poniedziałek, 19 stycznia 2026

Parada zaległości i podsumowanie roku (z frontu czytelniczego, 7/2025)

 

Rok 2025 był dla mnie bardzo udany czytelniczo. Przeczytałem 36 książek, czyli o 5 więcej niż w roku poprzednim. Średnia miesięczna wynosi równo 3 książki, a jeśli dodać te, które musiałem przeczytać zawodowo, to nawet przekracza tę liczbę. Nadal nie wróciłem do tematyki chińskiej (po 10 latach, od kiedy ją zainaugurowałem), jeśli pominąć krótkie opowiadanie Borgesa. Za to wróciłem do Pieśni lodu i ognia.

·         Największą grupę stanowiła dla odmiany literatura piękna. Było to 15 pozycji (42%), w tym 8 powieści (22%) i 7 zbiorów opowiadań (19%). Szeroko pojętą fantastykę reprezentowało 5 książek (14%). 5 pozycji beletrystycznych było związanych z II wojną światową.

·         Dominujące dotąd opracowania historyczne znalazły się na drugim miejscu. Było to 13 książek (36%), w tym 4 Historyczne bitwy (11%). 6 książek (17%) dotyczyło II wojny światowej, 3 (8%) – innych zdarzeń z XX wieku, 2 – średniowiecza, 2 były przekrojowe.

·         Literatura faktu sprowadzała się do biografii i autobiografii artystów muzycznych, także w formie wywiadów. Było ich łącznie 8 (22%).

·         Jeśli chodzi o miejsce akcji, 10 książek (28%) dotyczyło basenu Morza Bałtyckiego, w tym 7 Pomorza, a 3 szeroko pojętej Skandynawii. 6 pozycji rozgrywało się na ziemiach pomiędzy Odrą a Łabą (Połabie, Łużyce, NRD). 5 dotyczyło kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, a jeszcze jedna Hawajów. 4 miały miejsce w Azji (łącznie z azjatycką częścią Rosji), a 2 – w krainach fantastycznych. Polskę z dala od morza widziałem w 3 książkach; miejscem akcji jednej z nich (enerdowskiej) jest bezimienne miasto, w którym można się domyślać Częstochowej. Poza tym pojawiły się: Riwiera Francuska, Galicja (ta polsko-ukraińska), Serbia (a konkretnie Wojwodina) i Argentyna.

·         Wszystkie książki prócz jednej czytałem w języku polskim. Dla 18, czyli równo połowy z nich, był to język oryginalny. 8 pozycji (22%) powstało w języku angielskim: 7 z USA, a 1 z Wielkiej Brytanii. Przy tym ta jedna, którą czytałem w oryginale, została napisana przez Amerykanina, ale ja mam wydanie brytyjskie. 4 pozycje pochodzą z NRD: wszystkie przetłumaczone z niemieckiego, ale jedna została pierwotnie napisana w języku górnołużyckim, a przekład drugiej był także konsultowany z wersją górno- i dolnołużycką. Poza tym pojawiły się pojedyncze tłumaczenia z języków: hiszpańskiego (Argentyna), japońskiego, rosyjskiego, ukraińskiego, fińskiego i, według ówczesnych pojęć, serbskochorwackiego.

·         Najstarsza była Powszechna historia nikczemności J.L. Borgesa, opublikowana pierwotnie w 1933 r.; ja posługiwałem się polskim wydaniem z 1976. Jeśli liczyć według daty polskiego wydania, to Czarny deszcz Ibuse Masujiego ukazał się pięć lat wcześniej. Najnowsza – biografia Lou Reeda – wydana została oryginalnie w 2023, a po polsku rok później. 16 książek (44%) powstało w XXI wieku, a druga co do wielkości grupa to lata 70., z której pochodzi 10 pozycji (28%).

·         Łącznie oznaczało to 11149 przeczytanych stron (z uwzględnieniem bibliografii i przypisów, ale nie indeksów). Najmniej stron miało Cingtao T. Rogackiego – 80, właściwie broszura. Najgrubsze było Stąd do wieczności Jonesa (1004 strony w dwóch tomach), a z pojedynczych tomów – A Feast for Crows Martina (852 strony), przy czym obie powieści w formacie kieszonkowym. Standardowo największy przedział (12 sztuk – 33%) stanowiły książki od 200 do 300 stron.

·         Najbardziej podobały mi się Kochankowie Justycji Andruchowycza, autobiografia Tymona Tymańskiego oraz Martin. Największe guguły to Zarys dziejów Serbołużyczan J. Šołty (okropnie zideologizowane podejście do interesującego tematu), oraz Chamstwo w państwie Maleńczuka, w którym miał on niewiele ciekawego do powiedzenia.

 

30. Graham Greene, Pożycz nam męża, Poopy. Humoreski erotyczne,
przeł. Ewa Krasińska, Warszawa 1973 (z serii Proza współczesna)

Książka ta leżakowała u mnie na półce „do przeczytania” chyba paręnaście lat. Zbiór opowiadań znanego brytyjskiego pisarza ukazał się pierwotnie w roku 1967. Utwory dotyczą głównie perypetii sercowo-erotycznych różnych Anglików, często na urlopie we Francji lub w Grecji. Choć zaś Greene’a zalicza się do twórców prozy katolickiej, do tej samej fali co G.K. Chesterton, Hillaire Belloc czy Evelyn Waugh (sam się określał „katolickim agnostykiem”), to opowiadania zdradzają zaskakującą otwartość obyczajową.

W kilku narratorem jest angielski pisarz rezydujący na francuskiej Riwierze i obserwujący rozmaite sytuacje życiowe. Tytułowa Poopy to młoda kobieta, która przyjeżdża do Antibes w podróży poślubnej. Małżeństwo, świeżo zawarte, a już nieszczęśliwe, zwraca na siebie uwagę dwóch lubieżnych architektów wnętrz. Ale to nie Poopy jest właściwym obiektem ich zainteresowania… Wrażenie robi Dobro martwej ręki – jeszcze inna para nowożeńców na każdym kroku napotyka na wyrazy sympatii ze strony byłej partnerki męża, z czego, wbrew stereotypowi, żona jest zadowolona, a mąż wręcz przeciwnie. W domyśle może się kryć toksyczność tej poprzedniej. Mamy też krótki Smutek w trzech częściach, gdzie pisarz jest w winiarni świadkiem, jak dwie kobiety pocieszają się nawzajem po utracie mężów. Tanio w sierpniu rozgrywa się na Jamajce: brytyjska żona amerykańskiego profesora liczy na przeżycie wakacyjnej przygody i wychodzi jej to… niskobudżetowo, ale czy koniecznie źle? Subtelna para opowiada o dwojgu ludziach, którzy poznają się na ławce w parku i zaczyna między nimi iskrzyć, ale oboje są zbyt subtelni, żeby odważyć się na złamanie status quo tudzież normy społecznej.

Nie wszystkie opowiadania mają charakter miłosno-erotyczny. Bohaterem Skandalicznego wypadku jest chłopiec, a potem młody mężczyzna, stojący w obliczu trudnego problemu: jak opowiedzieć spotykanym na swej drodze ludziom o okolicznościach śmierci ojca w Neapolu, aby zachowali należną powagę. W Torbie podróżnej obserwujemy pasażera wiozącego samolotem dość delikatny ładunek. O tematykę płciową zatrąca Doktor Crombie, poświęcony modnej i dziś kwestii edukacji zdrowotnej – jak widać, problem z kompetentną kadrą do tego przedmiotu nie jest nowy.

Spodobał mi się styl pisarski Greene’a: subtelna, a równocześnie prosta i na temat charakterystyka postaci, spora dawka humoru i ironii. Choć jednak podtytuł książki zawiera słowo „humoreski” (w oryginale „comedies”), to wydźwięk całości jest mocno smutcholijny, pełen słodko-gorzkiej zadumy nad ludzkimi związkami (bynajmniej nie zawodowymi). W tej sytuacji najbardziej bezpośrednią zabawność zawiera Źródło wszelkiego zła – utrzymana w kostiumie umoralniającej opowieści gawęda o szokujących zdarzeniach w pewnym niemieckim miasteczku, z niezawodnym motywem chłopa przebranego za babę.

Akcent częstochowski: pojawiające się tu i ówdzie fragmenty wierszy przełożyła Ludmiła Marjańska.

 

31. Anna Brzezińska, Wody głębokie jak niebo, Warszawa 2005

            Wybrałem się we wrześniu na imprezę fantastyczną imieniem Opolcon. Wypadało zatem zabrać na drogę jakiegoś fantaziaka. Padło na zbiór opowiadań Anny Brzezińskiej, jednej z czołowych polskich autorek fantasy, bądź co bądź urodzonej w Opolu. Wody głębokie jak niebo już z górą dekadę temu rekomendowała mi znajoma. Co prawda w czasie całej ekspedycji miałem pilniejsze sprawy do roboty, więc udało mi się przeczytać tylko parę stron. Wziąłem więc Wody na krakowski Imladris, z podobnym skutkiem. Ostatecznie przeczytałem je w domu.

            Akcja rozgrywa się w świecie inspirowanym renesansowymi Włochami – bo niby dlaczego wszystko ma być albo anglosasko-celtyckie, albo słowiańskie. Tak więc mamy półwysep, wolne miasta i potężnych a bezwzględnych książąt, mamy też Arimaspi – fanatycznych najeźdźców zza morza, w których wyraźnie widać echo Maurów. Nazewnictwo też jest zasadniczo włoskie, choć pojawia się i akcent bliskowschodni w postaci miasta Askalonu. Różnica polega na tym, że wszystko przenika magia, czarodzieje zaś czerpią moc z okiełznywania demonów, które w różnych celach splatają ze światem materialnym.

Książka jest de facto zbiorem opowiadań osadzonych w tym samym świecie, w różnych momentach historii. Najkrótsze na początku Życzenie – opowieść o chłopcu z górskiej wioski i smoku, którego złowroga siła nie ustała po śmierci – odbiega nieco od reszty. Następnie poznajemy dzieje miasta Brionii, jego książąt-magów oraz obdarzonych nadprzyrodzonymi talentami kobiet, które los traktuje surowo, mężczyźni jeszcze gorzej, a pamięć potomnych, to już w ogóle szkoda gadać. Wydarzenia z wcześniejszych opowiadań pojawiają się w późniejszych jako przedmiot legend i opowieści, znacznie odbiegających od tego, jak było naprawdę. Tytułowa bohaterka Róż dla Sirocco jest już legendą w czasach hafciarki Arachne, która w Zaćmieniu serca wykorzystała swój talent, pragnąc zemścić się na księciu Severo. Jednakże nienawiść, tak i jak miłość, jest siłą przyciągającą… W opowiadaniu Jej cień poznajemy pokrótce dalsze losy Arachne, gdy jej wnuczka Luana, bardzo już wiekowa, dyktuje swoją historię sceptycznemu mnichowi.

Dwa ostatnie teksty rozgrywają się w czasach po upadku magów, gdy na Półwyspie nastały czasy reakcji religijnej. Śmierć czarnoksiężnika rozgrywa się w ubogim mieście Askalonie, gdzie wiekowy mnich, który nigdy nie miał nic wspólnego z magią, stawia czoła całej inwazji Arimaspich. Tytułowe Wody głębokie jak niebo to opowieść z wioski nawiedzanej przez potwory – szerzej biorąc, rzecz o nietolerancji.

System magii jest półotwarty, a więc czytelnik poznaje podstawowe jej zasady, ale szczegóły pozostają już tajemnicą magów. Główną metodą jest tu naginanie demonów do swojej woli, ale widać, że magia znajduje też ujście w twórczości ludzkiej: czy to hafciarstwo Arachne, czy pieśni mnicha Nino z Filarów Nieba.

Językowo utwory Brzezińskiej stoją na wysokim poziomie, jest to proza dopracowana stylistycznie, być może zbyt trudna dla czytelników szukających niewymyślnej stłuczki a la Fabryka Sów (vide zarzuty o zbyt dużo epitetów i zbyt złożone zdania). Stwierdzenie z blurpa, że to „opowieść o świecie pełnym piękna i okrucieństwa”, jest trafione w sedno. Świat przedstawiony został przedstawiony bardzo plastycznie: na tle krajobrazów, imponujących dzieł  rąk ludzkich i kunsztu magów czy nawet realistycznie oddanej biedy, takie rzeczy jak bezwzględność i perfidia czarnoksiężników, niszczycielska siła demonów, a nawet pospolita w swej brutalności przemoc rodzinna szokują znacznie bardziej niż w realiach typowego polskiego fantaziaka, w którym bohaterowie, brodząc w błocie i gnoju, gwałcą, wypruwają flaki i przerzucają się wiązankami przekleństw współczesnych i archaicznych, że aż czytelnik nie może traktować poważnie takiej dawki mroku (było cymbalistów wielu, ale nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej). Z pewnością chycę się za więcej Brzezińskiej, kiedy będę miał czas.

Okładka jest dość randomowa, chociaż można ją jakoś powiązać z lejtmotywem demonów zaklinanych w architekturę. Za to w środku znajdują się nastrojowe czarno-białe ilustracje Moniki Rokickiej (czy ona kiedyś nie rysowała dla „Magii i Miecza”, choćby i pod innym nazwiskiem?)

  

32. Will Hermes, Lou Reed. Król Nowego Jorku,
przeł. Andrzej Wojtasik, Warszawa 2024

Książka ta leżakowała u mnie na półce tylko od stycznia.

Pisanie biografii Reeda nie jest łatwą sprawą, zważywszy, że artysta a) słynął z niechęci do dziennikarzy, b) bardzo płynnie traktował swoją tożsamość, c) rozsiewał o sobie fałszywe informacje. Po śmierci całe jego archiwum trafiło do zbiorów Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, dzięki czemu mógł z niego skorzystać Will Hermes, dziennikarz „Rolling Stone’a”. Prócz tego biograf rozmawiał z całym mnóstwem ludzi – od krewnych Reeda po mnóstwo jego współpracowników, a także sięgnął do licznych materiałów audio i wideo, nie tylko tych wydanych oficjalnie.

Pewne jest przede wszystkim to, że Lou Reed bez wątpienia nazywał się od urodzenia Lewis Allan Reed. Jego ojciec skrócił sobie nazwisko z Rabinowitz, a dziadek był z Białostocczyzny. Dziennikarz Lester Bangs – który jako jeden z pierwszych docenił The Velvet Underground – napisał kiedyś dla żartu, że prawdziwe nazwisko Reeda to „Louis Firbank”. Aż nazbyt wielu w to uwierzyło i niektórzy powtarzają do dziś – nie wyłączając Encyklopedii PWN.  Fakt, że Hermes nawet tego tematu nie porusza, sam świadczy o tym, jaka to bzdura.

Jest to również opowieść o Nowym Jorku, do którego największych piewców Reed należał. Rozdziały noszą tytuły od dzielnic NYC i okolic (także dalszych), w których mieszkał w danym okresie. Biografia lokuje Reeda w niezwykle bogatej tkance kulturalnej miasta, pojawiają się adresy jego mieszkań, klubów i innych miejsc. Wśród nowojorskiej bohemy kluczową rolę odgrywał oczywiście mentor artysty – Andy Warhol, który w latach sześćdziesiątych wziął pod skrzydła grupę The Velvet Underground. Pojawia się też wątek słowiański – zespół grywał w klubie The Dom, urządzonym w budynku Polskiego Domu Narodowego, oraz sali gimnastycznej czechosłowackiego Sokoła.

Velvetom nigdy nie udało się osiągnąć sukcesu komercyjnego, za to byli zespołem ogromnie wpływowym i docenianym przez krytykę. Rozpoczynając więc karierę solową, Reed paradoksalnie próbował wyjść ze swojego własnego cienia. Późniejszą jego twórczość, praktycznie aż do lat 90., charakteryzowało ciągłe lawirowanie pomiędzy dążeniem do pełnej swobody artystycznej a do tego, żeby z tej muzyki były jednak jakieś pieniądze. Autor poświęca uwagę każdej z płyt Velvet Underground i Reeda, omawia co ciekawsze utwory zarówno z muzycznego, jak i tekstowego punktu widzenia (szkoda, że nie znalazło się miejsce dla mojego „ulubionego” All Through the Night, którym się zainteresowałem, gdy recenzent prasowy określił ten utwór jako „idiotyczny”). Przywołuje także recenzje z epoki. W muzycznym ekosystemie pojawiają się też co bardziej znani spośród wykonawców, dla których Reed stał się inspiracją – chociaż dopiero w latach dziewięćdziesiątych mógł zająć bezpieczną pozycję mentora.

Z biografii wyłania się obraz Lou Reeda jako człowieka niejednorodnego i niekiedy trudnego we współżyciu. Mowa jest o nadużywaniu narkotyków (ale nie wysuwają się one na pierwszy plan narracji), o porywczości, jak i o skłonności do palenia za sobą mostów i zrywania przyjaźni. Nie mogło się obejść bez poruszenia kwestii seksualnych. Reed był ewidentnie biseksualny, sam siebie nazywał gejem, jednak trwałe związki budował prawie wyłącznie z kobietami (z wyjątkiem jednej osoby niebinarnej, ale i tak o przeważnie żeńskiej ekspresji). Relacja z Warholem była platoniczna i nieustannie oscylowała między miłością a nienawiścią.

Materiał ikonograficzny stanowi jedna wkładka ze zdjęciami – szkoda, że nie załapały się psy Reeda, głównie jamniki, chociaż pod koniec życia miał terierkę. Do tego na tylnej wyklejce okładki znajduje się plan Manhattanu z zaznaczonymi ważniejszymi miejscami w życiu głównego bohatera.

Przypisów odautorskich jest bite 70 stron (na końcu książki). Tłumacz spisał się bardzo porządnie, w przypisach dolnych dodał własne uwagi, wyjaśniające konteksty kulturowe, gry słowne, a nawet prostujące błędne stwierdzenia autora. Szkoda tylko, że kiedy w trzech z nich pojawia się pismo hebrajskie, to biegnie od lewej do prawej.

 

33. Joanna Chmielewska, Wszystko czerwone, Warszawa 1992

Ten „kryminał ironiczny” znalazłem jakiś czas temu w śmietniku, wśród wielu innych książek. Uznałem, że z dorobku Chmielewskiej muszę go przeczytać w pierwszej kolejności, aby poznać pochodzenie i pierwotny kontekst różnych powiedzonek funkcjonujących wśród moich znajomych. Okazją była wizyta w szpitalu, gdzie poza czytaniem nie miałem wiele do roboty, a też nie mogłem zabrać żadnej ciężkiej lektury.

Akcja rozgrywa się w duńskiej miejscowości Allerød, której nazwę narratorka tłumaczy na polski właśnie jako „wszystko czerwone”. Pisarka Joanna – czyli niejako porte-parole autorki – przyjeżdża z Polski odwiedzić na urlopie przyjaciółkę, Alicję. Tymczasem do domu Alicji zjechało całe mnóstwo gości, z których część była zaproszona na zupełnie inne terminy, ale jakoś tak wyszło, że wszyscy zwalili się jej na głowę równocześnie. I wtem jeden zostaje zamordowany zaraz po tym, jak próbował Alicję przed kimś ostrzec. Gospodyni wraz z najbardziej zaufanym gronem – Joanną, Zosią i jej synem Pawłem – starają się niezależnie od działań policji zidentyfikować mordercę.

Główną cechą Alicji, kształtującą przebieg wypadków, jest jej niewiarygodne wprost roztrzepanie. Gospodyni ciągle zapomina komuś o czymś powiedzieć, przeczytać jakiegoś listu, nie pamięta, gdzie go odłożyła, czy gdzie w ogóle odłożyła cokolwiek. Jeśli dodać do tego, że w domu i w ogrodzie panuje ruch jak na dworcu, wszystko to poważnie utrudnia pracę nie tylko samozwańczemu zespołowi śledczemu, ale również tajemniczemu, a wciąż  nieukontentowanemu pierwszymi zwłokami zabójcy.

Jak to u Chmielewskiej, humor jest nie tylko sytuacyjny, ale i językowy. Oprócz odpowiednio ironicznej narracji sporo go w dialogach, pełnych różnych nieporozumień, przejęzyczeń itd. No i jeszcze pan Muldgaard – jedyny tutejszy policjant, który jakoś mówi po polsku. Jakoś… Mniej mi się podobały przytyki wobec pani Białej Glisty, jednej z nieproszonych gości – jak już główna bohaterka i jej przyjaciółki kogoś nie lubią, to nie mają żadnej taryfy ulgowej, a jeśli już ten ktoś jest pulchniejszej budowy, to można się spodziewać, że będą go spotykać same – w zamierzeniu komiczne – nieszczęścia. Przy tej okazji przypomniałem sobie takie nieco dziś zapomniane obelgi jak „klabzdra” czy „gropa”.

Powieść zekranizowali swego czasu Rosjanie, dopuszczając się wielu przestępstw, tfu, odstępstw od oryginału – m.in. Kazik, nieszczęsny wielbiciel Elżbiety, w wersji filmowej nazywa się Cassius Mbwana. Zasłużony artysta RSFSR Siergiej Nikolenko wystąpił jako pan Muldgaard.

 

 

34. Dragi Bugarčić, Ślimak, ślimak, wystaw rogi, przeł. Magdalena Petryńska,
Warszawa 1977 (Współczesna proza światowa)

Kolejny remanent, leżący u mnie na półce chyba równie długo co Greene, to powieść serbskiego pisarza urodzonego w latach czterdziestych, a zmarłego w 2024.

Rzecz się dzieje w małym miasteczku Roszevo, w którym, dzięki skonfrontowaniu podanych przez narratora informacji z mapą, łatwo rozpoznać niespecjalnie zakamuflowany jego rodzinny gród, Vršac w Wojwodinie, przy rumuńskiej granicy. Głównym bohaterem jest niejaki Sveta Pokrzywa, absolwent przyfabrycznej zawodówki, który po powrocie z wojska nie ma co ze sobą zrobić: fabryka jest na skraju upadku, innej roboty nie ma.

Narrator barwnie przedstawia beznadziejność małomiasteczkowej egzystencji. Przyjaciele Svety nudzą się, piją (wino lub rakiję), uprawiają rozpustę, chodzą do kina. Co obrotniejsi robią za koników pod kinem, a jeden wyspecjalizował się w cinkciarstwie na rzecz Włochów jeżdżących do Rumunii. Svetę uwiera ta małomiasteczkowa stagnacja. Widzi prawdę w słowach bezdomnego filozofa Miti Kombajna, że ludzie w miasteczku mają zatrute dusze, żal mu ślimaków i innych zwierząt, nad którymi znęca się ordynarny Vasa Krunić, a zamiast wyprowadzić, jak wszyscy, knajpianą nierządnicę pod cmentarz, woli przeżywać nieodwzajemnione zauroczenie Zoricą z gimnazjum. Nie widzi też jednak wspólnego języka z Simą Knotem, chłopakiem o bardziej inteligenckich zainteresowaniach (tym właśnie cinkciarzem). Czasem monotonię przerwie a to wyjazd do studentów w Belgradzie, a to wczasy nad Adriatykiem, ale ogólnie zajęcia młodych ludzi kręcą się wokół picia i spółkowania.

Poszczególne rozdziały mają zwykle formę monologów Svety Pokrzywy, wpisów z jego pamiętnika, ale cytuje on też dosłownie listy od przyjaciół czy monologi Kombajna. Narracja ma charakter  poetycko-gawędziarski w tonacji ornamentalistycznej, zawiera wiele turpistycznych metafor, długaśne zdania, wtrącenia w nawiasach (nieraz też grubaśne). Co jakiś czas pojawia się strumień świadomości. Jeden z rozdziałów przedstawia równolegle kilka zdarzeń, nie są też rzadkością frazy czy zdania powtarzające się jak refreny.

Książka jest ogólnie dołująca, od Roszeva, jego kurzu i smrodu nie ma ucieczki, nawet we Wiedniu. Czytelnik może liczyć, że Sveta jakoś się wyrwie – ale wtedy, niestety, nadchodzi finał, w którym cała paczka kolegów dokonuje zbiorowego gwałtu. Kontrast pomiędzy współczuciem głównego bohatera dla zwierząt maltretowanych przez towarzyszy a zupełnym brakiem żalu wobec skrzywdzonej kobiety publicznej i uzasadnianiem sobie na wszelkie sposoby tego czynu jest szokujący. Gratulacje, panie Bugarčić, przywalił pan absolutnym obuchem.

 To jest chyba jedyny przekład tej książki na jakikolwiek język obcy – tak w każdym razie podaje strona internetowa Serbskiego Towarzystwa Literackiego.

 

 

35. Jorge Luis Borges, Powszechna historia nikczemności,
przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski, Stanisław Zembrzuski, Warszawa 1976

Zupełnie spontanicznie przed końcem roku dołączyłem do listy lektur jeden z wczesnych zbiorów opowiadań słynnego pisarza argentyńskiego, uchodzącego za prekursora realizmu magicznego i literatury postmodernistycznej.

Zasadniczą treść stanowią krótkie opowiadania o różnych historycznych złoczyńcach, w których jednak autor pozwala sobie na sporą licencję poetykę, mieszając swobodnie fakty i sprawiając, że czytelnik nie dowierza autorowi. Najsłynniejszą tu postacią jest Bill Harrigan, bardziej znany jako Billy the Kid. Szerzej jest też znana historia Kotsuke no Suke, którego zbrodnia ściągnęła na niego zemstę czterdziestu siedmiu roninów. Wszystko to w stylu erudycyjnym i nawet niejako ironicznym, chociaż mowa o osobach, delikatnie mówiąc, niesympatycznych, które nie zawsze spotyka sprawiedliwość.

Druga część książki zawiera jeszcze krótsze nowelki będące parodiami znanych, a rzadko czytanych dzieł literackich, jak Księga tysiąca i jednej nocy czy dzieła Emanuela Swedenborga. Pomiędzy tymi częściami znajduje się Człowiek z przedmieścia, opowiadanie o nożownikach z Buenos Aires. Wszystko to napisane bardzo lakonicznie, to i ja się nie będę rozpisywał.

 

36. Jurij Andruchowycz, Kochankowie Justycji. Powieść parahistoryczna w ośmiu i pół odcinkach,  przeł. Ola Hnatiuk, Katarzyna Kotyńska, Wrocław 2019

Właściwą przyczyną, dla której postanowiłem przeczytać Powszechną historię nikczemności, było to, że w moje ręce wpadła książka Jurija Andruchowycza napisana w podobnej konwencji, tylko z dużo większym rozmachem (242 strony). Ukraiński autor wymienia zresztą w pewnym momencie tytuł dzieła swego argentyńskiego prekursora, powołuje się też na Prawem i lewem Łozińskiego.

Już po przeczytaniu pierwszego rozdziału, poświęconego XVII-wiecznemu lwowskiemu awanturnikowi Samuelowi Niemiryczowi, wiadomo, że będzie niezła jazda. Autor jak gdyby nigdy nic wmawia czytelnikowi, że warunkiem koniecznym procesu o zabójstwo w Rzeczypospolitej było oficjalne okazanie trupa? No dobra, licentia poetica… Ale potem Niemirycz dzwoni do kupca z żądaniem okupu. Cóż, na pewno chodziło o to, że zadzwonił do drzwi, prawda? Kiedy przeczytałem, że ów watażka wpakował w kupca osiem magazynków, a potem, że obezwładnił wołoskie poselstwo gazem łzawiącym, już wiedziałem, jakiego rodzaju to będzie lektura.

Dalej autor odsłania przed czytelnikiem perypetie takich postaci jak król stanisławowskiego półświatka, zabójcy Stepana Bandery i namiestnika Galicji Andrzeja Potockiego, czy też przedsiębiorca z Kołomyi, który sięgnął po wieczną młodość. W ósmym, najobszerniejszym rozdziale Andruchowycz jak zwykle robi coś takiego, że czytelnikowi śmiech zamiera w gardle – mowa o krwawych czasach II wojny światowej, które w Galicji były walką wszystkich przeciwko wszystkim.

Książka naszpikowana jest rozmaitymi aluzjami kulturowymi, oprócz anachronizmów (w dalszych rozdziałach już rzadziej obecnych niż w tym o Niemiryczu) pojawiają się elementy fantastyki czy opowieści niesamowitych. Często też – a już najbardziej w rozdziale ósmym – autor konfrontuje sprzeczne źródła, przedstawiając różne wersje wydarzeń. Łatwo zauważyć, że przez wszystkie opowieści przewija się wędrowny cyrk „Wagabundo”.

Ostatnia, „ósma i pół” część jest niby autobiograficzna, ale nic nie wskazuje na to, żeby miała być równie zgodna z prawdą historyczną co poprzednie osiem. Andruchowycz opowiada o swoim dzieciństwie, kinie „Kosmos” i tajemniczym denacie znad rzeki, pojawiają się nawiązania do poprzednich historii, a zarazem klucz: cała narracja zawarta w Kochankach Justycji przypomina opowiadanie kolegom filmu, którego się nie widziało.

Było czytane z odpowiednią zakładką.

Na uwagę zasługuje okładka, stylizowana na publikację przedwojenną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz