W zeszłym roku przyjrzałem się
przed Bożym Narodzeniem reklamom o tematyce świątecznej, opublikowanym w
czasopismach z lat 70. Latoś przyszła pora na parę tytułów z drugiej połowy
dwudziestolecia międzywojennego. W moje ręce wpadły: „Bluszcz” z 1931 r.,
„Ilustracja Polska” z 1933, „Światowid” z 1935 oraz „As” z lat 1937-1938.
Wszystko to były popularne tygodniki, przy czym „Bluszcz” kierowany raczej do
kobiet, a pozostałe – bardziej ogólne.
Na
wieczerzę świąteczną należy się odpowiednio zaopatrzyć. Na kolumnach
reklamowych toczyła się więc walka konkurencyjna istniejąca praktycznie do dziś
– pomiędzy Okocimiem a Żywcem, tyle że z dodatkiem gałęzi choinkowych.
Wszystkie trzy z "Asa" 1938
Ozdoby
choinkowe można wykonać własnoręcznie. W tym celu wydawca
„Bluszczu” oferował za 7 złotych wzory ozdób opracowane przez B. Strasburgerównę.
Czas
na kwestię zasadniczą – prezenty. Wybór
może być trudny…
Bluszcz
Panie
mogły liczyć na wybór różnego typu obuwia firmy Baťa (potocznie zwanej "Bata"), z dodatkiem w postaci obfitego wyboru
pończoszek.
Tyż "Bluszcz"
Czytając
tygodniki z lat trzydziestych, można odnieść wrażenie, że Ovomaltyna Dra
Wandera to najlepsze pacaneum na wszystko – i dla dzieci na prawidłowy rozwój,
i dla biuralistów, żeby nie spali w pracy, i dla narciarzy, żeby mieli energię.
Ten napój witaminowy reklamowano wówczas we wszystkich studiowanych przeze mnie
rocznikach; nie dziwota, że reklamy doczekały się także wersji świątecznej.
"As" 1937
"As" 1938
O ile Ovomaltyna była "najrozsądniejszym" prezentem na Gwiazdkę, to miano "najpraktyczniejszego" otrzymała książeczka oszczędnościowa PKO.
"As" 1937
"Bluszcz"
Niezawodną przyjemność obdarowanemu mogły sprawić mydła przetłuszczone M. Malinowskiego, a jeśli dodać do nich popularny puder „Śnieg Tatrzański”, to już w ogóle święta udane.
"Ilustracja Polska"
XX wiek był
wiekiem maszyn. Nic dziwnego, że na ogłoszeniu z „Ilustracji Polskiej” Mikołaj
– a może raczej Gwiazdor – niesie na plecach maszynę do szycia firmy E.
Kromczyński z Poznania.
Każdemu,
bez względu na gender, może się przydać maszyna do pisania, a już szczególnie
tak renomowana jak „Mały Remington”.
Idealnym
prezentem na święta jest też radio! Pozwala słuchać kolęd z całego świata, a
nawet dzwonów betlejemskich. W 1937 na łamach „Asa”reklamowana była superheterodyna Philips
4-38, rok później – odbiornik Kosmos „Pionier”, sprzedawany na półtoraroczne
raty.
„Bluszcz” w
roku 1931 reklamował odbiornik Nora W3L oraz Philipsa model 2511. W tym drugim
przypadku wykorzystał wizerunek aktorki amerykańskiej Raquel Torres. Sklep
firmowy Philipsa mieścił się w stolicy przy Mazowieckiej 9.
Generalnie
jednak najlepszym podarkiem na Gwiazdkę jest kuchenka spirytusowa „Emes”.
"Ilustracja Polska"
Mikołaj już
się zbliża! Wraz z całym workiem staroświeckich onomatopej.
"Ilustracja Polska"
Szkoda tylko,
że w dzisiejszych czasach nie można w święta jeździć na sankach…
"Bluszcz"
…ale za to
można uraczyć się obwarzanem, jak Clara Bernard i Dillis Thomas w Hollywoodzie.
"Bluszcz"
Mimo wszystko
temperatury są niskie, zatem warto zaopatrzyć się w odpowiednią odzież
W listopadzie byłem finansowo pod kreską, ale na
szczęście na targowisku wynorałem kilka ciekawych płyt po 5 złych sztuka.
Paul Weller, Heavy Soul,1997
Paula
Wellera już tu kiedyś opisywałem przy okazji składanki hitów. Tym razem w moje
ręce wpadła jego regularna płyta studyjna. Pięć utworów zresztą się powtarza,
więc nie ma się co rozpisywał. Dość powiedzieć, że to pacyna brytyjskiego rocka
nawiązującego do wzorców o trzydzieści lat wcześniejszych, z pewną domieszką
soulu. Można się doszukiwać wpływów modsowskich, jak też inspiracji zespołem
Free. Przy tym wszystkim Paul Weller odnajdywał się doskonale w czasach
britpopu, tym bardziej, że uchodził za ojca chrzestnego tego stylu.
Zasadniczo płytę nagrało trio.
Na basie zagrał Mark Nelson (w dwóch utworach też na sitarze, chociaż nie za
bardzo go słychać), a na perkusji Steve White (wcześniej grał z Wellerem w The
Style Council). Prócz tego pojawiają się muzycy dodatkowi, jak Steve Cradock z zaprzyjaźnionego
zespołu Ocean Colour Scene.
Tytułowy
Heavy Soul otwiera płytę: głośny, ale refleksyjny i w statecznym tempie,
właściwie bluesowy skowyt. W połowie albumu następuje instrumentalna repryza. Bluesrockowe
korzenie mają też utwory bardziej witalne: Peacock Suit i ciężko
dudniący Brushed. Jest kilka ballad: w pierwszej kolejności rzuca się w
uszy Up In Suzes’ Room, gdzie Weller gra na cytrze, a w tle słychać orkiestrę
smyczkową i syntezatorowe szumy. Warto wyróżnić I Should Have Been There to
Inspire You, w którym artysta siada do fortepianu. Z dość melancholijnego
nastroju albumu wyprowadza słuchacza Golden Sands przypominający dawnych
Rolling Stonesów, z jazzującą partią fortepianu w gościnnym wykonaniu Joolsa
Hollanda. Porządny finał stanowi zaś Mermaids z uroczą partią smyczków,
która przypomina nieco aranżacje Dee Palmer dla Jethro Tull. Kto by się
domyślił, że to jest płyta artysty, który zaczynał od punk rocka?
Sparks,
Gratuitous Sax & Senseless Violins,1994
Ekscentryczni bracia Sparks – przepraszam, bracia
Mael – pojawili się tu ostatnio we współpracy z grupą Franz Ferdinand pod firmą
FFS. Teraz wyłowiłem album duetu z lat dziewięćdziesiątych. Okładka i tytuł
nawiązują do estetyki tabloidów, a wewnątrz kryje się typowa dla Sparks dawka
zwariowanego humoru w tekstach i w muzyce.
Od
czasu współpracy z Giorgio Moroderem w latach 80. bracia grali pop elektroniczny, a właściwie Ron grał, a Russel
śpiewał. Właściwie to nawet byli pionierami takiej twórczości. Także na
omawianym albumie aranżacje zbudowane są głównie z dźwięków syntetycznych.
Niekiedy jest to całkiem po prostu muzyka taneczna – np. When Do I Get To
Sing „My Way” z natarczywie łupiącym rytmem, wydany zresztą na singlu, stał
się przebojem w Niemczech. Takie utwory jak Now That I Own the BBC z
dość chwytliwym motywem klawiszy albo Let’s Go Surfing też mogłyby się
spodobać dyskotekowej publiczności, gdyby nie teksty, zbyt inteligentne i
ironiczne jak na dance’owe normy, jak też wokal Russela Maela, czasami
falsetowy, a często poskładany w dalekie od prymitywnych harmonie.
Z
ogólnie spójnego repertuaru wyróżnia się orientalizujący I Thought I Told
You to Wait in the Car albo refleksyjny, mniej skoczny Frankly, Scarlet,
I Don’t Give a Damn.Najbardziej
podobał mi się The Ghost of Liberace – nieco noworomantyczny, jakby pod
OMD. Najbardziej męczy Tsui Hark, właściwie techno ze wsamplowanymi
wypowiedziami zamiast partii wokalnych. Dłuży się też Hear No Evil, See No
Evil, Speak No Evil, już i tak najdłuższy na albumie.
Fall
Out Boy, Infinity on High,2007
W latach zerowych święciła sukcesy stylistyka tzw.
emo. Traktowałem ją z pewnym lekceważeniem, jako następny etap infantylizacji
rocka po fali poppunkowej, ale dopuszczałem, że mogą się tam pojawiać ciekawe
rzeczy. Zrobiłem też jakieś podejście do Fall Out Boy, jednak nie poczułem się
przekonany. Płytę Infinity on High kupiłem głównie dlatego, że
kosztowała 5 zł.
Do tej pory moja styczność z
tym albumem sprowadzała się do singla This Ain’t A Scene, It’s an Arms Race,
który pod względem melodycznym stoi najbliżej nowoczesnego popu, z łupiącym
nieco rytmem i śpiewem a la R&B, do których dopiero kontrast tworzy punkowy
refren. Nic dziwnego, że byłem coś zniechęcony – a teraz okazuje się, że to najmniej
ciekawy na płycie. Z materiału singlowego bardziej mi się podoba dynamiczny, a wzbogacony
smyczkami Thnks fr th Mmrs.
Na podstawowym poziomie jest to zestaw motorycznych, melodyjnych,
zaprawionych ciężkimi gitarami piosenek śpiewanych dość wysokim głosem, przy
tym dobrze wyprodukowany. Można odnieść wrażenie, jakby ktoś parający się dotąd
pop punkiem nasłuchał się Queen i postanowił gruntownie wzbogacić aranżacje, także
pod względem wokalnym. Efektu dopełniają piramidalne tytuły piosenek, często z
grami słownymi. Nieźle się sprawdza The Take Over, The Breaks Over, wiedziony
rwanym motywem riffowym, kolejny singiel Bang the Doldrums ze ścianą
unisonowych gitar, a przebojowy walor ma również I’m Like a Lawyer… (nie
podejmuję się napisać całego tytułu, bo na okładce mocno nabazgrany) czy Don’t
you Know Who I Think I Am, z klaskaniem i kolejnym silnym refrenem. W Hum
Hallelujah zastosowano oczywisty cytat z Cohena. Czasami wokalista Patrick
Stump śpiewa trochę w stylu Morrisseya, a w The Carpal Tunnel of Love słychać
przez moment, dla odmiany, groźne ryki. W książeczce nic nie napisano, żeby to
był udział gościnny, za to w otwierającym płytę Thrillerze daje głos
znany raper Jay-Z – ale nie rapuje, tylko buńczucznie zapowiada. Gdzieniegdzie
pojawia się sekcja dęta, którą aranżował puzonista Darrell Leonard (kilka lat
wcześniej współpracował ze Stonesami). Z ogólnie spójnego stylu wyróżnia się fortepianowa
ballada Golden.
W Polsce płyta ukazała się z
oszpeconą okładką; ja jednak dopadłem wydanie brytyjskie z bonusem G.I.N.A.S.F.S.
(co oznacza: Gay Is Not A Synonym For Shitty).
Extreme, Extreme II:
Pornograffiti, 1990
Początek
lat dziewięćdziesiątych był to łabędzi śpiew wygładzonej wersji heavy metalu.
Na ostatnią falę załapali się tacy wykonawcy jak Mr. Big, Ugly Kid Joe czy
właśnie bostończycy z Extreme o progresywnych inklinacjach. Popularność Extreme
wzrosła zresztą na moment po 1992 r., kiedy to dali solidny występ z wiązanką
utworów Queen na koncercie pamięci Freddiego Mercury’ego na Wembley.
Najogólniej
Pornograffiti – niejako concept album o młodym człowieku odkrywającym
seksualność i jej pułapki – składa się z porządnie zagranego, buńczucznego soft
metalu, nie tak odległego od twórczości krajanów z Aerosmith. Często pojawia się funkowa rytmika, np. w When I’m President z
rapoidalnym śpiewem, w utworze tytułowym, a także, jak sama nazwa wskazuje, w Get
The Funk Out. W tym ostatnim, podobnie jak wLi’l Jack Horny, groove potęguje
gościnny udział sekcji dętej.
Wielowątkowych
kompozycji z kontrastami dynamicznymi czy otwartych nawiązań do Queen jeszcze nie
słychać. O ambicjach lidera Nuno Bettencourtaświadczy główniewariacja
na temat Lotu trzmiela Rimskiego-Korsakowaw postaci solówki
gitarowej rozpoczynającej He-Man Woman Hater. Grupa lubi jednak nie
tylko przyłożyć riffem i posypać partiami solowymi, ale jeszcze nawtykać
wszędzie harmonii wokalnych, wspierających zasadniczy śpiew Gary’ego Cherone. Tylko
melodyjnych refrenów trochę maławo; najlepsze są otwierający Decadence Dance oraz Money
(In God We Trust).
Akustyczna ballada More
Than Words stała się bodaj największym przebojem grupy, ale też na tej
płycie jest utworem najmniej typowym. Poza tym wyspokojenie przynosi
croonerska, jazzawa When I First Kiss You (słychać smyczki, ale mogą być
sztuczne). Dla odmiany Song for Love to już pieśń podnioślejsza i
głośniejsza. Całą płytę kończy HoleHearted, akustyczny, ale dość
motoryczny, najwyraźniej z podtekstem religijnym.
David
Sylvian & Robert Fripp, The First Day,1993
Co robił Robert Fripp, kiedy nie było King Crimson?
Wygląda na to, że całkiem sporo. Płyty solowe, płyty z małżonką, współpraca z
Peterem Gabrielem, warsztaty Guitar Craft… David Sylvian śpiewał kiedyś w
noworomantycznej grupie Japan, ale z czasem przeszedł ewolucję w stronę
klimatów oniryczno-progresywnych. Na początku lat dziewięćdziesiątych Fripp
zaproponował Sylvianowi udział w nowym wcieleniu King Crimson. Wokalista
odmówił, przytłoczony reputacją legendarnego zespołu, ale nie miał nic
przeciwko nagraniu czegoś pod innym szyldem. Na chapman sticku zagrał Trey
Gunn, współpracownik Frippa od kilku lat, który wkrótce potem dołączył do nowego
King Crimson, na perkusji – Jerry Marotta, który o mało nie dołączył do King
Crimson, a produkcją zajął się David Bottrill, który miał nagrywać również
płyty King Crimson.
W
głosie Sylviana słychać charakterystyczną mroczną słodycz, ironiczny smutek i
nieco przesadne wibrato, przez które można by go pomylić z Bryanem Ferry. Takie
wrażenie odnosi się w otwierającym God’s Monkey, oszczędnym melodycznie,
opartym na „afrykańskim” rytmie i basowym riffie – dziesięć lat wcześniej
podobne utwory nagrywał Ferry, a i etniczne poszukiwania King Crimson czy
Petera Gabriela mogą się nasuwać. Normalną piosenkę bardziej przypomina Jean
the Birdman (zresztą singlowy), choć i tu funkowaty rytm sticku i zagrywki
gitarowe trzymają całość w ryzach jak stalowe sprężyny.
Miłośnikom
King Crimson najbardziej powinien przypaść do gustu dziesięciominutowy Firepower:
rozpoczęty głośnymi, wybrzmiewającymi akordami, pełznie przed siebie
monotonnie, lecz niestrudzenie, zniekształcony głos Sylviana dość wcześnie
zostaje w tyle, ustępując charakterystycznemu gitarowemu skowytowi Frippa oraz dysonansowym
brzmieniom smyczkowym i osobliwym dźwiękom, które chyba nazywają się
„frippertronics”. Choć z wierzchu utwór jest monotonny, to pod spodem sporo się
dzieje. Dość „karmazynowy” jest też Brightness Falls z ponurym riffem i
mocno walącą sekcją; wśród tego hałasu Sylvian wydaje się nieco zagubiony. Odzyskuje
pewność siebie w 20th Century Dreaming (A Shaman’s Song), który też jest
dość ciężki, ale trwa prawie 12 minut. Przez ten czas rytm pozostaje
niezmienny, ale fluktuacje zachodzą w dynamice, a pod koniec już wygasa
wszystko poza jednostajną plamą dźwiękową.
Najdłuższy
na płycie jest 17-minutowy Darshan (The Road to Graceland), pod względem
zamierzonej monotonii przypominający dokonania Can, z tym, że Frippa jako
gitarzystę trudno pomylić z kimkolwiek innym – Sylvian natomiast, podobnie jak
Damo Suzuki, raczej wtapia się w tło. Album kończy Bringing Down the Light,
czyli po prostu jedna wielka elektroniczna plama dźwiękowa a la ambient,
trwająca aż osiem i pół minuty.
W październiku tradycyjnie wybrałem się na
Faradaguła, gdzie zdobyłem cztery albumy muzyczne. Potem byłem jeszcze w
Empiku, bo gdzie lepiej niż w ogólnopolskiej korporacji kupić płytę
punkrockową? Za to kolejne cztery wyciągnąłem ze swojego osiedlowego śmietnika.
Ktoś wyrzucił całe dwa stojaki płyt, ale większość (np. grupa UK) to były
piraty. Zabrałem zatem interesujące mnie oryginały… oraz same stojaki.
Populäre Musik aus Irland (z serii Musik aus aller
Welt),
a właściwie: Moira, A Dutchman Across the Border, 1992
W podstawówce, zanim
odkryłem rocka, fascynowała mnie muzyka celtycka. Pewnego razu ojciec przyniósł
mi kasetę poświęconą Irlandii, z austriackiej serii przedstawiającej muzykę z rozmaitych
krajów. Ostatnio upolowałem kompakt – za 5 zł, na targu.
Jako
wykonawca opisany był zespół Moira, lecz krótki niemiecki tekst we wkładce
niewiele o nim mówi. Ale już wtedy, blisko 30 lat temu, podejrzewałem, że coś z
tą płytą nie tak. Na liście utworów numer 1 miał tytuł The
Wearing of the Britches, a drugi – Here’s a Health to the Company. Tymczasem nawet przy mojej
ówczesnej, niedoskonałej znajomości angielskiego łatwo się zorientowałem, że o
noszeniu spodni pan wokalista śpiewa pod numerem piątym, a drugi ze
wspomnianych utworów jest przedostatni. Na szczęście dziś istnieją internety,
dzięki czemu mogłem poszukać jakichś bliższych informacji. Z pomocą przyszedł
serwis Discogs.Po krótkich badaniach dowiedziałem się, że jest to album
A Dutchman Across the Border, wydany pierwotnie z zupełnie inną okładką
(podana tam lista utworów ma już właściwą kolejność), a zespół Moira pochodzi…
z Holandii. Ładne mi „aus Irland”!
Niemniej
Holendrzy grają na tyle sprawnie, że ich muzyka zachowuje celtycki klimat.
Jigi, reele, polki albo utwory bardziej nastrojowe – wszystko jak trza, ze
skrzypcami, tin whistle i tak dalej. Co prawda brzmi przy tym dość nowocześnie,
bo lider, Guy Roelofs, oprócz bouzuki sięga po syntezatory – i tak w szeregu
utworów rozbrzmiewa elektroniczna mgła, na której tle produkuje się fujarka (The
Emigrant) czy skrzypce (Upside Down 42). Dla odmiany Dispute At
The Crossroads to po prostu dudy irlandzkie solo. Utwory ze śpiewem są
cztery i wszystkie mają nastrój melancholijny, nawet jeśli – jak w przypadku
pieśni The Wearing of the Britches o toksycznym małżeństwie – nieco
bardziej motoryczne.
W tej samej austriackiej
serii wyszła także płyta Populäre Musik aus Irland 2, będąca z kolei
przepakowaniem albumu grupy Lyac’h, dla odmiany francuskiej. Ot, wspólna
Europa.
Catherine Wheel, Wishville,2000
Zespół,
którego liderem jest Rob Dickinson (kuzyn Bruce’a), już się tu pojawił przy
okazji kupionego kilka lat temu singla. Tym razem dopadłem jego ostatnią płytę
– w 2000 Koło św. Katarzyny rozpadło się. O ile na Zachodzie Wishville miewała
negatywne recenzje (stwierdzano, że nudna w porównaniu z poprzednimi), to
dziennikarz „Tylko Rocka” pisał o niej w samych superlatywach, dodając, że
niestety, niedostępna w Polsce. A tu proszę, za 5 złych.
Rozumiem
oba stanowiska, bo nie jest to muzyka łatwo przyswajalna. Tego rocka
alternatywnego w gęstej gitarowej zalewie docenia się ją po kilku
przesłuchaniach, a utwór otwierający, z łupanym, mechanicznym rytmem, w ogóle
dość rozczarowuje, kiedy się ma w choćby mglistej pamięci starszy materiał
Katarzyn. Z czasem zyskują natomiast takie utwory jak „postbluesowy” Gasoline
z niezłą linią basu (chociaż zespółnie miał stałego basisty, jego
funkcję pełnili wszyscy trzej członkowie) albo nastrojowy Lifeline. Utwory
melancholijne – w tym najbardziej minimalistyczny All of That, nagrany w
domu Dickinsona – przeplatają się z pogodniejszymi, które są przy okazji
najbardziej melodyjne – mowa o Mad Dog i What We Want to Believe In.
Za realizację płyty
odpowiada znany producent Tim Friese-Greene (w latach 80. nieoficjalny członek
Talk Talk) i jest też współautorem czterech piosenek, w tym kulminacyjnej Ballad
of a Running Man, pacyny shoegaze wzbogaconej harmonijką. W powstawaniu okładki
brał udział sam Storm Thorgerson, ten od pinkfloydowego pryzmatu i wielu innych
słynnych ilustracji okładkowych, ale tym razem projekt nie jest aż tak dlań
charakterystyczny.
3
Doors Down, The Better Life,1999
Oto również rock
alternatywny, ale z USA. Na debiutanckiej płycie lider 3 Doors Down, Brad Arnold,
oprócz śpiewania zagrał na perkusji. Recenzent „Tylko Rocka” ironizował, że
musi to ciekawie wyglądać na koncertach, jednak na pierwszą trasę grupa
zatrudniła dodatkowego muzyka, a później już w ogóle dołączył do niej
pełnoetatowy perkusista.
Zawartość albumu można by
określić jako postgrunge – bardziej wygładzoną wersję grania modnego w
pierwszej połowie dekady. Przybrudzone brzmienie, gdzieniegdzie gitary akustyczne,
nieco zachrypnięty wokal, melancholijny nastrój. Zaczyna się od Kryptonite
– nastrojowej melodii w szybkim tempie, z bardziej hałaśliwym doładowaniem w
refrenie. W Loser posuwisty akustyczny riff w stylu „wiosłowanie po
Missisipi” (grupa zresztą właśnie stamtąd pochodzi) budzi skojarzenia z Pearl
Jam; przy czym grupa dokłada do pieca sabbathowym interludium. Riffowiec
doprawiony gitarą akustyczną to również np. Duck and Run. Najbardziej
czadowe są utwór tytułowy i By My Side, ale nie na tyle, żeby odstraszyć
słuchaczy mainstreamowego radia. Co do spokojniejszej części repertuaru – rozlewna
akustyczna ballada Be Like That przypomina późniejsze hity Nickelback,
ale jest bardziej treściwa. Podoba mi się najbardziej, ale zapamiętuję też
eskalujący dynamicznie Down Poison.
Płyta nie otwiera żadnych
nowych horyzontów, a nawet ma dość wysoki współczynnik Mamonia, ale całkiem to
melodyjne, a do tego bez ryczenia.
Santana, Corazón,2014
Kolejna
z kilku płyt nagranych przez Carlosa Santanę z szeregiem mniej lub bardziej
renomowanych gości. Po dość zachowawczym podejściu do standardów rockowych na
płycie Guitar Heaven, wirtuoz postanowił zmierzyć się z utworami artystów
latynoskich.
Płytę
otwiera Saideira brazylijskiej grupy Skank, co prawda w wersji hiszpańskiej
(portugalska pojawia się jako bonus), z udziałem Samuela Rosy. Oryginalną
pulsację ska nieco osłabiają charakterystyczne solówki Santany, uwypuklając
latynoski charakter aranżacji; w każdym razie trąb nie zabrakło.
Większości utworów (albo ich
wykonawców) nie znałem w oryginale, ale wszystkie składają się na repertuar
spójny i charakterystyczny dla anioła gitary; Carlos jak zwykle bierze cudze
utwory i czyni je swoimi, a towarzyszą mu stali współpracownicy – Benny
Rietveld na basie, Karl Perazzo i Raul Rekow na perkusyjnych. Porządnym
przykładem XXI-wiecznego stylu Santany (datującego się od czasów Supernatural)
jest La Flaca,zresztą singlowa. Pochodzi od hiszpańskiej grupy
Jarabe de Palo, ale w wersji Santany śpiewa artysta kolumbijski znany jako
Juanes.
Nastrojowo
prezentują się utwory z kobiecym śpiewem. W Besos de lejos (swoją drogą
utworze z Wysp Zielonego Przylądka) występuje Gloria Estefan, aż trzy
wokalistki słychać za to w bardziej wyciszonym Una Noche en Nápoles z
repertuaru Pink Martini (Santana sięga dla odmiany po gitarę akustyczną).
Najbardziej
przebojowa, chociaż słodziasta na granicy wytrzymania, wydaje się Margarita z
Romeo Santosem i wysokim jego głosem. Mniej ciekawszy i bardziej smętny jest Indy
z niejakim Miguelem (Pimentelem), a z kolei Feel It Coming Back zDiego Torresem (oryginalnie Amor Correspondido) stoi bliżej
poprockowej normy.
Element
rapowy wnosi popularny Pitbull w Oye 2014, czyli swojej reinterpretacji Oye
como va Tito Puente, opartej na samplu z oryginalnego nagrania Santany z 1970.
Gęstą nawijkę, ale już bliższą śpiewu, słychać w Mal bicho napędzanym
przez afrolatynoską pracę dęciaków. Jest to piosenka argentyńskiej formacji Los
Fabulosos Cadillacs, nagrana z jej udziałem. Pojawia się też akcent jamajski: Iron
Lion Zion Boba Marleya, zaśpiewany przez jego syna Ziggy’ego, przy
współudziale niejakich Kolumbijczyków ChocQuibTown.
W Yo
soy la luz, jedynym na płycie utworze autorskim, występuje słynny
saksofonista Wayne Shorter, a za perkusją siada małżonka artysty, Cindy
Blackman, ale zapamiętuje się głównie hebrajskie skandowanie „kadosz, kadosz,
kadosz, Adonaj Sabaoth”, czyli „święty, święty, święty, Pan Zastępów”.
Bonusy to alternatywne wersje
językowe trzech utworów z głównego repertuaru (dwie portugalskie i jedna
hiszpańska). W ręce wpadła mi wersja deluxe z płytą DVD zawierającą materiał
dokumentalny o powstawaniu albumu.
Dezerter, Deuter,1995
Dezerter
i Deuter w jednym stali domu… ale jedni i drudzy najdziksze wyczyniali swawole.
Oba zespoły należały w latach osiemdziesiątych do czołówki polskiego punk
rocka. O ile jednak Dezerter, wsławiony bezkompromisowością muzyczną, tekstową
i ideową, przetrwał wiele burz dziejowych (łącznie z odejściem i śmiercią
pierwszego wokalisty) i z powodzeniem działa do dzisiaj, o tyle kierowany przez
Pawła „Kelnera” Rozwadowskiego Deuter nagrał tylko jedną płytę, i to jeszcze w
okresie, kiedy prosta punkowa energia już go znudziła i postanowił trochę
poeksperymentować (ówczesną wersję Nie ma ciszy w bloku zalicza się do
pierwszych polskich prób rapowych). W połowie lat 90. Kelner połączył siły z
kolegami z Dezertera, by przypomnieć swoje stare utwory w odświeżonych
wersjach.
Dezerter
to nie tylko ostry punk, ale jeszcze na poziomie instrumentalnym niedostępnym
dla większości polskich punkowców. W tym okresie basistą grupy był Tony von
Kinsky – jak sama nazwa wskazuje, z awangardowej grupy Kinsky. Jego wyróżniające
się z tła pochody basowe słychać w szeregu utworów. Co do samego
Kelnera, to jego barwa głosu w momencie, gdy bardziej się wydziera, zbliża się
w rejony Staszewskiego Kazimierza, ale generalnie ma własna falę.
Najmniej
interesujące są utwory najbardziej wściekłe, czytaj najszybsze: Szara masa,Nigdy i w nic, Pistolet… Do spokojniejszych
należy Urodzony na nowo, w którym słychać nawet solówkę gitarową, a Dziecięce
uczucia po spowolnieniu perkusji mogłaby nagrać grupa Big Day. Wspomniane Nie
ma ciszy w bloku nie zawiera już żadnych elementów quasi-hiphopowych, lecz
jest to również ostra jazda, jednak wyróżnia się balladowym początkiem i
zakończeniem. Rapowe inspiracje już prędzej zdradzają powolnie funkujące Złe
myśli. W wolnym, monotonnym tempie pełznie Człowiek z żelaza,
co koresponduje z tekstem („Toczysz swe życie na tokarce / Obrabiasz je na
obrabiarce”). Takie utwory jak Beton M-3 albo Totalna destrukcja mają
w sobie nawet, za przeproszeniem, pewną przebojowość, a Piosenkę o mojej
generacji można śmiało nazwać punkowym hymnem.
Teksty
są zaangażowane, często turpistyczne i dołujące: upadek obyczajów, konsumpcjonizm
(Pieniądze)szarzyzna peerelowskiego życia (Beton M-3, Nie
ma ciszy w bloku), ludzka głupota (Jak długo), nawet trochę postapo
(Ostrzega się). Pewną specyfikę wnosi motyw Boga (Droga wojownika,
Piosenka o mojej generacji)
Diana
Ross, The Force Behind The Power,1991
Dla odmiany płyta spoza mojej bajki. Diana Ross
zyskała ongiś przydomek „Królowej Motownu” jako jedna z największych gwiazd
soulu i R&B – w latach sześćdziesiątych jako członkini The Supremes, a
potem jako solistka. Do 1991 roku sporo jednak się zmieniło w czarnej muzyce: i
rodzeństwo Jacksonów, i Prince, i całokształt spraw hiphopowych… Jak się w tym
odnalazła Diana Ross? The Force Behind the Power, dziewiętnasty w jej
dorobku,przepadł w USA, ale stał się najpopularniejszym jej albumem w
Wielkiej Brytanii.
Mniej
ciekawe są utwory wyprodukowane przez Jamesa Anthony’ego Carmichaela – „konfekcyjne”,
skrojone schludnie, ale z plastikowym brzmieniem opartym na syntezatorach. Otwieracz
Change of Heart ma chociaż względnie interesujący refren, ale You’re
Gonna Love It nosi tytuł przeciwny do moich odczuć – to jest już
zmechanizowana wersja R&B, z automatem perkusyjnym, samplami i czym tam
jeszcze. Więcej duszy mają w sobie Heavy Weather z solówką na
harmonijce, co prawda schowaną w tle,oraz łagodny Waiting in the Wings
z nieco większym udziałem gitary akustycznej. Słowa do niego napisał zmarły
w listopadzie tego roku Peter Sinfield, szerzej znany jako współzałożyciel King
Crimson.
Bardziej
podoba mi się większość albumu, którą realizował Peter Asher – po prostu
dlatego, że zawiera więcej żywych instrumentów. When You Tell Me That You
Love Me weszła na szczyt brytyjskiej listy przebojów, dość zaskakująco, bo
to przeważnie Amerykanie lubią takie rozlewne pościelówy. Trudno się jednak
dziwić, bo w swojej kategorii to świetny utwór, jak trzeba wzbogacony
orkiestrą. Z nastrojowych ballad Ross śpiewa tu jeszcze np. Heart (Don’t
Change My Mind), skomponowany przez znaną songwriterszę Diane Warren i
dawniej śpiewany przez Barbrę Streisand, czy Blame It on the Sun,
którego współautorem jest sam Stevie Wonder. If We Hold On Together powstał
w czasie osobnej sesji, do filmu animowanego o dinozaurach, więc grali tu inni
muzycy niż na reszcie albumu, a mianowicie sesyjni weterani: gitarzysta Waddy
Wachtel (kojarzę z późniejszej współpracy z Rolling Stonesami), perkusista Russ
Kunkel, a także Leland Sklar (basista Phila Collinsa). Jeśli zaś ktoś
potrzebuje bardziej dynamicznego R&B, to znajdzie je w Battlefield z
repertuaru „Mechanika” Paula Carracka.
W
śmietniku znalazłem wydanie międzynarodowe, które od amerykańskiego różni się
nie tylko zmienioną kolejnością utworów, ale i piosenką dodatkową No Matter
What You Do, która co prawda widnieje z tyłu okładki, ale w książeczce nie
ma tekstu ani listy płac. Ross śpiewa tu w duecie z artystą zwanym Al B. Sure!,
ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia.
Zapamiętywalną za to piosenką
jest tytułowy, sprężysty kawałek funky. Napisany został w całości przez Steviego
Wondera, który zagrał tu nawet na wszystkich instrumentach i oprócz samej Diany
Ross dopuścił jeszcze tylko gospelowy chór do śpiewania refrenów. Niby też z
automatem perkusyjnym – a słychać różnicę jakości.
Hole, Celebrity Skin,1998
Courtney
Love – grundżowa Yoko Ono? Największa zołza rocka? Cokolwiek by o niej sądzić
jako osobie (a np. Kim Gordon ma o niej negatywne zdanie), to na amerykańskiej
scenie alternatywnej dała się poznać jeszcze przed związkiem z Kurtem Cobainem.
Celebrity Skin to trzeci album zespołu
dowodzonego przez Love. Przedwcześnie zmarłą basistkę Kristen Pfaff zastąpiła
Melissa Auf Der Maur, a produkcją zajął sięfachowiec – Michael Beinhorn. Cała płyta ma świetne, potężne i
przestrzenne brzmienie, obezwładniające słuchacza już w tytułowym otwieraczu z
umiejętnym zastosowaniem łagodniejszego interludium. Nagrania są jednak
bardziej wypolerowane niż na wcześniejszych płytach. Piosenki jak Malibu,
Heaven Tonight czy klasycznie brzmiąca ballada Dying lokują się
bliżej standardowej „dziewczyńskiej alternatywy”. Z dawnej chropowatości został
właściwie tylko niechlujny wokal Courtney Love. Momentami się zastanawiam, czy
pod jej wpływem nie była Edyta Bartosiewicz, ale już w Northern Star,akustycznej balladzie ze smyczkami, maniera
Love przypomina nieco jej nieodżałowanego małżonka. Najbardziej czadowe są dwa
pierwsze utwory oraz kulminacja w Playing Your Song, a w połowie wypada
ciężko-monumentalny Use Once and Destroy.
Współautorem garści utworów
był Billy Corgan (on też polecił do zespołu Melissę Auf Der Maur, która po
jakimś czasie przeszła do Smashing Pumpkins). Jego wkład objął m.in. Dying oraz
finałowe Petals – motoryczne, ale melancholijne, ze wsparciem smyczków.
Trudno tu jednak o neurotyczny nastrój znany z nagrań Smashingów; może zbliża
się do niego spokojniejszy Hit So Hard. Później Love i Corgan (byli
kiedyś parą) po raz kolejny się pokłócili i przerzucali w mediach wzajemnymi
nieprzyjemnościami.
The Bangles, Greatest
Hits,1990
W śmietniku
pojawiła się też żeńska grupa poprockowa popularna w latach 80. W skład
The Bangles wchodzila wokalistka Susan Hoffs, siostry Debbi i Vicki Peterson
(gitara i perkusja) oraz basistka Michael Steele. W chwili wydania omawianej
składanki zespół już nie istniał. Składanka zawiera wybór przebojów z trzech
dotychczas wydanych przez The Bangles albumów oraz dodatkowo przeróbkę Hazy
Shade of Winter Simona i Garfunkla – ze ścieżki dźwiękowej filmu Less
Than Zero z Downeyem Juniorem, tej samej, dla której Slayer nagrał wersję In-A-Gadda-Da-Vida.
Twórczość
grupy to zasadniczo pogodne piosenki o sympatycznej, dziewczyńskiej atmosferze.
Sporo tu całkiem udatnie opracowanych harmonii wokalnych (uwaga: przeważnie
śpiewanych wysokim głosem). Momentami trudno się ustrzec skojarzeń z Fleetwood
Mac, jako to w Going Down to Liverpool (choć w istocie to przeróbka
Katrina & The Waves). Podobnie brzmi opracowanie wokalne w kończącym zestaw
Where Were You When I Needed You (przeróbka jeszcze z lat 60.)Gdzieniegdzie
też pojawia się brzmienie sitaru (pewnie elektrycznego) – a może to tylko
osobliwie dźwięcząca gitara a la The Byrds.
Do
dziś lubią się pokazać w eterze Manic Monday i Eternal Flame.
Pierwszy to piosenka o kobiecie, której bardzo się nie chce w poniedziałek iść
do roboty. Autorem był niejaki „Christopher”, a w rzeczywistości Prince. Drugi z
wymienionych utworów to krystaliczna, może i na granicy przesłodzenia, ballada
ze smyczkami. Poza tym podobały mi się If She Knew What She Wants oraz
rozpoczęty potężnymi bębnami, ale potem jednak nastrojowy I’ll Set You Free.
Zestaw urozmaica delikatniejsza, akustyczna ballada Following.
Mniejsze
wrażenie zrobiły na mnie bardziej dynamiczne Hero Takes a Fall czy
pierwszy przebój grupy, Walk Like an Egyptian. Everything I Wanted opiera
się na konkretnym riffie i wsparciu dęciaków, ale melodia refrenu jest rozczarowująca.Wyjątkiem jest Be With You z harmoniami wokalnymi uzupełniającymi
śpiew Hoffs oraz najbardziej w tej grupie melodyjny In Your Room.
Mud,
The Gold Collection,1996
Mud – czyli Błoto. Złośliwi mówią, że to zespół
o nazwie najbardziej adekwatnej do poziomu artystycznego. Ale też Les Gray i
koledzy nigdy nie udawali, że chodzi im o coś więcej niż czysta rozrywka. Ze
śmietnika wyłowiłem składankę, która chyba nie należy do oficjalnej dyskografii
zespołu, a raczej sprawia wrażenie, jakby wyszła w generycznej serii kompilacji
różnych artystów.
Mamy
do czynienia z glam rockiem w postaci zdecydowanie estradowej, bardziej
ugrzecznionej niż Slade czy Sweet – z tą drugą kapelą łączyło Mud korzystanie z
piosenek spółki autorskiej Chinn/Chapman. Sprawdza się w sam raz na prywatkę w
stylu lat pięćdziesiątych. A czasem i nie tylko „w stylu”, bo grupa adaptowała
również przeboje z tamtych czasów.
Mamy
tu więc dawkę skocznego, klasycznie brzmiącego rock and rolla (Tiger Feet,
The Cat Crept In), tylko brzmienie instrumentów i detale aranżacji
czasem zdradzają, że to już lata siedemdziesiąte. Najbardziej podoba mi się łączenie
cukierkowości z ciężkimi gitarami, jak w Rocket, Dynamite czy
standardzie Hippy Hippy Shake (wykonywał go ongiś sam Czesław Niemen!) Mniej
odpowiadają sentymentalne ballady w rodzaju The End of the World (niegdyś
Skeeter Davis) czy Secrets That You Keep, chociaż w tym drugim przypadku
trudno nie docenić, jak dobrze twórcy złapali konwencję. Les Gray słodzi z
presleyowską manierą, ale czasem harmoniami wokalnymi popisuje się cała grupa.
Należy tu zwłaszcza przeróbka Oh Boy Buddy Holly’ego (z omdlewającym
kobiecym głosem) i szczególnie udany Blue Moon, hit jeszcze z lat
trzydziestych, opracowany w konwencji doo-wopowej, czyli tylko śpiew na głosy i
klaskanie. Moonshine Sally na chwytliwym riffie oraz Hypnosis to
już bez ochyby estrada lat siedemdziesiątych.
Sporadycznie pojawiają się
jakieś kombinacje. Pierwszy przebój grupy, Crazy,zawiera sitar w
charakterze modnego dodatku (zresztą samą piosenkę można by wziąć za coś z
wczesnego Slade). Living Doll utrzymany jest w rozkołysanym rytmie
spopularyzowanym przez grupę T.Rex. W Tallahassee Lassie, kiedyś
hicie Freddiego Cannona, oprócz stylowego pianina słychać nawet dyskretne
unisona. Nieśmiertelna Diana Paula Anki zaprezentowana za to została w
aranżacji zbliżonej do reggae.
Gdyby jeszcze nie pominięto L’L’Lucy
oraz świątecznego hitu Lonely This Christmas, to byłaby to w pełni
reprezentatywna kompilacja hitów Mud.
Na
jesieni moja lista lektur skręciła w klimata ugrofińskie z czasów II wojny światowej,
choć nie tylko.
26. Väinö Linna, Żołnierz nieznany, Poznań
1986, przeł. Cecylia Lewandowska
(Seria dzieł pisarzy skandynawskich)
Powieść wojenna VäinöLinny z roku 1954 należy w Finlandii już do klasyki literatury,
cytaty weszły tam do języka potocznego, a ekranizacji doczekała się aż czterech,
w tym jednej telewizyjnej.
Mój zemplarz należał kiedyś do Biblioteki Publicznej Dzielnicy Praga-Południe
Rzecz się dzieje w czasie wojny kontynuacyjnej, kiedy to Finlandia
w luźnym sojuszu z Niemcami zaatakowała ZSRR, aby odzyskać terytoria utracone
po wojnie zimowej. Kompania karabinów maszynowych otrzymuje rozkaz wymarszu na
front w Karelii. Ponad połowa akcji toczy się latem 1941 r., później mamy kilka
przeskoków chronologicznych aż do odwrotu w 1944.
Przede wszystkim kapitalnie jest tu przedstawiony obraz frontowego
rozprzężenia: żołnierze kombinują, szukają sobie rozrywek, „organizują” to,
czego nie mogą dostać z oficjalnych przydziałów, nie mają większego
szacunku dla oficerów. Ich pochodzenie i motywacje są rozmaite, ale mało kto
bierze poważnie propagandowe slogany czy uważa atak na ZSRR za właściwy (chyba
że ktoś był z Karelii i chciałby wrócić do rodzinnej wsi). Z drugiej strony
Linna dobitnie opisuje niedole frontowego żołnierza – głód, zmęczenie,
niewyspanie. Kiedy zaś dochodzi do walk, czytelnik zaczyna się bać o życie
bohaterów. Końcowe rozdziały, rozgrywające się podczas odwrotu, pod względem
brutalności dorównują niemal Na zachodzie bez zmian.
Żołnierz nieznany nie jest
jednak aż tak dołujący – po pierwsze dlatego, że (SPOILER) niektórym bohaterom
jednak udaje się przeżyć, a po drugie, ze względu na obecność ludowego, nieraz
mocno wisielczego humoru. Patos militarystyczno-bogoojczyźniany został w tej
powieści nie tylko starannie wykpiony, ale wręcz obalony na szczeblu kultury
fińskiej. Żołnierze sami mają alergię jak na patriotyczną propagandę wciskaną
przez państwo, tak i na czarnowidztwo komunizującego Lahtinena. Szeregowy
Vanhala z początku śmieje się dużo sam do siebie, z czasem jego znakiem
firmowym staje się ironiczne cytowanie propagandowych sloganów. Z nich w sumie
też się śmieje sam do siebie, mało kto mu odpowiada.
Bohaterem zbiorowym jest cała kompania i chociaż bohaterowie są
pełnokrwiści –chłopski filozof mł. sierż. Hietanen, brutalny Lehto, wesołek
Rahikainen, skąpy kwatermistrz Mäkilä –
to prawie żaden nie przechwytuje uwagi czytelnika dużo dłużej niż inni.
Podobnie zróżnicowane są postaci oficerów: bezduszny
służbista Lammio, dbający o podwładnych weteran Koskela, pełen naiwnych ideałów
Kariluoto itp. Najbardziej podobał mi się (i chyba w ogóle jest
najpopularniejszy) Antti Rokka, pełen energii Karelczyk. Dla żołnierzy –
najlepszy kumpel, zawsze skłonny pomóc; wobec oficerów – zupełnie pozbawiony
respektu i wszystkim mówiący na „ty”; wobec nieprzyjaciela – zabójca
systematyczny, ale pozbawiony sadyzmu; do tego nieustannie gadatliwy – sprawia
wrażenie ludowego herosa czy pogańskiego leśnego bożka, który wychynął z
puszczy, aby dołączyć do oddziału.
W tle pozostają kwestie społeczne, jako to przepaść klasowa między
prostym żołnierzem a „panami”, żywe są też rachunki krzywd z wojny domowej w
1918 roku. Zresztą Linna osadził w tamtych czasach swoją późniejszą trylogię Tu,
pod gwiazdą polarną; Ville Koskela jest synem jednego z jej bohaterów.
Wiele scen zapada w pamięć: „heroiczne” zniszczenie czołgu przez
Hietanena, samotna śmierć Lehtona, rozrywki w okupowanym Petroskoi
(Pietrozawodsku), popijawa pokątnie uwarzonym piwem kilju… Zaletą jest
również język, od narracji – momentami nieco ironicznej, a kiedy trzeba,
poważniejszej, po żywe, potoczyste dialogi. Często występuje przekleństwo „do
pioruna”, w którym łatwo się domyślić fińskiego „perkele”, chociaż po fińsku
brzmi to dużo mocniej niż przyjęty przez tłumaczkę polski odpowiednik – jednak
znaczy to samo.
Jakkolwiek odmiana nazwisk zakończonych na -o według wzoru Brunona,
Hugona i Ottona („Kariluotonowi wydarł się jęk”, „spojrzał na Lehtona”) może
być uznana za kontrowersyjną, to ogólnie rzecz biorąc, Cecylia Lewandowska
dobrze się spisała. Interpunkcję można było jednak poprawić.
Chociaż książka ukazała się przed zniesieniem cenzury, to jednak
widać w niej stosunek Finów do „Ruskich”, których bohaterowie nazywają
eufemistycznie „sąsiadem”. Widać cenzor uznał, że sprawę załatwia odpowiednie
posłowie Witolda Nawrockiego.
27. József Balázs, Madziarzy,
Warszawa 1979, przeł. Tadeusz Olszański
O
literaturze węgierskiej mam jeszcze mniejsze pojęcie niż o fińskiej, zawsze
jednak kojarzyła mi się z jakiegoś powodu z prozą psychologiczną. W odróżnieniu
od Linny, József Balázs był za młody,
żeby pamiętać wojnę z autopsji (rocznik 1944).
Madziarzy to
opowieść dziesięciorga ubogich chłopów węgierskich, którzy postanowili wyjechać
na roboty do Niemiec, żeby zarobić na nowy dom albo chociaż rower o grubej
ramie. Porywczy András Fábián to główny bohater i to z jego perspektywy obserwujemy
zwykle zdarzenia, jest też nieformalny przywódca grupy Dániel Gáspár, dryblas János
Szabó, mniej charakterystyczni (i bardziej milczący) Elek Tar i Dani Kis, a
także słabowity nastolatek Ábris Kondor. Z wyjątkiem kawalerów Gáspára i
Kondora, wszyscy zabrali żony. Z tych najbardziej zarysowana jest żona Fábiána,
która wykazuje rozmaitą inicjatywę, a o Kisowej można powiedzieć przede
wszystkim, że jest pobożna. Co charakterystyczne, narrator prawie za każdym
razem nazywa mężczyzn pełnym imieniem i nazwiskiem. Wyjątkiem jest Brainer,
węgierski rządca w niemieckim majątku, którego imienia nawet nie znamy. Kobiety
występują jako „żona Kisa” lub „Fábiánowa” (co zresztą może być legitne w węgierskiej
tradycji z jej „imionami odmężowskimi” – w tym przypadku byłaby to Fábiánne). W jednym
miejscu pada wprawdzie okrzyk: „Irma, Zsófi, Ilona! Chodźcie tu!”, ale nie
wiadomo, które z imion do kogo należy i jak ma na imię czwarta z kobiet.
Przez większość czasu nic się nie dzieje. Bohaterowie
orzą pole, palą papierosy, suszą onuce, kłócą się (ale szybko odpuszczają) i
dziwią się światu. Wojna dzieje się gdzieś tam w oddali i węgierscy chłopi nie
zaprzątają sobie nią głowy – tylko o tyle, że wyjechali także po to, żeby ich
nie wzięto do wojska. Ale dokąd dokładnie jadą, to już niespecjalnie się
interesują. Ich wieś musi być bardzo oddalona od cywilizacji: nie wiedzą, kto
to Hitler („Po nazwisku biorąc, to chyba nie Węgier”), nie znają gramofonu,
András Fábián nie wie nawet, co to parówki, przynajmniej żona mu powiedziała. A
jednak wojna obecna jest nawet w tym odległym od frontu folwarku. Bohaterowie
napotykają grupę francuskich jeńców wojennych oraz polskie robotnice przymusowe,
słychać też czasem strzały. Wszystko to niepokoi naszych Madziarów, ale nie
ogarniają szerokiego obrazu.
Szatę graficzną stanowią ilustracje Jerzego
Markiewicza na okładce i wyklejkach.
W roku 1979 Zoltán Fábri
nakręcił na podstawie powieści film z Gáborem Konczem jako Fábiánem i zmarłą w
zeszłym roku Évą Pap w roli jego żony (w filmie chociaż wiadomo, że to ona jest
Iloną). Ekranizacja doczekała się nominacji do Oscara. Sam József Bálazs
pracował zresztą jako scenarzysta i kierownik literacki w wytwórni filmowej.
28. Pentti Haanpää, Wędrujące buciory, Poznań
1984, przeł. Joanna Trzcińska-Mejor
(Seria dzieł pisarzy skandynawskich)
I znowu Finlandia. Drwal Pentti Haanpää należał do cenionych przedstawicieli fińskiego realizmu. Wędrujące
buciory, minipowieść z roku 1945, to znów tematyka wojny kontynuacyjnej.
Życie na froncie i tyłach widzimy z perspektywy pary wojskowych butów z cholewami,
które wisiały spokojnie w magazynie, dopóki nie wyfasował ich pewien starszy
sierżant, który sam siebie awansował na chorążego. Buty były świadkiem jego
groteskowej randki z korespondencyjną znajomą, potem trafiły do podporucznika
odwiedzającego matkę, do sierżanta kawalerii, sanitariusza, robotnika
budującego kościół, pijanego kaprala, nałogowego hazardzisty i paru innych
gości. Utwór ma charakterystyczny, lekko ironiczny klimat, dość spójny z Żołnierzem
nieznanym. Wojna przedstawiona jest jako żołnierskie cwaniactwo, slogany
propagandowe, wyczekiwane urlopy i las wokół. Zapadła mi w pamięć sekwencja
dłużącej się podróży ciężarówką po błotnistych drogach.
Wydany w Poznaniu zbiór, oprócz utworu tytułowego,
zawiera jeszcze kilka krótszych opowiadań. Niestety, nie podano dat publikacji,
a bariera językowa nie pozwala mi zrobić riserczu – wiem jedynie, że Powrót
syna pochodzi z 1933 r., ale najwyraźniej początkowo był dramatem. W
blurpie stoi, że „Większość (…) zawiera elementy tragiczne, ich bohaterowie
umierają, zabijają się, czy też giną przypadkowo”. Nie jest tak źle – ten opis
pasuje tylko do jednego z dziewięciu opowiadań, a w dodatku bohater sam sobie
zasłużył brakiem szacunku dla surowej lapońskiej przyrody. W dwóch innych
utworach bohaterowie co prawda przeżyli, ale mieli więcej szczęścia niż rozumu,
a w Ostatniej drodze zgon jest niegwałtowny i w ogóle stanowi punkt
zawiązania akcji.
Utwory rozgrywają się na ogół w środowisku wiejskim,
wśród ubogich wieśniaków i ludzi lasu. Tematykę wojenną porusza jeszcze tylko Śpiwór. Bohaterką dwóch opowiadań jest
znachorka Heta Rahko – raz załatwia sprawę po śmierci współlokatorki, a potem
idzie w świat i wymyśla się na nowo. Motyw wykreowanej tożsamości występuje też
w opowiadaniu Powrót syna. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Wariat
i koń, a to ze względu na ironiczny kontrast między tym, jak gospodarz
Harmaa traktował swojego chorego psychicznie brata, a tym, jak to opisuje
narrator.
Ostatnie w zbiorze opowiadanie nosi tytuł O tym, jak stary Päntä tonął.
Będzie niejakim spoilerem, że stary Päntä jednak (znowu) przeżył – natomiast sam autor w
roku 1955, w wieku pięćdziesięciu lat, rzeczywiście utonął.
Jakość tłumaczenia na ogół jest dobra, ale Joanna Trzcińska-Mejor przegrywa na punkty z Cecylią Lewandowską.
Tej ostatniej nie zdarzało się „wracać z powrotem” ani „kontynuować dalej”, nie
pamiętam też w jej przekładach gramatyki w rodzaju „potrafił zgasić w bratu (…)
płomyki niezadowolenia”
Tytułowa minipowieść została zekranizowana w 1969 r. jako
dziewięcioodcinkowy serial.
28,5. Philip Jowett, Brent Snodgrass, Raffaele Ruggier, Finlandia
w wojnie 1939-1945,
Warszawa 2010, przeł. Urszula Ruzik-Kulińska (Osprey Elite 141)
Przy okazji tematyki wojenno-fińskiej postanowiłem sobie odświeżyć
Ospreya na ten temat. Wydawnictwo omówiło już kiedyś częściowo armię fińską w
tomiku poświęconym sojusznikom Niemiec na froncie wschodnim, a w 2006
sprokurowało szersze opracowanie. Kilka lat później ukazała się polska wersja –
jako drugi tom w ramach drugiej już krótkotrwałej próby wydawania Ospreyów
przez Bellonę.
Publikacja przedstawia najpierw kalendarium trójdzielnego udziału
Finlandii w II wojnie światowej: wojny zimowej (1939-40, Rosjanie atakują, Finowie
się bronią), wojny kontynuacyjnej (1941-44, na odwrót) oraz wojny lapońskiej
(Finowie po rozejmie z ZSRR wypędzają Niemców z północy kraju). Dalej następuje
opis organizacji armii fińskiej z uwzględnieniem zmian zachodzących na
poszczególnych etapach: można się dowiedzieć, że stan pułkowej kuchni polowej
wynosił 27 ludzi. Osobno omówione są jednostki specjalizowane: jegrzy,
pogranicznicy, zwiadowcy dalekiego zasięgu. Wspomniano też o ochotnikach
cudzoziemskich, z których największe grupy stanowili Szwedzi i Estończycy. Osobne
omówienie dotyczy oddziałów samoobrony Suojeluskunta oraz pomocniczej służby
kobiet „Lotta Svärd”.
Rozdziały końcowe dotyczą taktyki oraz uzbrojenia armii fińskiej.
Tu się pojawia słynny pistolet maszynowy Suomi wz. 1931 – stał się on inspiracją
dla radzieckiej pepeszy, której zresztą Finowie również używali jako broni zdobycznej.
Natomiast bohaterowie Żołnierza nieznanego strzelali z pewnością z
któregoś z fińskich wariantów kaemu Maxim. Skoro zaś radziecka propaganda z
komisarzem Mołotowem na czele twierdziła, że lotnictwo czerwone wcale nie
bombarduje Finów, tylko zrzuca im chleb, to Finowie opracowali popitkę do tego
posiłku – i tak butelka zapalająca stała się na świecie szerzej znana pod nazwą
„koktajlu Mołotowa”.
Na omówienie umundurowania pozostały opisy plansz barwnych. Samych
plansz jest tradycyjnie osiem (chociaż seria „Elite” miała ich ongiś po 12), po
trzy sylwetki na każdej plus detaliczne ukazanie niektórych oznak i odznak. Wykonał
je Raffaele Ruggieri, którego wysmukłe a obłe sylwetki trochę niedolubiwam. Spośród
24 żołnierzy aż 10 nosi charakterystyczne lapońskie buty z zadartymi nosami.
Przedstawiono członków Suojeluskunta, jednak lotty się nie załapały.
Przynajmniej są na jednym ze zdjęć. Fotografie, w dość dobrej jakości, pochodzą
głównie z kolekcji prywatnych i przedstawiają różne rodzaje umundurowania i
uzbrojenia, pojawia się też słynny snajper Simo Häyhä.
Tłumaczenie jest przyzwoite jak na standardy Bellony (wydane wcześniej
w tej samej serii Dzieje snajperów to była jedna wielka stłuczka).
Tłumaczce przytrafiły się mimo wszystko dwa błędy rzeczowe. Napisała mianowicie, że Petsamo leży „na południowy wschód od Murmańska”, kiedy nawet na mapie w książce widać, że na północny zachód. Poza tym pojawia się jednostka zwana „Plemienny
Batalion Olonetów z Aunus”. Nie było żadnych „Olonetów” – Olonets to po
prostu angielska transkrypcja miasta Ołoniec, które po fińsku nazywa się Aunus,
a w pokrewnym języku karelskim nosi dźwięczną nazwę Anus.