daniel Schneider z Monachium jest
literaturoznawcą z Uniwersytetu Ludwika Maksymiliana, a trzeci – wiceprezesem
firmy od szkoleń komputerowych. Bruno Wanke był natomiast w latach 30. posłem
BBWR. Z Monachium powiązany jest za to Bruno Wank, ale to nie żyżynier, tylko
rzeźbiarz.
Inny rodzaj
pasa wyciosał prof. Lee Hyun-joong, ortopeda-reumatolog z Centrum Reumatologii
w Seulu. Ferromagnetyczny pas dekompresyjny oparty jest na synergicznym
działaniu dwóch sił – magnetoterapii (magnesy ferrytowe generujące pole o mocy
3500 gausów) i dekompresji. „Jestem w szoku, że w Europie, tak rozwiniętym
cywilizacyjnie kontynencie, nadal nie stosuje się tego sprawdzonego sposobu
zwalczania zwyrodnień kręgosłupa”, a w Azji rocznie odzyskuje sprawność ruchową
ponad 356 700 osób. Mimo tego zdziwienia, w Polszcze prof. Lee wprowadził
swój wynalazek tylko do sprzedaży telefonicznej. Centrów reumatologii jest w
Seulu kilka, ludzi nazwiskiem Lee Hyun-joong - jeszcze więcej, w tym koszykarz.
Prof.
Lars D. Lindberg z uniwersytetu w Goteborgu zaprezentował „bezoperacyjny sposób
na walkę z bólem pleców i odbudowę zniszczonych stawów!” który ot tak sobie
można uzyskać w „jednej ze szwedzkich instytucji opieki zdrowotnej”, co
niewątpliwie stanowi dowód na sławetny upadek Szewcji. Jest to Belteo – jeszcze
inna wersja pasa trakcyjnego, „stosowana na Zachodzie od lat”. Pacjent odczuwa
ulgę po 4 dniach, a po 20 jest już w pełni sprawny seksualnie. Oprócz trakcji w
grę wchodzi technologia magnetronowa o mocy 6-15 tys. gaussów, blokująca
impulsy bólu. A prof. Lindberg? Występuje tylko w tego typu reklamach, w tym
jednej po włosku. Jest wprawdzie lekarz Lars Olav Lindberg, ale to chirurg
pediatryczny z Uniwersytetu Lund.
Niejaki
prof. Walsh wynalazł opaskę, która zregneruje (sic!) chrząstkę stawową w 21
dni. Zaufało już jej ponad 475 000 Europejczyków! Opaska jest z czarnego
plastiku i przypomina coś z arsenału BDSM. Kolagen zwiększa czterokrotnie,
wpuszcza też do komórek tlen, a choć zakłada się ją tylko na kolano, to
stabilizuje cały układ stawowy za pomocą pola magnetycznego. Ponoć „króluje w
domach Brytyjczyków, Francuzów i Niemców", dzięki czemu emeryci z Zachodu
mogą lać polskich bez większego zmęczenia. Oczywiście bezimiennego Walsha nie
idzie zweryfikować; bo chyba nie jest to „Orzeł” Joe Walsh?
Kurację
odbudowującą stawy reklamuje również Maria Smith (l. 74), emerytowana dentystka
z Glasgowa, dalej zwana „panią Marią”. Co ma dentystka do stawów? W stawie żyje
szczupak, a on ma zęby. A mówiąc poważniej, „pani Maria” cierpiała 9 lat na
artrozę „trując się kortykosteroidami” i nie tylko. Cytat: „brałam posłusznie:
glukozaminę, chondroitynę, kolagen, czarciczy koci pazur, MSM, witaminy i
minerały”. Nic nie pomagało – nawet koci pazur, czyli znana z cudownego
działania wilcza kora – póki przyjaciółka ze Stanów nie poleciła jej kuracji
prof. Levine’a. Co to za jeden ten Levine i jak ma na imię, nie dowiadujemy
się, podejrzewam, że nie jest to Adam Levine, lider zespołu Maroon 5. Wiadomo
tylko, że od lat „zajmuje się bioinformacyjnymi właściwościami rzadkich
roślin”. Pojęcie „bioinformacji”, czyli „wymiany informacji pomiędzy komórkami,
tkankami, organami (…) w formie impulsów elektrycznych”, brzmi dla mnie jak coś
z arsenału altmedowego. Levine opracował preparat na bazie zioła Lepidium
meyenii, o którym peruwiańscy Indianie mawiają ponoć, że przynosi ludziom
długowieczność – i faktycznie, korzeniowi maca (nie mylić z macą robioną z
niemowląt, którą można kupić w każdym sklepie spożywczym) przypisuje się
właściwości bliskie rzęszeniowi. W tym konkretnym przypadku nie tylko
regeneruje chrząstkę (poprzez „harmonizowanie pracy chondrocytów”), ale również
... oczyszcza maź stawową z toksyn, a jakże. Levine przetestował swój zajzajer
z pomocą Andrew Thalsona, bliżej nieznanego specjalisty od leczenia bólu. Mimo
to „preparat jest mało znany, ponieważ może stanowić poważne zagrożenie dla
wielkich koncernów”, a także „ze względów prawnych” nie trafił do aptek i
zwykłych sklepów.
Na łamach
„Kobiety i Życia” reklamuje się dla odmiany olejek laurowo-kurkumowy do użytku
wewnętrznego, dający poprawę już po 3 dniach, „bomba antyseptyczna”, która
pomaga no normalnie na wszystko. Preparat chwali m.in. Edward l. 76; na łamach
„Naj”, w innym ogłoszeniu, zdejmuje okulary i niczym Clark Kent w Supermana,
zmienia się w Tadeusza z Lęborka. Tu przynajmniej pod reklamą podpisała się
Asepta, rok założenia 1998, a olejek dostępny jest w aptekach lub sklepach
zielarskich, ale to nic nie znaczy, bo lewoskrętna witamina C też jest tam
dostępna. Zastanawiające są natomiast dalsze informacje. Sam nagłówek
stwierdza, że jest to kuracja „znana już od 2 tys. lat!”, a już w następnej
linijce – „innowacyjna”. Przytacza się nawet wypowiedź twórcy tego
„niezwykłego, innowacyjnego preparatu”, który musi być w takim razie pierońsko
stary – trudno o lepszy dowód na skuteczność metody. Nie wiadomo tylko, czy
jest nim dr Binu Chandran, czy dr Jerzy Gryglewicz, „ekspert Ochrony Zdrowia” z
Uczelni Łazarskiego. Doktorów Binu Chandranów jest co najmniej dwoje: jeden -
chirurg pediatryczny w Kerali, druga - lekarka w Australii. W internetach można
też znaleźć dokumenty z indyjskiego sądu, dotyczące jakiegoś sporu o mur
graniczny. Za to Gryglewicz przynajmniej naprawdę istnieje, naprawdę wykłada na
Łazarskim, przy czym jest anastazjologiem, a jego macierzysta jednostka to
Instytut Zarządzania w Ochronie Zdrowia. Przy tym mówi ciekawe rzeczy:
„Toksyny krążą wzdłuż kręgosłupa aż po palce rąk i nóg. Spróbujcie pokręcić
głową a usłyszycie chrupanie - to kryształki toksycznych kwasów, które
usadowiły się w kręgosłupie”. Moim zdaniem to jednak diabeł żre pumpernikiel.
Kimkolwiek by był twórca, ludzie dzwonią do niego codziennie, aby podziękować
za poprawę swojej sprawności. A wy kiedy ostatnio dzwoniliście z
podziękowaniami do producentów swoich tabletek i syropów?
„Bez trucia
się chemicznymi tabletkami” można zregenerować stawy metodą prof. Rufusa
Palmera, cenionego eksperta w dziedzinie ortopedii i reumatologii, która
„zyskała szeroki poklask wśród ortopedów i reumatologów na całym świecie” i
„już dawno” jest dostępna w Wielkiej Brytanii. Dziwne tylko, że pomimo tak
szerokiego poklasku żaden lekarz o niej nie słyszał, by pomóc panu Henrykowi
z Żyrardowa, dopóki namiaru nie dała mu siostra w Londynie. Sam prof.
Palmer też nie bardzo wiadomo, przez kogo jest tak ceniony. Wyszukiwanie
pokazuje kanadyjskiego lekarza zmarłego w 1873 r. Preparat jakoby wspomaga
proces zwiększania produkcji mazi stawowej, „uderza w źródło schorzenia,
odżywia chondrocyty i inicjuje proces samoodbudowy uszkodzonych tkanek”. W tym
przypadku pierwsze efekty pojawiają się już na drugi dzień, a po 30 dniach
następuje całkowita regeneracja. Choć prof. Rufus pracował nad swoją formułą
wiele tygodni (czyli poradził sobie szybciej nie tylko od twórców szczepionek
na covid, ale i od prof. Camerona z buszu Lamington), to nie spotkał się z
zachwytem Big Sarny, która utrudnia wprowadzenie jego kapsułek na polski rynek
w formie innej niż za 329 zł przez telefon – choć w UK podobno nie ma z nimi
problemu – i ubolewa: „Próbują nam zaszkodzić, bo jako pierwsi zaoferowaliśmy w
100% naturalną kurację”. Gdyby poczytał reklamy w kolorowej prasie kobiecej,
mógłby zwątpić, czy rzeczywiście był pierwszy.
Kolejną grupą schorzeń są
problemy ze słuchem. Proponuje się więc terapie pozwalające odzyskać słuch
w szybkim tempie, żeby nie było trzeba nosić aparatu, a w ostateczności –
aparaty lepsze od zwyczajnych. Jednym z autorytetów jest „szef grupy badawczej”
Hans Kirchollm (sic!) z "renomowanego ośrodka badawczego w Berlinie",
odpowiedzialny za nową makro-molekularną
formułę regeneracji słuchu, dającej 15-krotną poprawę słyszenia. Formuła ma
postać "oleistej substancji o silnych właściwościach bioregulujących"
i za pomocą połączenia „kilku substancji aktywnych, które dosyć rzadko
występują w naturze” pobudza „procesy naprawcze tkanek na poziomie
nanokomórkowym” i już po 30 dniach jest po ptokach. O samym profesorze nic nie
wiadomo, natomiast ma konkurencję w postaci prof. Heinricha Volkendorfa z
ośrodka klinicznego w Stuttgarcie: „NIEMIECKI NAUKOWIEC rzucił wyzwanie
producentom urządzeń poprawiających słuch”. Jego dziełem jest „płyn
regenaryjno-oczyszczający”, który także 15-krotnie poprawia ostrość, aktywuje
regenerację komórek rzęsatych i ucisza „szumienie w uszach spowodowane
zanieczyszczeniem przewodu słuchowego”, a wszystko to za sprawą
makro-molekularnej formuły. Przywraca toto jakoby pełny zakres słyszenia w
ciągu 3 tygodni, a pierwsze efekty widać już kilkanaście godzin po aplikacji.
„Mój zespół naukowych z kliniki w Stuttgarcie postawił sobie inny cel niż
doraźne rozwiązania”, dzięki czemu na metodę Volkendorfa złapało się już ponad
250 427 Europejczyków, on sam natomiast pozostaje anonimowy. Donnerwetter!
 |
Efekty zmierzone, ale gdzie jakaś skala? |
Więcej, bo
ponad 300 tys. Europejczyków, przyciągnęło „przełomowe odkrycie” grupy
brytyjskich naukowców, która „poszła na wojnę za producentami aparatów
słuchowych”, mimo że ich wynalazek działa dopiero w ciągu „4-tygodni”. Są to
plastry biomedyczne – czy też biomagnetyczne – pod nazwą „Neodymium2000”, które
nakleja się za uchem. Metoda jest ponoć wykorzystywana „głównie przez prywatne
ośrodki laryngologiczne dla zawodowych muzyków” i opiera się na technologii
używanej do produkcji statków kosmicznych. Jej zasadą działania są
„inteligentne nanopolaryzatory”, które są na tyle inteligentne, że wzmacniają
znaczące dźwięki, a wyciszają zbędne! Pozwalają więc usłyszeć „śpiew ptaków za
oknem, kwotę do zapłaty w sklepie i każde wypowiedziane przez księdza słowo”, a
nie dopuszczają do uszu szczęku widelców albo stukotu obcasów. Przy tym
wszystkim plaster regeneruje uszkodzone komórki rzęsate dzięki „spolaryzowaniu
siły elektromagnetycznej”, i to nawet gdy już zostanie zdjęty. Biorąc pod
uwagę, że plastry są 88 razy tańsze niż zwykłe aparaty słuchowe, można nabrać
bardzo nieładnych podejrzeń na temat tego, dla kogo wcześniej pracowali
niektórzy uczestnicy projektu. W ogłoszeniu wypowiada się jednak tylko dyrektor
ośrodka badawczego Christopher Washington.
Nie wiedząc
o odkryciu nieistniejącego prof. Washingtona, prof. Michael Allen w
najnowocześniejszym amerykańskim laboratorium opracował biomedyczny regenerator
słuchu „łączący nowoczesną technologię z niezwykłą mocą natury”. Chodzi o
plastry wzmacniające słuch, które odwracają efekt głuchnięcia o 100% za pomocą
ziarna Vaccaria (aka "biomedycznego ziarna") – widocznie „krowiziół
zbożowy” nie brzmi już tak sexy. Nie tylko przestaje się głuchnąć, ale dostaje
się słuch jak żyleta i można usłyszeć, jak woda kapie u sąsiada, i podsłuchiwać
ze 150 metrów. „Nowoczesna formuła opracowana przez Michaela Allena zaledwie w
15 sekund przywróciła doskonały słuch i dobre relacje z ludźmi 456 800
Polakom”. Pytanie tylko, co się zdarzyło w 15 sekund – przywrócenie słuchu czy
opracowanie formuły. Jeśli to pierwsze, to chyba mamy rekordzistę wśród tych
wszystkich terapii. Wśród różnych związanych z medycyną Michaelów Allenów
pojawia się lekarz rodzinny oraz ginekolog. Otolaryngolog z Teksasu też jest,
ale na pierwsze ma Shawn. Wątpliwe, aby to był którykolwiek z nich.
Tymczasem wzmacniacz
słuchu prof. Cartera Davisa, eksperta ds. laryngologii, zwany także „TURBOwzmacniaczem
audialnym”, podbił już serca „234 567 osób” (no naprawdę, mogli się bardziej
wysilić z wymyśleniem liczby). Uratował m.in. pana Bogdana z Jasła, którego
żona podejrzewała o wypalenie uczuć, a on po prostu się mniej odzywał, bo nic
nie słyszał. Zamówiła dlań ULTRAwzmacniacz prof. Cartera i teraz ma za swoje,
bo mąż słyszy nawet jej mruczenie pod nosem z pokoju obok. Poza tym jednak, że to
AUDIOurządzenie stanowi „innowacyjny reduktor szumów usznych”, nie bardzo
wiadomo, na czym polega jego rewolucyjność. Co innego AUDIOtechniczne
MINIurządzenie zwane FONOkorektorem, które opracowano ponoć na podstawie
obserwacji ćwierkania sikorki - że niby mała, a ma dobry słuch. „Wiele z nich
potrafi usłyszeć potencjalne zagrożenie lub zdobycz z odległości setek metrów!
Na podobnej zasadzie działa przełomowy AUDIOkorektor”. Dzięki temu Joachim z
Białegostoku i 127 452 innych Polaków mogą bez trudu łapać i pożerać rozmaite
owady. Lekarz Carter Davis istnieje, ale jest onkologiem w Nowym Orleanie.
Inne
ogłoszenie proponuje „nową mikrocyfrową technologię” groźnym hasłem „Koniec eldorado”,
gdzie jako litery „o” widnieją dziury po kulach. Brzmi groźnie? No to
posłuchajcie: „Biznesmeni opływają w luksusach (!), zarabiając horrendalną kasę
na ludzkim cierpieniu. (...) Nakładają absurdalne marże, obrzydliwie się
bogacąc. (...) produkują dziadostwo i wciskają je nam na siłę. Wywierają
naciski na lekarzy, aby Ci polecali ich produkty” (cóż za inwersja!). O ile
pewna nieufność wobec biznesmętów jest społecznie korzystna, to reklamowanie w
ten sposób audiostymulatora FonixRepair z mikroprocesorem AVD-873 wydaje się
dość podejrzane, zważywszy, że spośród zdystrybuowanych dotąd 47 tysięcy
egzemplarzy „Dotychczas do Polski trafiło zaledwie 490 szt. urządzenia.
Najprawdopodobniej, więcej już nie będzie. Mecenasi mocno o to zabiegają”. Na
rycinie cudowne urządzenie wygląda jak całkiem typowy aparat słuchowy, ale
według opisu pozwala rozumieć mowę
ludzką o 262% dokładniej (Messerschmitt!), choć tańsze jest od zwykłego
aparata o 44% (to Dziady dopiero!).
Ale po co
aparat, skoro prof. Simon Bieler z Uniwersytetu Monachium (o którym wiemy
jedynie, że jest imiennikiem prezesa izraelskiej firmy produkującej balustrady)
wynalazł olejek, przywracający słuch w tradycyjne 21 dni. My Polacy nigdybyśmy
się o tym nie dowiedzieli, gdyby nie pani Maria, która przeprowadziła się z
mężem i dziećmi do Stuttgartu, gdzie szwagier załatwił im pracę (dzieciom też?)
Niedosłuch miała od urodzenia, a aparat nosiła od ponad 40 lat, mimo to jej
słuch pogorszył się przez ciągły huk na hali. Ładne BHP mają w tym RFN, skoro
nie dali nawet nauszników! Wywaliliby ją niechybnie, bo nie słyszała poleceń,
ale zaangażowała się do badań i dr Bieler wlał jej olejek przez lejek.
Niestety, nie wyjawił, z czego go robi – może z łez producentów aparatów
słuchowych.
Nadwaga
Główną metodą walki z nadwagą są
plastry transdermalne. Jednym z wielu proponujących je eugeniuszy jest prof.
Vincent Boulard z zespołem naukowców z Obesity Therapy Center w Montrealu –
„ciesząca się dużym uznaniem w 100% naturalna” metoda spalania tkanki
tuszczowej pomaga nawet osobom skrajnie otyłym, i to bez efektu jajo. Po 21
dniach większość z grupy ochotników zgubiła średnio po 17 kg, niektórzy nawet
do 24, a bywali i tacy, co zbyli się 58 killergramów. Wiadomo, że „ponad 347
500 osób z całego świata dostało szansę”, czyli nie wiadomo, czy im się udało.
Metoda opiera się na „specjalnie wyselekcjonowanych substancjach bioaktywnych
pochodzenia roślinnego”, które „zamieniają złogi tłuszczu w czystą energię”,
odblokowując metabolizm. Czyżby tu się kryło nowe odnawialne źródło energii?
Wszystko to w transdermalnych plastrach: substancje „mogą zacząć
przenikać" przez skórę i walić prosto w komórki tuszczowe. Plastry zakłada
się raz dziennie w dowolnym miejscu, po czym można leżeć przed telewizorem, a
one zrobią całą robotę. Oprócz tłuszczu plastry usuwają jakoby wszelakie
toksyny i złogi jelitowe, co już nam mówi wiele o wiarygodności tego ogłoszenia
(ej, o kandydozie zapomnieliśta!) W Montrealu najwyraźniej nie istnieje jakaś
jedna instytucja o nazwie „Obesity Therapy Center”, więc prof. Boulard
(zakładając, że istnieje, bo gugiel pokazuje jakiegoś speca od kalwadosu)
pracuje po prostu w jednej z wielu klinik otyłości.
Konkurencję
robi mu Daniel Ward z Oxford Metabolic Centre, instytucji istniejącej wyłącznie
w powiązaniu z jego nazwiskiem, za to w czterech językach. Jego 100% roślinne
plastry, oparte na ostrokrzewie paragwajskim, czyli tak zwanej jerbamacie,
usuwają tłuszcz "szybciej, niż najsilniejsze chemiczne spalacze", a
po miesiącu grupa testowa zgubiła średnio po 11 kila. I tu w ramce prawdziwa
rewela: „Nadmiar tłuszczu to nic innego jak toksyny zalegające w organizmie”. Z
drugiej jednak strony, reklamowana gdzie indziej Kawa Minceur Forte zarówno
usuwa toksyny, jak i „bezlitośnie atakuje złogi tłuszczu”, co by sugerowało, że
to jednak dwie różne rzeczy.
Prócz nich plastry
na cholestelor i nadwagę stworzył z zespołem laborantów, po kilkunastu latach
prac, prof. Karl Shmidt (!) z wiedeńskiego ośrodka naukowego. W Austrii i
Niemczech przetestowało je jakoby 19 749 osób. Oto, jak profesor wyjaśnia
prostemu czytelnikowi zasadę działania: „Tajemnica skuteczności plastrów
transdermalnych polega na ich wysokiej bioresponsywności. Użyte przez nas
naturalne substancje mogą wspomagać organizm do (!) rozbijania tkanki
tłuszczowej i mogą pomóc w obniżaniu cholesterolu na poziomie nanokomórkowym”.
Czy trzeba mówić, że usuwają również toksyny? Próba weryfikacji jakiegokolwiek Karla
Schmidta jest szukaniem siana w stogu igieł.
Ale nie
tylko plastrami można zwalczać cholestelora. Tu na scenę wkracza nowatorski
preparat, „antidotum na zapchane tętnicę”, odtykający ją w 5 tygodni i w ogóle
poprawiający całe krążenie o równe 278%. Po „latach badań, prób i
najróżniejszych naukowych testów” wyciosał go prof. Stephen Sato. Lekarstwo
opiera się na roślinie Sophora Japonica, używanej w azjatyckiej medycynie
naturalnej od ponad 3000 lat, jednak dopiero profesor Sato odkrył odpowiednią
mieszankę naturalnych składników – „specjalnie wyselekcjonowanych witamin i
silnych antyoksydantów”, pochodzących wyłącznie z kwiatów i owoców hodowanych w
górskiej prowincji Sendai, które rosną na ogromnych wysokościach, więc są wolne
od zanieczyszczeń. Zawierają bardzo dużo skoncentrowanej witaminy D,
hippocastinum L. oraz Rucus auleatus, tylko że jeszcze słabo się sprzedają, bo
reklama mówi tylko o 650 uczestnikach testów klinicznych. Co się tyczy
profesora Sato, to znajdzie się ich ze trzydziestu, z małym prawdopodobieństwem,
że któryś będzie ten istny. Jeśli zaś idzie o roślinność – sophora to
perełkowiec japoński, szanowany w tradycyjnej medycynie chińskiej, ale
niekoniecznie w EBM. Rucus auleatus (powinno być Ruscus) to myszopłoch kolczasty, a
rzekome „hippocastinum L.” to Ausculus hippocastanum, czyli
najzwyklejszy kasztanowiec. No i wreszcie Sendai nie jest prowincją, jeno
miastem, a w ogóle prowincje w Japonii zostały zlikwidowane w czasie
Restauracji Meiji, zastąpione prefekturami.
Rzadziej
pojawiają się wynalazki z dziedziny dermatologii. Prof. Larsen,
„Norweski naukowiec z Uniwersytetu w Oslo”, wynalazł rewolucyjny środek na
zmiany dermatologiczne. Zrobiony z maruchainy i bogaty w przeciwutleniacze,
usuwa ze skóry prawie wszystko (w tym „toskyny”) i „wspomaga likwodowanie
ostrych zapaleń skórnych”, a dodatkowo odżywia włosy. W testach wzięły udział 1372 osoby i
wszystkie zgodnie stwierdziły: „To, co ta kuracja zrobiła z moją skórą, jest
niesamowite”. "Gdy przyglądali się swoim odbiciom w lustrze, zauważyli, że
doszło u nich do: (...) zlikwidowania uciążliwego uczucia swędzenia i pieczenia
skóry" - skoro musieli w tym celu spojrzeć w lustro, to faktycznie
niesamowite. Zwierciadełko wyjawiło im także usunięcie z organizmu
"grzybów i bakterii w 100%". Z tego wniosek, że terapia wielokrotnie
wyostrza wzrok. A może to ten kanabis zafungował? Tym razem skuteczność
wynosiła 21 dni. Dla pierwszych stu osób tradycyjnie zniżka, tylko jak liczyć
tę "zieloną sotnię", skoro preparat pomógł już 25 tys. homosapiensów?
Rodzynkiem
w tym w większości męskim gronie jest dr Jane Osborne, „specjalistka z ośrodka
w Baltimore” (szósty sezon The Wire powinien był być o służbie zdrowia)
od podologii i chorób skóry, stosująca wyciąg z kwasu kaprylowego opracowany w
ośrodku w Michigan, a potwierdzony przez Niemiecki Instytut Badawczy
Hohenstein. Niestety, o skuteczności „specjalnej technologii transdynamicznej
nanocząsteczki kwasu kaprylowego” - przywierającej do dermatofita i niszczącej
jego systemy życiowe - nie wypowiada się pacjent Malik „Bączur” C., który z
pewnością w pewnym momencie życia trafiłby do doktor Osborne (zwłaszcza gdyby
była dermatologiem-wenerologiem), a jedynie pani Jagoda z Krakowa. Jane Osbo(u)rne
znalazłem co najmniej trzy: jedna psychologałka z Salt Lake City, druga patronka
szpitala w Nowym Dżerseju, a trzecia śpiewała One of Us. Niewątpliwie zaś
istnieje coś takiego jak Hohenstein Institute, specjalizuje się wprawdzie w
tekstyliach, ale kto wie, może i bada suplementa diety, jeśli się ładnie
poprosi, więc tu zaliczam pół punktu.
W co
najmniej trzech przejrzanych numerach pojawił się prof. Tomasz Mączyński, twarz
środka, który „NOKAUTUJE grzybicę!” w ciągu 7 dni, bo jak nie, to grzyb może
zająć płuca, wątrobę i mózg (w rzeczywistości grzybica narządów wewnętrznych
spotyka głównie ludzi o osłabionej odporności). Tym razem formuła została
opracowana w ciągu 2 lat przez „zespół cenionych naukowców z Michigan Institute
of Medicine”, podbiła „świat nauki” w ciągu 2 tygodni i stworzona jest z bliżej
nieznanych „100% naturalnych składników”, które „wspomagają zahamowanie
rozmnażania dermatofitów i likwidację stanów zapalnych”. A ponieważ te
ekstrakty „zabijają każdą komórką dermatofitu”, można sądzić, że chodzi tu o
zwalczanie ognia ogniem, a dermatofitów dermatofitami. W odróżnieniu od prof.
Mączyńskiego, Michigan Institute of Medicine istnieje – w Livonii w aglomeracji
Detroit – i jest to przychodnia licząca całych troje lekarzy, samych
internistów. Preparat pobił jakoby rekordy sprzedaży w USA, ale w Polsce słabo mu
idzie, bo skorzystało z niego 145 tys. Polaków, w tym Malwina z miasta Łodzi,
która zaświadcza, że „działa na każdy rodzaj grzybicy”. Ciekawe, czy poradziłby
sobie z grzybem na ścianie.
Jako jedyny immunolog
prezentuje się dr Robert Brugger, twórca innowacyjnej kuracji wspomagającej
odporność. Reprezentuje on Centrum Immunologii Klinicznej w Zurychu, ale
badania robił dla niego ośrodek kliniczny w Bazylei. W internetach pojawia się
Robert Brügger, doktor geografii z Berna. Terapia jest w 100% naturalna,
zawierając „biologicznie czynne substancje pochodzenia roślinnego, w tym kwasy
tłuszczowe i przeciwutleniacze”, czyli inaczej "naturalne
immunostymulatory". Ma to na celu zwiększyć odporność, skrócić „nawet
4-krotnie” czas trwania infekcji i wzmacniać błonę śruzową, a już od pierwszej
dawki organizm może rozpocząć produkcję przeciwciał. W rezultacie już w ciągu
21 dni preparat wzmacnia układ, walczy z wirusami, usuwa toksyny i parzy
herbatę. Pada pytanie „Czy zastanawiałeś się, dlaczego mimo dostępu do tak
ogromnej ilości środków, ludzie nadal chorują?” Cóż, mam pewne podejrzenia.
W dziedzinie zapobiegania cukrzycy
produkuje się prof. Erik Lambourg z duńskiego Ośrodka
Diabetologicznego w Kopenhadze. Jego kuracja „polega na zastosowaniu bioaktywnych
substancji, które mają za zadanie spowalniać aktywność enzymów odpowiedzialnych
za rozkład węglowodanów w jelicie”, a preparat ma ponadto właściwości
antyhiperlipidyczne. Uczestników analiz klinicznych było równo 460 (cały Sejm
RP!) Już po 28 dniach trzustka produkowała wystarczająco dużo insuliny. Na
całym świecie formuła uwiodła 49 tys. pacjentów. Pomysł Lambourga podbija Anna
Walkiewicz z Centrum Chorób Diabetologicznych w Bydgoszczu oraz pani Agnieszka
ze Zgierza, która po zastosowaniu preparatu rzuciła okulary w kąt. W Bygdoszczy
diabłologów pod dostatkiem, ale ani jednej Anny Walkiewicz. Tymczasem strona
websajtowa Steno Diabetes Center Copenhagen zawiera nawet wyszukiwarkę pracowników
naukowych, która nie pokazuje nie tylko żadnego Lambourga, ale nawet żadnego
Erika.
Oprócz terapii naturalnych ogłoszenia
proponują też różne gadżety. O pasach na kręgosłup już było. Nieśmiertelne
pozostają leczące dosłownie wszystko wkładki do butów. Młodsi czytelnicy mogą
nie pamiętać, że jeden z producentów tego wynalazku, niejaki profesor nauk
zawodowych Kazimierz Piotrowicz, w 1995 startował na prezydenta Polskiej Erpe
(zajął ostatnie miejsce). Ironizowano wtedy, że to jedyny kandydat, który
otwarcie obiecał Polakom podwyższenie stopy. W ostatnim czasie, jak podaje
Wikipedia, zajmuje się on „opracowaną przez siebie metodą
biofizykoterapeutycznych materacy [sic!], mających rzekomo uzdrawiać chorych z
różnego rodzaju dolegliwości, z nowotworami włącznie”. Dziś natomiast w prasie kolorowej
reklamuje się niejaki prof. Stroller (ang. „wózek spacerowy”), określany jako „znany
naukowiec", ale znany właściwie z czego? Jego metoda „ma aż 97,8%
skuteczności!” i zaczyna działać już po 5-10 minutach. Działa na „tarczycę,
serce, żołądek, pęcherz, nerki, woreczek żółciowy, kręgosłup, nadciśnienie”. A
poza tym na wkładki można wpływać falami elektromagnetycznymi. Ogłoszeniu
towarzyszy szemat stóp ze strefami, których ucisk wpływa na poszczególne
organy. Zastanawiające jest to, że gdy mamy „oczy”, „uszy”, „ramiona” i „nos”,
to każdej z tych dość złożonych przecież kończyn odpowiada tylko jedna strefa,
za to za odbytnicę, odbyt i hemoroidy – trzy różne. Ciekawostka też, że jajniki
najwyraźniej nie zaliczają się do genitaliów, kolana to zupełnie co innego niż
staw kolanowy, zaś oprócz stref odpowiadających osobno za żołądek, trzustkę,
dwunastnicę, jelito cienkie, wyrostek robaczkowy itd. jest też osobna dla
układu trawiennego.
Wkładki
pomogły także pani Stefanii z Liszek, o czym mówi materiał stylizowany na
wywiad przeprowadzony w ramach praktyk studenckich przez Artura, studenta
dziennikarstwa UJ. Należy tu zauważyć, że studentów mocno się wyzyskuje. Pani
Stefanii doskwierały wysiadające stawy, ale miała to szczęście, że córka
przywiozła jej z zagranicy neorefleksyjne wkładki biomagnetyczne, dzięki czemu
nie musiała wykonywać żadnych bezsensownych ćwiczeń. Wkładki „wytwarzają
przeciwbólowe impulsy magnetyczne” o mocy 970 gausów, dzięki czemu są skuteczne
na ponad 41 dolegliwości. Przynoszą efekty w miesiąc, a właściwości zachowują
przez kilkadziesiąt lat! Są jednak dość mało popularne, bo skorzystało z nich
tylko 64 tys. osób. Żaden profesor nie podpiera tego wynalazku swoim
autorytetem. Konkurencją są wkładki buddyjskie, wykonane z indyjskiego
neodymium „(magnesy działąjące 20 razy silniej, niż popularne leki
przeciwbólowe)”. Te promuje specjalista do spraw refleksologii, Yao Masuko,
który bazował na odkryciach mnichów z klasztoru Shaolin. Jego wkładki, sądząc
po testymoniach, leczyć mają przeziębienie, ból jajników, himoroidy i marskość
wątroby.
Bioterapeuta
Tomasz Kozieł z Kęt, absolwent AWF w Krakowie, trener drugiej klasy sportowej,
w drugiej połowie lat 90. przywiózł z Kanady dla swojej mamy płytki „POLAR
POWER” i teraz je produkuje. Płytki wytwarzają bardzo silne pole magnetyczne (o
natężeniu 3960 GAUSÓW !!!), w dodatku „ukształtowane w specyficzny sposób”, a
„w przypadku niektórych dolegliwości efekty można odczuć już po dwóch dniach”.
Znaczy, jeśli nie ma poprawy, to dolegliwość nie była „niektóra”. W grę wchodzi
tu ochrona przed różnym promieniowaniem, jak żyły wodne, radioodbiornik,
telewizor czy mikrowela. Produkt rekomendują Polskie Towarzystwo
Psychotroniczne i Śląska Fundacja Reumatologiczna. Ogłoszenie zawiera uwagę:
„PRODUKT MOŻNA ZOBACZYĆ NA MIEJSCU U PRODUCENTA”. P. Kozieł ma punkty dodatnie
już na wstępie, bo przynajmniej istnienie krakowskiej AWF nie ulega
wątpliwości, poza tym podaje, że ma siedzibę w Kętach (o nazwie „BIO KENT”), w
odróżnieniu od wszystkich innych, położonych nie wiadomo gdzie. Firmę można
znaleźć w sieci – jako dziedzinę działalności podane ma „wyroby gumowe”. Nie, w
tym miejscu nie zamierzam silić się na żaden kalambur o naciąganiu.
„Czy wiesz,
że przyjmując masę abletek (sic!) niszczysz wątrobę?” – zapytowywuje inne
ogłoszenie. Na szczęście prof. Isabell Williams
z Harvarda odkryła sposób na pokonanie „26 rodzajów schorzeń”. Bez
preparatów, bez zabiegów, bez rekonwalescencji. No to z czym? Ano z pomocą
bransoletki biomedycznej MagnePulso, na którą nabrało się która
poprawiła jakość życia 130 tys. osób. W ciągu „12. dni” branzoletka ta
likwiduje zawroty głowy i problemy z zasypianiem, a „już po 3. tyg.” – nawet
migrenę i reumatyzm, zaś 26 dni już pomoże nawet takim, co ignorowali problemy
zdrowotne. O wzmacnianiu stawów nie ma nawet co wspominać. „Możesz nie musieć
już nic robić!” – ekscytuje się nagłówek. Dostępna jest wersja wzbogacona o
dodatkowe jony srebra i turmalin, co ma jakoby pomagać na krzepliwość krwi i
migotanie przedsionków. Wszystko to się dzieje dzięki „pradawnej mocy
biomagnesów”, znanej też jako „efekt piazoelektryczny” (sic!), a na każdy
narząd oddziałuje moc 5000 gausów, tak więc bransoletka prof. Williams
absolutnie deklasuje wkładki pani Stefanii i płytki bioterapeuty Kozieła.
Następnie „działanie oparte na podstawowych prawach fizyki usprawnia przepływ
hemoglobiny i enzymów zawierających liczne metale zwiększające swoją
aktywność”, co w dalszej perspektywie prowadzi do autoregeneracji. A
nanorobotów gdzieś tam nie ma?
Innego
rodzaju bransoletkę biomagnetyczną opracował niemiecki fizjoterapeuta Gerhard
Schmucke z Dusseldorfu. Jej siła to zaledwie 1500 gałusów, a co do składu, to
reklama stwierdza jednoznacznie: „Nieważne, jakie metale są w tej bransoletce”.
Kto sprawdzi, ten się przekona, że w Niemczech jest doktor Gerhard wprawdzie
nie Schmucke, tylko Schmuck, nie z Dusseldorfu, tylko ze Spiry, i nie
fizjoterapeuta, tylko dermatolog.
Ogólnie rzecz biorąc, przeanalizowałem
41 reklam. Wystąpiło w nich 40 nazwisk „ekspertów”, z których tylko dwaj (Gryglewicz i
Kozieł) funkcjonują poza zamkniętym ogłoszeniowersum, a co najmniej jeden
z nich zapodaje ostre kocopały. Pomijając jeden przypadek, nigdzie
nie można znaleźć nazwy firmy zajmującej się tymi wszystkimi cudownymi
terapiami, nie ma adresów siedziby ani strony internetowej. Jedyny namiar
stanowią numery telefonów służące do zamawiania, zazwyczaj z wrocławskim,
toruńskim lub poznańskim prefiksem, choć trafia się i Zielsko-Ziała. W paru
ogłoszeniach pojawia się coś o ponglishowej nazwie „Medic Reporters”. Można odnieść
wrażenie, że to właśnie nazwa podmiotu, który publikuje te reklamy. Od czasu do
czasu Medic Reporters daje głos swoim ekspertom, którzy są chyba od nawozów i
od świata, a tak poza tym anonimowi. Zazwyczaj zachwalają produkty, lecz w
jednym z ogłoszeń o powiększaniu członka mowa o tym, że to oni opracowali
formułę! Prawdziwi ludzie renesansu.