Rok
2025 był dla mnie bardzo udany czytelniczo. Przeczytałem 36 książek, czyli o 5 więcej
niż w roku poprzednim. Średnia miesięczna wynosi równo 3 książki, a jeśli dodać
te, które musiałem przeczytać zawodowo, to nawet przekracza tę liczbę. Nadal nie
wróciłem do tematyki chińskiej (po 10 latach, od kiedy ją zainaugurowałem),
jeśli pominąć krótkie opowiadanie Borgesa. Za to wróciłem do Pieśni lodu i
ognia.
·
Największą grupę stanowiła dla
odmiany literatura piękna. Było to 15 pozycji (42%), w tym 8 powieści (22%) i 7
zbiorów opowiadań (19%). Szeroko pojętą fantastykę reprezentowało 5 książek
(14%). 5 pozycji beletrystycznych było związanych z II wojną światową.
·
Dominujące dotąd opracowania
historyczne znalazły się na drugim miejscu. Było to 13 książek (36%), w tym 4 Historyczne
bitwy (11%). 6 książek (17%) dotyczyło II wojny światowej, 3 (8%) – innych
zdarzeń z XX wieku, 2 – średniowiecza, 2 były przekrojowe.
·
Literatura faktu sprowadzała
się do biografii i autobiografii artystów muzycznych, także w formie wywiadów.
Było ich łącznie 8 (22%).
·
Jeśli chodzi o miejsce akcji,
10 książek (28%) dotyczyło basenu Morza Bałtyckiego, w tym 7 Pomorza, a 3
szeroko pojętej Skandynawii. 6 pozycji rozgrywało się na ziemiach pomiędzy Odrą
a Łabą (Połabie, Łużyce, NRD). 5 dotyczyło kontynentalnych Stanów
Zjednoczonych, a jeszcze jedna Hawajów. 4 miały miejsce w Azji (łącznie z
azjatycką częścią Rosji), a 2 – w krainach fantastycznych. Polskę z dala od
morza widziałem w 3 książkach; miejscem akcji jednej z nich (enerdowskiej) jest
bezimienne miasto, w którym można się domyślać Częstochowej. Poza tym pojawiły
się: Riwiera Francuska, Galicja (ta polsko-ukraińska), Serbia (a konkretnie
Wojwodina) i Argentyna.
·
Wszystkie książki prócz jednej
czytałem w języku polskim. Dla 18, czyli równo połowy z nich, był to język oryginalny.
8 pozycji (22%) powstało w języku angielskim: 7 z USA, a 1 z Wielkiej Brytanii.
Przy tym ta jedna, którą czytałem w oryginale, została napisana przez
Amerykanina, ale ja mam wydanie brytyjskie. 4 pozycje pochodzą z NRD: wszystkie
przetłumaczone z niemieckiego, ale jedna została pierwotnie napisana w języku
górnołużyckim, a przekład drugiej był także konsultowany z wersją górno- i
dolnołużycką. Poza tym pojawiły się pojedyncze tłumaczenia z języków:
hiszpańskiego (Argentyna), japońskiego, rosyjskiego, ukraińskiego, fińskiego i,
według ówczesnych pojęć, serbskochorwackiego.
·
Najstarsza była Powszechna
historia nikczemności J.L. Borgesa, opublikowana pierwotnie w 1933 r.; ja
posługiwałem się polskim wydaniem z 1976. Jeśli liczyć według daty polskiego
wydania, to Czarny deszcz Ibuse Masujiego ukazał się pięć lat wcześniej.
Najnowsza – biografia Lou Reeda – wydana została oryginalnie w 2023, a po
polsku rok później. 16 książek (44%) powstało w XXI wieku, a druga co do
wielkości grupa to lata 70., z której pochodzi 10 pozycji (28%).
·
Łącznie oznaczało to 11149 przeczytanych
stron (z uwzględnieniem bibliografii i przypisów, ale nie indeksów). Najmniej
stron miało Cingtao T. Rogackiego – 80, właściwie broszura. Najgrubsze
było Stąd do wieczności Jonesa (1004 strony w dwóch tomach), a z
pojedynczych tomów – A Feast for Crows Martina (852 strony), przy czym
obie powieści w formacie kieszonkowym. Standardowo największy przedział (12
sztuk – 33%) stanowiły książki od 200 do 300 stron.
·
Najbardziej podobały mi się Kochankowie
Justycji Andruchowycza, autobiografia Tymona Tymańskiego oraz Martin.
Największe guguły to Zarys dziejów Serbołużyczan J. Šołty (okropnie zideologizowane podejście do interesującego tematu),
oraz Chamstwo w państwie Maleńczuka, w którym miał on niewiele ciekawego
do powiedzenia.
30.
Graham Greene, Pożycz nam męża, Poopy. Humoreski erotyczne,
przeł. Ewa Krasińska, Warszawa 1973 (z serii Proza współczesna)
Książka ta leżakowała u mnie na półce „do
przeczytania” chyba paręnaście lat. Zbiór opowiadań znanego brytyjskiego
pisarza ukazał się pierwotnie w roku 1967. Utwory dotyczą głównie perypetii
sercowo-erotycznych różnych Anglików, często na urlopie we Francji lub w
Grecji. Choć zaś Greene’a zalicza się do twórców prozy katolickiej, do tej
samej fali co G.K. Chesterton, Hillaire Belloc czy Evelyn Waugh (sam się
określał „katolickim agnostykiem”), to opowiadania zdradzają zaskakującą
otwartość obyczajową.
W
kilku narratorem jest angielski pisarz rezydujący na francuskiej Riwierze i
obserwujący rozmaite sytuacje życiowe. Tytułowa Poopy to młoda kobieta, która
przyjeżdża do Antibes w podróży poślubnej. Małżeństwo, świeżo zawarte, a już
nieszczęśliwe, zwraca na siebie uwagę dwóch lubieżnych architektów wnętrz. Ale
to nie Poopy jest właściwym obiektem ich zainteresowania… Wrażenie robi Dobro
martwej ręki – jeszcze inna para nowożeńców na każdym kroku napotyka na
wyrazy sympatii ze strony byłej partnerki męża, z czego, wbrew stereotypowi,
żona jest zadowolona, a mąż wręcz przeciwnie. W domyśle może się kryć toksyczność
tej poprzedniej. Mamy też krótki Smutek w trzech częściach, gdzie pisarz
jest w winiarni świadkiem, jak dwie kobiety pocieszają się nawzajem po utracie
mężów. Tanio w sierpniu rozgrywa się na Jamajce: brytyjska żona
amerykańskiego profesora liczy na przeżycie wakacyjnej przygody i wychodzi jej
to… niskobudżetowo, ale czy koniecznie źle? Subtelna para opowiada o
dwojgu ludziach, którzy poznają się na ławce w parku i zaczyna między nimi
iskrzyć, ale oboje są zbyt subtelni, żeby odważyć się na złamanie status quo
tudzież normy społecznej.
Nie
wszystkie opowiadania mają charakter miłosno-erotyczny. Bohaterem Skandalicznego
wypadku jest chłopiec, a potem młody mężczyzna, stojący w obliczu trudnego
problemu: jak opowiedzieć spotykanym na swej drodze ludziom o okolicznościach
śmierci ojca w Neapolu, aby zachowali należną powagę. W Torbie podróżnej obserwujemy
pasażera wiozącego samolotem dość delikatny ładunek. O tematykę płciową zatrąca
Doktor Crombie, poświęcony modnej i dziś kwestii edukacji zdrowotnej –
jak widać, problem z kompetentną kadrą do tego przedmiotu nie jest nowy.
Spodobał
mi się styl pisarski Greene’a: subtelna, a równocześnie prosta i na temat
charakterystyka postaci, spora dawka humoru i ironii. Choć jednak podtytuł
książki zawiera słowo „humoreski” (w oryginale „comedies”), to wydźwięk całości
jest mocno smutcholijny, pełen słodko-gorzkiej zadumy nad ludzkimi związkami
(bynajmniej nie zawodowymi). W tej sytuacji najbardziej bezpośrednią zabawność
zawiera Źródło wszelkiego zła – utrzymana w kostiumie umoralniającej
opowieści gawęda o szokujących zdarzeniach w pewnym niemieckim miasteczku, z
niezawodnym motywem chłopa przebranego za babę.
Akcent
częstochowski: pojawiające się tu i ówdzie fragmenty wierszy przełożyła Ludmiła
Marjańska.
31.
Anna Brzezińska, Wody głębokie jak niebo, Warszawa
2005
Wybrałem
się we wrześniu na imprezę fantastyczną imieniem Opolcon. Wypadało zatem zabrać
na drogę jakiegoś fantaziaka. Padło na zbiór opowiadań Anny Brzezińskiej,
jednej z czołowych polskich autorek fantasy, bądź co bądź urodzonej w Opolu. Wody
głębokie jak niebo już z górą dekadę temu rekomendowała mi znajoma. Co
prawda w czasie całej ekspedycji miałem pilniejsze sprawy do roboty, więc udało
mi się przeczytać tylko parę stron. Wziąłem więc Wody na krakowski
Imladris, z podobnym skutkiem. Ostatecznie przeczytałem je w domu.
Akcja
rozgrywa się w świecie inspirowanym renesansowymi Włochami – bo niby dlaczego
wszystko ma być albo anglosasko-celtyckie, albo słowiańskie. Tak więc mamy
półwysep, wolne miasta i potężnych a bezwzględnych książąt, mamy też Arimaspi –
fanatycznych najeźdźców zza morza, w których wyraźnie widać echo Maurów. Nazewnictwo
też jest zasadniczo włoskie, choć pojawia się i akcent bliskowschodni w postaci
miasta Askalonu. Różnica polega na tym, że wszystko przenika magia, czarodzieje
zaś czerpią moc z okiełznywania demonów, które w różnych celach splatają ze
światem materialnym.
Książka
jest de facto zbiorem opowiadań osadzonych w tym samym świecie, w różnych
momentach historii. Najkrótsze na początku Życzenie – opowieść o chłopcu
z górskiej wioski i smoku, którego złowroga siła nie ustała po śmierci –
odbiega nieco od reszty. Następnie poznajemy dzieje miasta Brionii, jego książąt-magów
oraz obdarzonych nadprzyrodzonymi talentami kobiet, które los traktuje surowo, mężczyźni
jeszcze gorzej, a pamięć potomnych, to już w ogóle szkoda gadać. Wydarzenia z
wcześniejszych opowiadań pojawiają się w późniejszych jako przedmiot legend i
opowieści, znacznie odbiegających od tego, jak było naprawdę. Tytułowa
bohaterka Róż dla Sirocco jest już legendą w czasach hafciarki Arachne,
która w Zaćmieniu serca wykorzystała swój talent, pragnąc zemścić się na
księciu Severo. Jednakże nienawiść, tak i jak miłość, jest siłą
przyciągającą… W opowiadaniu Jej cień poznajemy pokrótce dalsze losy
Arachne, gdy jej wnuczka Luana, bardzo już wiekowa, dyktuje swoją historię
sceptycznemu mnichowi.
Dwa
ostatnie teksty rozgrywają się w czasach po upadku magów, gdy na Półwyspie nastały
czasy reakcji religijnej. Śmierć czarnoksiężnika rozgrywa się w ubogim
mieście Askalonie, gdzie wiekowy mnich, który nigdy nie miał nic wspólnego z
magią, stawia czoła całej inwazji Arimaspich. Tytułowe Wody głębokie jak
niebo to opowieść z wioski nawiedzanej przez potwory – szerzej biorąc,
rzecz o nietolerancji.
System
magii jest półotwarty, a więc czytelnik poznaje podstawowe jej zasady, ale
szczegóły pozostają już tajemnicą magów. Główną metodą jest tu naginanie demonów
do swojej woli, ale widać, że magia znajduje też ujście w twórczości ludzkiej: czy
to hafciarstwo Arachne, czy pieśni mnicha Nino z Filarów Nieba.
Językowo
utwory Brzezińskiej stoją na wysokim poziomie, jest to proza dopracowana
stylistycznie, być może zbyt trudna dla czytelników szukających niewymyślnej
stłuczki a la Fabryka Sów (vide zarzuty o zbyt dużo epitetów i zbyt złożone
zdania). Stwierdzenie z blurpa, że to „opowieść o świecie pełnym piękna i
okrucieństwa”, jest trafione w sedno. Świat przedstawiony został przedstawiony
bardzo plastycznie: na tle krajobrazów, imponujących dzieł rąk ludzkich i kunsztu magów czy nawet realistycznie
oddanej biedy, takie rzeczy jak bezwzględność i perfidia czarnoksiężników,
niszczycielska siła demonów, a nawet pospolita w swej brutalności przemoc
rodzinna szokują znacznie bardziej niż w realiach typowego polskiego
fantaziaka, w którym bohaterowie, brodząc w błocie i gnoju, gwałcą, wypruwają
flaki i przerzucają się wiązankami przekleństw współczesnych i archaicznych, że
aż czytelnik nie może traktować poważnie takiej dawki mroku (było cymbalistów
wielu, ale nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej). Z pewnością chycę się za
więcej Brzezińskiej, kiedy będę miał czas.
Okładka
jest dość randomowa, chociaż można ją jakoś powiązać z lejtmotywem demonów
zaklinanych w architekturę. Za to w środku znajdują się nastrojowe czarno-białe
ilustracje Moniki Rokickiej (czy ona kiedyś nie rysowała dla „Magii i Miecza”, choćby i pod innym nazwiskiem?)
32. Will Hermes, Lou Reed. Król Nowego
Jorku,
przeł. Andrzej
Wojtasik, Warszawa 2024
Książka
ta leżakowała u mnie na półce tylko od stycznia.
Pisanie
biografii Reeda nie jest łatwą sprawą, zważywszy, że artysta a) słynął z
niechęci do dziennikarzy, b) bardzo płynnie traktował swoją tożsamość, c)
rozsiewał o sobie fałszywe informacje. Po śmierci całe jego archiwum trafiło do
zbiorów Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, dzięki czemu mógł z niego
skorzystać Will Hermes, dziennikarz „Rolling Stone’a”. Prócz tego biograf
rozmawiał z całym mnóstwem ludzi – od krewnych Reeda po mnóstwo jego
współpracowników, a także sięgnął do licznych materiałów audio i wideo, nie
tylko tych wydanych oficjalnie.
Pewne
jest przede wszystkim to, że Lou Reed bez wątpienia nazywał się od urodzenia
Lewis Allan Reed. Jego ojciec skrócił sobie nazwisko z Rabinowitz, a dziadek
był z Białostocczyzny. Dziennikarz Lester Bangs – który jako jeden z pierwszych
docenił The Velvet Underground – napisał kiedyś dla żartu, że prawdziwe
nazwisko Reeda to „Louis Firbank”. Aż nazbyt wielu w to uwierzyło i niektórzy
powtarzają do dziś – nie wyłączając Encyklopedii PWN. Fakt, że Hermes nawet tego tematu nie porusza,
sam świadczy o tym, jaka to bzdura.
Jest
to również opowieść o Nowym Jorku, do którego największych piewców Reed
należał. Rozdziały noszą tytuły od dzielnic NYC i okolic (także dalszych), w
których mieszkał w danym okresie. Biografia lokuje Reeda w niezwykle bogatej
tkance kulturalnej miasta, pojawiają się adresy jego mieszkań, klubów i innych
miejsc. Wśród nowojorskiej bohemy kluczową rolę odgrywał oczywiście mentor
artysty – Andy Warhol, który w latach sześćdziesiątych wziął pod skrzydła grupę
The Velvet Underground. Pojawia się też wątek słowiański – zespół grywał w klubie
The Dom, urządzonym w budynku Polskiego Domu Narodowego, oraz sali
gimnastycznej czechosłowackiego Sokoła.
Velvetom
nigdy nie udało się osiągnąć sukcesu komercyjnego, za to byli zespołem ogromnie
wpływowym i docenianym przez krytykę. Rozpoczynając więc karierę solową, Reed paradoksalnie
próbował wyjść ze swojego własnego cienia. Późniejszą jego twórczość,
praktycznie aż do lat 90., charakteryzowało ciągłe lawirowanie pomiędzy
dążeniem do pełnej swobody artystycznej a do tego, żeby z tej muzyki były
jednak jakieś pieniądze. Autor poświęca uwagę każdej z płyt Velvet Underground
i Reeda, omawia co ciekawsze utwory zarówno z muzycznego, jak i tekstowego
punktu widzenia (szkoda, że nie znalazło się miejsce dla mojego „ulubionego” All
Through the Night, którym się zainteresowałem, gdy recenzent prasowy określił
ten utwór jako „idiotyczny”). Przywołuje także recenzje z epoki. W muzycznym
ekosystemie pojawiają się też co bardziej znani spośród wykonawców, dla których
Reed stał się inspiracją – chociaż dopiero w latach dziewięćdziesiątych mógł
zająć bezpieczną pozycję mentora.
Z
biografii wyłania się obraz Lou Reeda jako człowieka niejednorodnego i niekiedy
trudnego we współżyciu. Mowa jest o nadużywaniu narkotyków (ale nie wysuwają
się one na pierwszy plan narracji), o porywczości, jak i o skłonności do
palenia za sobą mostów i zrywania przyjaźni. Nie mogło się obejść bez
poruszenia kwestii seksualnych. Reed był ewidentnie biseksualny, sam siebie nazywał
gejem, jednak trwałe związki budował prawie wyłącznie z kobietami (z wyjątkiem
jednej osoby niebinarnej, ale i tak o przeważnie żeńskiej ekspresji). Relacja z
Warholem była platoniczna i nieustannie oscylowała między miłością a
nienawiścią.
Materiał
ikonograficzny stanowi jedna wkładka ze zdjęciami – szkoda, że nie załapały się
psy Reeda, głównie jamniki, chociaż pod koniec życia miał terierkę. Do tego na
tylnej wyklejce okładki znajduje się plan Manhattanu z zaznaczonymi ważniejszymi
miejscami w życiu głównego bohatera.
Przypisów
odautorskich jest bite 70 stron (na końcu książki). Tłumacz spisał się bardzo
porządnie, w przypisach dolnych dodał własne uwagi, wyjaśniające konteksty
kulturowe, gry słowne, a nawet prostujące błędne stwierdzenia autora. Szkoda
tylko, że kiedy w trzech z nich pojawia się pismo hebrajskie, to biegnie od
lewej do prawej.
33. Joanna Chmielewska, Wszystko czerwone,
Warszawa 1992
Ten
„kryminał ironiczny” znalazłem jakiś czas temu w śmietniku, wśród wielu innych
książek. Uznałem, że z dorobku Chmielewskiej muszę go przeczytać w pierwszej
kolejności, aby poznać pochodzenie i pierwotny kontekst różnych powiedzonek
funkcjonujących wśród moich znajomych. Okazją była wizyta w szpitalu, gdzie
poza czytaniem nie miałem wiele do roboty, a też nie mogłem zabrać żadnej
ciężkiej lektury.
Akcja
rozgrywa się w duńskiej miejscowości Allerød, której nazwę narratorka
tłumaczy na polski właśnie jako „wszystko czerwone”. Pisarka Joanna – czyli
niejako porte-parole autorki – przyjeżdża z Polski odwiedzić na urlopie
przyjaciółkę, Alicję. Tymczasem do domu Alicji zjechało całe mnóstwo gości, z
których część była zaproszona na zupełnie inne terminy, ale jakoś tak wyszło,
że wszyscy zwalili się jej na głowę równocześnie. I wtem jeden zostaje
zamordowany zaraz po tym, jak próbował Alicję przed kimś ostrzec. Gospodyni
wraz z najbardziej zaufanym gronem – Joanną, Zosią i jej synem Pawłem – starają
się niezależnie od działań policji zidentyfikować mordercę.
Główną
cechą Alicji, kształtującą przebieg wypadków, jest jej niewiarygodne wprost roztrzepanie.
Gospodyni ciągle zapomina komuś o czymś powiedzieć, przeczytać jakiegoś listu,
nie pamięta, gdzie go odłożyła, czy gdzie w ogóle odłożyła cokolwiek. Jeśli
dodać do tego, że w domu i w ogrodzie panuje ruch jak na dworcu, wszystko to
poważnie utrudnia pracę nie tylko samozwańczemu zespołowi śledczemu, ale również
tajemniczemu, a wciąż nieukontentowanemu
pierwszymi zwłokami zabójcy.
Jak
to u Chmielewskiej, humor jest nie tylko sytuacyjny, ale i językowy. Oprócz
odpowiednio ironicznej narracji sporo go w dialogach, pełnych różnych
nieporozumień, przejęzyczeń itd. No i jeszcze pan Muldgaard – jedyny tutejszy policjant,
który jakoś mówi po polsku. Jakoś… Mniej mi się podobały przytyki wobec pani
Białej Glisty, jednej z nieproszonych gości – jak już główna bohaterka i jej
przyjaciółki kogoś nie lubią, to nie mają żadnej taryfy ulgowej, a jeśli już
ten ktoś jest pulchniejszej budowy, to można się spodziewać, że będą go
spotykać same – w zamierzeniu komiczne – nieszczęścia. Przy tej okazji przypomniałem
sobie takie nieco dziś zapomniane obelgi jak „klabzdra” czy „gropa”.
Powieść
zekranizowali swego czasu Rosjanie, dopuszczając się wielu przestępstw, tfu, odstępstw
od oryginału – m.in. Kazik, nieszczęsny wielbiciel Elżbiety, w wersji filmowej
nazywa się Cassius Mbwana. Zasłużony artysta RSFSR Siergiej Nikolenko wystąpił
jako pan Muldgaard.
34. Dragi Bugarčić,
Ślimak, ślimak, wystaw rogi, przeł. Magdalena Petryńska,
Warszawa 1977 (Współczesna proza światowa)
Kolejny
remanent, leżący u mnie na półce chyba równie długo co Greene, to powieść
serbskiego pisarza urodzonego w latach czterdziestych, a zmarłego w 2024.
Rzecz
się dzieje w małym miasteczku Roszevo, w którym, dzięki skonfrontowaniu
podanych przez narratora informacji z mapą, łatwo rozpoznać niespecjalnie
zakamuflowany jego rodzinny gród, Vršac w Wojwodinie, przy rumuńskiej
granicy. Głównym bohaterem jest niejaki Sveta Pokrzywa, absolwent
przyfabrycznej zawodówki, który po powrocie z wojska nie ma co ze sobą zrobić:
fabryka jest na skraju upadku, innej roboty nie ma.
Narrator barwnie przedstawia
beznadziejność małomiasteczkowej egzystencji. Przyjaciele Svety nudzą się, piją
(wino lub rakiję), uprawiają rozpustę, chodzą do kina. Co obrotniejsi robią za
koników pod kinem, a jeden wyspecjalizował się w cinkciarstwie na rzecz Włochów
jeżdżących do Rumunii. Svetę uwiera ta małomiasteczkowa stagnacja. Widzi prawdę
w słowach bezdomnego filozofa Miti Kombajna, że ludzie w miasteczku mają
zatrute dusze, żal mu ślimaków i innych zwierząt, nad którymi znęca się
ordynarny Vasa Krunić, a zamiast wyprowadzić, jak wszyscy, knajpianą
nierządnicę pod cmentarz, woli przeżywać nieodwzajemnione zauroczenie Zoricą z
gimnazjum. Nie widzi też jednak wspólnego języka z Simą Knotem, chłopakiem o
bardziej inteligenckich zainteresowaniach (tym właśnie cinkciarzem). Czasem
monotonię przerwie a to wyjazd do studentów w Belgradzie, a to wczasy nad
Adriatykiem, ale ogólnie zajęcia młodych ludzi kręcą się wokół picia i
spółkowania.
Poszczególne rozdziały mają zwykle formę monologów Svety Pokrzywy, wpisów z jego pamiętnika, ale cytuje on też dosłownie listy od przyjaciół czy monologi Kombajna. Narracja ma charakter poetycko-gawędziarski w tonacji ornamentalistycznej, zawiera wiele turpistycznych metafor, długaśne zdania, wtrącenia w nawiasach (nieraz też grubaśne). Co jakiś czas pojawia się strumień świadomości. Jeden z rozdziałów przedstawia równolegle kilka zdarzeń, nie są też rzadkością frazy czy zdania powtarzające się jak refreny.
Książka jest ogólnie
dołująca, od Roszeva, jego kurzu i smrodu nie ma ucieczki, nawet we Wiedniu.
Czytelnik może liczyć, że Sveta jakoś się wyrwie – ale wtedy, niestety,
nadchodzi finał, w którym cała paczka kolegów dokonuje zbiorowego gwałtu. Kontrast
pomiędzy współczuciem głównego bohatera dla zwierząt maltretowanych przez
towarzyszy a zupełnym brakiem żalu wobec skrzywdzonej kobiety publicznej i uzasadnianiem
sobie na wszelkie sposoby tego czynu jest szokujący. Gratulacje, panie Bugarčić,
przywalił pan absolutnym obuchem.
To jest chyba jedyny przekład tej książki na
jakikolwiek język obcy – tak w każdym razie podaje strona internetowa
Serbskiego Towarzystwa Literackiego.
35. Jorge Luis Borges, Powszechna historia
nikczemności,
przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski, Stanisław Zembrzuski, Warszawa 1976
Zupełnie spontanicznie przed końcem roku
dołączyłem do listy lektur jeden z wczesnych zbiorów opowiadań słynnego pisarza
argentyńskiego, uchodzącego za prekursora realizmu magicznego i literatury
postmodernistycznej.
Zasadniczą
treść stanowią krótkie opowiadania o różnych historycznych złoczyńcach, w
których jednak autor pozwala sobie na sporą licencję poetykę, mieszając
swobodnie fakty i sprawiając, że czytelnik nie dowierza autorowi. Najsłynniejszą
tu postacią jest Bill Harrigan, bardziej znany jako Billy the Kid. Szerzej jest
też znana historia Kotsuke no Suke, którego zbrodnia ściągnęła na niego zemstę
czterdziestu siedmiu roninów. Wszystko to w stylu erudycyjnym i nawet niejako
ironicznym, chociaż mowa o osobach, delikatnie mówiąc, niesympatycznych, które
nie zawsze spotyka sprawiedliwość.
Druga
część książki zawiera jeszcze krótsze nowelki będące parodiami znanych, a
rzadko czytanych dzieł literackich, jak Księga tysiąca i jednej nocy czy
dzieła Emanuela Swedenborga. Pomiędzy tymi częściami znajduje się Człowiek z
przedmieścia, opowiadanie o nożownikach z Buenos Aires. Wszystko to
napisane bardzo lakonicznie, to i ja się nie będę rozpisywał.
36.
Jurij Andruchowycz, Kochankowie Justycji. Powieść parahistoryczna w ośmiu i
pół odcinkach, przeł.
Ola Hnatiuk, Katarzyna Kotyńska, Wrocław 2019
Właściwą
przyczyną, dla której postanowiłem przeczytać Powszechną historię
nikczemności, było to, że w moje ręce wpadła książka Jurija Andruchowycza
napisana w podobnej konwencji, tylko z dużo większym rozmachem (242 strony).
Ukraiński autor wymienia zresztą w pewnym momencie tytuł dzieła swego
argentyńskiego prekursora, powołuje się też na Prawem i lewem Łozińskiego.
Już
po przeczytaniu pierwszego rozdziału, poświęconego XVII-wiecznemu lwowskiemu
awanturnikowi Samuelowi Niemiryczowi, wiadomo, że będzie niezła jazda. Autor
jak gdyby nigdy nic wmawia czytelnikowi, że warunkiem koniecznym procesu o
zabójstwo w Rzeczypospolitej było oficjalne okazanie trupa? No dobra, licentia
poetica… Ale potem Niemirycz dzwoni do kupca z żądaniem okupu. Cóż, na pewno
chodziło o to, że zadzwonił do drzwi, prawda? Kiedy przeczytałem, że ów watażka
wpakował w kupca osiem magazynków, a potem, że obezwładnił wołoskie poselstwo
gazem łzawiącym, już wiedziałem, jakiego rodzaju to będzie lektura.
Dalej
autor odsłania przed czytelnikiem perypetie takich postaci jak król
stanisławowskiego półświatka, zabójcy Stepana Bandery i namiestnika Galicji
Andrzeja Potockiego, czy też przedsiębiorca z Kołomyi, który sięgnął po wieczną
młodość. W ósmym, najobszerniejszym rozdziale Andruchowycz jak zwykle robi coś
takiego, że czytelnikowi śmiech zamiera w gardle – mowa o krwawych czasach II
wojny światowej, które w Galicji były walką wszystkich przeciwko wszystkim.
Książka
naszpikowana jest rozmaitymi aluzjami kulturowymi, oprócz anachronizmów (w
dalszych rozdziałach już rzadziej obecnych niż w tym o Niemiryczu) pojawiają
się elementy fantastyki czy opowieści niesamowitych. Często też – a już
najbardziej w rozdziale ósmym – autor konfrontuje sprzeczne źródła,
przedstawiając różne wersje wydarzeń. Łatwo zauważyć, że przez wszystkie
opowieści przewija się wędrowny cyrk „Wagabundo”.
Ostatnia,
„ósma i pół” część jest niby autobiograficzna, ale nic nie wskazuje na to, żeby
miała być równie zgodna z prawdą historyczną co poprzednie osiem. Andruchowycz
opowiada o swoim dzieciństwie, kinie „Kosmos” i tajemniczym denacie znad rzeki,
pojawiają się nawiązania do poprzednich historii, a zarazem klucz: cała
narracja zawarta w Kochankach Justycji przypomina opowiadanie kolegom
filmu, którego się nie widziało.
![]() |
| Było czytane z odpowiednią zakładką. |
Na
uwagę zasługuje okładka, stylizowana na publikację przedwojenną.












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz