wtorek, 28 maja 2024

Szkocki łańcuszek z Jezusem, czyli pięciobój alternatywny

             

Udało mi się złapać w Empiku pięciopak szkockiej formacji The Jesus and Mary Chain. W latach 80. bracia Jim i William Reidowie wywarli znaczny wpływ na rozwój brytyjskiego rocka alternatywnego, przecierając szlaki dla takich nurtów jak shoegaze czy szerzej rozumiany britpop. Zestaw wydany został w Warnerowskiej serii wydawniczej Original Album Series, w której ramach mam także Ala Stewarta czy Manfreda Manna, i podobnie jak w przypadku tamtych, zawiera albumy w tekturowych kopertkach odzwierciedlających w mniejszej skali okładki winyli, bez książeczek.

  

Psychocandy, 1985

Debiut TJAMC to jedna z tych przełomowych płyt w historii rocka, których bardzo długi czas nie mogłem do końca skumać. Psychocandy określa się jako „noise pop”, co oznacza zasadniczo, że mamy tu melodie rodem z przebojów lat 60. – typu Beach Boys czy stajnia Phila Spectora – w zgrzytliwych, pełnych sprzężeń aranżacjach gitarowych, które czasami przykrywają melodię. Np. Never Understand brzmiałby jak normalny rockandrollowy przebój, ale śpiew i sekcja rytmiczna schowane są w gęstej chmurze szumu, a w dodatku gdzieś w tle słychać czyjś wrzask.

Jeśli wziąć razem lata 60. i hałas, to pierwszym skojarzeniem jest Velvet Underground – a szkoccy muzycy byli niewątpliwie pod wielkim wpływem nowojorczyków, także perkusista Bobby Gillespie, którego prosty styl gry zainspirowała Maureen Tucker. Wokal z kolei może się kojarzyć z Lou Reedem w łagodniejszych momentach. W otwierającym płytę Just Like Honey, jednym z największych hitów grupy, sprzężeń nie ma prawie w ogóle, za to cały utwór odznacza się bardzo mocnym pogłosem (a figura perkusyjna zapożyczona została od The Ronettes). Podobnie brzmi łagodniejsza część repertuaru (Cut Dead, Some Candy Talking). Tam natomiast, gdzie pojawiają się szybsze tempa, cały ten hałas nie daje wrażenia „czadowości” w sensie znanym entuzjastom hard rocka; brzmi raczej onirycznie, zwłaszcza w zestawieniu z wycofanym, obojętnym, czasem dosłownie cofniętym w tło śpiewem Jima Reida (William daje głos tylko w ostatnim utworze). Melodyka jest dość przystępna, ale w skali całego albumu monotonna; zwłaszcza pod koniec słychać, że już im się pomysły powtarzają i w sumie to mogliby się spokojnie wypowiedzieć na epce, zamiast na longplayu. Najbardziej odpowiadają mi wobec tego utwory w średnim tempie: The Hardest Walk, Taste of Cindy i singlowy You Trip Me Up, jako wyróżniające się z ogólnej mgły.

Wpływ tego albumu na polską scenę alternatywną zdradzają np. utwór Apteki Sajkokendi czy – jak domniemywam – nazwa zespołu Psychocukier.

 

Darklands, 1987

Późniejsze albumy braci Reidów były, z mojej perspektywy, ciekawsze od debiutu. Przed Darklands odszedł Gillespie, aby założyć Primal Scream, a na jego miejsce zaangażowano automat perkusyjny. Zwykle nie jestem zwolennikiem takich maszyn, ale „Jezusy”, podobnie jak np. Sisters of Mercy, należą do tych zespołów, którym z automatem do twarzy. Etatowego basisty też zabrakło – Reidowie sami wszystko nagrali. Brak basisty nie oznacza jednak braku basu, który ciągnie wiele utworów do przodu w sposób, jakiego zabrakło na Psychocandy.

Oprócz perkusji wyraźną zmianę słychać w produkcji. Szkoci powściągnęli skłonność do zgrzytów (jeśli już, używają ich jako przyprawy, a nie głównego składnika), grają bardziej czysto, co uwydatnia melodie. Daje to dobry efekt w takich utworach jak Happy When It Rains czy przede wszystkim – w najbardziej motorycznym i zarazem melodyjnym Down on Me. „Spectorowska” piosenka w stylu lat 60., o statycznej rytmice, pojawia się w Deep One Perfect Morning. Nieco podobny jest Nine Million Rainy Days, tyle że zdominowany przez brzmienie basu. Natomiast w Cherry Came Too pojawia się nawet surfowa solówka gitarowa.


 
 

Automatic, 1989

Trzecia płyta TJAMC rozwija nurt z drugiej, z najlepszym chyba efektem. Już otwieracz Here Comes Alice z motorycznym, rytmicznym podkładem, na którego tle łagodny głos Reida sprawia wrażenie mniej bezdusznego niż zwykle – należy do moich ulubionych utworów kapeli. Jeszcze szybszy jest następny Coast to Coast, gdzie pojawiają się nawet jakieś solówki gitarowe. Pewnie by się obrazili za skojarzenie z ZZ Top, ale pozostaje ono w mocy także przy Blues from a Gun.

W ogóle spora tu dawka przebojowości, szczególnie w Head On, UV Ray zostają tu w głowie konkretne melodie i motywy, a nie tylko, jak po Psychocandy, ogólne wrażenie z całości, choć gdzieniegdzie patenty się powtarzają. Taki np. Between Planets nawiązuje, mam wrażenie, do stylu New Order. W Take It pojawia się wprawdzie dawka sprzężeń, jednak nie tak duża jak na debiucie. Tylko końcówka się trochę dłuży: tytuł Gimme Hell wprowadza w błąd, bo nie jest ani specjalnie czadowy, ani za melodyjny, a potem następują dwa utwory poniżej dwóch minut, które nic nowego nie wnoszą.

Trudno nazwać Automatic płytą przełomową, nawet w obrębie dyskografii tego zespołu, ale ze względu na melodyjność jest moja ulubiona. 

 

Honey’s Dead, 1992

Czwarta płyta to rozwinięcie trzeciej. Kierunek zmian pokazuje już pierwszy utwór Reverence – z bardziej bujanym rytmem i zagęszczoną fakturą (automatycznej) perkusji, nadającą utworowi charakter taneczny. Tak oto bracia Reidowie wpisali się w modę na brzmienia madchesterskie, które dominują na całym albumie – vide Far Gone and Out, Catchfire czy I Can’t Get Enough. Chwilę oddechu dają Almost Gold i Good for My Soul, chociaż w przypadku tej grupy zdecydowanie wolę, kiedy mocno się pompuje. Wybija się Teenage Lust z miażdżącym, joydivisionowym basem, choć bez charakterystycznej mrocznej atmosfery. Skoro zaś już na myśl przyszedł Peter Hook, to w Tumbledown znów mamy przebojowość wręcz na poziomie New Order.

 

Stoned & Dethroned, 1994

Album numer pięć rozpoczyna się najspokojniej, a przez to najmniej ciekawie. Nie słychać ani morza sprzężeń, ani mocnego rytmu do przodu – efektem jest dość generyczny  brytyjski rock alternatywny o sennym nastroju. Co gorsza, efekt taki dominuje przez resztę płyty. Dopiero koło piątego utworu zespół przypomina sobie, że umie korzystać z basu. Na plus wyróżnia się singlowy Sometimes Always, w którym gościnnie zaśpiewała dziewczęcym głosem Hope Sandoval z zespołu Mazzy Star, a także Come On i She w klimatach delikatniejszych utworów Velvet Underground (w tym drugim zresztą w końcu robi się motorycznie). W God Help Me udziela się śp. Shane MacGowan ze swoją pijacką dykcją, ale nie chrypi tak mocno, jak mu się to zdarzało za czasów The Pogues. 

Późniejsze albumy The Jesus & Mary Chain (ostatni, Glasgow Eyes, ukazał się w marcu tego roku i podobno jest bardzo elektroniczny) już nie budzą we mnie większego zainteresowania. Za to zapoznałbym się z Sister Vanilla – przedsięwzięciem Lindy Reid, trzeciej z rodzeństwa.

wtorek, 21 maja 2024

Biografia w rajtkach i rozterki melomana (z frontu czytelniczego, 2/2024)

 

Wiosną przez moje ręce przewinęły się chwilowo dwie książki, których czytania nie miałem w planie, ale zabrałem się do nich spontanicznie. Obie związane były z muzyką, chociaż jedna to biografia, a druga – powieść obyczajna.

  

5. Katarzyna Kubisiowska, Kora. Się żyje. Biografia, Kraków 2023 

Na początek – całkiem świeża biografia legendarnej wokalistki Maanamu. Zaczyna się od krótkich dziejów jej rodziców – w dalszej części narracji przedstawione są też zresztą losy rodzin Jackowskich i Sipowiczów, dowiaduję się więc, że Kora miała korzenie wschodniogalicyjskie, Kamil Sipowicz – z „tak zwanej” Bracławszczyzny, natomiast Marek Jackowski pochodził z Mazurów warmińskich i od najmłodszych lat grał na gitarze „tak zwanej” akustycznej. Potem następuje dzieciństwo Kory, łącznie z traumatycznym pobytem w kościelnym domu dziecka w Jabłonowie, czasy hipisowskie i związek z Ryszardem „Psem” Terleckim, wejście w krakowskie środowisko artystyczne (Krzysztofory, Piwnica, Piotr Marek) i oczywiście kariera Maanamu. Mniej więcej od połowy książki rygor chronologiczny się rozluźnia i rozdziały opowiadają o konkretnych kwestiach: o tekstach Kory, jej podejściu do mody i własnego ciała, o domach, zwierzętach czy też poglądach polityczno-społecznych. Biografia bez skrępowania opowiada o takich sprawach jak związki romansowe Kory czy przygody z substancjami psychoaktywnymi, wreszcie o długiej chorobie, cierpieniu i stopniowej utracie kontaktu z rzeczywistością. Nie jest bynajmniej hagiografią: Kora jawi się jako osoba zaborcza, egotyczna, chimeryczna. Małżeństwo z Jackowskim miało w sobie pewną obustronną toksyczność, natomiast między Korą a Sipowiczem panowała miłość prawdziwa, ale też kolczasta. Ponadto artystka kochała zwierzęta, co niekoniecznie znaczy, że odpowiedzialnie się nimi zajmowała.

A co z muzyką? Autorka całkiem zgrabnie i wciągająco opisuje życie w trasie, eksplozję „maanamaanii”, nieudane próby kariery na Zachodzie. Nie zabrakło wzmianki o Wiesławie Ciasnowskim, nieco nawiedzonym „kapłanie”, szerzącym kult Kory i Maanamu wśród młodzieży (powstał o nim krótkometrażowy film dokumentalny Fan). Brakuje natomiast pogłębionego omówienia poszczególnych płyt i ważniejszych utworów, co wydaje się normą wśród biografii muzycznych. Okładki wszystkich longplayów Maanamu oraz innych przedsięwzięć Kory zostały wprawdzie zreprodukowane wśród ilustracji, ale samym płytom poświęcone są jedno-, dwuzdaniowe wzmianki bez szerszej charakterystyki, a mój ulubiony album O! wzmiankowany został zupełnie mimochodem, bo Ciasnowski potrafił o nim nawijać godzinami – wcześniej ani słowa, że taka płyta powstała. Chętnie też bym się dowiedział czegoś o relacjach wewnątrz zespołu, bo z książki wyłania się taki obraz, że byli Kora i Marek, a reszta gdzieś tam w tle. O Bogdanie Kowalewskim pamiętam tylko, że miał z Korą romans, a o Pawle Markowskim, że wyrzucony za pijaństwo, opublikował wspomnienia, w których wylał swoje frustracje.

Wiesław Ciasnowski na łamach "Filmu" 1988

Książka została starannie zriserczowana. W bibliografii nie zabrakło podstawowego źródła, jakim jest Podwójna linia życia Kory i Sipowicza, są też rozmaite artykuły prasowe i internetowe. Kubisiowska rozmawiała z wieloma osobami, takimi jak siostra Kory, sąsiadka z dzieciństwa czy przyjaciółki, nie mówiąc o kolegach z zespołu czy o Kamilu i obu synach. Dotarła do jej świadectw ze szkoły i usiłowała (bezskutecznie) nawiązać kontakt z siostrami zakonnymi z Jordanowa albo z Terleckim, który zresztą wyłania się z książki jako manipulant. W nawiązaniu do dalszych losów „Psa” pojawia się niesławna kurator Barbara Nowak, co sprawia osobliwe wrażenie dziś, kiedy wiemy, że Ona Też.

Wicezmurszałek w objęciach

            Wszystko byłoby spoko, gdyby nie jedna drobna rzecz: język. Nie jestem specjalnym fanem narracji w czasie teraźniejszym, poza reportażem współczesnym (i tekstami Syntetyka). Ale Się żyje to wyjątkowo ciężki przypadek: czas teraźniejszy losowo przeskakuje w przyszły, co na dłuższą metę jest wkurzające, a już szczególnie, kiedy mowa o wydarzeniach przeszłych w stosunku do toku narracji. Np. „Rok wcześniej towarzysz Gomułka rozpęta antysemicką nagonkę, rok później wydaje rozkaz, by (…) strzelać do protestujących robotników”, albo „Biegają wkoło zdeterminowane i nagle Agnieszka zobaczy na wysokim parterze nogi Kory”. Nie ma w tym żadnej prawidłowości, autorka chyba po prostu nie kontroluje, co napisze, a sześcioosobowa grupa kucharek osób odpowiedzialnych za redakcję, korektę i adiustację nie zdoła jej przekonać. W rezultacie, kiedy czytam o Antonim Kępińskim, że „zhumanizuje polską psychiatrię”, to nie wiem, czy w chwili, w której się pojawia, dopiero miał zhumanizować, czy już był znany z tego, że zhumanizował. A już z całą pewnością w błąd wprowadza zdanie: „Super Express sugeruje, że Kora za pieniądze zebrane za leczenie kupi nowy model BMW”. Przecież chodziło o to, że Korę widziano w tym samochodzie, a tabloid insynuował, że go kupiła, a nie dopiero miała kupić… Biorąc pod uwagę, że układ narracji nie jest stricte chronologiczny, czasowa niefrasobliwość potęguje chaos.

            W ogóle przygotowanie merytoryczne autorki pozostawia w tyle jej talenta pisarskie. Jest ona dziennikarką „Tygodnika Powszechnego” i niestety pisze jak dziennikarze, którzy muszą się zmieścić w limicie znaków. Krótkie zdania, równoważniki zdań, pocięte przecinkami, inwersje jakieś dziwne. Autorka nie panuje nad rejestrem, o czym świadczą skróty myślowe jak „promile” zamiast „alkohol”, czy kolokwializmy: rajtki, szczyny, atomówka, maciupkie – to ostatnie szczególnie razi w kontekście zdania o straszliwych warunkach w bydlęcym wagonie podczas deportacji z Kresów. Nie mniej groteskowo brzmi wyrażenie dotyczące pośmiertnego zdjęcia Kory, na którym wyglądała jak „turlikająca w niebyt”. Człowiek aż nie się może doczekać, kiedy pojawi się cytat z kogoś i będzie można przeczytać zdanie napisane normalnym językiem.

Blurp z tyłu okładki zawiera wypowiedź Manueli Gretkowskiej, że Kora „przeczytałaby tę biografię, klnąc, śmiejąc się i doceniając bezwstydną szczerość, z jaką ją pokazano”. To prawda, że podczas lektury można kląć, śmiać się i uważać książkę za bezwstydną, ale chyba nie z tych powodów, jakie Gretkowska miała na myśli.

  

6. Nick Hornby, Wierność w stereo, przeł. Jędrzej Polak, Warszawa 2005

Literatura obyczajowa uważana bywa za dziedzinę kobiecą. Wierność w stereo (High Fidelity) jest więc rzadkim przypadkiem bestsellerowej powieści tego typu napisanej przez mężczyznę. Do sięgnięcia po nią skłonił mnie fakt, że sporo tu też o muzyce, bo główny bohater pracuje w sklepie płytowym w północnym Londynie.

Swoją opowieść też zaczyna jak fan muzyki – od pierwszej piątki, tyle że nie największych przebojów, a najbardziej pamiętnych rozstań z dziewczynami w swoim życiu. Ranking ten adresowany jest do Laury, z którą rozstał się ostatnio, i ma stanowić zarówno streszczenie jego wcześniejszego życia, jak i uszczypliwość: „patrz, twoje odejście nawet nie jest w pierwszej piątce!”. Potem akcja przenosi się do dnia dzisiejszego Roba Fleminga i jego prób poukładania sobie życia po zerwaniu. Szybko poznaje Marie, amerykańską pieśniarkę występującą w okolicy, ale w sumie to nie jest do niej przekonany. Tymczasem wyczekuje w sklepie na klientów z dwoma współpracownikami, zahukanym Dickiem i wkurzającym Barrym, którzy nieustannie układają rankingi piosenek i nagrywają sobie mixtejpy. Panowie lubią muzykę alternatywną, bluesa, country, nową falę, za to nie darzą specjalną sympatią tzw. klasycznego rocka i patrzą z wyższością na słuchaczy „komercji”; oczywiście jeden chciałby grać w zespole. Bohater ma jakichś tam przyjaciół, ale czytelnikowi nie jest dane ich oglądać, a sam Rob podkreśla, że Dick i Barry się do nich nie zaliczają. Ma również rodziców i chociaż ich ceni, to nie za bardzo lubi u nich bywać.

Rozumiem, że popularność wśród żeńskiej publiczności można było budować na idei „zobaczcie dla odmiany, co chłopom siedzi w głowie”. Jednakże gdyby czytelniczka miała budować sobie wizję mężczyzn na podstawie Fleminga i jego kumpli, byłaby to wizja nie całkiem pochlebna. Rob jest człowiekiem cokolwiek sfrustrowanym, ciągle deliberuje i można odnieść wrażenie, że sam nie wie, czego chce. Brakuje mu spontaniczności, maskuje swoje uczucia i przemyślenia, właściwie ciągle mówi odwrotnie niż myśli. Odeszła od niego panna – cieszy się, że jest wolny, ale jednak chciałby, żeby wróciła. Spotyka nową pannę – sam nie zaproponuje wspólnego spędzenia wieczoru, tylko czeka na jej inicjatywę. Liczy na seksy, ale kiedy przychodzi co do czego, to ma nadzieję, że jakoś się wykręci. Po wszystkim ani nie chce przyznać, że chodziło tylko o seksy, ani, że liczy na kontynuację znajomości. Przynajmniej się nie wybiela – przeciwnie, jest wobec siebie bardzo krytyczny, co nie przeszkadza czytelnikowi dostrzegać, że mimo tego krytycyzmu bohater podejmuje dalsze nieprzemyślane, irracjonalne, a czasem nawet podłe decyzje. Tak czy inaczej, przechodzi w toku akcji jakąś refleksję nad sobą, ale odnoszę wrażenie, że do końca nie może się pozbyć dawnych przyzwyczajeń (w sumie słusznie – ludzie przecież niekoniecznie zmieniają się z dnia na dzień).

Skoro powieść jest monologiem, to mamy tu narrację pierwszoosobową w czasie teraźniejszym (przynajmniej dobrze, że nie przyszłym), z dużą dawką ironii. Nie brakuje też góralskich przerywników. Kontrowersyjną decyzją tłumacza było przełożenie tytułów niektórych wzmiankowanych przez narratora piosenek, a innych nie – rozumie się, że w momentach, kiedy ma to znaczenie w kontekście.

            Film doczekał się ekranizacji z Johnem Cusackiem, wyświetlanej u nas pod tytułem Przeboje i podboje (za rymowane tytuły należałoby przyznawać osobną kategorię Węży, zwłaszcza gdy w oryginale nie było rymu; dodatkowe punkty ujemne za nadanie filmowi innego tytułu niż książce, która ukazała się wcześniej).

wtorek, 14 maja 2024

Undergroundowy profesor Zin i żądło jazzu, czyli płyty marcowe

 W marcu trafiło mi się kilka płyt, samych używanych. Aż dwie związane były z Irlandią, szczególnie Północną. Trafiła się też pierwsza w języku polskim. 

  

Therapy?, Troublegum, 1994

            Znak zapytania w nazwie tego tria z Irlandii Północnej rodził rozmaite interpretacje, ale pojawił się w sposób dość prozaiczny: kiedy w początkach działalności lider Andy Cairns sam narysował okładkę kasety, nazwa zespołu okazała się za bardzo przesunięta w lewo, więc dodał pytajnik, żeby wypośrodkować.

Muzyka grupy wywodzi się z nurtu alternatywno-punkowego, ale jest na tyle ciężka i intensywna, że zalicza się ją i do metalu. Niektórzy też widzieli w Irlandczykach europejski odpowiednik Nirvany (na wyrost, może tylko Turn się kojarzy z tamtą stylistyką). Cairns, McKeegan i Ewing nie przywiązywali jednak wagi do etykietek, lecz nawalali szybko i bezlitośnie, ale w miarę melodyjnie – najbardziej w utworach przeznaczonych na single, jako to Screamager czy mój ulubiony, porywający wręcz Nowhere. Basista Michael McKeegan jako największą inspirację wymieniał Petera Hooka. Na Troublegum świadczy o tym dobitnie zamieszczenie własnej wersji Isolation Joy Division, chociaż jest ona bardziej hałaśliwa niż oryginał, pozbawiona tej nokautującej sterylności. Za inne źródło natchnienia można uznać amerykańską grupę Helmet, której lider Page Hamilton gościnnie gra na gitarze w powolnym i złowieszczym Unbeliever.

            Płyta jest ogólnie równa, z utworami krótkimi i zwartymi, ale mogłaby być nieco krótsza, zwłaszcza że Femtex, trzeci od końca, z wokalem Eileen Rose, ma nastrój finału i to, co po nim, daje efekt przeciąganego zakończenia. Unrequited, wzbogacony wiolonczelą (grający na niej Martin McCarrick został później regularnym członkiem Therapy?) jest mimo to hałaśliwy. Na samym końcu pojawiło się dynamiczne Brainsaw plus utwór ukryty w postaci krótkiego fragmentu standardu country You Are My Sunshine.


 

Survivor, Eye of the Tiger, 1982

            Mniej ludzi kojarzy zapewne nazwę zespołu Survivor, niż zna jego największy – czy wręcz jedyny – przebój. Bereciarz David Bickler i jego koledzy nagrali Eye of the Tiger do filmu Rocky III z Sylvestrem Stallone. Hit był to faktycznie niekiepszczański, z pomnikowym riffem i melodyjnym refrenem, i do dziś pojawia się w mediach dość regularnie, chociaż taka stylistyka dawno niemodna.

            Reszta albumu nie jest już tak charakterystyczna. Mieści się stuprocentowo w normie stadionowego AOR, polegającej na łączeniu hardrockowych gitar z rzewnymi melodiami śpiewanymi wysokim głosem (jako punkt odniesienia można wziąć Journey). Wykonana została sprawnie, ze sporą dawką melodii i kiedy trzeba energii. Niekiedy pojawiają się atrakcyjne harmonie wokalne. Raz bywa szybko, jak w Feels Like Love, raz w średnim tempie (Hesitation Dance). Jeśli chodzi o utwory spokojniejsze, to w największym stopniu zalicza się do nich Ever Since the World Began z iście amerykańskim rozmachem. Natomiast I’m Not That Man Anymore zaczyna się jak fortepianowa ballada, ale potem nabiera dynamiki. Podobnie Children of the Night rozpoczyna trochę zmyłkowo introdukcja na gitarze akustycznej, ale reszta piosenki jest już umiarkowanie motoryczna. Poza utworem tytułowym najbardziej mi się podobuje The One That Really Matters, ze względu na refren i solówkę. Stylowo też wypada American Heartbeat (ilu jeszcze nie znam piosenek z przymiotnikiem „American” w tytule?) z większym udziałem syntezatorów. Całą płytę kończy solo gitarowe w finale Silver Girl.  



The Gaslight Anthem, American Slang, 2010

            W tym przypadku mamy do czynienia z grupą zaliczaną do nurtu „heartland rocka”, w dodatku pochodzącą z New Jersey – zdarzało im się współpracować z samym Bossem, przyswoili sobie też jego patent z graniem rzewnych melodii w sposób szybki i głośny. Brian  Fallon i jego koledzy należą jednak do pokolenia sporo młodszego i mają za sobą cały nurt rocka alternatywnego, a także punku, w tym komercyjnego. W pewnym stopniu skojarzenia biegną w stronę Counting Crows, z tym że Gazownicy roztaczają bardziej "miejską" atmosferę.

            American Slang to już trzeci album zespołu. Całość jest bardzo melodyjna. Co prawda Brian Fallon ma głos wysoki, jakby trochę zbolały, ale nie oznacza to automatycznie nudziarstwa. Już otwierający utwór tytułowy pełen jest dudniących bębnów i głośnych gitar. Później trafiają się momenty niemal wprost punkowe, jak Stay Lucky i Orphans. Równie dynamiczny jest Boxer, ale pracę gitary ma jak na punk zbyt wyrafinowaną. W średnim tempie pojawiają się Bring It On oraz rozpoczęty nieco „pasażerskim” riffem Old Haunts, a ballady są dwie: The Queen of Lower Chelsea oraz finałowa We Did It When We Were Young – dopiero ta ostatnia już nieco przynudza. Moim ulubionym fragmentem (i nie tylko moim) stał się mniej czadowy, ale najbardziej przebojowy The Diamond Church Street Choir.

 

Sugar Ray, Lemonade and Brownies, 1995

            Pierwszy kontakt z grupą Sugar Ray zaliczyłem za sprawą grasującej pod koniec wieku w Trójce przeróbki Abracadabra Steve Miller Band. Zespół zajmował już wtedy dość bezpieczne pozycje, skierowawszy się w stronę pop rocka. Inaczej było na debiucie, gdzie Sugar Ray jawi się jako ekipa grająca ciężko i z elementami czarnej muzyki.

Otwierający Snug Harbor to minutowa funkowa introdukcja z udziałem trąbki, każąca się spodziewać klimatów raczej odległych od rocka. Zaraz jednak wkraczają ciężkie riffy Rhyme Stealer, pożenione z grupowym rapowaniem a la Beastie Boys. W podobnej konwencji utrzymane są The Greatest i finałowy Streaker, zaś Big Black Woman i Mean Machine to dla odmiany punkowe sprinty, nadal niepozbawione elementów rapowanych. Zapada w pamięć Caboose – bujany, ze sprężystym riffem i jazgotliwą, ni to rapowaną, ni to śpiewaną partią wokalną, a i z nagłymi przyspieszeniami. Zespół wpisywał się zatem w modny w latach 90. rap metal czy nawet już zapowiadał jego numetalową mutację. Producentem albumu został zresztą DJ Lethal, członek House of Pain, a później Limp Bizkit.

            Trochę uspokojenia przynosi uhiphopowiony Iron Mic na melodyjnym basowym riffie i z eksplozją w refrenie. W podobnej konwencji utrzymany jest Dance Party USA. Nie brakuje też odniesień do szlachetniejszych odmian czarnej muzyki. Hold Your Eyes to jazda funkowa, wokalista śpiewa falsetem, zaś w Scuzzboots mamy „wieczorny” zmysłowy soul. Na bujającym basie oparty jest też Danzig Needs a Hug, którego tytuł świadczy o nie całkiem poważnym charakterze przedsięwzięcia.

            Okładka płyty, z wypiętą szarmancko blondyną, wygrała kiedyś plebiscyt na najseksowniejszą okładkę. Czy słusznie, nie podejmuję się oceniać, w każdym razie była lepszym wyborem niż kilka innych pozycji z pierwszej dziesiątki, które zakwalifikowano chyba tylko ze względu na to, że była na nich jakakolwiek w ogóle ikonografia średniowiecza. Wydawca nie zadał sobie jednak trudu, aby odnotować tożsamość modelki.


The Good, the Bad and the Queen, 2007

            Tytuł ten nosi dzieło brytyjskiej (w większości) supergrupy, która wtedy jeszcze nie miała nazwy: Damon Albarn (Blur), Simon Tong (The Verve), Paul Simonon (The Clash) i Tony Allen (znany perkusista nigeryjski). Po latach skład ten nagrał drugą płytę i „The Good, the Bad and the Queen” stało się już oficjalnie nazwą zespołu.

Za konsoletą siedział Danger Mouse, producent kojarzony z brzmieniami zelektronizowanymi, jak rozmaite hip-hopy czy „wirtualny zespół” Albarna, Gorillaz. Mimo to płyta ma brzmienie ciepłe i naturalne, może nawet bardziej niż ostatnie dokonania Blur przed rozpadem. Tak czy inaczej, fani Albarna nie powinni być zawiedzeni; The Good, the Bad and the Queen wpisuje się w całokształt dokonań artysty. Przy tym ma nastrój melancholijny, a momentami wręcz mroczny; prace supergrupowe nie pozostały zapewne bez wpływu na to, co reaktywowany Blur robił potem na albumie Magic Whip (zob. Northern Whale i Behind the Sun).

Płyta brzmi dość retro, elektronika pojawia się rzadko i dyskretnie. Już pierwszemu utworowi nadają charakter gitara akustyczna, organy w stylu lat sześćdziesiątych i pulsujący bas – jest to zapowiedź tego, co się będzie działo później. Albarn w swoim stylu balansuje na granicy kiczu w 80’s Life, balladzie z fortepianem i harmoniami wokalnymi. W kilku piosenkach występują smyczki, chociaż w Kingdom of Doom wydaje się raczej, że to melotron. Stylowe organy słyszymy np. w Three Changes, a Paul Simonon w wielu miejscach wypełnia przestrzeń swoją gitarą basową, która nie pełni li tylko funkcji rytmicznej. Dynamiczna koda ostatniego, tytułowego utworu kojarzy mi się ze wczesnym Roxy Music.

W chwili ukazania się album był bardzo wysoko oceniany, także na łamach „Teraz Rocka”, a we mnie taki hajp budził sceptycyzm, ale kiedy udało mi się kupić używany egzemplarz za 5 złych, okazało się, że nie jest źle.


 

Black Star Riders, Wrong Side of Paradise, 2023

            Kolejna w mojej kolekcji płyta Black Star Riders ukazała się dopiero w zeszłym roku. W składzie nie ma już nikogo, kto w latach 70. grał w Thin Lizzy, a jedynym ocalałym członkiem od czasu pierwszych płyt pozostaje Ricky Warwick.

            Wrong Side of Paradise nie przynosi specjalnych zaskoczeń: w dalszym ciągu jest to melodyjny hard rock w specyficznym stylu, wywodzącym się od Cienkiego Jaszczura, ale przefiltrowanym przez Amerykę. Wyróżniają się Better Than Saturday Night, optymistyczny Don’t Let the World (Get in the Way) oraz mój ulubiony, poświęcony Irlandii Green and Troubled Land z okrzykiem „Faugh a ballagh!” Zespół zaadaptował też Crazy Horses z repertuaru The Osmonds (z wykorzystaniem gitary slide). Pod względem melodii jest przyzwoicie, ale bez tak powalającej dawki przebojowości jak na dwóch pierwszych albumach BSR.           


 

Sting, Bring On the Night, 1986

            Człowiek zwany Żądłem już jako drugi solowy album wydał koncertówkę, w dodatku dwupłytową. We wkładce nie podano składu, ale pod koniec przedostatniego utworu Sting przedstawia współpracowników: Omar Hakim na perkusji, Kenny Kirkland na klawiszowych, Darryl Jones na basie (później grał ze Stonesami) i saksofonista Branford Marsalis. Łatwo się domyślić, że taka ekipa będzie grać jazzowo. Nagrania pochodzą z kilku występów, przeważnie z Paryża, z 23 grudnia 1985, ale także z paru innych dni, a po dwa również z Rzymu i Arnhem.

            Zestaw pochodzi zarówno z repertuaru The Police, jak i z solowego debiutu artysty (z grubsza przeplatane), ale próżno tu szukać największych hitów. Żołąd wybrał najwyraźniej te piosenki, które najbardziej się nadawały do zrobienia na jazzowo. Pojawiło się nawet coś stosunkowo mało znanego, a mianowicie „afrykańskie” I Burn for You z filmu Brimstone and Treacle; we wkładce Sting przyznaje, że stworzył tę piosenkę jeszcze jako nauczyciel, zadając uczniom długie sprawdziany, żeby móc w spokoju zająć się pisaniem. Premierowa jest natomiast wersja standardu bluesowego Down So Long, oczywiście też jazzowa.

Cały zestaw rozpoczyna utwór tytułowy połączony z When the World Is Going Down, Make the Best of What’s Still Around – dwie piosenki Policjantów oparte na tej samej progresji akordowej łącznie liczą w tym wykonaniu prawie dwanaście minut, z czego sporą część zajmuje rozbudowane solo pianisty, a pod koniec słychać rap Marsalisa. Na saksofonie popisuje się on po raz pierwszy w kolejnym Consider Me Gone, wyraźne solówki brzmią również w Driven to Tears czy Children’s Crusade. Tytułowy utwór z debiutu Stinga, The Dream of the Blue Turtles, zredukowany został do saksofonowo-fortepianowego wstępu do dynamicznego Demolition Man, gdzie Kirkland dla odmiany wywija na syntezatorze.

Drugą płytę rozpoczyna druga jedenastominutowa kombinacja, tym razem w rytmie reggae na fundamencie fortepianu elektrycznego: One World (Not Three) połączone z Love Is the Seventh Wave. Z utworów zaangażowanych społecznie pojawia się też m.in. We Work the Black Seam, komentarz do strajków górniczych w 1984. Bardziej nastrojowo robi się w Moon over Bourbon Street, natomiast finałem jest policyjne Tea in the Sahara.

Całkiem przyjemnie się słucha, zwłaszcza saksofonu, ale przerwy pomiędzy utworami trochę rozbijają atmosferę koncertu.

  

Püdelsi, Madame Castro, 2008

            Pierwsza w tym roku płyta całkiem polskojęzyczna trafiła mi się przy okazji Wielkiejnocy.

            Püdelsi, których jedynym stałym członkiem był zmarły przed paru laty Andrzej „Püdel” Bieniasz, zrodzili się w latach 80. jako kontynuacja undergroundowego zespołu Düpą. Nagrali wtedy jedną, bardzo turpistycznie brzmiącą płytę z udziałem Kory, a także Macieja Maleńczuka. W następnej dekadzie grupa reaktywowała się już do regularnej działalności z Maleńczukiem na wokalu (bywało, że w ramach Püdelsów grał cały skład Homo Twist). Pod jego wpływem z wyszła z undergroundu na listy przebojów dzięki pastiszowej płycie Psychopop. Potem Maleńczuk obraził się i odszedł z grupy, a na jego miejsce przyszedł Maciej Miecznikowski, znany z intencjonalnie kiczowatego trójmiejskiego zespołu Leszcze oraz ze śpiewania u Rubika. Nie zdążyli jednak w tym składzie nic wydać, bo wkrótce Maleńczuk wrócił do składu. Efektem była ogromnie popularna – choć wciąż pastiszowa – płyta Wolność słowa. Po pewnym czasie konsumowania sukcesu Maleńczuk znów się obraził i znowu odszedł, tym razem definitywnie. Püdelsi, od których odwróciły się światła jupiterów, kontynuowali jednak działalność z wokalistą Szymonem Goldbergiem. Madame Castro to druga płyta z jego udziałem.

            Zespół zarzucił w zasadzie pastiszowe inklinacje z najpopularniejszego okresu, wracając na drogę rocka alternatywnego. Goldberg to wokalista dość jednorodny i nieco monotonny, brakuje mu uniwersalności Maleńczuka (ale brakuje też i ordynarności). Momentami pojawia się klimat lekko maanamowski (w końcu Kraków), a finałowy, nostalgiczny Dziewczyny z podwórka, chłopaki z mojej ulicy kojarzy mi się za to z późniejszą solową płytą Kory (na której bębnił eks-Püdels Artur Hajdasz).

Tytułowy Madame Castro jest na nowofalową modłę motoryczny, ale na molowych harmoniach (z basem jak w Joy Division). W tekście mowa o Hawanie, ale nie tej na Kubie, tylko tej w Krynicy (gdzie zresztą Püdel mieszkał). Podobny rockowy charakter ma Maj 2007, zainspirowany rasistowskim incydentem, jakiego świadkiem był Goldberg w sklepie przy ul. Szpitalnej, naprzeciwko Teatru Słowackiego. Miasto brzydnie jest spokojniejsze, z udziałem gitary akustycznej i saksofonu. Z kolei ballada Wolny kraj mówi o Tybecie.

Do fragmentów pastiszowych zaliczyć można tylko swingujące Ciągle nam czegoś brak oraz niby-rapowe DNA prawda to czy fałsz (ze skreczami), nawiązujące do odlotów prezentowanych przez ówczesną koalicję rządową, księdza Rydzyka et consortes. Natomiast Gdyby ryby z tekstem Wiktora Zina opracowano na poważnie: nieco podniosły gitarowy utwór w średnim tempie, z partią fletu i wstawkami orkiestrowymi. Poza tym Püdelsi nie odmówili sobie tradycyjnej porcji reggae (Mijamy się jak co dnia, Zimne kobiety, Dobrze będzie nam z duetem z niejaką Dziun), zabrakło za to kolejnego tanga.

            Album ukazał się w formie książeczki (był to popularny w tamtych latach wybieg na ominięcie VAT) zawierającej biogramy i wywiady z wszystkimi trzema trzonowymi członkami zespołu (Püdlem, Goldbergiem i Franzem Dreadhunterem). Püdel wspomina, że w przygotowaniu był wtedy boks z archiwalnymi nagraniami Düpą, ale wytwórni nie chciało się go wydać.



wtorek, 7 maja 2024

Pomidory w kieszeni, czyli zbrodzień i jego ojczyzna (z frontu czytelniczego, 1/2024)

 

Rok czytelniczy rozpocząłem od tandemu biografii najbardziej morderczego (w liczbach bezwzględnych) dyktatora wszechczasów, a potem pozostałem jeszcze w jego rodzinnych stronach.

 

1. Simon Sebag Montefiore, Stalin. Młode lata despoty,
przeł. Maciej Antosiewicz, Warszawa 2008

Młode lata despoty powstały później niż ceniona (i grubsza) praca Stalin. Dwór czerwonego cara, ale ze względów chronologicznych wziąłem je na warsztat w pierwszej kolejności. Montefiore stawia tezę, że znajomość młodości Stalina jest kluczem do zrozumienia całych jego rządów – bo już na całe życie pozostały mu przyzwyczajenia z czasów konspiracji i działalności przestępczej.

Autor przyznaje, że biografowi Dżugaszwilego trudno wyłuskać prawdę spomiędzy kultu jednostki a przesadzonej momentami czarnej legendy. W dodatku moskiewskie archiwa słyną z nieprzystępności… ale mało kto badał gruzińskie. Sam Montefiore siedział zresztą nad biografią Soso ponad dziesięć lat i skorzystał z okienka czasowego, w którym dostęp do archiwów był na Rosji przez jakiś czas ułatwiony. Dzięki temu dobrał się np. do niepublikowanych nigdzie wspomnień gruzińskich krewnych i znajomych Koby. Źródłem do jego dzieciństwa są choćby mało znane wspomnienia Keke Dżugaszwili de domo Geładze, matki dyktatora. Zadziwiające, jak wielu ludzi radzieckich zdecydowało się spisywać wspomnienia w latach trzydziestych, kiedy byle literówka mogła ich skazać na dziesięć lat łagru – a jednak ich relacje przetrwały nienaruszone do upadku ZSRR. Z drugiej strony mamy wspomnienia, które propaganda radziecka znała, ale wykorzystała tylko w tej bardziej panegirycznej części. Przy tym Montefiore podchodzi do źródeł krytycznie i dementuje niektóre szeroko rozpowszechnione teorie spiskowe, jako to, że Stalin był agentem Ochrany albo że był kiedyś w Walii.

Pracę rozpoczyna mocny akcent w postaci napadu na konwój z pieniędzmi w Tyflisie w roku 1907, którego Stalin był organizatorem, choć sam udziału nie brał – w tym epizodzie można już dostrzec jego późniejsze cechy charakteru i styl rządzenia. Potem zaczyna się narracja chronologiczna. Wiele kontrowersji budzi kwestia ojcostwa Wissarionowicza. Montefiore odrzuca tu całą chmurę teorii spiskowych, skupiając się na trzech najbardziej prawdopodobnych kandydatach, co do których wprawdzie brak stuprocentowych dowodów; w każdym razie zarówno szewc Beso, jak i jego syn mieli w tej sprawie poważne wątpliwości, co nie pozostało bez wpływu na ich psychikę. Warto też wspomnieć, że sztywna lewa ręka Górala to nie – jak niektórzy twierdzą – efekt pobicia przez żandarmów na zesłaniu, lecz czepiania się dorożek w dzieciństwie.

W socjalizm wkręcił się Czopura jeszcze w gimnazjum i dość szybko stał się istotnym konspiratorem w strukturach SDPRR na Kaukazie – zarówno w stolicy Gruzji, jak w nafciarskim Baku i czarnomorskim Batumi. Wykazał się też wystarczającą charyzmą, żeby zgromadzić grono oddanych zwolenników. W okresie pierwszej rewolucji zapoznał się z Leninem i zobaczył kawałek świata poza Rosją (Sztokholm, Berlin, Londyn). Przy okazji Montefiore podaje nazwisko prawdopodobnie pierwszego człowieka zabitego na rozkaz Ospowatego Ośki – był nim policjant Karzchija, który próbował zinfiltrować batumską organizację. Trzymając się w cieniu, „Wasiljew” stanął w roku 1917 w gronie najbardziej zaufanych popleczników Lenina, a zatem na szczytach władzy nowo powstałej Rosji Radzieckiej. W tym momencie kończy się narracja.   

Ogólnie rzecz biorąc, Soselo ukształtował się w atmosferze toksycznej męskości. Powszechnie wiadomo, że Wissarion Dżugaszwili był stuprocentowym szewcem, to znaczy nie tylko szył buty, ale ostro pił i wpadał w szewską pasję. Mieszkańcy Kaukazu to w ogóle nawet w spokojnych czasach ludzie bardzo krewcy i skłonni do przemocy, co się okazało z całą intensywnością w czasie rewolucji 1905 r., kiedy Koba dowodził regularnym gangiem bandycko-terrorystycznym i najwyraźniej miał na koncie nawet piractwo. Wychował się jednak na ulicach miasta Gori, które nawet w Gruzji słynęło z zabijaków i rozbójników. Chłopcy uczyli się tam walk na pięści od trzeciego roku życia, a dorastając, trafiali do gangów. Nauka w seminarium duchownym w Tyflisie też nie łagodziła obyczajów – jeden z rektorów został zasztyletowany przez ucznia. Nie trzeba dodawać, że duży wpływ na późniejszy charakter Mleczarza miało życie w konspiracji, w ciągłej czujności, która przerodziła się w paranoję, a później na zesłaniu, gdzie trzymał się chętniej wśród kryminalistów niż inteligentów. Swoją drogą carskie zesłanie, w porównaniu ze stalinowskimi łagrami, przypominało wczasy i Koba uciekał z niego, jak chciał – można się domyślić, że po dojściu do władzy zadbał, żeby jego przeciwnikom nie było już tak łatwo. Sytuacja zmieniła się dopiero w 1913, kiedy żandarmi w końcu się wkurzyli i wysłali go do Turuchańska na Dalekiej Północy, skąd było wszędzie tak daleko, że po prostu nie dało się uciec. Kiedy przyjechał do Pitra, carat już zdążył upaść.

Element toksycznej męskości stanowią nierówne relacje z kobietami. Przyszłego Chorążego Narodów biła także matka – mniej sadystycznie, a bardziej „wychowawczo”, nie mogąc sobie poradzić z rozbisurmanionym potomkiem, którego skądinąd rozpieszczała. Później stał się ulubieńcem młodych rewolucjonistek. W okresie pierwszej rewolucji poślubił Jekatierinę Swanidze, którą co prawda uwielbiał, ale nieustannie zaniedbywał i nawet uciekł z jej pogrzebu. Jak twierdził sam Gruzin, po jej śmierci całkiem już się wyzbył jakiejkolwiek czułości. Potwierdzają to losy jego syna Jakowa, którym się potem nie interesował (wychowywało go wujostwo). Życie w konspiracji sprzyjało przelotnym związkom, w międzyczasie więc przytrafiło mu się kilka dziewczyn i co najmniej jedno nieślubne dziecko. Bywało, że na zesłaniu romansował równocześnie z córką gospodarza i służącą w tym samym domu. Nie jest też pewne, czy pseudonim „Stalin” nie pochodził czasem od jego przelotnej dziewczyny, Ludmiły Stahl (której ojciec w dodatku miał stalownię). Drugą żoną Stalina została wreszcie Nadieżda Alliłujewa, z której matką możliwe, że też miał wcześniej romans – co nie znaczy, że był ojcem własnej żony, bo całą rodzinę Alliłujewów poznał już po jej urodzeniu.

Tekst uzupełnia materiał ikonograficzny – fotografie samego głównego niemilca i różnych członków rodziny czy współpracowników. Mamy też drzewo genealogiczne i parę map.

Lenin bez brody, lecz za to w perudze

Tłumaczowi trochę brakuje kontekstu rosyjskiego i zdarza się, że gdy autor używa określeń jasnych dla czytelnika anglojęzycznego, to w przekładzie oddane są dosłownie, zamiast odpowiednika obecnego w naszym kręgu kulturowym, jak np. już na pierwszych stronach prologu „kapitan kawalerii” zamiast rotmistrza. Dalej mamy wielokrotnie „tawerny” zamiast karczem, „intelektualistów” zamiast inteligentów i „robotników kolejowych” zamiast po prostu kolejarzy. Nie natrafiłem na większe błędy transkrypcyjne prócz miasta „Sołwyczegodska” (powinno być „Solwyczegodsk”, bo ta osada nad Wyczegdą była w dawnych czasach ośrodkiem handlu solą). Natomiast korekta zaspała przy podpisach zdjęć: pojawiają się „baskijskie szyby naftowe” i Kunkuła „zatrzymany przez baskijską żandarmerię”, bo jak wiadomo, Azerbejdżan tłumaczy się po naszemu jako Kraj Basków. W tekście właściwym tego błędu już nie ma. Jeśli chodzi o wpadki samego autora, to znalazłem tylko stwierdzenie, że Osip to zdrobnienie od Josifa (są to dwie odrębne formy tego samego imienia), a „junkrami” nazywano potocznie oficerów „od pruskiej kasty wojskowej” – podczas gdy na Rosji junkrzy to byli podchorążowie; tych z kolei Montefiore nazywa kadetami.

Jestem sceptycznie nastawiony do teorii, że uprzedzenia u ludzi wynikają wyłącznie z osobistych doświadczeń, ale atrakcyjnie brzmi teoria, że niechęć Stalina do Polaków wzięła się podobno stąd, że został olany przez kelnera w restauracji w Trzebini.

 

2. Simon Sebag Montefiore, Stalin. Dwór czerwonego cara,
przeł. Maciej Antosiewicz, Warszawa 2008 

Wokół niego hałastra cienkoszyich wodzów: 
Bawi go tych usłużnych półludzików mozół.
Jeden łka, drugi czka, trzeci skrzeczy,
A on sam szturcha ich i złorzeczy.

(Osip Mandelsztam)

Nadszedł czas na wcześniej napisaną, późniejszą chronologicznie, a przede wszystkim grubszą (ponad 700 stron z przypisami) pracę Montefiorego o Stalinie. Właściwie należałoby powiedzieć – o Stalinie i jego najbliższym otoczeniu, na równi bowiem z Czopurą bohaterami tej ponurej historii są jego żona, dzieci, szwagrowie i szwagierki, komisarze ludowi, marszałkowie Armii Czerwonej, szefowie tajnej policji, sekretarze, ochroniarze, nadworni artyści i kto jeszcze. Grono to się zmieniało w miarę tego, jak z biegiem lat jedni wykańczali drugich: na początku lat trzydziestych do świty Stalina należeli Sergo Ordżonikidze i Walerian Kujbyszew. Po II wojnie światowej obaj już dawno nie żyli, a znaczenia nabrali Nikołaj Bułganin, Gieorgij Malenkow, a także Nikita Chruszczow, którego dziś kojarzy się z destalinizacją, a okresie Wielkiej Czystki miał przecież wiele osób na sumieniu.

            Podobnie jak w przypadku Młodych lat despoty, zaczyna się od szokującego akcentu – przyjęcia w listopadzie 1932, po którym Nadieżda Alliłujewa odebrała sobie życie. W epizodzie tym skupiają się jak w soczewce różne aspekty życia osobistego w czasach stalinizmu. Jest symboliczne, że kiedy Nadia stroiła się w elegancką suknię z Berlina, jej mąż parę budynków dalej uzgadniał z Henrykiem Jagodą represje wobec wrogów władzy radzieckiej. Nie było przecież tak, że jedynie Kunkuła był zbrodniarzem, a wszyscy wokół niego niewinne ofiary; nawet jego małżeństwo było związkiem toksycznym obustronnie, Nadieżda miała wiele słabo rozpoznanych problemów zdrowotnych, w tym psychicznych. Zdaniem co młodszych świadków tamtych czasów, jej śmierć zakończyła sielankę na Kremlu. Dotąd zbrodnie stalinizmu działy się gdzieś w oddali – trwało przecież brutalne rozkułaczanie wsi i spowodowany nim Wielki Głód na Ukrainie. Odtąd krwiożerczość Gruzina miała dosięgać także jego najbliższych towarzyszy (przez autora zwanych palatynami) i ich rodzin.

            Narracja ma charakter chronologiczny od stosunkowo spokojnych lat przed śmiercią Nadii, przez stopniowe zaciskanie pętli – pierwsze procesy, zabójstwo Kirowa – po mroczne lata czystek pod kierownictwem Jeżowa, a potem Berii, zbliżenie z Hilterem przed wojną; okres wojenny, z uwzględnieniem spotkań z Churchillem i Rooseveltem, i powojenny, kiedy Stalin był najpotężniejszy politycznie, a zarazem coraz mniej zrównoważony. Wciągająca jest zaś na tyle, że czyta się niemal jak powieść (a wręcz jak sagę rodzinną), chociaż prawie każde zdanie jest uźródłowione.

            Stalin jawi się tu jako rasowy toksyk: czasem brutalny i nieczuły, czasem jowialny i dobroduszny, zapalony czytelnik i niezły tenor. W porównaniu z nim Wawrzyniec Beria wydawał się chodzącym mrokiem, chociaż podobno był kochającym mężem i ojcem. Za to Jeżow sprawiał wrażenie „always chaotic evil”, a Woroszyłow pełnił rolę etatowego głupka, który na okrągło się kompromitował (vide akcja z mieczem Jerzego VI). Wszyscy oni tam byli pracoholikami: nie umieli oddzielać życia osobistego od zawodowego. Nawet wakacje ze Stalinem oznaczały ciężką robotę. Wielu umarło w stosunkowo młodym wieku, nie tylko od kuli, ale wskutek zniszczenia zdrowia nieustanną pracą, stresem oraz oczywiście alkoholem. Kopali też pod sobą dołki, np. Mołotow pozostawał w ciągłym konflikcie z Kaganowiczem. W okresie wojennym i powojennym główną dynamikę wykazywała rywalizacja Berii i Malenkowa z Andriejem „Pianistą” Żdanowem. Również i wśród kobiet wybuchały konflikty: siostry Swanidze nie dogadywały się z siostrami Alliłujewymi. Doszło do tego, że aresztowania i egzekucje nie ominęły nawet członków rodzin Stalina i jego współpracowników. Używał tego jako wymówki, kiedy ktoś go prosił o wstawiennictwo: „Co ja mogę, towarzyszu, moi krewni też siedzą w więzieniach!” Z drugiej jednak strony bywało, że darował komuś życie po starej znajomości albo z kaprysu, a potem sam już nie pamiętał, kogo kazał rozstrzelać, a kogo nie.           

Jako niespełniony poeta i zapalony czytelnik, szczególną wagę przywiązywał Stalin do pisarzy radzieckich. Jego stosunek do Gorkiego, Bułhakowa czy Pasternaka zasługuje na osobne opracowanie, dość powiedzieć, że Annie Wilkes nie ma do niego startu. Interesował się też kinem i często oglądał nowe filmy jako pierwszy widz w Sajuzie. Autor sugeruje, że napisał nawet pierwszą zwrotkę Marsza wiesiołych riebiat Izaaka Dunajewskiego z filmu Świat się śmieje – w jego archiwach znaleziono rękopis ze skreśleniami i poprawkami. Potwierdzeniem może być inny przypadek, kiedy syn szewca dopisał anonimowo fragment do czyjegoś wiersza. Z całą pewnością miał duży wpływ na ostateczny kształt hymnu ZSRR – zorganizowanemu w 1943 konkursowi, w którym Mołotow, Beria i Woroszyłow pełnili funkcję jurorów muzycznych, poświęcono osobny rozdział.

Życie seksualne na Kremlu kwitło. Szefowie NKWD byli przeważnie kolekcjonerami damskiej garderoby, a każdy z nich był obleśny na swój sposób – pornofan Jagoda, biseksualny drapieżca Jeżow (którego żona zresztą nie miała zahamowani w znajomościach z pisarzami), gwałciciel Beria… Kalinin i Kirow mieli za to skłonność do baletnic. O Stalinie krążyły plotki, że po śmierci Nadii ożenił się po raz trzeci albo miał taką czy inną kochankę, ale autor nie uznaje ich za wiarygodne, poza gospodynią Walą Istominą. Za czasów Berii charakterystyczne było też terroryzowanie dworzan poprzez represjonowanie ich żon. Wszystko to działo się równocześnie z purytańską ascezą na pokaz. Sam Stalin był purytaninem także w najbliższym otoczeniu i domagał się wycinania „momentów” z filmów, które oglądał z towarzyszami. Uderza też kontrast między rozpasanym kultem jednostki a skromnym życiem codziennym władców ZSRR: Stalin i inni członkowie Politbiura niejednokrotnie musieli pożyczać od siebie nawzajem kasę na bieżące wydatki. Zmieniło się to po wojnie, kiedy otoczenie The Józefa oddało się rozpasanej konsumpcji.

Stalin z całą trójką biologicznego potomstwa i Żdanowem

Od czasu do czasu pojawiają się wątki polskie. Bliżej nieokreślony polski komunista był sąsiadem rodziny Stalina na jednej z dacz, tymczasem na Ukrainie rządził sekretarz Kosior i roiło się tam rzekomo od polskich agentów. Wygląda na to, że Stalin wciąż miał do Polakow urazę za 1920 (i za kelnera w Trzebini). Mimo to Polakiem był jego szwagier, Stanisław Redens (mąż jednej z sióstr Alliłujewych), który zresztą źle skończył. Polskie korzenie miał też Andriej Wyszyński, a za Polkę uchodziła żona Poskriebyszowa, choć była raczej Żydówką litewską. Jeśli chodzi o politykę Stalina wobec Polaków, wspomniana jest nie tylko zbrodnia katyńska, ale też wcześniejsza i mniej znana „operacja polska” NKWD oraz Wera Kostrzewa z KPP, która padła ofiarą represji chyba dlatego, że Stalin pozazdrościł jej róży w ogrodzie (sam był zapalonym ogrodnikiem). W okresie powojennym czołowi oficjele PRL bywali uczestnikami całonocnych biesiad pijackich u Stalina, których poziom Montefiore porównuje z „wieczorem kawalerskim neandertalczyków” (przykład: Beria wkładał elegantowi Mikojanowi pomidory do kieszeni, a potem przyciskał go do ściany). Bolesław Bierut wykazywał się wystarczającym oportunizmem, żeby nigdy nie rozdrażnić Stalina, co nie udało się zbyt nerwowemu Gomułce, natomiast Berman został porwany do walca przez Mołotowa. Wątek chiński pojawia się wyłącznie przy okazji 70. urodzin Stalina, na które przybył przewodniczący Mao.

Przekład jest dobry, ale tłumacz trochę się boi polskich wersji niektórych nazw miejscowych, vide Nowgorod (zresztą samemu autorowi zdarza się pomylić Niżny z Twerem). W kwestii transliteracji też zdarzają się potknięcia, szczególnie Leonid Utiesow zamiast Utiosow (wielokrotnie). Z kolei węgierski podstalinek Rakosi nosi tu imię Matthias (powinno być Mattyas). Co do niedociągnięć realioznawczych – jak wie każdy, kto zna się trochę na stalinizmie albo chociaż czytał Requiem Anny Achmatowej, członkowie NKWD nie nosili czapek „z niebieskim otokiem”, tylko z niebieskim wierzchem, a otokiem czerwonym.

            Montefiore wykonał niesamowitą robotę, docierając do źródeł i świadków. Przypisy czysto bibliograficzno-źródłowe znajdują się na końcu książki, natomiast u dołu strony umieszczono te, które rozszerzają informacje zawarte w tekście głównym. Źródeł jest mnóstwo, m.in. wielokrotnie cytowane listy poszczególnych dygnitarzy, wspomnienia i liczne dokumenty archiwalne, nawet donosy kierowane bezpośrednio do Stalina, które zachowywał dla siebie.

Ikonografia liczy 4 wkładki zdjęć Stalina, jego rodziny i najbliższych towarzyszy, ale na żadnym nie ma adoptowanego syna, Artioma Siergiejewa.

  

3. Wojciech Materski, Gruzja, Warszawa 2000
(z serii Historia państw świata w XX wieku)

Biografie Stalina (zwłaszcza Młode lata despoty) rozbudziły moje zainteresowanie jego rodzinnymi stronami. Wobec tego postanowiłem sięgnąć po opracowanie z serii wydawnictwa Trio, która już tu bywała omawiana.

Historia Gruzji przed XX w. została omówiona pokrótce: od starożytnych królestw Kolchidy i Iberii, przez rozkwit za czasów królowej Tamar i Szoty Rustawelego, po podbój przez Rosję (nic się te łobuzy przez 300 lat nie zmieniły!) Pod koniec XIX wieku Gruzja już była krajem rozwijającego się przemysłu i pączkującego socjalizmu, a rusyfikatorskie zapędy piterskich władców w pewnym stopniu hamowało odrodzenie kultury gruzińskiej. Po rozłamie w rosyjskiej socjaldemokracji większość gruzińskich działaczy stanęła po stronie mienszewików, łącząc (wzorem PPS) postulaty socjalistyczne z niepodległościowymi. Z drugiej strony ważną rolę odegrał Kościół ze dążeniem do przywrócenia autokefalii.

Nie dziwota, że w burzliwym roku 1918 to właśnie mienszewicy odegrali kluczową rolę w utworzeniu Federacji Zakaukaskiej, a po niej – Demokratycznej Republiki Gruzji. W powołanej Konstytuancie mieli 109 mandatów na 125, wprowadzili też szereg szeroko zakrojonych, postępowych reform. Ale co można było zrobić między młotem Rosji Radzieckiej a kowadłem Turcji? Młode państwo trafiło najpierw pod protektorat niemiecki, potem pod brytyjski, potem musiało radzić sobie samo. Gdy po upadku „białych” zagrożenie radzieckie znów zamajaczyło nad Gruzją, mienszewicy usiłowali uzyskać pomoc mocarstw Ententy, ta jednak niespecjalnie przejęła się jej losem. Niepodległa republika gruzińska trwała niecałe trzy lata, zanim została pochłonięta przez system sowiecki, początkowo pod pozorami odrębności.

Premier/prezydent Noe Żordania

Okres radziecki dzieli się na dwa wyraźne etapy, którym odpowiadają rozdziały książki: do 1936 Gruzja wchodziła z woli Moskwy w skład Zakaukaskiej FSRR (razem z Armenią i Azerskim Bejdżanem), a później stała się osobną republiką związkową. Przy okazji wydzielono w niej republiki autonomiczne, z których tylko Adżaria nie budziła większych kontrowersji. Sprawą zupełnie u nas nieznaną jest powstanie zbrojne w 1924 r., oczywiście nieudane. Autor omawia zarówno rozwój gospodarczy Gruzji radzieckiej, jak zbrodniczą politykę Berii i jego ekipy, nie zapomina wymienić czołowych twórców kultury, a także poświęca trochę miejsca gruzińskiemu rządowi na wychodźstwie, który starał się zwrócić uwagę społeczności międzynarodowej na los kraju.

Po uchwaleniu konstytucji radzieckiej Gruzja uzyskała status republiki związkowej i zachowała go aż do wyjścia z Sajuza. Choć Beria trafił tymczasem do Moskwy, to aż do śmierci wywierał na republikę złowrogi wpływ. Zniszczenia wojenne ominęły kraj Kartwelów, ale musiał on sobie radzić z wzrostem ludności (uchodźcy i ewakuanci) i wzmożoną pracą na rzecz frontu. Wspomniana też została kolaboracja Gruzinów z Rzeszą, głównie z inicjatywy emigrantów, chociaż stwierdzenie, że z ochotników kaukaskich sformowano dywizję Waffen-SS, jest mocno przesadzone – była to tzw. Waffengruppe, czyli najwyraźniej coś w rodzaju słabej brygady.

Autor nie zadowala się zreferowaniem wydarzeń politycznych i omawia przemiany gospodarcze w republice, posługując się tabelami. W okresie powojennym Gruzja była w Sajuzie praktycznie monopolistą w dziedzinie herbaty i cytrusów. Mowa też o stanie gruzińskiego sportu, edukacji i kultury. W tej dziedzinie szczególną pozycję osiągnęło kino, z takimi reżyserami jak Abuładze, Joseliani, Czcheidze czy cały klan Szengełaja.

Gruzinki zaś na skalę światową mocne były w szachach

Ogólny rozkład systemu radzieckiego doprowadził do wybicia się Gruzji na niepodległość. Katalizatorem zmian była masakra w Tbilisi 9 kwietnia 1989, kiedy żołnierze brutalnie rozpędzili pokojową manifestację saperkami. Szok po tym zdarzeniu doprowadził do odgórnej wymiany władz republiki przez Gruzina najwyżej postawionego w Sajuzie od czasów stalinowskich – Eduarda Szewardnadzego, a także do wykrystalizowania się jawnych ugrupowań opozycyjnych, które w następnym roku, już po wypowiedzeniu przez Gruzję umowy związkowej, wygrały wybory do Rady Najwyższej. Nie oznaczało to jednak końca kłopotów. Megalomania nowego prezydenta, Zwiada Gamsachurdii, separatystyczne tendencje Abchazji i Osetii, samowola bojówek paramilitarnych takich jak Mchedrioni – pierwsza połowa lat 90. upłynęła w maelstromie konfliktów. Stosunkowo spokojnie było tylko w Adżarii, traktowanej jako udzielne księstwo przez Asłana Abaszydzego. Narracja kończy się na wyborach w 1995, nie ma tu więc jeszcze ani słowa o takich sprawach jak „rewolucja róż”, wojna rosyjsko-gruzińska czy wzlot i upadek Grigorija Micheila Saakaszwilego.

Ostatni rozdział poświęcony jest stosunkom gruzińsko-polskim na przestrzeni wieku, nie ograniczającym się bynajmniej do Grigorija z Pancernych. Polacy w Gruzji byli to przeważnie księża, żołnierze albo zesłańcy, zaś w międzywojennym Wojsku Polskim wyraźną grupę stanowili gruzińscy oficerowie kontraktowi. Warto też wspomnieć księcia Nakaszydzego, pioniera przemysłu motoryzacyjnego na ziemiach polskich, oraz fakt, że Noe Żordania studiował w Warszawie weterynarię. Autor wspomina, że pierwszym prezesem Komitetu Gruzińskiego był aż do śmierci w 1925 Sergo Kuruliszwili – a na sąsiedniej stronie widnieje reprodukcja listu Komitetu do MSZ z 1923, z informacją o wyrzuceniu tegoż Kuruliszwilego z powodu zagadkowych „postępków (…) dyskredytujących powagę Zarządu Komitetu, łącznie z całą kolonją Gruzińską w Polsce”. Toś mnie pan poradził zaciekawić.

Językowo – przystępne, ale mogłoby być więcej przecinków. Od czasu do czasu pojawiają się potknięcia typu „kontynuować dalej” czy „zaczęło braknąć”. Poza tym charakterystyczne jest konsekwentne używanie litery „l” zamiast „ł” w gruzińskich nazwach własnych – ma to uzasadnienie, ale może wyglądać dziwnie, jeśli ktoś jest przyzwyczajony do pisowni typu Cchałtubo czy Łominadze. Autor lubi sformułowanie „sowiecka federacja”, które występuje nieledwie częściej niż „ZSRR” i pokrewne. Dużo najwyraźniej korzystał ze źródeł anglojęzycznych, o czym świadczą kalki językowe. Czytamy więc, że na Morzu Czarnym działały „Dwa niemieckie krążowniki (lekki „Breslau” i bojowy „Goeben”)”. Każdy krążownik jest z definicji bojowy, natomiast „Goeben” był krążownikiem liniowym, czyli ogniwem pośrednim między pancernikiem a krążownikiem – autor machinalnie przetłumaczył angielski termin battlecruiser. Napotykamy poza tym „basen węgla kamiennego” zamiast zagłębia. O kalkowaniu z angielskiego świadczy skłonność do słowa „ekspulsować” oraz „adwokat” w znaczeniu „orędownik”, jak również fakt, że Czarkwiani, następca Berii na stanowisku pierwszego sekretarza Gruzji, występuje tu jako „Charkwiani”. W dodatku nosi jeszcze imię Kandida zamiast Kandid. Gruziński odpowiednik Fredzi Phi-Phi? Należy dodać, że podobne kalki z angielskiego znikają mniej więcej od połowy pracy – Materski, redaktor pisma „Pro Georgia”, ewidentnie najlepiej sobie radzi z historią po 1945.

Tradycyjnie dla serii wydawnictwa Trio, na końcu książki zamieszczone jest kalendarium najważniejszych wydarzeń (doprowadzone do grudnia 1999), wskazówki bibliograficzne i porządnie zrobiony indeks osobowy. Nie ma natomiast, jak w innych tomach, wykazu głów państw i szefów rządów. Fakt, że te głowy zebrałyby się ze cztery (Ramiszwili, Żordania, Gamsachurdia i Szewardnadze). Znalazły się zestawienia dyrektorów republiki radzieckiej, ale nie na końcu, tylko w środku książki; w odpowiednich miejscach są też tabele z wynikami wyborów. Ilustracji jest kilkadziesiąt – portrety, widoki i nie tylko.

Jak to zwykle w tej serii, „gazetowa” szata graficzna okładki wykorzystuje barwy flagi narodowej danego kraju. Książka została wydana jeszcze przed „rewolucją róż” z 2003, więc litera „G” i niektóre partie tekstu są bordowe – zgodnie z flagą Gruzji mienszewickiej oraz postsowieckiej. Po rewolucji nastąpiła zmiana flagi na średniowieczną, białą z czerwonymi krzyżami, a zatem późniejsze wydania książki Materskiego zamiast bordo miały już na okładce czerwień.

 

4. Szota Rustaweli, Witeź w tygrysiej skórze,
spolszczył Igor Sikirycki, Warszawa 1978

Sięgnąłem w końcu po narodowy epos Gruzji. Szota Rustaweli to ikona kultury gruzińskiej – jego imię nosi główna aleja Tbilisi, a 800-lecie urodzin obchodzono w 1966 z wielką pompą.

Co prawda w moje ręce wpadł Witeź zaadaptowany z rosyjskiego opracowania dla młodzieży I. Zabołockiego. Istnieje również polski przekład bezpośrednio z oryginału, zatytułowany Rycerz w tygrysiej skórze, ale Witeź pasował mi formatem i tłumaczem do ormiańskiego Dawida z Sasunu, którego miałem już wcześniej. W wersji Igora Sikiryckiego mamy do czynienie z ośmiozgłoskowcem po osiem wersów w strofie – czyli dość prymitywnym formatem wiersza, podczas gdy w oryginale był szesnastozgłoskowiec. Opracowanie jest też uproszczone, pozbawione np. rozbudowanego wstępu z dedykacją dla królowej Tamary czy wielu dygresji, m.in. o charakterze religijnym.

            Pozostaje epos rycerski. Akcja rozgrywa się w potraktowanej dość umownie scenerii Arabii i Indii. Tytułowy witeź ma na imię Tariel i odznacza się niezwykłą walecznością, odwagą i honorem, ale w sumie to nie on jest głównym bohaterem, lecz Awtandił, wódz wojsk króla arabskiego Rostewana. Zakochany w jego córce Tinatinie, której ojciec powierzył władzę w królestwie, poprzysięga odnaleźć tajemniczego witezia, tęskniącego z kolei za księżniczką Nestan-Daredżan, uprowadzoną w nieznane strony częściowo z jego winy. Obaj herosi zaprzyjaźniają się i pomagają sobie nawzajemnie osiągnąć upragniony cel. Trójcy męskiej dopełnia ich sojusznik, król Fridon, a żeńskiej – Asmat, siostra Tariela.

            Główni bohaterowie są zasadniczo wzorami cnót, budzą powszechny podziw, a Tariel góruje nad pozostałymi. Ma nadludzką siłę – samodzielnie pokonuje na raz setki nieprzyjaciół i gołymi rękami przewraca okręty. Z drugiej strony nie wstydzi się okazywania uczuć – płacze tak wiele, że podążają za nim dzikie zwierzęta, pojąc się jego łzami. Postacie żeńskie są waleczne mniej, ale również idealizowane, szlachetne i pomysłowe, w Nestan-Daredżan nietrudno się dopatrywać inspiracji królową Tamar. Są też elementy fantastyki: czarnoskórzy słudzy-czarodzieje, zdolni stawać się niewidzialnymi i latać w powietrzu, czy bliżej nieokreślone strzygi, na których Tariel zdobył skarby bogate.

            Jest to niewątpliwie przykład eposu rycerskiego zapowiadającego już aksjologię późniejszą niż średniowieczna (w postaci Tariela można się dopatrywać nawet pierwowzoru bohatera romantycznego, jeśli chodzi o skłonność do angstu), ale żeby docenić „gruziński charakter” dzieła Rustawelego, powinienem kiedy zapoznać się z wersją bliższą oryginału.